..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 29 kwietnia 2009

Czas rozłazi mi się w palcach - trochę kramik, jakieś pracochłonne zlecenia, szczypta życia towarzyskiego i dzień za dniem mija. Wciąż brakuje  chwili na czytanie i pisanie.
Kilka dni temu skończyłam wreszcie "Żart" Kundery.
Ludwik - główny bohater - uświadamia sobie na końcu, że wcale nie kochał Łucji tak jak mu się wydawało. W gruncie rzeczy jej nie znał. Kochał ją tylko jako funkcję samego siebie, a nie taką, jaką była naprawdę.

Kiedy myślę o mężczyznach swojego życia, najbardziej kochałam tych, którzy we mnie chcieli zobaczyć siebie. Przejrzeć się i nie dotrzeć nigdzie głębiej. Bo głębiej nie było im potrzebne. Przecież jest fajnie tak jak jest. 

A ja wtedy skomlałam w duchu o uwagę, używałam forteli, aby wepchnął dłoń w moje trzewia i dogrzebał się do mnie - prawdziwej, nagiej, bezbronnej. 

Dziś nie umiałabym zakochać się w mężczyźnie, dla którego jestem pluszową maskotką na deszcz i nudę. Nie wiem, co to znaczy skomleć o chwilę uwagi.

Może to przychodzi z wiekiem, a może z człowiekiem, który uczy trudnych reguł kochania. 
Do mnie ktoś taki przyszedł.
I ocala mnie każdego dnia.
  

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

to oddajcie głos:

http://bobbyy.pl/nominacja.php?id=194

Dobre ludzie nominowali, cóż zrobić:)

Są ludzie, których do szewskiej pasji doprowadza zmiana planów.
A przecież plany są po to, aby je zmieniać.
Taki też był ten weekend - zupełnie inny niż planowałam.

Teatralna folk
W piątek zawitała Basia z Brusiem, których zaprowadziliśmy do jaskini olsztyńskiego folkloru, czyli Teatralnej. Teatrlana nie zawiodła - puszczano piosenkę francuską i hity z lat 80., był pan "Roman" z wąsem i brzuszkiem, który chodził po parkiecie na rękach, nie zabrakło też właściciela obrazu Andiego Warhola i poborowych chłopców jadących lada dzień do Iraku.

Podpatrywanie rodziny
Z tańców wróciliśmy na tyle wcześnie, aby pójść na pyszny spacer nad jezioro i wystawić buzie do słońca. Potem pożegnaliśmy gości, a sami wybraliśmy się na imieniny do wujka Endriuszy. Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy nie lubią rodzinnych spędów. Ja takie biesiady uwielbiam, bo to doskonała arena do obserwacji, podłuchiwania dialogów, wyłapywania wzajemnych niesnasek i rozszyfrowywania koalicji. Ktoś podniesie głos, ktoś rzuci złośliwość, jeszcze ktoś inny odezwie się rzadko z towarzyskiego marginesu, a ja to wszystko zbieram, zapamiętuję i wkładam do sakiewki z usłyszanym i podpatrzonym.

Pod Miotłą i KŚT
Od wujka przetoczyliśmy się do baru "Pod Miotłą", którego szyld głosi, że to "Bar u Violi".
Tam przy browarze siedział już olsztyński pisarz Jacek S. oraz Artur - również olsztyński, ale bezrobotny. Jak zawsze zeszło na literaturę, kino i picie, dopóki owa Pani Viola z szyldu nie wyrzuciła nas, twierdząc, że już po 22.00, a ona przecież nadgodzin robić nie będzie.
Przetransportowaliśmy się więc do Klubu Środkowisk Twórczych, gdzie zapałapliśmy się na recital szalonej staruszki, która zaszła do knajpy ze swoim psem i zaczęła śpiewać szlagiery z czasów swojej młodości. Jacek - uznawszy, że wariatka to jego memento - wdał się z nią nawet w jakąś dyskusję. Potem staruszka wyszła i nastąpiła powolna agonia dyskusji. Znak, że czas najwyższy brać nogi za pas. Tak też uczyniliśmy. 

Sielska niedzielska
Niedziela, jak na niedzielę przystało, była sielska i leniwa.
Pojechaliśmy na wieś, aby zaokrętować się na pontonie taty. Wypłynęliśmy nim na szeroką wodę, gdzie wiatr nam we włosach hulał, a słońce grało na nosie.
Po powrocie zjedliśmy pyszny mamulkowy obiad, a wieczorem - już w mansardzie - obejrzeliśmy przygody Robin Hooda.

Weekend - zupełnie inny niż planowałam - znów okazał się tak pyszny, że kończę go z wielkim żalem i zabieram się do pracy. A pracy - wbrew pozorom - trochę się nazbierało.

Udanego poniedziałku!







piątek, 24 kwietnia 2009

Odwiedziłam wczoraj mojego ginekologa, którego - z racji bycia poza Olsztynem - nie widziałam 12 lat.
- Trzeba dać się zapylić do trzydziestki, bo potem będą problemy - udzielił fachowej porady na samym wstępie wizyty.
Kiedy się żegnaliśmy, wrócił do tematu:
- I niech Pani zajdzie do mnie częściej niż raz na 12 lat.
- Nie ma sprawy, przyjdę za pół roku!
- odpowiedziałam, wychodząc.
- Jak się Pani miesiączka zatrzyma, proszę przyjść od razu - rzekł i zachichotał.

Tego samego wieczoru poruszyłam temat z Endriuszą:

- To co? Może jednak machniemy tego dzieciaka?
- Kiedyś trzeba to zrobić, więc miejmy to za sobą
- powiedział Endrju z właściwym dla siebie entuzjazmem.
- Ale jesteś na to gotowy?
- Nie jestem gotowy na 3/4 rzeczy, które mi się przydarzają. -
westchnął Endrju i dodał szybko - Ale obiecaj mi jedno.
- No?
- Będę mógł go ubierać czasami na czarno?

Kwadrans później wracamy do tematu:
- I jeszcze jedno! - Endrju zaczął stawiać warunki - Jeśli zajdziesz w ciążę, chcę, żebyśmy wzięli ślub.
- Ślub? Zwariowałeś?
- Tak, chcę, żebyś była moją żoną.
- Jakoś dziwnie wcześniej na to nie naciskałeś.
- Bo wiedziałem, że się nie zgodzisz, a teraz mam argument. Dziecko za ślub.
- Ale po co nam ten ślub??? -
marudzę, bo wizja małżeństwa napawa mnie panicznym lękiem.
- Jak mi się coś stanie, odziedziczycie mieszkanie i moje oszczędności.
- Ale ja nie chcę ani Twojego mieszkania, ani oszczędności!
- Nie wypowiadaj się w imieniu mojego nienarodzonego jeszcze dziecka! 

czwartek, 23 kwietnia 2009

Gadam przez gg z moją starszą o dekadę przyjaciółką - ona mi smęci, że chce wyjść za mąż, a ja jadę egzystencjalnie - po co się tak stresować, nic nie ma sensu, bo i tak wszyscy kończymy w piachu.

B: Głupie to wszystko
ja:
Mówiłam Ci już, że nic nie ma sensu. Najlepiej się wyluzować, bo meta jest taka sama dla wszystkich - skończymy w piachu.
B: ALE ZANIM SKOŃCZYMY CHCĘ WYJŚĆ ZA MĄŻ I JUŻ!!!!!

10 minut później, kiedy znów wchodzimy na temat małżeństwa:

ja:
Jesteś monotematyczna!
B:
Bo się obrażę Ty przeintelktualizowana artystko!
ja:
Żebyś chociaż o seksie pisała, ale o małżeństwie. NUDA!
B:
Zapomniałam! Masz wyż seksualny. To potrwa do jakiegoś 37-roku życia.
ja: Tak długo??? (jestem szczerze załamana)
Ta chuć mnie rozniesie.
B: 
Wybzykaj się, ile możesz. Potem Ci się znudzi i będziesz cenić bliskość drugiego człowieka.

- No nic - pomyślałam, idąc spać - muszę zacisnąć zęby i jakoś przertwać tę najbliższą dekadę:)))
środa, 22 kwietnia 2009

A dziś nie napiszę nic. Dziś słuchowisko radiowe - o "Matyldzie", pisaniu i takich tam...

http://zyrfata.wrzuta.pl/


wtorek, 21 kwietnia 2009

Nie wiem, jak u Was, ale u nas zimno jak psia kostka - słońce spala się na błękitnym niebie, a tu na ziemi chłód przenika do żywego.
A ja zamiast cieszyć się wiosną, chcę już lata.
I mam wielką ochotę na piknik - taki prawdziwy z kocem, winem i koszem przekąsek.
Marzę też o wieczornym browarze pitym na moście albo na kolejowym zsypie.
O spaniu przy otwartym oknie, gołych nogach, bosych stopach i sukienkach na ramiączkach.
(W Poznaniu powiedzieliby na naramkach:)) 
Czekam na moment, kiedy po raz pierwszy weźmiemy łajby, postawimy żagle i wypłyniemy na jezioro, gdzie zdejmiemy podkoszulki, aby prażyć się w słońcu. 
I wyobrażam sobie, że przyjdzie taki czas, kiedy moje poranne bieganie wokół jeziora zakończę skokiem z mostu i rozkoszną kąpielą. 

I pomyśleć, że to wszystko przed nami. Wystarczy chwilę poczekać.  

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Kolejny weekend za mną.
Weekend relaksu, zachwytów, nudy, picia, gadania, pisania i tańców.

Zachwyt.
Nowy film Clinta Eastwooda "Gran Torino" - rozwalił mnie dokumentnie. Ostatnio płakałam tak na innym jego filmie "Co się wydarzyło w Madison County" z Meryl Streep. Im dłużej myślę o Gran Torino, tym bardziej nie rozumiem, dlaczego aż tak mi się podobał - schematyczna historia, patetyczne, wręcz kiczowane sceny, przerysowany bohater. Nie wiem, jak Eastwood to zrobił, ale zrobił to genialnie. 

Nuda. 
Przyjaciół mam kilkoro. Reszta to znajomi. Są znajomi do filozofowania, do przygody, do picia, do pieprzenia o wszystkim i o niczym. Najgorzej, kiedy znajomi od pieprzenia o niczym zaczynają filozofować. Wynurzenia Paulo Cohelo można zamknąć i odłożyć na półkę, ale kiedy  pije się piwo z ludźmi, dla których Cohelo to wyżyny intelektualne i jeśli oni zaczynają za pomocą metafor nieudacznie brodzić wśród egzystencjalnych tematów, wówczas można albo wyjść (czego nie zrobiłam) albo nabawić się migreny (co się stało). Brrr!

Gadanie.
W sobotę spotkałam się z Fruwakiem, nie bez powodu nazywanym w naszej rodzinie Panem Cyferką. Obecnie Fruwak jest prawą ręką głównej księgowej, wymiata superkasę, ale jeśli ktokolwiek myśli, że kasa go zmieniła, jest w wielkim błędzie. Ledwo się spotkaliśmy, Fruwak rzucił:
"Ale jestem głodny! Widziałem pierogi za 9.90, pójdziemy???"
Najpierw poszliśmy na pierogi, podczas których Fruwak ubolewał nad upadkiem moralności, potem do Piętnastki na mecz Juventusu i Interu, gdzie Fruwak z obrzydzeniem wzdrygnął się na widok papierosa w moich dłoniach. Aby się na nim odegrać, pogroziłam mu, że jeśli sfilmują "Matyldę", jego postać, czyli rolę Freda, na pewno zagra jeden z braci Mroczków. W międzyczasie Fruwak wytłumaczył mi, że przepis o spalonym to najinteligentniejszy przepis w piłce nożnej i gdyby nie spalony, nie istniałoby coś takiego jak taktyka. Uwierzyłam apriori i posłuchałam dowcipu:

Jakie zdanie najczęściej wypowiada student Akademii Muzycznej do absolwenta Akademii Muzycznej?
- Zapiekankę proszę.



A to Fruwakowski we własnej osobie

Picie i tańce.
Późniejszym wieczorem spotkałam się z Monią i innymi panienkami. Najpierw był Carpenter, ale że roznosiła nas energia, powłóczyłyśmy się do Okopu.
Mimo tłoku udało nam się zająć skrawek parkietu. Poleciały okopowe szlagiery, czyli Michael Jackson, Madonna, Daab i barnek Kazika. Minęła jedna, druga, trzecia godzina. Jakiś tatuażysta chciał mnie zaciągnąć do siebie na chatę w zamian za piękny tatuaż, ale odmówiłam asertywnie, nie przynając się do tego, że co jak co, ale tatuaż to dla mnie marny towar przetargowy. Gdyby mi zadedykował tomik poezji, to mogłabym się zastanowić:))

Relaks.
W niedzielne popołunie pojechaliśmy na wieś do rodziców, gdzie Mamcia uraczyła nas pysznym obiadem, a wokół domu wiosna rozłożyła już swoją sukienkę. Słońce wpadało przez okna, najedzony Endrju drzemał w fotelu, w drugim fotelu przyspiał Tata, a my z Mamą poszłyśmy po jaskółcze ziele. Magiczne zioło, które leczy odciski.
Po drodze uwieczniłam rozkwitające w ogrodzie sasanki.
Piekne, prawda?


piątek, 17 kwietnia 2009

Wiosenne poranki to najcudniejsza pora dnia i roku.
Piątek to najlepszy dzień tygodnia.
Oczekiwanie na przyjemność jest dalece przyjemniejsze niż przyjemność, która stoi w progu.
Udanego weekendu Fistaszki!:)

czwartek, 16 kwietnia 2009

Było wczesne popołudnie, a ja dostałam esemesa od K.:
"Zły dzień. Żołądkowa gorzka w Rewirach, a potem do S. na ligę mistrzów, ergo browar."

Odpisałam - pełna moralnej wyższości -  że zaczęłam dzień bieganiem, a skończę na pisaniu.
I już kilka godzin później przyszło mi gorzko pożałować, że nie poszłam na gorzką do Zaklętych, a potem na mecz do nikogo, że nie jestem fanką futbolu, tylko jakieś pisarstwo chodzi mi po głowie.

Najpierw przestał działać jeden klawisz, potem drugi, a później sparaliżowało mi taczpada. W popłochu zapisałam plik i zawołałam Andrzeja, grającego w nową gierkę, której bohaterami są... - uwaga! - gluty!
- No zrób coś! - powiedziałam ze łzami w oczach.
- Podłącz mysz i przegraj szybko powieść!
- Zresetuję najpierw - zadecydowałam.
- Rób co chcesz, tylko mnie drugi raz nie wołaj - obrażony Endrju wrócił do grania. 

Uruchomiony ponownie komputer miał już sparaliżowaną całą klawiaturę, więc nawet nie mogłam wpisać hasła.
- Andrzej! - wydarłam się histerycznie. - Zrób coś! Nie mogę sie dostać do komputera! Tam mam wszystko: powieść, zdjęcia, dokumenty!
- Nie znam się na laptopach
- Endrju rozłożył ręce.
- Jak stracę ten początek, to nigdy więcej nic nie napiszę - użalałam się nad sobą, więc Endrju zapakował mnie w auto i pojechaliśmy do Media Marktu kupić klawiaturę.

- Miałam siedzieć na pufie, pić wino i pisać, ale oczywiście musiało się coś spieprzyć! - zrzędziłam, wchodząc do marketu.
- Ty już lepiej nic nie mów! - wciął się Endriusza. - Gdyby nie Twoja awaria, już bym przeprowadził gluty przez rozpadlinę.

Klawiatura nie zadziałała, ale mój kochany braciszek Kris uspokoił mnie, że dane odzyskuje się nawet z laptopów przejechanych ciężarowką. Rozłożyłam się więc na pufie i czytałam.
Jakiś czas później spotkalismy się z Endriuszą w kuchni na papierosie.
- Człowiek zawsze docenia wszystko dopiero, kiedy to straci - westchnęłam filozoficznie. - Tak lubiłam tego laptopa. A teraz nie mogę nawet tej złotej myśli zapisać na blogu.
- Wreszcie! - Endrju złośliwie zatarł dłonie.
- A poczekaj? - zagadnęłam go - Przez co ty te gluty przeprowadzasz?
- Przez rozpadlinę, a co? Chciałabyś na blogu napisać?
- uśmiechnął się szelmowsko - Ale nie możesz! - wykrzyknął i z diabelskim chichotem podreptał do sypialni.

środa, 15 kwietnia 2009

Śniło mi się, że wyruszyłam w podróż po Polsce. Drezyną.
Nie wiedziałam, dokąd jadę, prowadziły mnie szyny, a moja drezynka sunęła torowiskiem przed siebie - bez celu, bez oczekiwania na metę. Czułam na ustach smak wolności, a we włosach wiatr.

Dziś rano, po raz pierwszy w tym roku poszłam biegać.
Okrążyłam połowę jeziora, ale - ku mojemu zadziwieniu - sił miałam i na całe. Wolałam jednak zwolnić, pójść pieszo, aby niespiesznie liczyć łabędzie (naliczyłam ponad 40), obserwować wędkarzy, wdychać ciszę i mrużyć oczy, ciesząc się widokiem wody nabłyszczonej słońcem i pomarszczonej od wiatru. 

Wróciłam do manasardy, wzięłam gorący prysznic, zaparzyłam zbożową kawę i otworzyłam okno. Położyłam się na pufie w rozgrzanej plamie słońca i czytałam.

Po raz kolejny uśmiechnęłam się do losu, że pozwolił mi chodzić do pracy na jedenastą.

wtorek, 14 kwietnia 2009

- Alleluja! Alleluja i do przodu! - frazą ojca Rydzyka, witał nas Tata, najbardziej zagorzały ateista w rodzinie.

Zasiedliśmy do śniadania wielkanocnego i mimo zdeklarowanego ateizmu, podzieliliśmy się jajkiem ze święconki, którą dzień wcześniej osobiście zaniosłam do pokropienia.
Dom rodziców wypełniony był słońcem i wiosną. Koty wylegiwały się w południowych refleksach, a psy biegały po ogrodzie.
Jedliśmy, gadaliśmy, potem poszliśmy na spacer na wyspę, piliśmy herbatę, paliliśmy papierosy, gadaliśmy i gadaliśmy.
W podobnej atmosferze upłynęła sobota i poniedziałek.

Wieczorami natomiast - od piątku do niedzieli szwędaliśmy się po knajpach ze znajomymi, którzy na czas świąt porzucili warszawskie korporacje i zjechali na prowincję.
Byliśmy w Teatrlanej, Highlanderze, Alchemii (codziennie i do znudzenia) i wreszcie w Okopie, gdzie o dziwo nie było tłoku i wytańczyłam się za wszystkie czasy.

Niestety błogi rejs przez trywialnie przyjemne zadowolenie z życia skończył się wraz z upływem świąt. Tak jak nie cierpię niedziel, tak również nie znoszę ostatniego dnia świąt. Dlatego po trzech rodzinnych przedpołudniach i trzech upojnych imprezowych nocach, zakopałam się wczoraj w łóżku i zaczęłam czytać "Żart" Kundery. To pierwsza wybrana pozycja z 40-tomowej kolekcji Gazety Wyborczej, którą dostałam od babci i postanowiłam, że po raz kolejny przeczytam wszystko - bo "przerabianie" światowej klasyki w wielku licealnym wciąż uważam za nieporozumienie.

Po jakimś czasie zapadłam w sen, a kiedy się obudziłam, znów poczułam na sobie chłodny oddech czasu, który potrafi wszystkiemu zabrać sens, zostawiając po nim jedynie smutek i nieuchronne poczucie końca. I po raz kolejny pomyślałam, że doświadczenie macierzyństwa (i ojcostwa rzecz jasna) jest jedynym okruchem mającym jakieś znaczenie w tym naszym byciu tutaj.

Niestety od samego myślenia o macierzyństwie, dzieci się nie rodzą, więc na razie wciąż odkładam ten okruch sensu i oddaję się wygodzie istnienia, której smak coraz częściej gdzieś mi ulatuje. Ile można włóczyć się po mieście, filozofować z przyjaciółmi, pić, kochać się, flirtować i tańczyć, kiedy temu wszystkiemu nie towarzyszy poczucie, że jadnak po coś się żyje na tym świecie?

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Kris przywiózł z Poznania dużo pirackich filmów, więc jadę z laptopem, żeby mi je przegrał, bo wiadomo, że do Olsztyna filmy przychodzą z opóźnieniem, więc kradzież jest usprawiedliwiona, prawda?

Żeby szybciej przegrać, Kris postanawia użyć karty pamięci z aparatu ojca.

Kris: Tato, daj aparat, potrzebuję karty pamięci.
Tata: A po co Ci???
Kris: Muszę ją włożyć do laptopa, żeby przegrać filmy.
Tata: O nie! Nic z tego?!
Kris: O co Ci chodzi!
Tata: Już ja Was znam, Twój laptop wciągnie moją karciochę pamięciochę i więcej jej nie zobaczę.
Kris: Nie wygłupiaj się, dawaj!
[Tata w końcu ustępuje, Kris wyjmuje z aparatu kartę]
Kris: O kurde, masz aż 4 Giga???
Tata: I bardzo Cię proszę, żeby tyle na niej zostało!

sobota, 11 kwietnia 2009

Wczorajszy esemes do Izki i Tomka:

ja: "Wybaczam Wam dzisiejszą absencję w Teatralnej, ale jutro wysyłacie dziecko priorytetem i pijemy."

Izka: "Ja bym wysłała lotniczym."

piątek, 10 kwietnia 2009

W sumie to nie wiem, o co chodzi w miłości.
Czasem; często; mam wrażenie, że najsilniejszym spoiwem związku jest lęk przed samotnością.

A przecież Hanka Banaszak tak pięknie śpiewa słowa Jonasza Kofty:

Kiedy się szumem, tłumem, gwarem
Ludzkie skupiska ustokrotnią
Najdroższym na świecie towarem
Będzie samotność...


I ja jej wierzę.
A potem wierzyć jej przestaję, bo na tej samej płycie, w "Wolaniu Eurydyki" śpiewa, że
tylko drzewa umieją być same.

Chciałabym umieć być sama.
Na nikim się nie wspierać, niczego nie oczekiwać.
Myśleć o sobie w liczbie pojedyńczej, w liczbie pojedyńczej planować dzień, wakacje, życie.
Egoizm?
A może wolność?

czwartek, 09 kwietnia 2009
Odwiedziła mnie Basia, przyjaciółka mojego ex.
- Byłam zaskoczona, kiedy się dowiedziałam o Waszym rozstaniu - powiedziała. - Tak ładnie razem wyglądaliście. Wydawało się, że już wszystko przyklepane: ślub, dzieci.

Uśmiecham się tylko i przecząco kiwam głową.
Wydawaliście się tacy szczęśliwi - słyszałam to z tysiąc razy, po tym, kiedy wreszcie wyrwałam się z trzyletniego koszmaru, w którym przemoc fizyczna i psychiczna była na porządku dziennym. On się nade mną pastwił, a ja zachowywałam się jak bita żona:
- Denerwuje się na mnie, bo mnie kocha - tłumaczyłam sobie - To moja wina, nie powinnam go prowokować.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że na własne życzenie wpakowałam się w takie emocjonalne szambo, że spędziłam całe trzy lata u boku sfrustrowanego potwora.
Po tym wszystkim została mi podejrzliwość wobec "szczęśliwych" par, staram się dojrzeć więcej - czy ona nie ma w oczach strachu, czy on nie kryje w sobie psychopaty?
Aż mi się zimno robi na samo wspomnienie.

Na szczęście to już za mną. 
Patrzę, jak Endrju pracuje, albo czyta, albo kręci się po mansardzie i czuje się najszczęśliwszą osobą na świecie.
Nigdzie mnie nie niesie, za niczym nie tęsknię. Wszystko odpuściło jak ręką odjął, jakbym nagle wyszła z jakiejś choroby. Nie mogę w to uwierzyć, ale wypełnia mnie cisza.
Boska cisza.
Jak lekko.
środa, 08 kwietnia 2009

ja: Kochanie, widzę wkurw na Twojej twarzy.
Endrju: Czyżbyś odbijała się w moich okularach?

wtorek, 07 kwietnia 2009
Życie upływa mi w rytmie sinusoidy - na przemian mrok i jasność.
W mroku zżerają mnie pragnienia, a ja sama nie mogę się niczym nasycić. Wydrążona niepokojem pogrążam się w jęczącej za ekscytacjami tęsknocie. Mrok to wieczny głód okraszony lękiem - przed konsekwencjami, przed życiem i przed śmiercią.

Kiedy z mroku wchodzę w jasność, a dzieje się to nagle i niespodziewanie, i zwykle bez szczególnego powodu - odcinam przeszłość, gumkuję sumienie, a z pamięci wyrzucam wszystko, co mroczne. W ten sposób zaczynam od nowa.

Wczoraj przesadziłam kwiaty i zasiałam zioła: miętę, bazylię, oregano, kolendrę, pietruszkę i tymianek.
Dziś poszłam do fryzjera, gdzie sympatyczna pani Luiza wycięła mi pół tony włosów.
Mam lekką głowę i dawno zapomniane uczucie prozaicznego zadowolenia z życia.
Nawet śmierć gdzieś się skryła, że niemal zapomniałam o jej istnieniu.
Zaczynam jasny etap życia.  

Oby ten rejs przez spokój i błogość nie skończył się zbyt szybko.
poniedziałek, 06 kwietnia 2009

- Wzięłyśmy wszystko? - pytam Bachę, która zamyka drzwi swojego różowego mieszkanka.
Jesteśmy śliczne, uśmiechnięte i gotowe na nadejście przygody.
- No nie wiem, kasa, telefon, co jeszcze? - zastanawia się Basia - A rozumki mamy?
- Eee, rozumki niepotrzebne
  - mówię - Dziś rozumki zostawiamy w domu.

Lubię z Basią zostawiać głowę w domu i wędrować przez miasto.
Lubię filozofować, przeprowadzać analizy i rozkładać problem na czynniki pierwsze. Nawet wkurzać się na nią lubię.  
- Ciągle mówisz, że mam problem, ciągle mnie oceniasz!
- Oj z raz powiedziałam!
- Nie raz, tylko na każdym kroku. Zobaczysz zamknę się w sobie.
- Ja też się zamknę, bo Ty ciągle ze mnie łacha drzesz.
No drę, fakt.
Solennie obiecujemy sobie poprawę i zapalamy papierosy.

WIECZÓR U CALINECZKI
Sobotni wieczór spędzamy u Calineczki, czyli u Aty, którą wreszcie mam okazję poznać.  W kwartecie: ja, Bacha, Uparciuch i Ata zajadając pyszną sałatkę z różnych zielsk i popijając winko, a potem likier, słuchamy sprawozdania z Atowej wycieczki do Izraela i gadamy na tematy powszechnie uważane za babskie. Chociaż nie. Są też tematy ekologiczne. Że na przykład siusianie pod prysznicem jest wyrazem dbałości o planetę ziemię, bo oszczędza się wodę. Potem macamy się po piersiach, szukając kanałów mlekowych, a jeszcze potem Basia serwuje nam opowieść o tym jak Stareky Family pojechało na Ibizę. Ja płaczę ze śmiechu.
***
- Myślisz, że Fisz już się szykuje?
- Gdzie się szykuje?
- No, na jutrzejsze spotkanie z nami.
- Pewnie stoi teraz przed szafą i myśli, w co się ubrać.
- Albo już wybrał zielone polo i teraz je prasuje.

TRASA KNAJPINGOWA
Kiedy podwijam rękawy, widzę na moich nadgarstkach dwie coraz bledsze pieczątki - na  lewym Balsam, na prawym Plan B. Ostęplowana więziarka knajpianego życia.

W czwartek kawa na Chłodnej, a potem sekunda w Zaklętych Rewirach i promocja nowej płyty Sidneya Polaka w Punkcie, który to Punkt najlepiej poznaję od strony korytarza i szatni, bo tam spędzamy cały koncert.
Piątek inaugurujemy śniadaniem w maleńkiej kawiarenkce o wdzięcznej nazwie Lokalna, spacerem słonecznymi Polami Mokotowskimi i chwilą w Lolku. Zgodnie z tradycją na kurczaku po seczuańsku ląduję w Wooku, do którego zaciągam Ewkę Konewkę. Wieczorem powrót na Chłodną i REWELACYJNY koncert duetu Szaza, czyli Patryka Zakrockiego ochrzczonego przez nas krasnoludkiem Giuseppe oraz Pawła Szamburskiego, któremu nadajemy przydomek ursynowskiego skrzata. Stamtąd teleportujemy się do Balsamu.
W sobotę Bacha upiera się na wycieczkę po Pradze. Pierwsze piwko płynie w Oparach Absurdu, obiad, aby pozostać w klimacie dzielnicy, zjadamy w barze mlecznym na Ząbkowskiej, a kolejnym przystankiem są pawilony za Nowym Światem. Północ witamy w pączku Planu B., czyli Powiększeniu.

Po niedzielnym śniadaniu w Antice na Ursynowie, do której znów nie dotarł FISZ, ruszam w drogę powrotną. Nasycona i tęskniąca za kameralną olsztyńską starówką, ciszą, rozgwieżdżonym niebem i zapachem jezior.


WŁADCZYNI KÓŁ CZTERECH

Po czterech dniach w Warszawie, kiedy przejechałam miasto wszerz i wzdłuż od Żoliborza po Włochy przez Mokotów do Ursynowa, czułam się jak mistrzyni kierownicy, władczyni czterech kółek. Miałam za sobą ronda, skrzyżowania, parkowania w najdziwniejszych miejscach, dlatego w drogę powrotną ruszałam z głębokim przeświadczeniem, że kto jak kto, ale ja prowadzę znakomicie.
Wsiadłam więc do samochodu, ustawiłam nawigację, która mówi do mnie słodkim głosikiem panienki z seks telefonu, włączyłam muzykę na full (bo tak lubię), po czym... zdjęłam hamulec ręczny. Zanim się zorientowałam samochód zaczął się toczyć, zdążyłam krzyknąć i w popłochu przdepnąć hamulec (który bez włączonego silnika nie działa). Potem był już tylko huk. Zgrabna dupcia almerki skasowała bok fordowi mondeo.


Powitanie na Ursynowie

W fabryce wódki Koneser



Na bazarze Różyckim Basia całuje klamkę sklepiku z pornolami z lat 80.


Leniwe w barze mlecznym na Ząbkowskiej.
Od kiedy Basię wywalono z pracy, a moja firma ma same straty, ograniczamy swoje apetyty.

Na praskim szlaku


Pawilony na tyłach Nowego Światu


Babunia sprzedająca bazie. Robi to od dziesięcioleci i jak widać kryzys jej nie dotyczy.
Mała wiązka kosztuje 5 złotych. Mamy podejrzenia, że babuleńka po całym dniu wraca do wypasionej willi, gdzie sączy burbona i ogląda filmy na DVD. Zyski z interesu przeznacza na sponorowanie wnukowi studiów na Harvardzie.

I TO, ZA CO KOCHAM WARSZAWĘ:


Kolorowi ludzie


I świat stoi na głowie...


a pod pałacem Kultury istne ZOO:)

Więcej fot tu: http://www.flickr.com/photos/pr0myczek/
czwartek, 02 kwietnia 2009

Dziś fragment specjalnie dla zakochanych i dla tych, którzy na miłość czekają lub miłością są rozczarowani.
Ja tymczasem idę się pakować i siadam za kierownicę. 
W planie weekendowym - Warszawa.
Mam nadzieję, że moja almerka poradzi sobie na zatrważających drogach stolicy.

"Aby zrozumieć naturę zajwiska zwanego zakochiwaniem się i nieuchronność wygasania tego uczucia, należy poruszyć zagadnienie nazywane przez psychiatrów granicami ego.
W pierwszych miesiącach życia noworodek nie odróżnia siebie od reszty wszechświata. Gdy porusza rączkami lub nóżkami, porusza się cały świat. Gdy jest głodny, głodny też jest cały świat. (...) Doszedłszy do wniosku, że jego wola jest jego własną wolą, a nie wolą całego wszechświata, niemowlę zaczyna dokonywac kolejnych rozgraniczeń. (...)
Rozwój granic ego jest procesem trwającym całe dzieciństwo, okres młodzieńczy, a nawet dorosłość. (...)

Większość z nas odbiera samotność jako cierpienie, marząc o wyrwaniu się poza mur indywidualnej tożsamości i nawiązaniu bliskiego kontaktu ze światem zewnętrznym. Doraźną ulgę przynosi doświadczenie "zakochania się". Jego istotą jest gwałtowne załamanie pewnych granic ego, pozwalające połączyć się z tożsamością ukochanej osoby. Nagłe uwolnienie się od ograniczeń - gdy jak po przerwaniu tamy niepohamowany nurt naszych uczuć przelewa się na ukochaną osobę, a załamanie granic ego kładzie kres samotności - większość z nas wprowadza w stan ekstazy. Ja i ukochana osoba stanowimy jedność!

Doświadczenie zjednoczenia z ukochaną osobą jech echem z czasów, gdy stanowiliśmy jedność z naszą matką. Temu doświadzceniu towarzyszy poczucie wszechmocy, które minęło wraz z dzieciństwem. (...)

Wcześniej czy później problemy dnia codziennego spowodują, że indywidualizm ponownie zacznie dochodzić do głosu. On chce seksu, ona nie. Ona ma ochotę na kino, on nie. Ona nie lubi jego przyjaciół, on nie znosi jej przyjaciółek. Oboje w głębi duszy zaczynają dochodzić do smutnej konkluzji, że nie stanowią jedność z ukochaną osobą, że każde z nich ma własne pragnienia i nie zamierza rezygnować z nich, ani ze swoich odmiennych upodobańm uprzedzeń i rozkładu zajęć. Jedna po drugiej - stopniowo lub nagle - granice ego zamykają się z powrotem, a zakochani prędzej lub później "odkochują się". Znów stają się odrębnymi jednostkami. I w tym momencie albo zdecydują się na zerwanie związku, albo mogą podjąć trudu prawdziwego miłowania."


M. Scott Peck "Droga rzadziej wędrowana" s. 84 -87.

środa, 01 kwietnia 2009
No dobra, przyznaję się, to był primaaprilisowy wkręt.
Choć w sumie fajnie by było, gdyby to wkręt nie był.
Ale jest.

Tymczasem rzeczywistość zrobiła innego psikusa.
Dowiedziałam się dziś, że dwie moje przyjaciółki są w ciąży.
Natala już w piątym miesiącu, a M. świeżo po teście...
czyli ostatecznie dzieci będą, tyle że na razie nie moje:))

Pigułki zaczęłam łykać w wieku 17 lat.
Po 10 latach odstawiłam.
Od tego czasu nie wiem, co znaczy regularny cykl.
Dlatego zawsze uważaliśmy. Ja mniej, bo podświadomie tego chciałam. Ale Endrju...
Wczoraj zrobiłam test.
Dziś po raz drugi i trzeci.
Czy się cieszę? Nie wiem.
Nie wiem też, jak mu to powiedzieć.

Edyta Zając małoletnia wybranka Cezarego Pazury powiedziała w jakimś wywiadzie, że należy dać ukochanemu pudełko z maleńkimi  bucikami.
A co będzie dalej?
Pierścionek? Ołtarz? Żyli długo i szczęśliwie?