..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 30 kwietnia 2008

Słyszeliście?
Pierwsza burza w tym roku.
Błyskawice i grzmoty zapowiadające nadejście długiego weekendu, zwiastuny lata i pięknej pogody. 
Właśnie zakończyliśmy pakowanie i jutro o godzinie 6.10 wyruszamy do Chabówki.
Podczas upychania plecaków nasze rozmowy wyglądały mniej więcej tak:

Andrzej:
Uprzedzam, że nie będę się golić.
Ja: Uprzedzam, że ja też nie.
***
Andrzej:
Spakowałaś już ręcznik?
Ja: Tak, mi wystraczy ten malutki.
Andrzej: Jasne, skończy się tak, że będziesz używała i swój malutki, i mój duży.

***
Ja: Kurczę, dlaczego ja mam dźwigać wodę?
Andrzej: Bo ja biorę wódkę i sok, żeby moja Agniesia mogła się nawalić na szczycie.
Ja: A ja biorę stos czekolad, żeby Andrzejek miał co jeść po drodze.
Andrzej: A ja..
Ja: A ja..

Na szczęście doszliśmy do konsensusu i plecaki gotowe do podróży stoją już w przedpokoju.
W Krakowie dosiądzie się Walerka z Szymonem i Magda. Szymon, zwany od spływu Mózgiem, wziął nawet urlop, aby upiec na wyjazd nasze ulubione ciasteczka czekoladowe.
Im dłużej go znam, tym większą mam do niego słabość i strasznie się cieszę, że jest mężem Walerki.

Zobaczymy, jak się nam uda wyprawa, ale skład już przetrenowany, więc jestem dobrej myśli.

To zaś wyimek z archiwum:

GORCE 2007
http://pr0myczek.blox.pl/2007/05/Coming-back-II.html#ListaKomentarzy
i GORCE 2006
http://www.blox.pl/komentuj/pr0myczek/2006/05/Galeria-z-Gorcow.html

Do niedzieli Fistaszki!

Szczerze?
Nie sądziłam, że będzie aż tak fajnie!
Bałam się spania do późna, popołudniowych drzemek, obijactwa i rozmemłania, tymczasem odnajduję rytm.
Wstaję o ósmej, jak tylko Andrzej trzaśnie drzwiami, wychodząc do pracy. I o dziwo już w podnoszeniu się z łóżka znajduję radość, że przede mną kolejny dzień. Nie ma we mnie niechęci, ociągania się, wewnętrznej pokusy, aby jeszcze chwilę poleżeć. Nic z tego.  Jest za mało czasu, aby go roztrwonić.

Zaraz po przebudzeniu, parzę sobie herbatę i ponownie zakopuję się w pościeli (a jednak!). Mogę sobie pozwolić na luksus, aby dzień zaczynać od czytania w łóżku. Teraz pożeram dzienniki Krystyny Kofty - naprawdę świetnie się czyta. Kawał pięknie opisanej codzienności.

Około 9.00 wstaję na dobre, przyrządzam sobie śniadanie i siadam do komputera. Poczta, blog i może wreszcie wezmę się za Matyldę. Wczoraj musiałam sobie przeczytać całość, bo zapomniałam, o co mi w ogóle chodziło w tej całej pisaninie. Czytałam i nie mogłam się nadziwić, że te wszystkie teksty, które sypie Matylda, wyszły spod moich palców. Stworzyłam potwora w kobiecej skórze!

A popołudniu znów pojadę zwiedzać zakątki Warszawy. Wczoraj dotarłam do parku Szczęśliwickiego i nie mogłam się nadziwić, że wcześniej tam nie trafiłam. Czuję, że przede mną jeszcze wiele takich odkryć. A na grzbiecie Herkulesa jakby się latało. 
Kupiłam mu w prezencie pompkę i łańcuch, żebym mogła go zostawiać samego przed sklepem.

A jutro...
o świcie...
wyruszamy w Gorce! ha!

***
Z  DIALOGÓW:
Endriuszka wypakowuje zakupy.
Endriuszka: I kupiłem pastę do zębów, płyn do mycia naczyń i żel pod prysznic. Zobacz, Nivea SPORT!
ja: O! Dzięki niemu będziesz wysportowany!
Endriuszka: Dokupię jeszcze Nivea SLIM, a wtedy nie dość, że będę wysportowany, to jeszcze szczupły.

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Fajny dzień mam za sobą.

W południe pojechałam do firmy, aby zadość uczynić tradycji i wierszykowo pożegnać towarzystwo. Każdy dostał po rymie oraz wyklejance - mniej lub bardziej trafnej, czasami złośliwej, ale w granicach dobrego smaku. W zamian zostałam wyściskana i wycałowana za wszystkie czasy.
Tam również dokonałam dealu z Michasiem i okazjonalnie nabyłam Herkulesa - różowego bicykla, którym można szybować po Warszawie, z satysfakcją spoglądając na frajerów stojących w korkach. Dziś przypomniałam  sobie, jak fajne jest jeżdżenie na rowerze.  Frunełam Herkulesem przez Jana Pawła, a potem Aleje i nie mogłam się nadziwić, ile szczęścia spotyka mnie w życiu. Herkules unosił mnie na swoim grzbiecie, a ja konstatowałam, że wreszcie to czuję: jestem kobietą spełnioną.

Popołudniu natomiast pojechałam na pożegnalne piwko do Pracovni.
Po drodze zaszłam do Złotarów, gdzie nabyłam fajne czarne japonki, które teraz ukrywam przed Endriuszką za tapczanem, bo przecież mieliśmy oszczędzać. To taka spuścizna po rodzinie. Pamiętam jak Mama ukrywała u sąsiadów nowe dywany, żeby Tatko nie wpadł w furię, a potem  - pod jego nieobecność - położyła je na podłogach i kiedy wrócił, wmawiała mu, że to stare :))) 

A w Pracovni...
niech słowa zastąpią tu zdjęcia.

Ja, Misiu, Basia i Bożenka 


Haneczka z Bożenką i Misiem dźwigają mnie do góry


Z Hanią



Basia



Ja podpisuję Misiowi Klinikę


niedziela, 27 kwietnia 2008

Jak przyjemnie spacerować z gołymi nogami!
Lato ma to do siebie, że zawsze przychodzi nagle. Jeszcze się wiosna porządnie nie rozsiądzie, jeszcze się nie rozkwieci, a już musi ustępować miejsca latu.

Dziś kupiłam sobie sukienkę w kolorze kremowego różu. Pewnie ostatnią na jakiś czas, bo nie można mieć i wolności, i sukienek. Coś za coś.

Weekend upłynął mi na wyklejankach i rymach. Przygotowałam moim draniom tradycyjny akcent pożegnaniowy. Jutro jeszcze tam wpadnę, wyściskam się, wycałuje, a wieczorem w Pracovni wypijemy rytualne piwo pożegnalne.
Nie chce liczyć, ile takich piw wypiłam w swoim życiu.
Pożegnanie jest już wpisane w mój temperament.
Nie potrafię stać w miejscu, muszę pędzić.

Nawet Endriuszka w chwilach szczerości mówi, że nie wierzy, abym z nim była już zawsze.

- Jesteś zbyt niezwykła, żeby wytrzymać tylko z jednym mężczyzną
- powtarza.
- Ale to nic - dodaje po chwili - czas z Tobą spędzony jest tak piękny, że nawet jak mnie rzucisz, nie będę żałował.

A ja wtedy bardzo zaprzeczam, bo wciąż wierzę, że może chociaż w uczuciach nauczę się stałości.

czwartek, 24 kwietnia 2008

Dopiero kiedy zostałam sama, na peronie metra, poczułam się jakby mi odrąbano rękę. Czekałam na ten moment miesiącami, a teraz pustka.
Podobnie było w dniu, kiedy obroniłam pracę magisterską.
Wymarzona chwila, ale co dalej?
Wzruszył mnie dziś poranny bukiet żonkili na biurku, a potem obrazek-niespodzianka: "Szał" Podkowińskiego ze mną w roli głównej. Moje posprzątane puste biurko, stos wyrzuconych papierów, dokumenty popakowane w teczki, zawartość komputera zamknięta w folderach. Wykasowane mejle półprywatne i esemesy z komórki służbowej. Już w drzwiach wyjściowych nieoczekiwane łzy Pusi, która mówi:
- Przecież ja pamiętam twój pierwszy dzień tutaj, kiedy siedziałaś taka poważna na kanapie, a ja się tobą zaopiekowałam i pokazałam Ci biuro.
Tak było.

W każdym pożegnaniu jest coś z umierania. Ekscytacja wtedy na chwilę przygasa, bo jednak porzucany świat wiąże bardziej niż ten dopiero co wyśniony. W porzucanym świecie zostawiamy ludzi, emocje, zdarzenia, łzy i uśmiechy. A wyśniony świat jest pusty i dopiero czeka na nasze nadejście.

Wiem, że moja decyzja jest słuszna, ale smutek - świeży i dzisiejszy - jest również uzasadniony. Tyle się przecież wydarzyło w tych krótkich, ale jakże ważnych dla mnie ostatnich sześciu miesiącach.
Pamiętacie tę piosenkę?

Trzeba cenę swoją znać, kochana,
trzeba trzeźwo życie brać, kochana,
trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść.

Trzeba wyczuć, kiedy w szatni
płaszcz pozostał przedostatni.
I że to już przedostatni walc.

Chciałbym cenę swoją znać, kochani
i tak chciałbym, psia go mać, kochani,
żeby wiedzieć, kiedy wstać i wyjść.

Żeby wyczuć, kiedy w szatni
płaszcz pozostał przedostatni.
I że to już przedostatni walc.
***

Żonkile od Basieńki mojej rudziutkiej


Szał Podkowińskiego copywrite by Ania L., Basia P i oczywiście Basia Super Star


Pod filarem Teatru Komedia. Po drugiej stronie obiektywu: Basia. 

 

Andrzej jest przeziębiony. Zasypiamy, a on - jak zawsze - przytula się do mnie:

ja:
Wiesz, co? Nie wiem, czy powiniśmy tak zasypiać. Prądkujesz na mnie.
Andrzej: (urażony) Dobrze, położę się na wznak, będę prądkował do góry, to będzie na mnie spadało i w ten sposób wytworzy się perpetuum mobile i nigdy już nie wyzdrowieje.

***
Wczoraj po pracy poszłam do Muranowa na film Jerusalem is proud to present w ramach Festiwalu Żydowskie Motywy. Ponadgodzinny dokument był zapisem przygotowań do marszu gejów i lesbijek w Jerozolimie. Skandal, zamieszki i fala prześladowań, jaką wzniecił ten pomysł, wydała się szokująca, choć przecież w Polsce działo się to samo, tyle że na znacznie mniejszą skalę.

Ten film świetnie pokazywał motywację grup wykluczonych do tego, aby zrobić coś wspólnie, aby stawić opór nietolerancji i agresji. Oglądając go, przypomniałam sobie zdanie mojej Mamy, bardzo liberalnej przecież, która mówi na przykład tak:
- Nie mam nic przeciwko homoseksualistom, ale czy oni muszą się tak publicznie z tym obnosić?

I tu właśnie leży sedno sprawy.
Wszystko, co skazane jest na ukrycie w zaciszu własnego mieszkania i wszystko, co pozbawione jest prawa do publicznego pokazywania, staje się czymś wykraczającym poza normy, czymś, co obciążone jest piętnem. My, mieszczący się w ramach, nigdy nie zrozumiemy dramatu ludzi, którzy muszą ukrywać swoją tożsamość.

Po filmie spotkałam jednego z jurorów festiwalu. Wypiliśmy szybką kawę, podczas której uraczył mnie kilkoma anegdotami o naszych wielkich ludziach pióra i ekranu, a potem pobiegałam do domu.

Obudziłam się z motylim łaskotaniem w żołądku i pomyślałam, że muszę ukrócić lejce fantazji, bo jak pogalopuje, to jej nie zatrzymam.

Okazało się, że zostało mi sporo urlopu, dlatego dziś jest mój ostatni dzień w pracy.
La dolce vita!
środa, 23 kwietnia 2008

Wczoraj rozmawiałyśmy z Basią o zdradach i o tym, dlaczego tak się dzieje, jak się przed tym uchronić, ile leży po stronie naszej natury, a ile po stronie dobrej woli.
Basia przypomniała mi fragment Nieznośnej lekkości bytu, w której Kundera  dzieli mężczyzn na dwie grupy.

Mężczyzna liryczny to taki, który zdradza, ponieważ nieustannie szuka tej idealnej, wyśnionej drugiej połowy. Liryczny zatem zatraca się w kolejnych miłościach, rzuca dla nich dotychczasowe życie, aby po pewnym czasie dojść do wniosku, że to jednak nie to. Wówczas wyrusza na kolejne poszukiwanie.
Rozczarowanie, które ich gna od jednej kobiety do drugiej, daje ich niestałości rodzaj romantycznego usprawiedliwienia, tak że wiele sentymentalnych dam jest skłonnych wzruszyć się ich wytrwałą poligamicznością - pisze Kundera.


Mężczyzna epicki zaś nie szuka w kobietach żadnego subiektywnego ideału, dlatego wszystko go w nich interesuje i nic go nie może rozczarować. Wierzy, że tylko wtedy ogarnie kobiecy kosmos, kiedy spróbuje każdej kobiety i każdą kobietę posiądzie. Wychodzi bowiem z założenia, że aby poznać istotę kobiecości, trzeba poznać wszsytkie kobiety świata.  
Jak dodaje Kundera -
Namiętność tych drugich jest e p i c k a, i kobiety nie widzą w niej niczego wzruszającego. Niemożność rozczarowania ma w sobie coś gorszącego. Namiętność epickiego dziwkarza wydaje się ludziom niczym nie okupiona (nie okupiona rozczarowaniem).
***
A żeby tego była mało, czytam Rzekę podziemia Tomasza Jastruna, której szowinistyczny bohater - zdaje się, że dziwkarz epicki wg klasyfikacji Kundery - doprowadza mnie do pasji. Bo jak mówił Świetlicki, żeby pokochać książkę, trzeba pokochać bohatera, a w tym przypadku jest to bardzo trudne.
Dlatego płynę tą rzeką,  i płynę, i czuję, jak - zupełnie niespotrzeżenie - wysuwają mi się pazurki.

wtorek, 22 kwietnia 2008

Za tydzień kończę pracę.
Powiedziałam już szefowej.
Nie była najszczęśliwsza, ale zrozumiała. Umówiłyśmy się na współpracę. Bez etatu i bez ścisłych zobowiązań. Wypiłyśmy herbatę, uściskałyśmy się serdecznie, choć z pewnym smutkiem.
Bo pokrewnych dusz wcale nie ma tak wiele na świecie.
A kiedy trafisz na jedną z nich, od razu to  wiesz.
Wytwarza się wtedy magiczna mgiełka porozumienia ponad stanowiskami, wiekiem i doświadczeniami. W towarzystwie pokrewnej duszy jesteś sobą, niczego nie grasz, a jednocześnie czujesz, jak rosną Ci skrzydła. Pokrewne dusze bowiem  potrafią wznieść się bardzo wysoko, a to dlatego, że wzajemnie dmuchają sobie w skrzydła.

Zresztą, jeśli już mowa o dodawaniu sobie skrzydeł, wczoraj do Warszawy przyjechała Walerka. Studiowałyśmy razem 5 lat, a potem wspierałyśmy się w kolejnych pracach. Ile pomysłów i projektów przewinęło się przez nasze rozmowy!
Niestety z Walerką rozmijamy się gdzieś w temperamentach. Ona chce zawsze już i najlepiej kilka srok za ogon, a ja koncentruję się na jednym i potrzebuję czasu. Wierzę jednak, że wspólne nasiadówy w poznańskich Kisielicach, Emmie, Czytelni i Ptasim Radiu swoje zrobiły. Każda z nas poszukuję własnego miejsca na ziemi, pragnie się rozwijać i samodzielnie kreować świat wokół siebie.
Dlatego pokrewne dusze muszą się odnajdywać, żeby czerpać inspirację do życia.
Bo szkoda, aby to życie - jedno i niepowtarzalne - niedostrzeżone przeciekło nam  przez palce.

niedziela, 20 kwietnia 2008

Filmowa niedziela

Kolejny weekend chyli się ku zachodowi.

Dziś w ramach regeneracji zarządziliśmy niedzielę domową. Żadnego wychodzenia z domu. Pozycja horyzontalna, ewentualnie półhoryzontalna, filmy, książki i łakocie.
Zawinęłam się w mój nowiutki śpiwór i leżę (poprzedni miał 14 lat i ku mojej uciesze wreszcie zaginął!).
Obejrzeliśmy "Gwiezdne Wrota"  - moje ustępstwo wobec Endriuszki, a teraz w kolejce czeka "Euforia" (chwilowo mamy przerwę obiadową, więc ja się dorwałam do kompa, a Andrzej walczy w kuchennych okowach.)

Urodziny PUSI
Wczoraj natomiast wybraliśmy się na "Once" do Muranowa. Bardzo uroczy film, który właściwie jest teledyskiem. Niby nic się tam nie dzieje, a jednak całość hipnozuje.

Niestety z hipnozy dość szybko przyszło nam się wybudzić, ponieważ obiecaliśmy Pusi, że zjawimy się u niej na imprezie urodzinowej w klubie... Desperados. Pusia to nasza recepcjonistka - Doda o gołębim sercu, kwintesencja kiczu i festyniarskiego klimatu połączona z wielką otwartością i błyskotliwością. Mówiąc krótko - piorunująca mieszanka.

Wymyśliłyśmy z Basią, że najlepszym prezentem dla Pusi, będzie... zostać samą Pusią. I dlatego przywdziałyśmy kiczowate kostiumy, nałożyłyśmy na głowe srebrne diademy z różowymi świecidełkami i doprawiłyśmy sobie skrzydła. Jak festyn to festyn. A Pusia była wniebowzięta!

Piekielne klimaty Desperados
Natomiast sama wizyta w klubie - zważywszy, że klubowe klimaty omijam szerokim łukiem - okazała się dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Jeśli tak wygląda piekło, to jeszcze dziś stanę się zagorzałą katoliczką. Wszystkie panienki takie same, kolesie wykrojeni z jednej matrycy. Światła, stroboskop, rozsadzająca czaszkę łupanka i koniecznie dymy. U góry półnagie tancerki w klatkach i tancerze z naoliwoonymi błyszczącymi torsami, na dole parkiet - targ niewolnic, które się prężą do potencjalnych klientów. Oni zaś stoją nad nimi, oparci o balustradę. Mierzą, oceniają, porównują, aby wybrać najlepszą sztukę... mięsa. 
Żeby jakoś przeżyć, trzeba zabawić się w socjologa. Albo turystę, który zwiedza egzotyczne miejsca. Wtedy może być całkiem zabawnie.

Ale potem, po wyjściu, należy zaczerpnąć duuużo świeżego powietrza i odreagować piekielne emocje.
Choćby przy piwku w Cafe Foksal.  


Sobotnie anielice specjalnie dla Pusi.
***

z ostatniej chwili:
Ja piszę bloga, Andrzej w okowach kuchni.
Ja: Kochanie, co to dokładnie znaczy "w okowach"?
Andrzej: W kajdanach, a po co Ci to?
Ja: Bo nie byłam pewna, czy użyłam w dobrym kontekście.
Andrzej: Jeśli chcesz napisać, że jesteś w okowach śpiwora, to chyba w nie najlepszym.

piątek, 18 kwietnia 2008

Na Żoliborzu - nie wiadomo kiedy - wiosna wybuchła pąkami, kwiaty roztuliły swoje główki i barwnie kołyszą się na drzewach. Tym gwałtownym atakiem wiosna tak odurza, że w pierwszych tygodniach trudno uporać się z chwiejnym nastrojem, zgasłym samopoczuciem i ciałem, które odmawia posłuszeństwa. Mam jednak wrażenie, że powoli otrząsam się z wiosennego ataku i za chwilę odzyskam równowagę.

Wczoraj poszłam sama do kina na "Na pewno, być może", bo:

po pierwsze
chciałam do kina iść sama (Tutaj Pusia, nasza recepcjonistka, pokręciłaby głową i powiedziała, że aż tak przykrą desperatką to ona nie jest),
po drugie nie miałam sumienia katować Andrzeja holywoodzką komedią romantyczną.
Bo takie filmy są jak pyszne rurki z kremem - nie mają witamin, nie są cukiernicznym majstersztykiem, ale dają nam złudzenie, że świat jest dobry i prosty.

Na jakiś czas mi wystarczy.
Teraz w kolejce czeka rosyjski film "Euforia" i irlandzki "Once", który gorąco polecała mi Janiś.

Jeszcze 2 tygodnie i jedziemy w góry!
Jeszcze 2 tygodnie i będę żyć własnym rytmem.
Mam kolejny pomysł. Tym razem na cykl fotograficzny.
To będzie doskonały pretekst, aby włóczyć się przedpołudniami po Warszawie.
Już słyszę, jak Matylda tupie nogą i się złości, że ona jest najważniejsza.
No dobra, dobra, jesteś najważniejsza. JESTEŚ.

czwartek, 17 kwietnia 2008

Śniło mi się dzisiaj, że jestem w ciąży.
Z dnia na dzień urósł mi wielki brzuch i nie mogłam się mu nadziwić. Największą frajdę sprawiało mi jednak budzenie zainteresowania bliskich, którzy pytali, czy dobrze się czuję, dotykali mojego brzucha i dopieszczali mnie swoją uwagą.

Potem mi powiedziano, że rodzinna tradycja nakazuje, aby to wuj wymyślił imię dla dziecka. Prosiłam go, aby nie nazywał mojego dziecka Polichronim albo Mieszko.

Od wczoraj jest mi strasznie słabo. Dokucza mi ząb, boli mnie brzuch i ciągle mnie mdli. (Nie, nie jestem w ciąży).
Na domiar złego wczoraj B. zaciągnęła mnie do studia tatuażu, które prowadzi super wielki artysta-tatuażysta - najlepszy z najlepszych. Tatuował Dodę, Liroya i innych celebritów.
B. chciała umówić się na termin, aby wytatuować sobie piękną Maryjkę, którą sama zaprojektowała. Super fajny koleżka tatuażysta okazał się jednak aroganckim palantem.
- Palant to dobre słowo - powiedziała B., zamykając drzwi jego studia.
Bo ów palant wertował kalendarz wte i wewte, pokazując, jaki to jest ważny i wspaniały, i jak ciężko się do niego zapisać. Negocjacje terminowe trwały dobre 40 minut, podczas których on się obrażał, dzwonił po znajomych, umawiając się na melanż, zamykał i otwierał kalendarz, poczym jednak się rozmyślał i robił różne inne żałosne cyrki, typowe dla pseudowielkich.

Istny koszmar, z którego wyciągnęła nas dopiero wizyta w "Przekąskach", gdzie zjadłyśmy śledzika, pasztet i pyrę z gzikiem.

Wieczorem natomiast przyjechał z Mediolanu Enriuszka.
I wiecie co?
Nie przywiózł mi torebki Prady!

wtorek, 15 kwietnia 2008

Byłam dziś na uroczym spotkaniu z pewnym... no właśnie... felietonistą? poetą? prozaikiem?

a czy to ważne?

Ważne, że spotkanie było naprawdę urocze.
Bez podtekstów, bez rock'n'drollowej bezpośredniości i walenia bez ogródek, że chodzi tylko o jedno.
Miłe dwie godziny gawędzenia, ciekawości siebie, dotykania nowej wrażliwości.

Dostałam tomik i powieść.
Od czego zacząć?
Zobaczymy.

Ze spraw wcześniejszych:
miałam dziś spotkanie z szefową.
Osobą, do której mam cholerną słabość.
Kobietą, dla której mam ochotę pofrunąć.
Zaproponowała mi przejście do działu kreacji. Mojego wymarzonego działu.
Ale już za późno.
Szykuję się do samodzielnego lotu, naoliwiam skrzydełka, szukam najlepszego wzgórza, aby móc się wzbić i poszybować.
Nie mogę zostać tylko ze względu na nią.

Nie mogę też myśleć o tym, że super mi z Basią, że blisko mi z Hanką. Nie.
Bo każda z nas musi rozłożyć własne skrzydła i poszybować w swoim kierunku.

Wierzę, że w tym locie dane nam będzie się spotkać.

Tymczasem idę lulu,
może znów zasnę ze światłem księżyca spoczywającym na moich powiekach i z mocno wtulonym zającem?
Natomiast na pewno zasnę bez Endriuszki, który daleko, daleko jest ode mnie.
W takich chwilach czuję, jak bardzo nie potrafię i nie chcę żyć bez niego.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Jak nie urok, to przemarsz wojsk - doprawdy!

W nocy zaczęłam... ząbkować!
Trzeci ząb mądrości wyżyna się boleśnie, aby mi się przypadkiem nie zdawało, że pozjadałam już wszystkie rozumy. Boli mnie szczęka, mam powiększony węzeł chłonny, kłuje mnie w uchu i gardle. Koszmar!

Choć dzięki temu, że tak boli, walnęłam się dziś pokornie na kanapę i skończyłam "Pamiętnik znaleziony na strychu".
Ponoć są to autentyczne zapiski 17-latki z Katowic z początku lat 70. I nawet jeśli ów pamiętnikowy sztafaż jest zabiegiem czysto marketingowym, lektura tych notatek sprawia wrażenie bardzo wiarygodnej i bardzo, bardzo wciąga. Z jednej strony autorka (?) tworzy dość pospolity, acz ekscytujący  pornozapis młodzieńczych inicjacji, z drugiej zaś przedstawia studium dojrzewania doprawione smaczkami PRL-owskiej rzeczywistości. Doskonała lekka lekturka, aby się pośmiać, dostać wypieków na policzkach i przeżyć de ja vu z młodości.

Następny w kolejce jest "Kieszonkowy atlas kobiet" Sylwi Chutnik -
napisany trochę z Ha!artowską manierą, ale czyta się nieźle.

I tyle dziś z mojego ząbkowania.  Jeszcze dwie tabletki na noc, płukanko z szałwii i idę spać. Nic tu po mnie.
Jutro o świcie  Endriuszka leci do Mediolanu. Światowiec jeden kurczę się znalazł.
A ja tu biedna, sama, chora.
Ja tu na deszczu moknę, wilki jakieś!:)

niedziela, 13 kwietnia 2008

O tak! Tak powinna wyglądać każda niedziela. Leniwie, pogodnie i z fantazją.
A wszystko, dzięki Basi, która zorganizowała wycieczkę na Stadion 10-lecia - kosmopolityczny młyn w samym sercu Warszawy. Po kilkunastu minutach przedzierania się przez stragany, trafiłyśmy do obskurnej wietnamskiej budy, do której w normalnych warunkach pewnie bym nie weszła, ale tu - na stadionie - czułam się jakby mnie teleport przeniósł gdzieś w głąb Azji. A w podróży, szczególnie egzotycznej, każde odejście od europejskiego standardu to niebywała frajda. Tak było i tutaj.  Zjadłyśmy wietnamskie przysmaki, popiłyśmy półprzezroczystą zupą z liśmi na dnie i ruszyłyśmy dalej.  

Popołudnie zwieńczyłyśmy w kawiarni Qfajka, gdzieś w okolicy Placu Konstytucji. A że słońce tak pięknie świeciło, namówiłyśmy barmanów, aby wystawili nam fotele na zewnątrz. Rozłożone jak hrabinie na fotelach, gadałyśmy o tajnym prodżekcie i delektowałyśmy się niedzielnym nicnierobieniem. 

Niestety nie byłabym sobą, gdybym miejskiej wędrówki nie skończyła w świątyni konsumpcji. Dlatego w drodze powrotnej zupełnie niechcący i przypadkiem wdepnęłam na chwilę do Empiku, gdzie kupiłam sobie powieść Żulczyka "Zrób mi jakąś krzywdę", bo Bacha od tygodnia reklamuje ją tak skutecznie, że i mi zrobiła na nią wielkiego smaka.

A teraz?
Teraz jest niedzielny wieczór, w Trójce leci koncert, a ja trochę piszę, a trochę czytam. I do pełnego szczęścia brakuje mi tylko Andrzeja, który siedzi w radiu, obrabiając dźwięki z konferencji piłkarskich betonów PZPN.  

 

 Basia w wietnamskiej budce - na talerzu: omlet, orzeszki, tofu, czerwone mięcho Bóg wie z czego, na widelcu: wieprzowy kotelcik w ziołach, a w miseczce: zupa z liściem.



My przed stadionem. Za chwilę kupię sobie statyw za 15 zł, ale póki co aparat stoi na kartonie, a my wdzięcznie pozujemy, nie zważając na uśmiechy przechodniów.



Przed Qfajką - wznosimy toast za powodzenie tajnego prodżektu.



Ech, jak przyjemnie!

Zobaczcie, co zupełnie przypadkowo znalazłam.
Ktoś, kogo nie znam, zrobił mi piękną niespodziankę:)

http://cailin.blox.pl/html

(wpis z 5 kwietnia 2008)

piątek, 11 kwietnia 2008

Chciałbym popełnić samobójstwo,
ale to nic nie da
- mam zbyt wiele problemów na głowie.

Woody Allen

Bo wczoraj było mi bardzo, bardzo źle. Najpierw przyszło zmęczenie, potem złość, aż wreszcie  bezsilność. Wampiryczna bezsilność, która wysysa moc, energię i radość. I wtedy nie wiadomo, czy krzyczeć z bólu, czy zwinąć się w kłębek i płakać, gryząc wargi do krwi. Bezsilność zabiera chęć do życia i pozostawia tylko pragnienie ucieczki od świata. W takich chwilach jedyne, o czym marzę, to skulić się gdzieś w bezpiecznym, miękkim kącie i żeby nikt się do mnie nie zbliżał i nikt niczego nie chciał.  

Na szczęście wypłakana i wykrzyczana bezsilność odchodzi. Wypiera ją zdrowy rozsądek, który podpowiada, że jak to uciec od świata? Przecież niedoczytałam książki, za dwa tygodnie jedziemy w góry, trzeba dokończyc formalności kredytowe, przede mną tyle jeszcze do zrobienia. I nagle się okazuje, że nie mogę odciąć się od życia. Mam za dużo spraw na głowie i za dużo planów.

Wyparta bezsilność pozostawia jedynie po sobie opuchnięte oczy i dużo miejsca wewnątrz, aby wypełnić je nowymi emocjami. Po takich odwiedzinach jest we mnie cicho i czysto. Aż do następnej wizyty, kiedy znów się uzbiera i ponownie wyleje.

***
***

A tu, recenzja "Kliniki"

więcej tu:

http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/recenzja.html?rid=38398

środa, 09 kwietnia 2008

Z podróży wróciłam głodna ciszy i spokoju. Chyba powoli dojrzewam do milczenia i relacji z ludźmi, w których nie trzeba gadać na siłę, pieprzyć trzy po trzy i nakręcać się bez powodu.

Zamiast Andrzeja, który jest dziś w telewizji, czekał na mnie bukiet pięknych róż. Nie wiem, komu dziękować za to, że spotkałam na swojej drodze tak wspaniałego mężczyznę, który kocha mnie bezwarunkowo i akceptuję taką, jaką jestem. Żadnych żądań, roszczeń i wymagań. Jemu wystarczy, że jestem. I to chyba właśnie stanowi kwintesencję miłości.

Wracając zaś do podróży powrotnej z Gdańska, rozbawiły mnie szczególnie rozmowy ludzi na trasie, którzy gadają przez sibi radio.

- Koledzy, koledzy, jak wygląda ścieżka do Płońska?
- Na 345 słupku stoją suszarki. Potem masz czyściutko!
- Dziękować, szerokości!
- Kolego, uważaj na miśków na hulajnogach. Minąłem ich na słupku 380.
-
I jeszcze sreberko w stronę Gdańska.
- O ile dobrze widziałem to federalni jadą nieoznakowaną toyotą.
- Nie, toyotą! Nówka meganka. Właśnie zjechała na Statoil, jest czysto.
- Cha, cha, cha! Zjechała na hod-dogi. Bajo!

Słownik:
suszarka - policja stojąca z radarem
miśki na hulajnogach - policja na motorach
słupki - słupki przy drodze znakujące odległości
sreberko - nieoznakowany samochód policji

***

Acha i jeszcze jedna ciekawostka:

dziś na konferencji Klientka zrobiła dym. Zgadnijcie o co?
Bo jedna z hostess miała na sobie okulary!!!
Hostessa w okularach= klapa na evencie:)

wtorek, 08 kwietnia 2008

Niektórzy mówią, że jak chcesz rozśmieszyć Boga, to opowiedz mu o swoich planach.

Nie zobaczyłam nawet skrawka morza. Jechaliśmy przez zaspy śniegu, a potem deszczu, wiatru i prawdziwej pogodowej apokalipsy. W hotelu wylądowaliśmy późno, zmęczeni po całym dniu.

Ale nie narzekam.
Leżę bowiem w mięciutkim łóżeczku, gadam sobie na Skype, włóczę się po Internecie. Mam telewizor, czyli dla kogoś takiego jak ja - prawdziwy luksus! Mogę sobie bezkarnie przerzucać kanały i oglądać Jabłczyńską u Kuby Wojewódzkiego.
O! Właśnie przynieśli mi kolacyjkę.
Żyć, nie umierać!

Dziś opowiem Wam o Zającu.
Kilka miesięcy temu weszłam do sklepu z zabawkami, bo strasznie lubię takie miejsca i tam właśnie wypatrzyłam Zająca. Był zupełnie inny niż reszta pluszaków. Może dlatego, że nie miał braci bliźniaków, nie rzucał się w oczy i bił od niego ogromny luz. Choć i podszyty smutkiem. Porwałam go stamtąd bez zastanowienia, ale kiedy wróciłam do domu, jakoś głupio mi było przyznać się Andrzejowi, że kupiłam sobie maskotkę. Dlatego wykręciłam się i powiedziałam, że to od Basi.

Wczoraj zasypiając, przytulam zająca.
Andrzej: Śpisz ze mną czy z zającem?
Ja: Z Tobą i z zającem.
Andrzej: Ja się czuję, jakby tu jeszcze Basia była z nami. Zaczynam być zazdrosny!
Ja: Muszę Ci się do czegoś przyznać. Ten zając nie jest od Baśki.
Andrzej: A OD KOGO???

Opowiedziałam mu jak było. Że się wstydziłam przyznać.
I wtedy dopiero pomyślał, żem naprawdę stuknięta:)

A wy,  z czym sypiacie Drogie Kobietki?

poniedziałek, 07 kwietnia 2008

Jutro jadę do Gdańska.
Służbowo, choć jest nikła szansa, że znajdę dla siebie chwilę. I może zanurzę stopę w morzu? Bo będę spała tuż przy plaży, tak aby słyszeć szum fal.

Komu przywieźć kamyczek?

***
Wczoraj zadzwoniła do mnie Mama:

Wiesz co Twój Ojciec znów zrobił? Pojechaliśmy wczoraj do Olsztyna, a on oczywiście zaraz wpadł do Empiku zobaczyć, ile jest Twoich książek na półce. Były dwie, czyli jedna poszła, bo ostatnio widział trzy wystawione. I już mamy wychodzić, a ja patrzę, że on popędził gdzieś i leci do kasy z dwoma kubkami w ręku. Po co Ci te kubki, pytam, a on na to, że kubki Włatcami Móch, wiesz pisane przez ó z kreską i że dla mnie ten z chudą babą, a dla ojca ten z takim w okularkach. Stoimy przy kasie, a babka mówi cenę. Czterdzieści siedem złotych! Myślałam, że ojcu przylutuję jednym z tych kubków, kiedy usłyszałam, ile to kosztuje, ale wybałuszył te swoje oczy, że mam się nie odzywać. Chwilę później wychodzimy ze sklepu, a Ojciec do mnie mówi:
- Kurczę, zauważyłem tylko końcówkę i myślałem, że one są po 7 złotych.
***
Boscy są, czyż nie?:)

niedziela, 06 kwietnia 2008

Tyle się wydarza, że nie nadążam za tym. Dlatego trudno - spróbujmy podsumować kilka ostatnich dni w telegraficznym skrócie.

1. Wręczenie nagród "Zwierciadła".
Odbyło się w piątek w godzinach popołudniowo-wieczornych. Najpierw spotkaliśmy się w redakcji, położonej w bajecznym miejscu - z jednej strony w widokiem na Powiśle, z drugiej na siedzibę Sióstr Wizytek, gdzie kiedyś mieszkał Twardowski. Monika Richardson wraz z zespołem pisma oprowadziła nas po redakcji i powiedziała kilka słów o tym, jak "Zwierciadło" wygląda od kulis. A wygląda fajnie!
Potem powęrdowaliśmy na bardzo kameralną kolacyjkę do Bristolu. Spędziałam tam naprawdę urocze dwie godziny wśród laureatek (które okazały się bardzo interesującymi kobietami) i w gronie redakcyjnym zupełnie takim jak się marzy, aby grono "Zwierciadła" było. I dlatego wieczór upłynął nam w bardzo swobodnym nastroju pogawędek o macierzyństwie, tacierzyństwie, branży, pisaniu, pudelku, orgazmach i kwestii zła na świecie.

Obcowanie z interesującymi kobietami i jedynym równie interesującym mężczyzną - w tej roli Tomasz Jastrun - bywa prawdziwą ucztą dla duszy. Naprawdę.

2. Dwudniowe szkolenie firmowe w Sheratonie.
Czwartek i piątek spędziłam w Sheratonie na warsztatach z prezentowania. Pierwszego dnia zupełnie nie mogłam wczuć się w nastrój warsztatu. Nagle znalazłam się wśród ludzi, którym nie ufam, z którymi nie czuję się dobrze, a trenerzy skłaniają nas, aby mówić o sobie, aby się otworzyć, a ja, kurczę, nie mogę. Nie chcę. Mam blokadę. Potem na domiar złego warsztaty przeradzają się w grupę terapeutyczną, bo wszyscy zaczynają skarżyć się na nieobecną szefową. I nikt nie chce rady, ani pomocy. Po prostu muszą się wygadać. I tylko ja z Baśką siedzimy oniemiałe, bo żadna z nas nie ma ochoty na taki zbiorowy lincz na nieobecnej. Bo ją lubimy, bo to nie fair, bo nie. Dla zasady. Nie gryzie się ręki, która Cię karmi. Uczciwiej jest zmienić pracę.

A potem był jeszcze firmowy drink. I kuchnia orientalna. I kilka lampek ciężkiego wina. I przyszła nasza szefowa i nagle wszyscy ją strasznie kochali. Brrrr!

Jak się okazało następnego dnia obie z Basią skończyłyśmy dzień porządnym wymiotem. Ona obejmowała muszlę, a ja... nie zdążyłam i zwymiotowałam w drodze powrotnej. Ośmiornicami, krewetkami i całym tym orientalnym wykwintem.
Do plecaka, który czyściłam następne trzy dni.

- Moim zdaniem to był paw mentalny - powiedziała następnego dnia Basia. - Tylko to mogło nas oczyścić.

I rzeczywiście oczyściło. Drugi dzień okazał się dużo bardziej owocny. I nawet fakt, że jestem wśród ludzi, do których mi bardzo daleko, nie przeszkodził, aby sporo wynieść z tych warsztatów.

3. Betka.
Wczoraj spotkałam się na chwilę z Betą. Jechała z Londynu do Olsztyna i miała przesiadkę w Warszawie. Poszłyśmy na kawę i krótkie pogaduchy o najbliższych planach, o naszych i nienaszych facetach, a także o wspólnych znajomych. Betka - choć daleko - zaskoczyła mnie prawdziwymi rewelacjami, ale zdradzę je dopiero za jakiś czas. Z innych rewelacji: dostałam w prezencie urocze koronkowe figi - błękitne w poziomki. Ale nie powiem Wam, czym skończył się pokaz owych fig w domu, kiedy zaprezentowałam je na własnej pupie. 

4. Kinga
Wieczorem odwiedziła nas Kinga. Do Warszawy przygnał ją z Poznania kurs stylizacji. Przyszedł też Paweł. Zrobiłam kolacyjkę, więc jedliśmy, piliśmy wino i gadaliśmy. Było kilka mocniejszych momentów w dyskusji, bo kiedy w towarzystwie pojawia się Paweł, nie może obyć się bez starć i kontrowersji. Ale fajnie było.
***

A teraz moi Drodzy ruszamy niedzielnie w miasto. Najpierw wystawa polskich dokumentalitek w Zachęcie, a potem w Kinotece film "Juno".
Wrażenia dopiszę niżej.
***
5. Dokumentalistki
Wystawa polskich dokumentalistek w Zachęcie przeszła moje oczekiwania. Obszerna, niejednokrotnie zaskakująca, po prostu świetna. Tak jak Basię, i mnie ujął przede wszystkim cykl pokoi panieńskich dziewcząt, które mieszkają w dzielnicy, gdzie na życie zarabia się segregowaniem śmieci. Choć świetny był także cykl "Mężczyźni" o męskim stosunku do własnego ciała, powojenne zdjęcia Warszawy czy osobista historia Anety Bohdziewicz. Kto ma możliwość, niech uda się tam koniecznie!

6. JUNO
Niewiarygodnie sympatyczne kino! "Juno" to film pełen ciepła, błyskotliwego humoru i ocalającego dystansu do świata i własnego życia. To - mówiąc krótko - rewelacyjne amerykańskie kino, w którym są momenty wzruszeń i bardzo dużo śmiechu. Gorąco polecam.

Po kinie skoczyliśmy jeszcze do Empiku, z którego wyszłam, niosąc "Pamiętnik znaleziony na strychu", a Andrzej płytę Iron Maiden i Rage against the machine. Wróciliśmy naprawdę w wybornych humorach. W piecu pieką się grzanki, a my zaraz otwieramy kącik czytelniczy.
Aby przyjemność weekendu jeszcze chwilę potrwała.  

piątek, 04 kwietnia 2008

Kiedyś Olga Tokarczuk powiedziała, że piszą Ci, którzy nie żyją. Bo Ci co żyją, nie mają czasu na pisanie.

I właśnie ja od dwóch dni żyję. Wczorajsze szkolenie zakończyło się "jednym firmowym drinkiem" w hotelu, z którego wróciłam tuż przed północą. Bo wiadomo, że jak się dobiorą kobiety gaduły nie ma siły. A dobrały się całkiem nieźle.

Dziś kolejny maraton.
Najpierw szkolenie, a potem wręczenie nagród "Zwierciadła".
Ja tymczasem marzę o łóżku, książce, ciszy i świętym spokoju.

Uciekam znów spóźniona!
Ciao Bambini!

czwartek, 03 kwietnia 2008
Poszłyśmy za Basią na jedno małe do Pracovni na Żoliborzu i wyszłyśmy tuż przed północą.
Skutek?
Ano syndrom dnia poprzedniego. Bolesny.

Na szczęście dziś mamy szkolenie w Sheratonie, więc dzień jak nie co dzień.
Będę zatem off line. Uciekam, bo już jestem spóźniona!
środa, 02 kwietnia 2008

Przed północą.

Ja: Już wiem, dlaczego tak mi  się ciężko chodzi do pracy.
Andrzej: Dlaczego?

Ja: Bo ja mam taki biorytm, że rano chce mi się spać, a ożywam dopiero wieczorem.
Andrzej: No popatrz, a ja mam taki biorytm, że chce mi się spać i rano, i wieczorem.  

A wszystko się zaczęło od tego, że gadaliśmy znów o naszych planach. Wczoraj bowiem złożyliśmy wnioski kredytowe i teraz czekamy aż jakiś miły bank umożliwi nam kupno poddasza. W ogóle przez to poddasze, trochę kwas się zrobił w rodzinnych stronach. Moi staruszkowie dali błogosławieństwo i cieszą się prawie tak bardzo jak my, ale w rodzinie Andrzeja zapanowała niemalże żałoba. Bo przecież powinnien być najpierw ślub, potem dziecko, a na końcu ruchy czysto biznesowe. Najlepsza jest jednak Babcia Andrzeja, która wszystko widzi w czarnych barwach, czyli że nic się nie uda, że sobie nie poradzimy, że bank zajmie nam konto i zabierze mieszkanie. No i jeszcze jedno. Babcia twierdzi, że ja najpierw Andrzeja ograbię z kasy z książeczki mieszkaniowej, a potem go porzucę.

Dlatego nasze rozmowy toczą się teraz tak:

Andrzej: Ech, Ty na pewno mnie zostawisz!
ja: No coś Ty, najpierw poczekam na kasę z książeczki.
***
Andrzej: Jesteś ze mną tylko dla tej książeczki.
ja: Dla książeczki i dla wielokrotnych orgazmów. Przekaż to Babci.

wtorek, 01 kwietnia 2008

Wczoraj - w ostatni dzień mojego urlopu - upiekłam nasz regionalny smakołyk, czyli babkę ziemniaczaną. To nic, że starłam razem z ziemniakami pół palca. Było warto. Potem napisałam skrawek tajnego prodżektu, poczytałam "Chłopaków Anansiego" Gaimana i obejrzałam hiszpański film pt. "Księżniczki".
Było tam jedno fajne zdanie:
Księżniczki są tak wrażliwe, że czują jak obraca się ziemia. Dlatego księżniczki nieustannie są skołowane.  

O północy z wielkim egzystencjalnym bólem położyłam się  spać. Cóż ja poradzę, żem niestworzona do pracy?
Powroty po urlopie są koszmarne. Wszystko wewnątrz mnie krzyczy, aby zawrócić  i podążyć w przeciwnym kierunku. Bo jak tu wysiedzieć, gdy za oknem pierwsze ciepłe dni, a w domu tyle nieprzeczytanych książek, nieobejrzanych filmów i niedośnionych snów? Jak iść do pracy z lekkim sercem, kiedy ma się ochotę wypić kawę na Starówce albo powłóczyć się po Łazienkach?

Księżniczkom nie jest łatwo. Na szczęście kręci się wokół mnie kilka osóbek, które czują to samo.
A to czasem dodaje otuchy:)