..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 26 kwietnia 2007

Plecaczek spakowany, co prawda dość nieudacznie, bo nie zmieściłam już butów i kubka, więc dyndają się przyczepione do plecaka wraz z karimatą.

Jutro idę szybko popracować, potem Warszawa, a w sobotkę o świcie jedziemy w Gorce. Przede mną 9 dni urlopu. Prawie dwa lata nie miałam takiej laby, więc aż nie mogę uwierzyć we własne szczęście. Nie mogę również uwierzyć, jak niewiele do szczęścia mi potrzeba.

Bawcie się dobrze kochani.
Zawitam tu po powrocie, więc pewnie koło następnego czwartku.
Tymczasem jadę się nacieszyć moim ukochanym, jadę nakarmić się ciszą, nasycić przestrzenią i wziąć wreszcie głęboki oddech pełną (choć przyznaję drobną:) piersią!
Trzymajcie się ciepło dziatki!

środa, 25 kwietnia 2007

Dziś pierwszy raz po pracy miałam chwilę dla siebie. Ale żem przemaglowana na wskroś, nie potrafiłam jakoś sensownie się poobijać i zaraz wpadłam na durny pomysł. Nie ma lepszej zabawki niż komórka.
Oto 7 propozycji.
Którą Agnieszkę wybierasz?

1.


2.


3.


4.


5.


6.


7.



Oto do czego może człowieka doprowadzić brak zajęcia.
Acha, to coś zamalowanego po prawej stronie to kontakt, który mi się wpychał w kadr:)))

Dobra, koniec tych durnych zabaw, idę spać.
Dobranoc życzy całe 7 Agnieszek. Jedna bardziej walnięta od drugiej!

ps. Za jakość zdjęć odpowiada telefon Sony Ericsson.

ps2. Projekt zainspirowany wystawą w Olivera Siebera, który fotografuje subkulturę Cosplay'owców, czyli ludzi, którzy zafascynowani ulubionymi bohaterami z mangi po pracy przebierają się za nich. Wystawa w Yours Gallery w Warszawie potrwa do 1 maja.

Z radia Zet i wczorajszego Pressu:

„Kubuś Puchatek mówi do Krzysia: - Rozumiem, że donosił Prosiaczek, bo to świnia. Rozumiem, że donosił Kłapouchy, bo to osioł.

Ale żeby miodek!”

poniedziałek, 23 kwietnia 2007

Cudny weekendzik za mną, a jeszcze cudniejszy przede mną, bo... dłuuugi.

Ale do rzeczy.

W PIĄTEK przyjechał do mnie A. i poszliśmy do Dublinera na piwko. A tam... bardzo przyjemny koncercik oraz kameralne tańce, hulanki i swawole. Ku wielkiemu zdziwieniu mój introwertyczny mężczyzna wyciągnął mnie na parkiet.

Ech, jak ja lubię z nim tańczyć! Lubię się do niego tulić, kołysać się w jego ramionach, lubię z nim skakać i się wygłupiać.

W SOBOTĘ wstaliśmy grzecznie o 10 rano i pojechaliśmy do ZOO. Tam A. zakochał się bez pamięci w koszmarnie brzydkim kocie, który zwie się manul. Mieliśmy ubaw z manula, bo był brzydki jak noc i miał cholernie psychodeliczne spojrzenie.

Wczesnym wieczorkiem wypiliśmy piwko z Ramzesem w Ptasim Radio, a potem pojechaliśmy na Wildę do Gruchałki i Damiana. Przed drzwiami wejściowymi przywitał nas krwistoczerwony napis: „ZAWSZE GOTOWI NA BÓJ”, abyśmy przypadkiem nie zapomnieli, na jakiej dzielni jesteśmy.
A u Gruszków – uroczo! Świetne mieszkanko – przytulne, nietuzinkowe i z pomysłem. Skrzynia wygrzebana z jakiegoś pałacu, odnowione łóżko, które ktoś wystawił na śmietnik, starodawne walizki, wielka szafa taka jak z Kronik Narni albo zlew umocowany w stoliku od maszyny. Bardzo lubię takie mieszkania, bo można je zwiedzać i zwiedzać i zawsze się coś ciekawego znajdzie. To takie mieszkanka z duszą, których tak niewiele na tym świecie. Spędziliśmy tam pyszny wieczór – wypiliśmy piwko, zjedliśmy sałatkę, ciasto i smakowite acz twarde (hihihi) cebularze, pogadaliśmy na całkiem ambitne tematy, pośmialiśmy się z moich i Gruszkowych doświadczeń agencyjnych i było naprawdę fajnie. Po takich spotkaniach znów sobie przypominam, że wciąż na tej planecie sporo jest odlotowych ludzi, a cały sęk w tym, aby potrafić ich wyłowić z tłumu.

NIEDZIELĘ dla odmiany spędziliśmy bardzo leniwie i bardzo rozkosznie, choć wiadomo, że w niedzielę wkrada się między nas smutek, bo zaraz dworzec, peron i pożegnanie.

A ja z każdym dniem uświadamiam sobie, że kocham go coraz mocniej. I czuję się z tym tak szczęśliwa, że aż wszystko boleśnie się we mnie kurczy. I mam wielką ochotę wstać i obwieścić całemu światu: jest mi z Nim cudnie!

 A to manul:)))

niedziela, 22 kwietnia 2007
Jutro idę do Zamku na koncert Katarzyny Groniec. Kto idzie ze mną?
A wszystko pod wpływem tej piosenki.
Jednej z najpiekniejszych piosenek o miłości.

Ze swojej drogi zejdę..
będę z Tobą
Dokądkolwiek pójdziesz..
Cokolwiek zrobisz..
będę z Tobą
Gdziekolwiek się zwrócisz
Cokolwiek powiesz
będę z Tobą
Ze swojej drogi zejdę..
będę z Tobą
I w najlepszej z chwil
I w najgorszej też
będę z Tobą
Jak i w pierwszym
Tak i w ostatnim dniu
będę z Tobą
z Tobą

Ty przed Tobą świat
za Tobą ja
A za mną już nikt..

Ty przed Tobą świat
za Tobą ja
A za mną już nic...


ps. A o weekendzie - bardzo fajnym zresztą - napiszę jutro, bo dziś już padam na twarz. Dobranoc.
Ta piosenka jest naprawdę cudna.
Proszę jej wysłuchać. Obligatoryjnie!

piątek, 20 kwietnia 2007

Co robi wyzwolona i niezależna kobieta imieniem Agnieszka w piękny piątkowy wieczór?

GOTUJE!

Dla swojego Ukochanego, który już pędzi do niej pociągiem!

(chociaż przyznaję, że słowo "pędzi" w przypadku Polskich Kolei jest pewnym nadużyciem:)

czwartek, 19 kwietnia 2007




To pewnie przez kaca albo i nie. Ale dzisiaj musiałam bardzo ze sobą walczyć, aby po prostu się nie podnieść z krzesła i nie wyjść.
Co mam zrobić, że naprawdę męczę się w pracy? Niby robię to, co lubię, jest luz, spoko atmosfera, a ja siedzę i czuję, że ucieka mi życie, że przecież jest tyle do zrobienia, a ja tkwię tu bezsensownie i jeszcze nabijam kasę mojemu szefowi.
Walerka nazwałaby to pragnieniem faustycznym,
a ja powiem wprost - już się w życiu naprawcowałam, starczy mi!

A potem będzie płacz i zgrzytanie zębami i to:


Po raz kolejny polecam świetnego bloga: www.porysunki.blox.pl

środa, 18 kwietnia 2007

No i mamy Euro.
Właściwie powinnam to wiedzieć już wczoraj, bo Frr przypomniał mi, że 18 kwietnia mija druga rocznica odejścia jego Mamy i jest przekonany, że Irenka zrobi mu prezent. Już pół roku temu, kiedy usłyszał datę ogłoszenia werdyktu, wiedział, że Mama sprawi to dla niego.
No i sprawiła.
A na odchodnym Frr dodał jeszcze:
- Jak Ci kibole z całego świata zjadą się do Poznania i przemaszerują świętym Marcinem to po twoim kochanym mieszkanku nawet pył nie zostanie.

Po czym zarechotał uszczęśliwiony.

No dobra kończę dzisiejsze pogaduszki, bo zaraz zjawi się u mnie różowa Jozi (aby obejrzeć, kliknij:http://pr0myczek.blox.pl/2007/01/Boska-Jozi.html#ListaKomentarzy)
i Karbi.
W
ypijemy sobie winko. Trzeba w końcu mieć coś z tego życia, prawda?

***
Dopisek nocny:

Pół godziny po północy, dwie butelki wina obalone i jak ja mam jutro wstać o świcie i biegać?
Ale przecież nie mogłam ich wywalić, kiedy na dobre rozgorzała dyskusja o penisach (lepszy długi i chudy czy gruby i krótki?), o technikach oralnych i analnych (no cóż, nie ma się co gorszyć - samo życie!), o tym, czy czułość to dowód, że on kocha, o tym, że czasem lepiej, gdy najpierw jest ciąża, a potem przychodzi uczucie (tutaj Karbi porządnie oberwała) albo o tym, że seks to doskonałe narzędzie, aby rozbudzić w nim miłość. Generalnie było gorąco. Wszystkie dostałyśmy wypieków i mało nie skoczyłyśmy sobie do gardeł.
A teraz to ja idę spać moi kochani.
Podpisano:
Agnieszka - z greckiego: czysta niewinna i bez skazy,
która tylko rejestrowała i spisała tematy dzisiejszych dysput.

wtorek, 17 kwietnia 2007

Dziś będą nudy, bo nic się nie wydarzyło. Przez całe popołudnie i wieczór pisałam jakąś naukową chałturę, a teraz kątem oka oglądam "Osiem Kobiet" F. Ozona - niezły film.

W międzyczasie wpadł Frr - zrobić pranie oczywiście - ale uprzedziłam go, że pracuję i nie zabawię go konwersacją. Wstawił pranie, coś pogadał, potem przysnął, następnie się obudził, zrobił sobie jajecznicę, pozmywał, zabrał pranie i poszedł. Jakoś ostatnio kończą nam się tematy do rozmów, żadne z nas się już nie stara, więc teraz to już w ogóle jesteśmy jak długoletnie małżeństwo w starych kapciach. Nawet gadać nam się ze sobą nie chce.

Jejku, tak sobie myślę i myślę i myślę, jak to uczynić, żeby się sobą nie znudzić, żeby się po latach inspirować, pociągać, żeby się starać i motywować. I jak zrobić, żeby sypiając codziennie obok siebie, wciąż czuć ten dreszcz?
Bo mi teraz tak cudnie, że ja nie chce, aby to się skończyło!

poniedziałek, 16 kwietnia 2007

Poniedziałek zaczął się pracowicie, ponieważ koordynuję akcję promującą nasze umiejętności publishingowe( Dla jasności dzisiejsze koordynowanie polegało na przyklejaniu etykiet na kilkuset kopertach). Z tej wysyłki powinnam mieć kilkanaście spotkań i ze trzy umowy. Pożyjemy - zobaczymy, ale muszę przyznać, że nasi kreatywni stworzyli materiał tak pomysłowy i atrakcyjny, że wstydzić się nie muszę.

Druga część poniedziałku - bardziej leniwa, bo coś pobolewa mnie pęcherz (skutek nazbyt rozkosznego weekendu). Zakopałam się więc na kanapie i czytam. Próbuję "Inne Pieśni" Jacka Dukaja, bo to przywiózł mi A., kiedy zaczęłam mu marudzić, że mam głód baśni i oderwania się od rzeczywistości. Ale obawiam się jednak, że nie o to mi chodziło. Niemniej za radą Umberto Eco dobrnę do 100 strony, gdyż wg niego przyjemność czytania naprawdę dobrej lektury zaczyna się po setnej stronie.

Pierwszy raz w życiu doszłam do takiego momentu, kiedy narkotycznie potrzebuję zupełnie wyimaginowanego świata. I choć wcześniej nie mogłam się przekonać ani do fantastyki, ani do czarów i dziwnych światów i zaświatów, dziś jest to sfera, która mnie bardzo pociąga.  W weekend byliśmy na "Labiryncie Fauna" - gorąco polecam.

Tymczasem w powieściowym odwodzie czeka na mnie jeszcze jedna bajka, jakiś empikowy bestseller z bardzo ładną okładką - "Czas na mysz nie czeka" Michaela Hoeye'go. Czy ktoś coś wie na ten temat? Wygląda mi na smaczną lekką bejeczkę.

A może ktoś z Was zna inną bajkę godną polecenia?
Kroolevna - wywołuję Cię do odpowiedzi. Od razu zastrzegam - Mikołajka i Harrego Pottera znam:)

niedziela, 15 kwietnia 2007
Słuchajcie! O co chodzi? Jozi nie może wpisać mi się do komentarzy, bo wyskakuje jej, że jest zablokowana. Ja jej nie blokowałam. Więc kto? I dlaczego?
No, bo że jest niegrzeczną wyuzdaną i perwersyjną dziewczynką to wiemy wszyscy.
Ale czy to powód, żeby kogoś tak potraktować?
Czyżby PiS ocenzurował blogi???

Była sobie sobota - namiętna, relaksująca i słoneczna. Tu na Cytadeli. On odbity we mnie:)

piątek, 13 kwietnia 2007

Dziś będzie o wyższości Poznania nad Warszawą (Londynem, Paryżem i Nowy Yorkiem)  i o tym, że lepiej mieć dwuokienną 18-metrową „Marcinkę” niż apartament.
Dlaczego? Dlatego, że kiedy się mieszka w Poznaniu, w maleńkiej Marcince, to wychodząc z pracy o 17.00 można jeszcze tego dnia:
- zrobić zakupy,
- ugotować obiad, zjeść obiad, pozmywać po obiedzie,
- posprzątać całą chatkę - przedpokój, kuchnię, pokój i łazienkę łącznie z myciem podłóg i kurzami,
- umyć okna,
- udać sie na godzinne bieganie na Cytadelę,
- ugościć na dwóch herbatkach znajomego,
- obejrzeć pozostałą 1,5 godzinną część Kronik z Narni,
- zrobić dwie tury prania - ale w automacie,
- pogadać godzinę przez telefon z ukochanym
- i... położyć się spać 15 minut po północy

No i proszę. Kto mnie przekona, że odległości w mieście nie mają znaczenia i normalnie pracujący warszawiak może równie dużo zrobić w jeden zwykły powszedni dzień.
***
A to boska scenka sprzed dwóch dni. Miejsce akcji, ul. św. Marcin, Poznań.

Mały chłopiec, coś około 5 lat,  dziarsko idzie ulicą, a kilka metrow za nim zadyszana i zapocona drepcze jego babcia:
BABCIA: Słoneczko, nie pędź tak, poczekaj na babcię, babcia już tak szybko nie może.
WNUCZEK (zwalnia): no dobra poczekam, ale niech babcia może włączy dopalacz.

środa, 11 kwietnia 2007

Ano miałam napisać o diecie, ale wciągnęła mnie Kronika z Narni, którą wypożyczyłam na DVD, a teraz jest już tak późno. Zupełnie nagle ogranął mnie niesamowity głód baśni, podróży do jakiejś odległej karainy, powrotu do dzieciństwa i uruchomienia zastygłych i zakurzonych pokładów wyobraźni.

A dieta? No cóż jest.
Każdy by podjął taką decyzję, gdyby jego własny ojciec witał go o poranku słowami:
- ruchy...kluchy! Leniwe!
A potem na dokładkę cała rodzinka stwierdziła, że tyłek mam jak szafa, nogi jak serdelki, a uda jak pnie dębów. I tym razem  wszyscy orzekli to jednogłośnie. Jak już trzy osoby coś twierdzą, a lustro nie zaprzecza, to rzeczywiście istnieją pewne przesłanki, że może w istocie należałoby...

No to postanowiłam. Schudnąć od 3 do 5 kilo. Dla przyzwoitości wystarczyłoby dwa, ale jak już się zabieram, to nie będę się rozdrabniać.

Plan jest taki:
- zero słodyczy (wyjątkiem są rodzynki, orzechy i śliwki suszone)
- trzy posiłki (start o 10.00 - musli z serkiem waniliowym, 13.30 - twarożek wiejski z pomidorem, 17.00-19.00 - lekki obiad). W międzyczasie ewentualnie garść rodzynków, jakiś owoc i koniecznie kefir, bo już się przekonałam, że kefir to źródło odporności na wszelkie paskudztwa.
- piję do woli, ale nie słodzę. Alkohol tylko w weekendy.
- unikam smażonego, moich ukochanych serów (to boli najbardziej). tłustej śmietany i majonezu.

No i jak? Powinnam jeszcze coś zredukować? Pliiiss.. powiedzcie, że to wystraczy!

wtorek, 10 kwietnia 2007

Ano jestem. Wróciłam. Bardzo ciężko wyjeżdża mi się z domu i strasznie nie lubię się pakować. Ale kiedy jestem już na miejscu, w "Marcince", wiem, że to moje miejsce.
Święta - jak to zwykle w mojej rodzince - na huśtawce.

Każdy był Ibiszem
W piątek, ledwo przyjechałam do domu, Mama zaczęła mnie namawiać, żebym wystartowała w jakimś teleturnieju, który prowadzi Ibisz - "Gra w ciemno". Nie miałam pojęcia, co to, ale Mamuśka z Krisem zaczęli mi tłumaczyć, że chodzi o jakieś koperty i że można je wygrać, odsprzedać, coś tam jeszcze - najważniejsze, aby nie dać się Ibiszowi.
Oczywiście ktoś wpadł na pomysł, że może po prostu zagramy próbnie teraz w domu. No i skończyło się tym, że każdy musiał wyłożyć dwie dychy, porobiliśmy koperty z gazety i każdy raz był Ibiszem, a raz zawodnikiem. Oczywiście jako Ibisz dałam kompletnie ciała i przegrałam wszystko, a największą kasę zgarnął mój ojciec.

Kalambury i wysokie IQ mojej familii
W sobotkę - dla odmiany królowały kalambury - tradycyjnie Mamuśka i Kris znów oszołomili nas swoim żenującym IQ. Kategoria brzmiała "przysłowia i powiedzenia". I np. ów mega inteligentny duet miał odgadnąć hasło: "jak z koziej dupy trąba". Moja mama odgadła kozę, dupę i trąbę. I myśli, myśli, myśli, aż wreszcie mówi:
- no nie mam pojęcia. No bo co? Trąba w dupie kozy?

Świąteczna awanturrrrrra
No ale, żeby nie było tak różowo, to niedzielę zaczęliśmy od awantury. Poszło o wodę w wannie, a konkretnie o brak ciepłej wody. Bo mój wspaniały tatuś zarzucił mi, że kąpiąc się, zużyłam całą ciepłą wodę z boilera i jako egoistka nie pomyślałam o innych. I tak łaził z dobrą godzinę i w kółko powtarzał - jak można być takim samolubnym...widzisz Krzysiu jaką masz siostrę egoistkę, przez nią myjesz się teraz w lodowatej wodzie itd.

Finał był taki, że się poryczałam (bo ja naprawdę mało zużyłam tej wody!!!), powiedziałam, że mnie wkurza i mam go dosyć i że jest starym zrzędą i że każdemu potrafi spieprzyć życie. Z obrażoną miną siadłam do świątecznego śniadania, niczego nie tknęłam i nawet święconki nie ruszyłam. Nie wiem komu na złość, ale nie przeszłaby mi przez gardło.

Taki nastrój utrzymywał się do południa. Tatuś niby przypadkiem krążył wokół mnie, a to coś czytał, a to coś oglądał. Wreszcie się złamał, przeprosił, przytulił, powiedział, że jestem jego córuś, co całkowicie mnie usatysfakcjonowało i tak powróciliśmy do sielanki.

Świąteczne spotkania
Miałam też okazję spotkać się z kilkoma osóbkami. W sobotkę wyskoczyłyśmy na Basieńkowe piwko - i tylko brakowało Janiś, ale ona jest daleko - za górami, za lasami. Myślałyśmy o niej ciepło i to póki co musi wystarczyć. Sympatycznie było - choć jak zwykle za mało i za krótko.
14 lipca ślub Ewy, a tydzień wcześniej panieńskie. Oj będzie się działo!
***
W niedzielę urwałam się na piwko z A. Bardzo za nim tęsknię i choć weekendowa miłość bywa wygodna, to jednak ciągłe tęsknienie wcale nie jest przyjemne. Tęsknienie ciała również. Kiedy w nocy odprowadzał mnie pod kamienicę Krisa, owa tęsknota ciała pękła i było to bardzo bardzo przyjemne. A rozkosz pieszczoty na klatce schodowej bywa czasem spotęgowana. Właśnie okolicznościami:))

Święta, święta i po świetach...
Święta się skończyły, a brzuch pozostał. Zaczęłam dziś pierwszą serio-dietę w moim życiu. W ramach kolejnych kroków pracy nad sobą. Ale to wymaga szerszego komentarza, więc o szczegółach napiszę jutro.

Witam z powrotem!

piątek, 06 kwietnia 2007
Śniło mi się dzisiaj, że pływam w oceanie z delfinami. Były takie przyjemne, aksamitne w dotyku i co jakiś czas wzbijałam się z nimi ponad powierzchnię wody i szybowałam aż pod niebo. Cudny sen!

Wczoraj spotkałam się z M. na piwku. najpierw gadał 0n, on i on, a potem powiedział:
a teraz porozmawiajmy o Tobie, bo u mnie nic sie nie dzieje.
Powiedziałam, że jestem zakochana i szczęśliwa. Od razu zmienił temat. Chwilę później stwierdził, że już późno i powinnam się wyspać.
Faceci bywają czasem naprawdę zabawni.

Kochani, życzę Wam na te święta przede wszystkim świetego spokoju.
Po 16-tej wyruszam na moją prowincję. Do rodzinki, do ciszy, do szczeniaków. Zabieram kota, który przez kilka tygodni zostanie na wakacjach u "dziadków":)))
Ponoć dziś w PKP masakra, więc jeśli przeżyję, to do wtorku!


czwartek, 05 kwietnia 2007

Dziś jest jednym z takich dni, kiedy nie mam nic do roboty i czas mi się wlecze jak krowa wiejską miedzą. A w kodeksie jest wyraźnie, że obowiązkiem pracodawcy jest zapewnienie pracownikowi zajęcia!

Wieczorkiem idę z M. na kolacyjkę, a jutro... Jutro jadę do domu. Aż na cztery dni. Muszę tam co prawda napisać recenzję ze spektaklu, którego nie zrozumiałam (hihihi), ale poza tym zamierzam się byczyć, lenić i relaksować do upadłego. W sobotkę czeka mnie spotkanie z licealnymi „Basieńkami”, a w niedzielę urwę się pewnie gdzieś z A. Ale przede wszystkim będę siedzieć w domku, hasać po łąkach i lasach i wdychać wiosnę na warmińskiej dziczy. Taki mam plan.
***
Acha, dziś wieczorkiem wpadnie do mnie Frr – rozstał się ze swoją nową dziewczyną, a to znaczy, że poniosłam kolejną porażkę jako swatka. Więcej się tego nie dotykam – radźcie sobie sami! Lecz jakby co, to Frr jest do wzięcia: )))

Z kolejnych newsów – po raz trzeci podeszłam wczoraj do zakupu butów, co nie jest zupełnie w moim stylu, mam zwyczaj, że wchodzę i kupuję – rachu ciachu i po kasie. Natomiast tym razem zlazłam najpierw pół Warszawy, a potem pół Poznania w poszukiwaniu klasycznych sportowych butów. W pewnym momencie już nawet cena nie grała roli. Totalna klapa.
Na szczęście wczoraj, za trzecim podejściem i ze znacznie większą sumą wypłaconą z konta nabyłam – proste, klasyczne, ale ładne butki adidasa.
Li i jedynie 1/5 mojej pensji, z której muszę opłacić chatę, raty, telefon, internet, kablówkę, komórkę, podróże do Olsztyna i Wawy, imprezki, kosmetyki, czasopisma, soczewki kontaktowe, żarcie dla kota, żarcie dla siebie. I jak mi biduli ma starczyć? Chyba tylko na waciki...: )

środa, 04 kwietnia 2007

Zakończyłam urlop od ludzi, bo jeszcze trochę i zaczęłabym wieść pustelnicze życie. A przecież ludzie są dla mnie największą inspiracją. Dziś przychodzi do mnie na wielkanocne spotkanie Pani Bogusia i Walerka, a jutro wypadam na piwko z M. – w końcu trzeba się zrelaksować przed świętami. Jednak pomimo otwarcia na świat, postanowiłam przede wszystkim skoncentrować się na własnym rozwoju.
Dlaczego?
Ano dlatego, że kiedy pomyślę, w jakim kieracie przychodzi żyć człowiekowi, jestem całkowicie przekonana, że ja tak nie chcę. No bo spójrzmy sobie obiektywnie.
Od poniedziałku do piątku jak pieski na smyczy biegamy do pracy i w rezultacie tak naprawdę żyjemy weekendami. Nastrój naszych poranków i dni (przynajmniej do 16-tej) uzależniony jest od tego, czy nasz szef łaskawie ma dobry humor. Przysługuje nam 26 dni wolnych, a mimo wszystko drżymy w niepewności, kiedy kładziemy szefowi do podpisu wniosek urlopowy. No i ostatnie – naszą pracą nabijamy komuś forsę, zadowalając się marnych ochłapem.
Dlatego ja mówię NIE i choć to pewnie bardzo odległa perspektywa – coś wykombinuję. Chcę żyć na własny rachunek! I wiem, że kiedyś tak się stanie. O!


wtorek, 03 kwietnia 2007

Może to, co powiem zabrzmi cynicznie, ale mam wrażenie, że relacja damsko-męska zawsze jest pewnego rodzaju grą. I nie chodzi tu o zwycięstwo, ale o zwyczajne utrzymanie wysokiego poziomu adrenaliny. Jeśli dziś okażę swoja słabość, jutro powinnam zademonstrować siłę, jeśli wczoraj byłam przesadnie słodka, dziś należałoby mu trochę pokaprysić, jeśli kilka godzin temu zapewniałam, że kocham, teraz lepiej byłoby go trochę odsunąć. Proste i cholernie skutecznie – uwierzcie.

Myślę, że jestem dobrym graczem i wiem, jak sprawić, aby facet dał się uwikłać w pozornie niewinną żonglerkę emocjonalną. Jest tylko jeden warunek – nie mogę się go pokochać. Bo kiedy naprawdę zaangażuję się uczuciowo robię się bardzo miękka, bezbronna, żeby nie powiedzieć – totalnie naga. I wtedy nie ma już gier i gierek – wtedy oddaję się całkowicie. I wówczas bardzo łatwo daję się zranić. Tak było wczoraj. A przecież chodziło o głupstwo.***
A teraz coś na poprawę humoru. Scena z mojej pracy, z mojego pokoju, gdzie siedzi Marek oraz Iguś. Iguś jest totalnie zakręconym gościem.

Marek: Iguś mam drożdżówkę, będziesz chciał pół?
Iguś: O pewnie, lubię drożdżówki!

3 minuty później Marek podchodzi do Igusia z drożdżówką:
Marek: Proszę.
Iguś: Nie, dziękuję.
Marek: Przecież mówiłeś, że chcesz!
Iguś: Tak? Ojejejku zapomniałem, że chciałem.

poniedziałek, 02 kwietnia 2007
19.20 - a Agniesia jeszcze kurwa w pracy!

A po pracy - do czwartku muszę jeszcze napisać recenzję teatralną i... 7  stron takiego tam innego tekstu. I jak ja mam znaleźć czas na pisanie Matyldy??? I jak ja w ogóle mam znaleźć czas na cokolwiek???

Ech... miłego wieczoru pudle kanapowe.
Ktoś musi pracować, żeby ktoś inny mógł się wylegiwać.
Ciao!

I znów przyjemny weekend za mną. Nie będę się po raz kolejny rozpisywać, jak dobrze mi z A., bo za chwilę albo uśniemy na tym moim blogu, albo umrzemy z nudów. Nie wiadomo co gorsze. Napiszę zatem o tym, co nadzwyczajne i nowe.

Wczoraj – tzn. w niedzielę miałam wreszcie okazję poznać panią K., którą do tej pory znałam tylko z naszego blogowego świata. Z jednej strony to niesamowite uczucie, kiedy wirtualne osoby materializują się w postaci realnych ludzi z krwi i kości, z drugiej natomiast nagle okazuje się, że może być tak zupełnie naturalnie i swobodnie jakbyśmy się znały tysiąc lat.

Wypiłam u K. wielki kubas zielonej herbaty z trzema dolewkami, pogadałyśmy o różnych sprawach i sprawkach i mam nadzieję, że to dopiero początek naszej znajomości.

A teraz takie małe egzemplum czarnego humoru albo jak kto woli męskiej prostoty.

K. odprowadza mnie pod blok A. i nieoczekiwanie spotykamy go na ulicy, więc przedstawiam ich sobie, po czym żegnam się z K.
Gdy wracamy już do domu, A. pyta:

- To ta Twoja koleżanka, która choruje na depresję?

- Tak to ona.

- Ciekawe, w ogóle nie wyglądała na zdołowaną.

Jakby kto pytał, to dostał w łeb. Na szczęście wiedział za co: )