..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 30 kwietnia 2006

Miałam się zjawić w piątek, ale jestem już dziś...
Co się wydarzyło?
No wlaśnie..
Wyruszyliśmy wczoraj wieczorem w góry, w pociągu istny hardcore, ludzie ubici jak śledzie w korytarzu, kiblu i jeszcze gdzie się tylko da. Zapowiadało się całkiem wesoło, bo w końcu jak przygoda to na całego, prawda? Po godzinie starcia między podróżnymi, a obsługą PKP, dostawiono wagon i udało nam się zająć cały przedział. Poszła w ruch becherovka, potem whisky, i było fajnie - dobre nastroje, komforcik, highlife.
A potem było coraz więcej alkoholu i coraz mniej śmiesznie. Aż w końcu stało się jakoś tak żałośnie. Nie potrafię się już bawic, kiedy motto imprezy brzmi "najebać się jak świnie, nałożyć sobie reklamowkę na głowę i odwalić jakąś perwę".
Takim imprezom, ludziom i klimatom mówię NIE.
Owe NIE do tego stopnia mną zawładnęło, że
na dworcu w Krakowie, zalożyłam plecak i  najzwyczajniej w świecie,
jak gdyby nigdy nic, 
nie mówiąc nikomu ani słowa
po prostu sobie poszłam.
Zadzwoniłam kilkanaście minut później, że nie wrócę i spędzę ten weekend po swojemu.
Rozjechały się oczekiwania, priorytety, rozjechało się wszystko.

Dlaczego?

Ano dlatego, że od początku naciągano strunę mojej cierpliwości.
Miał być mój wymarzony Beskid Niski, ale okazało się za daleko.
Miały być namioty, ale okazało się za zimno.
Miało być chodzenie po górach, ale okazało się, że niektórzy chodzić nie chcą i mamy gnić przez 3 dni w jedenym schronisku.
Miało być górsko, z przygodą i klimatem wyprawy, ale okazało się, że "oni" swój techno klimat potrafią przenieść nawet do pociągu.
I struna pękła.
Wszystko ma swoją wytrzymałość.
***
Teraz jestem w Krakowie u Ewy i Łukasza. Z ludźmi, których czuję i są mi bliscy - emocjonalnie, intelektualnie, światopoglądowo.
Jutro wyruszamy w góry - aby wędrować od schroniska do schroniska. Aby nie traktować gór jedynie jako tło z widokówki.

Jestem wierna sobie. Owszem, egoistycznie.
Wiem, że zawiodłam dwie osoby.

Jedna, odrobinę na to zaslużyła, druga nie.

Wybacz Ramzesik, ale moje serducho nie pozwoliło mi inaczej.
Są odruchy, których nie można przewidzieć, zaplanować, zmierzyć.

Tęsknie za Frr, rozmawialiśmy przed chwilą przez telefon. Stwierdził, że jestem wariatką i mam nie po kolei w głowie. To jedyne racjonalne wytłumaczenie tego, co zrobilam rano. A na koniec powiedział:
"nie wiem, czy mam teraz ochotę Cię bardzo mocno kopnąć, czy jeszcze mocniej przytulić."


piątek, 28 kwietnia 2006

Ostatni tydzień to czas propozycji nie do odrzucenia.
Intelektualnych!
Jeśli choć jedna z nich wypali, w moim życiu znów coś się zmieni.
Jak jak uwielbiam wyzwania!
Ale póki co, GÓRY!!! Tym razem Beskid Wyspowy - ja, Frr, Tabaczki, Ewcia z Łukaszem, Ramzesik z Duhem i jeszcze kilkoro znajomych i krewnych:)
Dziś po 22.00 ruszamy.
Do piątku kochani!
Następnego oczywiście:)
Adieu!
A bientot!
Au revoir!

Śniło mi się, że mój Chłopiec mi się oświadczył
i przysłał mi piękny pierścionek zaręcznowy...esemesem!!!!
To był koszmar:)))


Ta urocza istotka to Jozanka, która chciała, abym napisała na łamach tego dziennika, że jest wolna, chętna i do wzięcia.
Ja jej wystawiam gwarancję jakości:)))
Acha, jeśli chodzi o wymagania  sprzętowe  to dla niej - tylko full profesjonal:)

środa, 26 kwietnia 2006

Wtorkowy poranek w firmie, siedzimy w milczeniu i stukamy w nasze komputerki:
Maciej (odrywa się od pracy): ale fajnie, że dziś wtorek, co?
Ja (dość sceptycznie): no w sumie fajnie. Ale właściwie dlaczego?
Maciej: No wiesz, fajnie, że wtorek, a nie poniedziałek!
Ja: Acha, no tak, fajnie, ale fajniej by było gdyby był już czwartek.
Maciej: A najfajniej gdyby był piątek. Popołudniu.  

To se pogadaliśmy, co?

Wczoraj w Teatrze Ósmego Dnia odbyło się spotkanie z Kazią Szczuką, Ewą Wanat - naczelną radia Tok Fm i Ewą Wójciak szefową poznańskich Ósemek. Rzecz była o wolności słowa.
Kazia opowiedziała najpierw o Pegazie i kilku wulgaryzmach, za które zdjęto ją z anteny, mimo że program emitowany był po 23.00, potem o sytuacji w programie Kuby Wojewódzkiego, gdzie z niewinnej, nawet nie mocno złośliwej anegdoty z radiomaryjnym posmaczkiem rozpętała się burza na całą Polskę. Potem Ewa Wanach przytaczała zarzuty Kajowej Rady Radiofonii, z których musiała się tłumaczyć:
że np. w programach satyrycznych, żartuje się z głowy państwa
albo, że dziennikarze nie wpuszczają każdego słuchacza na antenę.

Atmosfera świetna - tłumy na sali, poczucie jakiejś wspólnotowości w walce z armią ojca dyrektora i polską konserwą.

Potem zaczęła się wyliczanka  symptomów nietolerancji ostatnich kilku miesięcy:
- veto dla wystawy "tiszert dla wolności", bo niby napis: "nie płakałem po papieżu" obraża uczucia religijne Polaków,
- pacyfikacja, pacyfistycznego w założeniu przecież, marszu wolności w Poznaniu,
- likwidacja Teatru IT przez Burmistrza Środy Wielkopolskiej na wniosek radnej, która oglądając spektakl Apocalipsis, nie dotrwała do końca i niedoczekawszy momentu, gdzie dobro zwycięża nad złem, zarzuciła grupie głoszenie treści satanistycznych.
- incydent z Kazią Szczuką w programie Kuby Wojewódzkiego
i hit nad hitami:
- wycięty nożykiem przez cały zespół redaktorski "Sukcesu" felieton Manueli Gretkowskiej z całego kwietniowego nakładu.

Czyż tak zestawione, pozornie incydentalne, zdarzenia nie wywołują poczucia, że jednak cofamy się w mroki średniowiecza?

Na szczęście w tym wszystkim ostateczna konkluzja okazała się całkiem optymistyczna:
Wróg, jakim jest powrót hybrydycznej cenzury (bo zwykle cenzury nałożonej przez samo społeczeństwo), ma szansę ożywić przyzwyczajone już do wolności środowisko intelektualne, sprowokować do dyskusji i może nawet wprowadzić świeży powiew do samej sztuki, która czasem dosłownością zaprzecza samej sobie.

A Kazia?
Sama słodycz - delikatna, racjonalna, urocza - całkowite przeciwieństwo sepleniącego monstrum, które wyokreowały media.

wtorek, 25 kwietnia 2006

- Bywa, że wtulam się w Niego i nie wyobrażam już sobie życia z kimś innym.
- Bywa, że witamy się uśmiechem, On mówi "Jak dobrze Cię widzieć Buźko" i w tym momencie, nic oprócz tego nie ma znaczenia.
- Bywa, że smak, zapach i dotyk jego ciała nęci mnie tak mocno, że chcę się z nim pieprzyć wszędzie bez względu na czas i miejsce.
- Bywa, że czekam na wiadomość od niego i co kilka sekund niecierpliwie spoglądam na telefon.
- Bywa, że tarzamy się ze śmiechu, trzymając się za ręcę i jest tak wesoło jak z nikim.
Zwykle tak bywa.
Skąd zatem we mnie tyle niepewności?

Męczy mnie mój kalendarz - dwa razy w tygodniu siłownia, francuski, warsztaty prozatorskie, spotkania autorskie, kino, ludzie, z którymi chcę wyskoczyć na kawę, piwko, mój facet. Nie nadążam. Nie mam czasu dla siebie, nie mam czasu na poddawanie się nastrojom, w poniedziałek mój tydzień zwykle jest zaplanowany od A do Z.

W takiej sytuacji nawet spotkania ze znajomymi stają się obowiązkiem, ponieważ idę "bo wypada", "bo dawno się nie widzieliśmy", "bo nie chcę urywać kontaktu" - aby znaleźć odrobinę czasu dla wszystkich, potrzeba mi całego miesiąca. Po miesiącu muszę się znów spotkać z tymi, z którymi widziałam się na początku - zamknięta błędna spirala!

Rezulatat jest taki, że mam wszystkiego dosyć - marzę, aby przez tydzień nikogo nie widzieć, zaszyć się w domu, nakarmić głód czytania, nasycić pragnienie pisania. Pobyć tylko ze sobą - nie ma jak naprawdę dobre towarzystwo:))

Przypomniało mi się, że Staś Przybyszewski miał zwyczaj pozycjonować swoich znajomych - robił listę od najbardziej do najmniej lubianych i za każdym razem, kiedy zmieniał pozycję któregoś z nich, informował przyjaciół o tym. Niezły tupeciarz, prawda?

Chyba też sporządzę taką listę i będę się widywać jedynie z pierwszą piątką:)
Tylko, że ja tak lubię ludzi i ich różnorodność, że pewnie większość miałoby status ex aequo.

Mam inne wyjście?
Zajdę w ciążę, zaszyję się w domu i wtedy wszyscy będą mnie odwiedzać.
O!
:)))

poniedziałek, 24 kwietnia 2006
Kiedy jeszcze pracowałam w teatrze zdarzyło mi się kilka razy rzucić gdzieś mimochodem, że nie mogłabym już pracować w sztywnych strukturach, w czystym biznesie, że jestem wolna i nie dam się skrępować żadnej kapitalistycznej machinie.
Już wtedy powinnam ugryźć się w język, bo ilekroć się zarzekam, los daje mi prztyczka w nos i mówi: "Akurat!!!"

No i rzeczywiście od 5 miesięcy pracuję w całkiem sporej niemieckiej firmie i co się okazuje?
Że po traumatycznych początkach, łzach, stresach i depresjach, można się tu odnaleźć, co więcej można stać się "koroporacyjnym zwierzem", które dobrze czuje się w procedurach, schematach i w owej sterylnej zachodniej kulturze biznesowej. 
Sama się dziwię, ale to nie koniec.
Można rozumieć tę machinę, która w każdej chwili gotowa jest wyeliminować Cię z gry, bo tu każdy jest od kogoś uzależniony.
Szwankujesz, musisz wypaść, aby nie popsuć całego systemu.
Nieludzkie?
Nie.
Normalne, racjonalne, logiczne.

Czasem można się nawet utożsamić z tym olbrzymem i na piwie ze znajomymi powiedzieć:
"moja firma, mój dyrektor, nasze działania marketingowe itd, itd."

Przewrotność życia jest tyle zaskakująca, co podniecająca.
A jak chcesz wywołać wilka z lasu, wystarczy, że zaczniesz się zarzekać.
Powiedz "NIGDY", a los zaraz spłata ci figla.
Jest w tym jednak coś ekscytującego.
Minął weekend. Ani nie impezowy, ani nie kulturalny, ale ciężki i łzawy. Mam tylko nadzieję, że były to łzy oczyszczenia.
Męczy mnie to życie na huśtawce, która rzuca mnie ze skrajności w skrajność.
Od euforii do depresji, on poczucia siły do totalnej niemocy.
Nic w moich uczuciach nigdy nie jest letnie i wyważone - same jaskrawe kolory.
Na sobotnich warsztatach prozatorskich prof. Czapliński świetnie mówił o kategorii melancholii w literaturze.
"Melancholik to ktoś, kto swoją żałobą wyprzedza doświadczenie straty".
To jedno zdanie otworzyło mi oczy.
Przecież robię dokładnie to samo w odniesieniu do miłości - nie angażuję się, bo wiem, że  i tak się skończy. Świadomość przemijania do tego stopnia paraliżuje moją aktywość, że ukręcam główkę uczuciom, zanim zdążą rozkwitnąć.
A przecież przemija wszystko, więc w myśl owej melancholicznej dewizy, powinnam położyć się bezczynnie na łóżku i poczekać, aż czas doprowadzi mnie do destrukcji. A jednak żyję, rzucam się w wir miasta, pracy, ludzi. Potrafię zaryzykować, podejmuje spontaniczne decyzje, wyciskam z tego świata tyle, ile się da.
I jedynie przed miłością odczuwam tak wielki lęk, że chronię się w skorupie cynizmu i drwiny.

Taka to moja szczypta melancholii.

piątek, 21 kwietnia 2006
Wczoraj w Bookareście odbył się eksperymantalny wieczór poetycki Kacznowskiego. Poeta wystapił z gołą katką piersiową i w masce z sex-shopu Beate Uhse, a do każdej odsłony dobierał sobie inny dziecięcy gadżet - karabin, hula hop i inne. Pomiędzy kolejnymi wyjściami oglądaliśmy fragmenty starych horrorów i amatorskie nagrania głośnego czytania wierszy.
Rozumiem intencję poety,aby zaproponować niestandardowy wieczór literacki, bez ciężkiej ciszy i ołowianych pytań prowadzącego, ale na Boga ekseryment dla eksperymentu? Bo żeby coś wnosił, reinterpretował, żeby te filmy, kostiumy stanowiły jakąś odrębną wartość dodaną do prezentowanej poezji? Nic z tych rzeczy, nul, zero, ani mru, mru:)
Zresztą dobitnie świadczy o tym fakt, że po owej prezentacji, jedyne pytanie jakie padło z sali to: "gdzie kupiłeś tę maskę", a potem się wszyscy rozeszli. I zostali jedynie krewni i znajomi królika.
***
Potem dla odmiany powędrowałyśmy z Walerką na próbę Fraktali Basi Prądzyńskiej do Galerii Inner Space.
Sztuka również eksperymentalna.
Teatr kobiecy, traumatyczny, dotykający newralgicznych ran ludzkich wnętrz, obnażający schematy, w które pakuje kobiety współczesna kultura. Spektakl pełen dynamicznych obrazów i narastającego napięcia, dotkliwy i szarpiący struny wytrzymałości widza, aby na końcu się wyciszyć, uwieść niewinnością i poetyckim, balsamującym rozedrgane emocje, zakończeniem.

Wyszłam zaczarowana i jak zawsze po spotkaniu z Baśką naładowana pozytywną twórczą energią.

Oto ona
http://www.teatry.art.pl/!wydarzenia/festiwalau/2003/rozpoczynas.htm

Wczoraj miałam telekonferencję z Ewcią w związku z moim wpisem"dorosnąć do małżeństwa".
Argumentacja Ewy (zresztą bardzo składna) za małżeństwem:
- Rozczarowania zawsze mogą spotkać człowieka, niezależnie od jego stanu cywilnego;
- Wg badań, ludzie w małżeństwie są szczęśliwści od samotnych i dłużej żyją;
- No risk - no fan - jeśli się nie spróbuje, nigdy nie będzie wiadomo;
- Małżeństwo to dowód miłości;

- Samotne osoby są w pewnym momencie życia wyrzucane poza nawias społeczeństwa.

Rzeczywiście wszystko gra, ale przy odrobinie logiki, każdy z tych argumentów można skontrować:
- Skoro tak czy siak rozczarowania mogą nas spotkać, nie ma znaczenia stan cywilny;
- Wg badań ludzie żyjący na wsi, z dala od zgiełku cywilizacji i presji pracy, są szczęśliwsi, mają niższy wskaźnik stresu i żyją dłużej, a jednak ja, Ty i kilka innych osób tkwi w mieście, dlaczego?
Albo inaczej: picie, palenie i jedzenie chipsów jest niezdrowe.
A jednak to robimy? No i co?
- No risk no fan? To samo tyczy się samotności. Jeśli nie spróbujesz żyć niezależnie, na własny rachunek, nigdy nie będziesz wiedziała jak to jest.
- Małżeństwo to dówód miłości? Ktoś kiedyś powiedział, że miłość nie potrzebuje dowodów.
- Samotne osoby wyrzucone poza nawias?
Jedyne co mogę przytoczyć jako argument to fragment piosenki G Brassensa "Zła opinia"


"W mym miasteczku, a niech je grom!
Wciąż opinię mam bardzo złą;
I czy coś wołam, czy milczę jak grób,
Wszyscy źle myślą o mnie tu.
Ja nie krzywdzę wszak spośród nich nikogo,
Idąc poprzez świat swoją własną drogą,
         Ale bliźni nie lubią, gdy        
         Ktoś inną drogą pragnie iść        
         Ale bliźnie nie lubią, gdy        
         Ktoś inną drogą pragnie iść        
         Wszyscy tu mówią o mnie źle,        
    Z wyjątkiem niemych - normalna rzecz!"

A zatem, każda inność będzie piętnowana, ale czy to znaczy, że na siłę mam się wpasowywać w schemat? To jest cena bycia sobą. Nawet jeśli słona.

Poza tym mam dziwne wrażenie, że wszystkie mężatki posiadają jakąś
niezachwianą pewność swoich wyborów, tak jakby akt ślubu drastycznie przecinał czas, gdy się szuka, stawia pytania, dąży do prawdy. Swojej osobistej prawdy oczywiście. Przy tym jednocześnie nabierają menorskiej maniery pouczania innych. 
A przecież to, co głoszę na łamach tego dziennika to moje subiektywne przekonania, prywatne niepewności i osobiste sądy, które zawsze dotyczą mojej osoby. Nie mówie innym jak mają żyć, nie wpycham się do cudzych ogródków z miną wszystkowiedzącej. Wciąż szukam i nawet najbardziej drastyczne sądy zawsze są pytaniem. Nawet jeśli tego nie widać. Proszę mi uwierzyć Droga Pani Pewnialska i wszyscy inni.  

czwartek, 20 kwietnia 2006
Nie widziałam się z moim facetem praktycznie od tygodnia.
Nie mamy dla siebie czasu.
Nie pamiętam już, co to dotyk.
Powoli wszystko staje się fikcją.


Luźne związki mają to do siebie,
że jeśli choć odrobinę się je poluzuje,
przestają być związkami.
środa, 19 kwietnia 2006
W świąteczny poniedziałek spotkałam się z moimi dziewuszkami z liceum - Madzią, Zaśką, Ewcią i Magdą R. Wesolutko i fajnie zobaczyć dawno niewidziane twarzyczki, a jednak nasze drogi czasem biegną już w zupełnie innych kierunkach. Tematy zaręczyn, małżeństwa, wspólnych inwestycji wciąż są mi obce, lecz teraz pojawia się dodatkowy motyw: rodzaj presji, którą wywiera na Ciebie ów schemat.
Moje NIE dla małżeństwa wiąże się bezpośrednio z tym, że nagle mam zupełnie inną hierarchię wartości niż moje rówieśniczki, że zanika płaszczyzna porozumienia, że nie ma poczucia wspólnotowości. Nie wiem, co one sądzą o moich wyborach, ja natomiast myśląc o małżeństwie, mam przed oczami: gorycz, rozczarowanie i stracone złudzenia. Ciagle odnoszę wrażenie, że znam zakończenia ich historii, które dopiero co się zaczynają, które rodzą nadzieję, które są niczym początek pięknego filmu.
Z drugiej jednak strony, zanim ów koniec nastąpi, młode mężatki przeżyją chwile szczęścia i radości, których samotna kobieta (albo niech już będzie: kobieta niezależna) nigdy nie doświadczy.

A zatem można by wysnuć tezę, że gorycz mężatki jest następstwem uprzedniego szczęścia, a gorycz samotnej? Czyż nie jest smakiem codzienności?
Odrzucam schematy, bojąc się rozczarowań i tym samym nie daję sobie szansy, ani na szczęście, ani na doświadczenie.
I to może się kiedyś okazać największym rozczarowniem mojego życia.
Bagaż ideałów bywa czasem cholernie przytłaczający.

No i czas powrotu do rzeczywistości. 
Mimo, że pierdolneliśmy tradycję w kąt - nie było ani święconki, ani dyngusa, ani okrucha wielkanocnego obrzędu, te święta były chyba moimi najlepszymi świętami w życiu.
Mamulka wynajęła domek w ośrodku na Mazurach i tam byczyliśmy się na całego. A że byliśmy skazani tylko na siebie, uprzyjemnialiśmy sobie czas róznymi, odkopanymi z dzieciństwa grami. 
Były państwa-miasta, scrabble, bilard i kalambury, które okazały się kopalnią śmiechu. Moja mama udająca niedźwiedzia, albo ojciec babę, która siała mak. Rewelacja. Zajęło nam to dobre pół nocy.
Już dawno się tak świetnie nie bawiłam i to z własną rodzinką.
Oczywiście królował młodzieżowy slang, bo moi staruszkowie chętnie przejmują takie zwroty jak "narka" albo "siemka". Tym razem na topie były określenia typu "ful szacun", no i wszelkie skrótowce. Mój tatulek wyjątkowo szybko przyswoił "herbę", a nawet stworzył własne skróty:
***
Wychodzimy z restauracji po obiedzie obżarci na maxa, ale wciąż brakuje nam picia, a żadnego sklepu w lesie nie ma.

Kris: ale jestem najedzony, już dziś nic nie zjem, teraz chętnie tylko bym się napił czegoś gazowanego.
Tata:Mamy jeszcze kolę.
Ja: Mamy colę? Gdzie?
Kris: Colę? Gdzie mamy colę?
Tata: no o 19-tej.
Ja i Kris: Co??!
Tata: No kolację mamy o 19-tej. Co wy, jacyś dziwni, skrótów nie kumacie?

piątek, 14 kwietnia 2006
No i święta.
Kończymy robotkę o 14.00
i o 18.00 wyjeżdżamy z Poznania nach Olsztyn.
W związku z faktem, że nasza rodzinka jest bezdomna od dwóch tygodni,
na święta wybywamy.
Gdzie?
Któż to wie:)
 
Do środy!
czwartek, 13 kwietnia 2006
Wszystko, czego pragniemy, za czym tęsknimy, co czujemy, jest wytworem naszej wyobraźni, psychiki, wewnętrznego nastawienia.
Czasem mam wrażenie, że moje fantazje wymykają mi się spod kontroli, że gonię za czymś niedoścignionym, że plącze się w wyimagionowanych relacjach, gubię granicę pomiędzy realnością, a pragnieniem.
I tylko ON daje mi spokój. Gdy zasypiam wtulona w jego ramiona, wówczas wszystko dookoła mnie jest czyste i ja w środku jestem czysta. W takich chwilach nie mam wątpliwości, co w życiu jest najważniejsze, w takich chwilach odzyskuję niewinność.
Miłość okazuje się dla mnie wyzwaniem, ciągłym przywoływaniem siebie do porządku, wieczny strofowaniem rozbuchanego libido i wybujałej imaginacji. Miłość to droga do celu, pełna zwątpienia i zakrętów.
Ale chcę nią iść. Naprawdę.
A że czasem zerwę jakąś przydrożną poziomkę?
Ech...:)
Odwiedziłyśmy wczoraj z Walerką panią B. w jej nowym mieszkanku na ul.Skrytej. Jeśli ktoś nie wie, która z poznańskich uliczek jest najcudniejsza, to właśnie ta. Schowana, choć blisko centrum, zielona, z uroczymi kamieniczkami zupełnie jak z francuskiego filmu. Po prostu odlot.
A wewnątrz?
Czarująco.
I jak to u pani B. - tysiące urokliwych obrazków, rzeźb, drobiazgów i bibelotów. A wszystko ze smakiem i pazurkiem. 
To miejsce można zwiedzać godzinami i za każdym razem co innego przykuwa uwagę. Panuje tu niemalże baśniowa magia.
Przedmioty żyją.
Drewniane figurki grajków muzykują w łazience, anielica z obrazu unosi się ponad łóżkiem, kolekcja sów pohukuje w swoim sowim języku, żyją również zdjęcia, ceramiczne anioły, naczynia i koronkowe serwety.
A w tym zaczarowanym świecie nasze babskie gadanie. Najlepsze gadanie na świecie.
 
środa, 12 kwietnia 2006

Woodego Allena wielbię uczuciem wielkim i bezkonkurencyjnym, ale ostatni jego film "Wszystko gra" okazał się totalną porażką. Może dlatego, że mój sąsiad w fotelu obok, albo szeleścił torbą z popcornem, albo zawzięcie siorbał colę, choć szczerze mówiąc, chyba nie to zadecydowało, że film wynudził mnie śmiertelnie.
Brak pazura w dialogach, rozwlekła akcja i jakiś zupełny gatunkowy chaos. Niby psychologiczny, ale na płyciźnie, po trosze sensacja, lecz pozbawiona napięcia. 
Nuda, nuda, nuda. I zaprzeczenie wszystkiego co Allenowskie.

Każda kobietka spotyka na swojej drodze różnych mężczyzn. Wśród nich są Mężczyźni-Ciche Przystanie, Panowie-Rycerze, Chłopcy - do kochania oraz Faceci- do łóżka.
Kobietka ze szczyptą intuicji niezwykle szybko orientuje się, z jakim facetem ma do czynienia i którą rolę on miałby ochotę zagrać w jej życiu.
Teraz, wszystko rozbija się o to, aby oczekiwania kobietki jak najpełniej pokrywały się z chęciami owego mężczyzny.
Przyjrzyjmy się bliżej przypadkowi "Faceta - do łóżka":
Załóżmy modelową sytuację: on chce, ona również. Wydaje się proste, prawda?
A nie jest.
Kobietka bowiem zdaje sobie sprawę, że "Faceci do łóżka" dzielą się na tych, którzy:
- Oszaleją na punkcie kobietki i pikantny seks połączą z czułością, troską i niezwykle miękką otoczką, która zapewni kobietce komfort.
- Potraktują kobietkę jedynie jako gracza erotycznego, ale w tej dziedzinie zaoferują jej uprzywilejowaną pozycję i zadbają, aby nie chciała za szybko wypaść z gry. 
- Zobaczą w kobietce to, co w każdej innej - szybkie odreagowanie, chwilowe zapomnienie, dobry sposób na rozładowanie stresu. A po wszystkim odwrócą się plecami.

Dwa pierwsze modele są dobre na długie romase, które pobudzają motyle i dają energetycznego kuksańca, trzeci nadaje się ewentualnie na numerek w taksówce. Dlaczego? Bo godzi w ambicję kobietki, aby być tą wyjątkową.

Jaki z tego morał?
Uważaj kobietko w co się pakujesz. Chociaż jak Ciebie znam, zrobisz zupełnie na odwrót.
A potem będzie zgrzytanie zębami.

Ech..czy ja naprawdę muszę Ciebie pouczać?

wtorek, 11 kwietnia 2006
Muszę się wziąć w garść.
Przeceniłam swoje możliwości, bo zawsze byłam przekonana, że nie ma rzeczy, która sprawi mi trudność. O ile chodzi o działanie kreatywne, dynamiczne, wymagające innowacyjnego myślenia.
A tu klops. Myślę, dumam, szukam, angażuje sztab ludzi i nic sensownego do głowy mi nie przychodzi.
A dookoła mnie robi się gorąco i nieprzyjemnie.
I tylko moja mama ma pełen luzik:
- A daj sobie spokój z tą firmą dziecko, tak myśleć i myśleć. Bez sensu. Kup sobie lepiej gitarę i stań pod dworcem. Albo pakuj się i wracaj do domu.

A ja już tak polubiałam te korporacyjne pyszczki, że wcale nie mam ochoty ich opuszczać.
Los jednak lubi być przewrotny i ironiczny.
Zobaczymy co mi znów przyniesie w podarunku.
poniedziałek, 10 kwietnia 2006
Niesłychanie mnie kręci wiosenne flirtowanie, motyle budzą się do życia i przyjemne łaskotanie zatacza kręgi pod brzuszkiem.
***
A weekend grzeczny.
W piątek wesoła popijawka z dziewczętami z firmy, w sobotę pierwszy warsztat twórczego pisania, a wieczorem "Zwał" w Teatrze Polskim. Po tym spektaklu obiecałam już sobie, że moja noga prędko tu nie postanie. Ostatnio bowiem Polski męczy dosłownością, błądzeniem po powierzchni i banałem.
Niedziela leniwa.
Leniwa, pieszczotliwa, odrobinę słoneczna i przyjemna.
A w tym wszystkim jakieś głupie czekanie na poniedziałek.
Dlaczego?
Nie powiem:)

Szatnia w siłowni. Przebieramy się po półtoragodzinnym wycisku.
P: eee a zauważyłaś, że tamta laska pierdnęła?
A: Co?
P: No pierdnęła.
A: Ojej, przy takim wysiłku każdemu się może się zdarzyć.
P: Niby tak, ale wcześniej otworzyła okno, czyli musiła to zaplanować.

 
1 , 2