..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
poniedziałek, 31 marca 2014
A dziś - wbrew chorobom dzieciaków - był fajny dzień. 
Rano zamiast iść do pracy, popędziliśmy do lekarza, który orzekł, że będą żyli. Maluchy choć zagilone strasznie, charczące, świszczące, to wesołe i stabilne, więc bez gigantycznych wyrzutów sumienia, w południe zostawiłam ich z ojcem. Sama zaś pojechałam do Iławy integrować się z załogą zaprzyjaźnionego hotelu. 
Było gotowanie i jedzenie, komiczne ratowanie naszej zupy ogórkowej przez samego szefa hotelowej kuchni i gadanie przy winku. Nawet fajeczka w drodze powrotnej była. Dzięki temu na całe 6 godzin zupełnie zapomniałam o kaszlu i kichaniu własnego potomstwa. 
Do domu wróciłam punkt dwudziesta - uśpiłam małe dziecię, większemu dzieciu opowiedziałam o hotelu, który wygląda jak pałac. Przy opisie kranów, w których woda sama leci, kibelków, gdzie woda sama się spuszcza oraz  samozapalającego się światła - chichotał, jakbym opowiadała mu czary-mary.

***
A to moja Stokrotka, jeszcze zanim napadły ją gille






niedziela, 30 marca 2014
Weekend choć wypełniony atrakcjami po brzegi przysłoniły mi choroby dzieciaków. A kiedy dzieci chore, to i ja podupadam na duchu. Chyba tylko dzięki ludziom wokół (dziadkom jednym i drugim, Moni i Asi, z którymi zjadłam wesołe śniadanie w Chilli i odwiedzinom Alutki) nie podupadłam na duchu. Ale jestem już zmęczona tym wycieraniem gili i nieustającym lękiem, czy już szukać lekarza czy jeszcze zawierzać własnej intuicji. 

Od kilku tygodni zmagam się z jakimś potwornym wyczerpaniem i mam kryzys macierzyństwa, który mija jak ręką odjął gdy tylko wyjdę z domu na kilka godzin oraz wraca niczym bumerang, kiedy jestem w centrum domowego "chałosu" - jak mówi Antek. 

Na koniec tylko mała anegdota:

Uczę Antka samodzielnie robić zakupy. 
Antek  z pełną powagą do sprzedawczyni w mięsnym:
- Poproszę tę chudą kiełbaskę, która leży obok tej czarnej grubej, co wygląda jak kupa!



czwartek, 27 marca 2014
Dziś krótko, bo senna jestem. Energia ze mnie ulatuje jak powietrze z balonika - mam ochotę usiąść na grzbiecie czułej bestii, wtulić się w miękkie białe futro i przemierzać świat jej rozkołysanym krokiem.
Zamykać oczy, gdy mi sennie i budzić się na kolejnym kontynencie wrażeń. 

Taka dziś jestem zmęczona. 
Ale na grzbiecie bestii mogłabym jeszcze pogalopować na koniec świata.


środa, 26 marca 2014
Jak tu napisać szczerze, żeby nie zabrzmiało niczym manifest wyższości. 
No trudno - niech zabrzmi, choć naprawdę nie o to mi chodzi.

Dziś chodzi mi o polską średnią krajową, której na co dzień nie dostrzegamy, bo żyjemy w swoich towarzyskich i zawodowych niszach.

Na Kowalskiego lub Kowalską natykamy się w kolejce do lekarza rodzinnego albo (jak dziś) na zebraniu w przedszkolu. Mnie spotkania ze statystyczną Kowalską rozkładają na łopatki. Jak to mawia czasem mój ulubiony Poniedzielski, oczy statystycznych Kowalskich wyrażają głęboką tęsknotę za rozumem. 

Więc kiedy słyszę beblanie będące zlepkiem przesądów, mitów i zabobonów, przypominam sobie jeden z ulubionych wierszy Tuwima "Straszni mieszczanie" i wtedy trochę mi raźniej.  

Wg badań z 2012 roku statystyczna Polska Matka ma dla siebie 26 minut dziennie - w tym czasie ciężko zrobić makijaż i jeszcze przeczytać gazetę. 

Konflikt jak z greckiej tragedii. 
A to tylko zwykła polska nowela. 

Nie będę dodawać, że uratować nas może tylko gender - hahah!
poniedziałek, 24 marca 2014
I finał sesji,
bo wszystko, co przed finałem może nie nadawać się do publikacji w sieci. 
Fanom roześlemy na priv - haha!


niedziela, 23 marca 2014
Jak Koło Gospodyń Miejskich spotyka się na darcie pierza to już wiadomo - wióry będą lecieć i okolica zadrży w posadach. 
Tak było i tym razem, choć zaczęło się zaskakująco i dość nieoczekiwanie się skończyło - przynajmniej dla niektórych, hihi:)
Ale od początku.

MAKIJAŻOWE DZIEWICE

 Spotykałyśmy się w wersji saute, piękne naszym naturalnym pięknem, czyli, oczy szparki, pod oczami cienie, blada cera, a ja - wiadomo - kompletnie bez brwi. 
Wszystko dlatego, że zaczynałyśmy warsztatem makijażu "Smokey eye",  aby być piękne nie tylko na sesję, ale już na zawsze. Po krótkim wstępie prowadzącej - Marzeny Tarasiewicz - było jasne jak słońce, że poza Tymisiową, wszystkie jesteśmy makijażowymi dziewicami. Ja osiągnęłam chyba najwyższy poziom niewinności, bo moja kosmetyczka to: tusz, kredka, podkład i jeden cień, który - uwaga! w roku 2008 - dostałam od Haneczki. Kiedy więc posypały się takie terminy jak bazy, pudry, róże, korektory i inne bajery wiedziałam, że to nie moja bajka, ale egzotyczna i miła.
Po takim kursie raz na ruski rok wklepię na buźkę te wszystkie magiczne mazidła i wtedy zobaczycie, jaka jestem śliczna. 

JAK w SZKOLE
Warsztaty zabawne, bo Marzena niczym generał torpedowała naszą fantazję, odsuwała kieliszki  z winem , talerze z sałatkami, uciszała rozmowy i karciła za używanie telefonów, a my - jak zdolne, ale leniwe uczennice - chciałyśmy jednocześnie plotkować i dostawać piątki za aktywność. Oko, proszę Państwa, to ważny temat. Szczególnie to seksowne, przydymione oko na wieczór!

7 MUZ NA BIAŁEJ KANAPIE
Po 2 godzinach z naturalnych piękności dla koneserów przeobraziłyśmy się w gwiazdy luksusowego magazynu. I w tym anturażu każda z nas miała 3 minuty sam na sam z fotografem. Mała rozgrzewka przed finałem. 
Bo na koniec pojechałyśmy do studia, w którym zrzuciłyśmy z siebie prawie całe ubranie i tam na białej kanapie pozowałyśmy do zdjęcia, zainspirowanego fotami jednej z moich ulubionych fotografek Annie Leibovitz

Fotograf dał radę, mimo że wino lało się szerokim strumieniem, a siedem panien z każdą minutą miało coraz to śmielsze pomysły. 
Kiedy przed dwudziestą padł ostatni strzał migawki, byłyśmy skonane. Dwie godziny robienia make-upu, picie wina od czternastej i jeszcze pozowanie do zdjęcia. Istna harówa! Wszystkie zgodnie stwierdziłyśmy, że szczerze współczujemy takiej Kate Moss i za żadne skarby nie chciałybyśmy być światowej sławy modelkami. 

BEZ KROPKI NAD I
Resztkami siły potoczyłyśmy się jeszcze na kolację do Via Napoli, a potem na wino do Highlandera. Teraz niecierpliwie czekamy na foty z backstage'u oraz efekt końcowy. 

To był dobry czas i bardzo się cieszę na te foty, ale wiem, że największą wartością KGM-u jest dla mnie gadanie, które daje mi energię i poczucie bliskości. Wczoraj w tym szaleństwie zabrakło nam czasu i sił na zwykłe bycie ze sobą. A właśnie to zwykłe bycie ze sobą jest dla mnie jądrem, nie!, jest dla mnie sercem i cipką KGM-u.

Tej kropki nad "i" wczoraj nie zdążyłyśmy postawić. 
Może to pretekst do kolejnego spotkania?
Tym razem bez błysku fleszy poproszę:)












czwartek, 20 marca 2014
Zawsze wzruszałam się na filmach. 
Oglądając Titanica, płakałam już, gdy wypływał z portu. To przez "bohaterską" muzykę, jakby powiedział mój Antek. Płakałam jak dziecko, nie!, szlochałam na "Bodyguard", "Mieście Aniołów" i "Życie jest piękne", "Billym Eliocie", "Tańcząc w ciemnościach" i kilku innych. 
To już standard, że z kina wychodzę z rozmazanym okiem i zasmarkanym nosem. Na piosenkach też płaczę. 

Od kiedy mam dzieci, wzruszam się jeszcze mocniej. 

Dziś wzruszyłam się na "Tajemnicy Filomeny" - filmie świetnym, choć wcale nie ckliwym. 
Ale mi do płaczu niewiele brakuje.
Zwykle jestem o krok od łez.
Na szczęście do śmiechu mam jeszcze bliżej.



 
środa, 19 marca 2014
TAKI JEST PLAN!
Koło Gospodyń Miejskich w postaci siedmiu kobiet wspaniałych w najbliższą sobotę weźmie udział w warsztacie makijażu, aby następnie pozować do kolejnej sesji zdjęciowej, której zwieńczeniem będzie duża fotografia "KGM - odsłona glamour":))

Na koniec ruszamy w miasto!
Uwaga Olsztynie strzeż się!

Kolekcja plakatów KGM limitowana.
Kto sobie nas powiesić na ścianie, niech już zamawia:)))



O Kołach Gospodyń Miejskich pisze też "Twój Styl"
"One wszystkie mówią równocześnie, bo im po prostu szkoda czasu":))
wtorek, 18 marca 2014
Zadzwoniłam do Babci po kilku tygodniach milczenia, jak zwykle pełna wyrzutów sumienia, że rzadko się odzywam.
- A ja mam już dla Ciebie prezent urodzinowy! - wykrzyknęła radośnie. 
- Babciu to dopiero w czerwcu!
- Wiem, wiem, ale nie mogłam się powstrzymać. Zresztą możesz dostać wcześniej. 
- No to bardzo mi miło. 
- Ten prezent waży trzy kilo!
- babcia buduje napięcie.
- Trzy kilo? Hmm nie mam pojęcia!
- Ma trzy kilo i dwa tomy!


Jak trzy kilo i dwa tomy to musiała to być "Antologia polskiego reportażu" pod redakcją Mariusza Szczygła. Babcia po omacku trafiła w dziesiątkę. Miałam bowiem ogromną chrapkę na te zbiory i tylko cena nieco mnie stopowała. Ucieszyłam się więc ogromnie. Z książki też, ale przede wszystkim dlatego, że moja 85-letnia babcia nadąża za światem, za literaturą, i mimo różnych starczych dolegliwości, ma w sobie i ciekawość, i entuzjazm, i chęć chłonięcia nowości : z jednym uchem przytkniętym do radioodbiornika, z drugim do odtwarzacza z audioboookami, z niewidzącymi oczami śledzącymi wydarzenia w TVN24.
Szacun babciu:)



Dziś przypomniałam sobie naszą ostatnią rozmowę telefoniczną, w dniach kiedy ostrzelano ludzi na Majdanie.
- Cześć Babciu, co słychać?
- A co ma być słychać. Od rana na wojnie siedzę!


poniedziałek, 17 marca 2014
Równo rok temu, mniej więcej po 22.00, czekając na magiczną datę 18 marca - dzień, od którego Tusk obiecał roczne macierzyńskie - wyluzowałam. Dotrwałam do grubej czerwonej kreski i wreszcie mogłam rodzić. Po 8 tygodniach leżenia, abstynencji  seksualnej i stresu, wstałam z kanapy, poszłam żwawo pod prysznic, pokochałam się z Endriuszą i chwilę po północy zaczęłam rodzić. Pola okazała się pierwszym dzieckiem urodzonym 18 marca w Olsztynie, więc tego dnia była nie tylko moją gwiazdą, ale i gwiazdą lokalnych mediów. 



Ten rok nie minął nam wcale szybko - był długim rokiem pełnym przygód, zmęczeń, wniesień i zjazdów też.
A dziś czas na krótkie podsumowanie. 

Moja roczna córeczka jest cudem zupełnie innym niż jej brat. 

Ma apetyt wilczycy (ze smakiem zje i tatara, i śledzia, i ryż z sosem chilli, i kocią karmę - słowem wszystko, co jadalne.) Ma siłę w nogach atletki.
Jest odważna w zetknięciu z przestrzenią i przeszkodami, śmielsza od Antka w próbowaniu nowości, bardziej wytrwała, gdy trzeba podnieść się z upadku.
Ale co ciekawe - ma więcej lęków separacyjnych, potrzebuje czasu, aby oswoić się z ludźmi, a kolana mamy są jej ulubionym azylem, kiedy wchodzi w nieznany sobie krąg osób. 
Nie interesują jej bajki, które Antek oglądał z pasją od 4 miesiąca życia, ale przepada za książeczkami - uwielbia je przewracać i oglądać ilustracje. 

Chodzi już całkiem pewnie, sama wdrapuje się na kanapę i z niej schodzi,  mówi "ko" na kota, "ampa" na lampę, z uporem odmawia powiedzenia "Mama". Rozumie, gdy proszę ją, aby zaśpiewała, udawała, że chrapie, zrobiła "pa, pa" albo "tuli tuli", zatańczyła czy biła brawo. 
Szaleje za muzyką - wtedy tańczy całą sobą. Uwielbia też koty, psy i ptaki. 



Kocham ją obłędnie i już wiem, że miłość jest podzielna przez wszystkie liczby świata. 
Gdy o niej myślę, nie unikam porównań z Antkiem. Porównuję stale, ale dbam o to, aby nie wartościować. Zachwycam się i zadziwiam różnicami i podobieństwami. Zachwycam się każdym z nich z osobna. I każde z nich z osobna kocham miłością jedyną i wyjątkową. 

Pollyanno słodka - wszystkiego najlepszego szelmo mała moja. 




niedziela, 16 marca 2014
Słońce z dnia na dzień zamieniło się deszcz ze śniegiem, a wiatr wywiał z domu tylko najtwardszych. Znam takich, co w ten weekend potopili samochody i powybijali sobie szyby w ramach męskiego relaksu. Ja relaksowałam się zgoła odmiennie - zero adrenaliny i żadnych emocji. Uprawiałam zwykłe nudne zasmarkane chorowanie (Nie poszłam nawet na Strachy na Lachy, choć miałam już bilet!)
Pocieszam się jednak, że to na pewno ostatnie przeziębienie w tym sezonie i jak się tylko wyliżę, wchodzę śmiałym krokiem w wiosnę. Do jeziora też wkroczę - a co!

A to zdjęcia ze spaceru z Pawłem. Wtedy jeszcze słońce świeciło jak zwariowane, a ja - jak co roku - dałam się nabrać, że skoro raz mnie połaskotało, to już zawsze będzie łaskotać.
Zapomniałam, że wiosenne słońce gorsze niż kochanek - zdradzieckie i niedoścignione. Pozostaje więc czekać:  jak kocha (a kocha!), to wróci. 
Więc wycieram nos i wyglądam przez okno niczym Julia. 




Fotografował Paweł 
czwartek, 13 marca 2014
Kiedy miałam jedenaście lat i pojechałam na ferie do Kołobrzegu, babcia załamała ręce. Zamiast przywitać cudną wnusię w sukience, zobaczyła krótkowłosą chłopczycę w czarnych rurkach i bluzie z kapturem. A tak marzyła, abym została łyżwiarką figurową!
Rodzice - liberalni i zawsze zapracowani - nie mieli głowy do wychowawczych niuansów, a jednak pamiętam, jak mama karci mnie, że nie zachowuję się jak dziewczyna, tylko jak "gitmana":D

To wszystko było ćwierć wieku temu. Wtedy Polska przechodziła tak gigantyczne zmiany gospodarcze, że nie było klimatu na kobiety. Dziś jest zupełnie inaczej - dziewczyny się uczą, doskonalą, rozwijają znacznie dynamiczniej niż mężczyźni. Kobiety do późnej starości często są aktywnymi babciami, działają w  lokalnej społeczności, oddają się swoim pasjom (moja mama zajęła 2 miejsce w turnieju brydżowym!) albo pracują, podczas gdy wielu facetów tkwi w szponach nałogu (daleko szukać nie muszę), zapuszcza się, gnuśnieje.
(Wyjątki potwierdzają regułę)

A zatem na nas - młodych rodzicach - spoczywa wielka odpowiedzialność, aby przygotować dzieciaki do funkcjonowania w nowym społeczeństwie, w którym role kobiet i mężczyzn będą się polaryzować. Niezależnie, czy wrogowie gender tego chcą czy nie, tak się już dzieje. Era kobiet to nie prognoza, ale fakt drodzy Państwo:)

O Antka się nie martwię - ma fajnego tatę i już jako trzylatek pomaga w gotowaniu, w sprzątaniu i nieobce mu są "babskie sprawy", ale kiedy myślę o Poli, nie mam już tej pewności, czy uda mi się dać jej moc i wiarę w to, że kobiecość w niczym jej nie ogranicza. Chciałabym, aby śmielej niż jej matka realizowała swoje zawodowe pasje, sięgała po awans, kasę i władzę, choć - spoko - matka się ciągle uczy:)

Ten przydługi wstęp miał być zakończony relacją z dzisiejszej konferencji Kongresu Kobiet, w której miałam przyjemność uczestniczyć, ale nieco zaburzyły mi się proporcje. 

A może o to właśnie chodziło, aby pomyśleć dziś o sobie?
I wrócić do chaty z poczuciem mocy oraz głową pełną kłębków inspiracji. Ja wróciłam. 

To był dob
ry kobiecy dzień.
 
A żeby zadość uczynić nie tylko głowie i duszy, zakończyłam dzień zakupami. 
Mam fajne butki na wiosnę i bieliznę na nadciągającą sesję KGM-u. 
7 półnagich kobiet i jeden fotograf.
Obiektyw się spoci jak nic:))
środa, 12 marca 2014
Umiem w pędzie zjeść śniadanie, mówić szybciej niż myśleć, w biegu napisać scenariusz, nie zwalniając tempa, rozważać własne być albo nie być, gadać w truchcie i kochać się sprintem.

Więc pędzę i się zachwycam. Bo zachwycać 
się też umiem  błyskawicznie. 

Zachwycają mnie wiosenne poranki, ptasie radio o świcie, które mi gra, kiedy lecę do pracy, zapach słońca (bo słońce pachnie!), i wąskie prążki, które o poranku i o zachodzie wpadają przez okna mansardy jak złote strzały.

Zachwycają mnie hiacynty - ich mięsiste sylwetki o drobniutkich kwiatach nasyconych kolorem, oszałamia woń - silna i delikatna. Uwielbiam ten niepowtarzalny moment, kiedy przyłapuję hiacynta w chwili wybuchu, gdy rozchyla swoje płatki i po raz pierwszy tryska hiacyntowym zapachem. 

I cieszę się, że hiacynty nie umierają. Gdy przekwitną, mogę je przenieść do ogródka i czekać aż znów zakwitną. 




wtorek, 11 marca 2014
Żyję - STOP - odezwę się - STOP - jak zwolnię. 

Albo jak mnie zwolnią - może wtedy będę miała więcej czasu:)

***
W łazience:
- Mamo, a dlaczego Ty się tak przeglądasz w lustrze?
- Stoję koło lustra, to się w nim przeglądam. 
- A tata jak stoi koło lustra to się nie przegląda. 


no i znów stereotyp pokonał gender:)
sobota, 08 marca 2014
Świętowanie Dnia Kobiet rozpoczęłam już wczoraj fajnym spotkaniem z Monią, które było za krótkie, aby o wszystkim pogadać, ale za długie, aby zakończyć je trzeźwą mową. 

A dziś wyciągnęłam wszystkich na bajeczne słońce i zajęłam się porządkami ogródka oraz sadzeniem kwiatów, bo nic mnie tak nie relaksuje jak gotowanie i prace ogrodowe, taka ze mnie kobietka:) 

Potem zrobiłam ekspresowy makaron ze świeżym pesto, nakarmiłam familię i popędziłam na wietrzenie szafy do Playchoola. Dużo babek, energetyczny chaos, niezobowiązujące gadki i śmiech. Bo gdy są kobiety, musi być i chichot. 

Aż wreszcie wieczór - taki jak lubię. Endrju na piwie z Pawłem, a ja sama.
Piję wino, słucham ładnych piosenek w Trójce, czytam teksty z Codziennika Feministycznego, oglądam Fakty i nic się nie dzieje - a mi tak dobrze. Wypełnia mnie spokój i radość zwyczajności. 

Lubię być kobietą.
Rozpiętą  pomiędzy biegunami emocji, rozdartą przez sprzeczne pragnienia, zanurzoną w subtelnościach i drganiach, dostrzegającą niuanse i odcienie, bogatej bogactwem wyobraźni, kreującą nowe życie i idee, pełną pasji i namiętności o sile tysiąca atletów, którzy zjedli tysiąc kotletów. 
I lubię kobiety. 











środa, 05 marca 2014
Pędzę. Dzwonią starzy znajomi, pogadać chcą, pytają, co u mnie.
A u mnie nic  - ja ciągle w pędzie.
Nie wiem, czy to stan mojej głowy, czy prawdziwe tempo życia. 
Pewnie to pierwsze. 
Wybiegam z domu o 7.20.
Na rozgrzewkę lekcja języka - jak mnie to jara! Raz mamy Amerykanina - Jeffa, raz Brytyjczyka - Krisa. Ponoć w następnym tygodniu ma być Hugh Grant. 

Od 9.00 zaczyna się młyn pracowy - piszę, gadam, myślę i gadam, piszę i piję. 
Siadam, wstaję, chodzę, wracam do komputera, kręcę się na karuzeli krzesła w poszukiwaniu inspiracji, aby po 15.00 zamknąć za sobą drzwi i biegiem zebrać dzieci.
(tak, tak mój dzień w pracy będzie miał  7 godzin przez najbliższe dwa lata - fajnie, co?:)

Wreszcie w domu? Nic z tego. W domu do 18.00 spędzam czas przeważnie na podłodze przygnieciona dwoma kotłującymi się ciałkami. To czas, kiedy mogę je wytulić i wycałować, kiedy mogę się na nie napatrzeć. Bawić się nie lubię, więc raczej udaję zabawę, pokątnie coś podczytując. Z jednej strony marzę już o wieczorze, z drugiej bardzo trudno mi wyjść z domu i przegapić popołudnie z maluchami.
Po 18.00 zaczyna się dwugodzinny maraton - sprzątanie zabawek, kolacja, kąpanie, bajki na dobranoc i kiedy już wybija moja ukochana 20.00, wreszcie zwalniam.

Gasną silniki rakiet, opadam na łóżko i mam czas dla siebie, choć i wtedy rozpędzone myśli jeszcze gdzieś gnają, jeszcze galopują. 

Czasem coś obejrzę (wczoraj Blue Jasmin), trochę popiszę, pogadam, powłóczę się po sieci i czas pójść spać. Aby jutro przed szóstą od nowa odpalić rakiety i wstrzelić się wir codzienności. 
 
Najbliższym wyłomem z tej rutyny jest piątkowy knajping z Monią, na który bardzo się cieszę. 

A teraz pędzę obejrzeć Fakty, potem kilka stron przed snem i lecę spać. 
Na szczęście sny moje są wolne od wszystkiego.
Pędzą tylko, gdy chcą, a czasem snują się leniwie i opadają lekko jak letnie mgły. 
wtorek, 04 marca 2014
Piję popołudniową kawę, siedząc przy kuchennym stole i słyszę, jak moje starsze dziecko śpiewa. 
Wstaję. Zaglądam do pokoju.
Antek siedzi przy stoliku, rysuje i śpiewa:

ham, ham, ham 
wszystko mam!
niczego mi nie brakujeeee
wszystko znalazłem saaam!

słowa i muzyka
- Antonio:)


poniedziałek, 03 marca 2014
Człowiek przedmedialny żył sprawami własnej zagrody - dotyczyło go tylko to, co lokalne, co w zasięgu zmysłów, własnych nóg, wreszcie powozu, a potem kolei. 
Świat został zrewolucjonizowany przez.. telegraf.

Dziś - dzięki telewizji i sieci - jesteśmy obywatelami świata, a to znaczy, że jednej nocy możemy być i na wojnie, i na gali wręczenia oscarów. Karnawał w Rio miesza się nam z karnawałem na Majdanie. 

Upiorna mozaika. 

Mnie się czasem udaje cofnąć do przedmedialnej ery - żyję własnym podwórkiem i dobrze mi z tym. Taki był ten wekeend. 
Ale wyszłam do ludzi i już wiem: na Krymie rosyjskie wojska, Cate Blanchett ma Oscara, a dziś jest Dzień Pisarki. 



niedziela, 02 marca 2014
Na wczorajszych urodzinach Janiś w Highlanderze - w gronie kameralnym, ale pamiętającym czasy własnej świetności, gdy co weekend wszystkie nasze drogi prowadziły do Okopu, ustaliliśmy, że:

"etap budowania własnej zajebistości mamy już za sobą". 

Teraz przyszedł czas, aby zaakceptować własne niedoskonałości i cieszyć się niedoskonałym, ale swoim  jednym i niepowtarzalnym życiem.

W ciągu ostatnich dwóch dni - zjadłam niepowtarzalne śniadanie z Tymi i Iwą, wylegiwałam się niecodziennie w łóżku aż do południa, zrobiłam jedyne w swoim rodzaju kotlety sojowe, nie wspominając o sałatkach i zupie brokułowej, zarejestrowałam pierwsze kroki Pollyanny i szczęśliwie dobrnęłam do końca weekendu. 

- Kto by pomyślał, że nadejdzie taki czas w życiu - westchnął Szymon na sobotnim spotkaniu - kiedy człowiek będzie z utęsknieniem czekał na poniedziałek, aby wreszcie się wyspać i odpocząć. 

A wszyscy ze zrozumieniem pokiwali głowami. 

Jutro wstaję i biegnę do alcatraz po chwilę oddechu.