..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 31 marca 2009

Aby nie trwonić czasu podczas dyżurów w kramiku, wyruszam w podróż sentymentalną po starych fotografiach.
Zaczynam od roku 2005, czyli cofam się w czasie od chwili, kiedy założyłam bloga.
Na przystawkę niech będą dwa rejsy: http://www.flickr.com/photos/pr0myczek/


Pamiętny Rejs Gazety Poetów i Malarzy. Na zdjęciu z architektem, którego imienia, ani nazwiska nie pamiętam, ale pamiętam, że wydał mi się wtedy bardzo interesujący:)))
***
Minęły niecałe cztery lata, a tyle się wydarzyło...
Czas tamten wspominam z wielkim rozrzewnieniam i szerokim uśmiechem.

poniedziałek, 30 marca 2009
Usłyszałam wczoraj tę piosenkę w radio, kiedy wracałam z Helu. Almerka mknęła krajową siódemką, falując na rozkołysanych wzgórzach Pomorza, a Luciano i Lucio śpiwali, rwąc mi serce z piersi.

A ja - kwadrans po powrocie - umyłam wszystkie okna w mansardzie.
Tak kobieta przyziemna czerpie energię z pięknych pejzaży, potęgi natury i sztuki:)) 




Tymczasem we mnie endrofiny jak skowronki rozświergotane, radość niczym pąki kwitnące, a głód życia tak wielki jak u niedźwiadka wybudzonego z zimowego snu.
Ruszam na łowy. 
Poluję na przygodę.
Nie wiecie, gdzie się skryła?
niedziela, 29 marca 2009

Wyprawa na Hel była naprawdę pysznym pomysłem!
Pogoda dopisała, Dom Bursztyn okazał się bardzo przytulnym pensjonatem, a sam Hel czarującym miasteczkiem z pięknymi rybackimi chatami i urokliwymi knajpkami.

Spędziliśmy wspaniałe dwa dni i najchętniej już za tydzień pojechałbym tam ponownie.


Pierwsze zachłyśnięcie się plażą na cyplu Helskim, skąd wyruszyliśmy w drogę do Juraty.




Za zanurzenie stóp w Bałtyku dostałam od Mamy opieprz, że mało mi telefon nie pękł.
Dobra rada na przyszłość - kłamać. Za szczerość zawsze dostaje się po głowie.







- Kochanie, a Ty lecisz na starsze laski?
- Nie. Lecę na Ciebie.
- No ale gdyby mnie nie było, to byś leciał?
- Nie wiem, wiek nie ma znaczenia.
- A na młodsze? Podobają Ci się młodsze?
- Jezuu, nie, Ty mi się podobasz. Może jak będę po czterdziestce...
- To będziesz leciał na młodsze?
- Może będę leciał. Na szczęście Ty jesteś młodsza o pół roku.





Rybki, rybki, rybki.
W porcie helskim mewy wiedzą, co dobre, dlatego warują przy kutrach, gdzie tyle dobrego.

W Maszoperii serwują smakowitego dorsza w cieście piwnym.
A piwko w Kapitanie Morganie.
Natomiast na łososia w sosie pieprzowym tylko do Fiszerii.

Więcej fotek TU.

piątek, 27 marca 2009

W piękny piątkowy poranek, leżąc jeszcze w łóżku, Endrju jak zwykle pastwi się nade mną, przypominając mi o tym, że jestem zła, nieznośna i w ogóle - same wady.  Staram się odpierać ataki, ale w końcu rezygnuję: 

ja: widziały gały co brały. Zresztą zawsze możesz zrezygnować.
Endrju: traktujesz nasz związek jak zestaw w McDonaldzie, z którego można zrezygnować w połowie bez większego żalu.
ja: Oj, jakiś tam żal na pewno by był.
Endrju: Jasne, Ty i żal, już to widzę.
ja: Czy naprawdę uważasz mnie za aż tak bezuczuciową sukę?
Endrju: Ależ skąd! Ty jesteś bardzo uczuciowa.
ja: No widzisz!
Endrju: Twoje uczucia to na przemian złość i wkurw. 


I z tą optymistyczną konkuzją zaczynamy nasz romantyczny weekend.
Idę się pakować i...
go to HELLLLL:)

czwartek, 26 marca 2009

Śniło mi się, że mój kramik znajdował się w niewielkim drewnianym i przenośnym domku. Kiedy jechałam na wakacje, brałam ten domek ze sobą i tam sprzedawałam bibeloty.
Kramik stał na łące i w odległych miastach, stał również w tropikach i gęstych zapomnianych lasach.
A potem przyśniła mi się śmierć.
Albo sens życia.
Obudziłam się z rozedrganym sercem i wilgotnymi oczami.
Wędrowałam po wzgórzach Tybetu i razem z kobietami ugniatałam ciasto.
A one mówiły mi, że żyjemy, po to, aby umrzeć.
I jak mantrę powtarzały zdanie:
"Jeśli śmierć nie nadejdzie przedwcześnie, z radością wejdę przez jej otwarte drzwi."

Codziennnie oswajam się z myślą, że dzień otwarcia drzwi może nadejść w każdej, najmniej oczekiwanej chwili. Ale to nie odbiera mi radości istnienia.
Wręcz przeciwnie.
Żyję w pośpiechu za uciekającym życiem. 

 

środa, 25 marca 2009

Z tym chińskim rokiem bawoła to nie są żarty. 
Nie bywam przesądna i uważam się za osobę dość twardo stąpającą po ziemi, ale będę upierać się przy tym, że bawół ostrzega.
Tyle chorób, wypadków, śmierci, zdrad, rozwodów, finansowych krachów i niepewności jutra nie widziałam jak żyję, czyli całe 28 lat. 
To rok zmian i upadków.
Aby dać nam szansę na chwilę refleksji, opamiętania, ponownego ustalenia priorytetów.
Jak go wykorzystamy, to już zależy od nas.
Ja ciągle zażeram.

Zażeram pustkę łapczywym łykaniem chwil, które przybijam niczym martwe motyle w gablocie doznań. Kolekcjonuje wrażenia na wypadek choroby lub  przedwczesnej śmierci. Żyję na zapas, bo może nie ma czasu, może nie ma jutra?

wtorek, 24 marca 2009

Żeby nie było, że u mnie tak różowo i tylko motylki, kwiatuszki i uśmiechnięte słoneczko, to teraz coś mniej pastelowego:
Mamy kryzys z Endriuszą. Nie gospodarczy. Życiowy.
Kryzys polega na tym, że on ciągle pracuje, a ja nie. Zresztą mnie praca nakręca na więcej, a jego wypompowuje.
Ja chcę zażerać to moje marne życie, tę pustkę egzystencjalną, a on w życiu potrzebuje snu, spokoju i wyciszenia.
Mnie pomysły bombardują i zaraz mam ochotę wcielać je w życie, a Endrju zwykle mówi: zobaczę, pomyślę, zastanowię się, spróbuję.

Jesteśmy jak jing i jang, jak plus i minus, jak czarne i białe.
Dopełniamy się, ale czasem bywa i tak, że każde ciągnie w swoją stronę i nie chce ustąpić.
A potem są żale, przykre słowa, które  zbyt łatwo przechodzą mi przez gardło i poczucie wzajemnego niezrozumienia.

Ale damy radę.
W weekend pojedziemy nad morze, na Hel. Potrzebujemy chwili oddechu. Nie od siebie. Potrzebujemy razem wziąć głęboki oddech.

****
Z doniesień towarzyskich:
naszemu znajomemu, olsztyńskiemu pisarzowi, urodził się syn Zbychu.
- Tylko żre i ryczy - powiedział Jacek - ten żarliwy pesymizm oddziedziczył po mnie.

poniedziałek, 23 marca 2009

Wchodzą małe dzieciaki do mojego kramiku, oglądają kolczyki, patrzą na ceny, w końcu jeden wypala:
- Ale tu drogo, co?
Na to drugi odpowiada ze znawstwem:
- Bo ten sklep to chyba drogeria.

niedziela, 22 marca 2009

Sobotni poranek powitałam o świcie, bo jechaliśmy z rodzicami do Łodzi.
Wybraliśmy się po tkaniny na wiosenne szale do kramiku.
Mamcia cała w nerwach zainstalowała się na tylnym siedzeniu, aby w razie czołowego zderzenia ujść z życiem, my natomiast, czyli ja i Tata: odważnie, bo z przodu.  Ktoś w końcu musiał prowadzić i był to Ojciec.

FARYZEUSZE!
Pierwsza godzina upłynęła nam pod hasłem histerycznych zawołań Mamulki: "jak jedziesz?!", "Nie wygłupiaj się!", "po co wyprzedzasz?", ale po jakimś czasie ciut wyluzowała.
- Zastanawiam się, czy nie zaszczepić się przed kleszczami - zastanowił się Tatko.
- Jakbyś się mył codziennie, to kleszcze by Ci nie zagrażały, bo kleszcz zanim się wbije, prawie dobę szuka miejsca na ciele człowieka - wymądrzyła się Mama.
- Faryzeusze! - zakrzyknął Tatko - Ci, którzy się codziennie kąpią są faryzeuszami!
- O czym Ty mówisz?
- włączyłam się.
- Nie czytałaś ostatniej "Polityki"?- zdziwił się ojciec  - Ci się często myją, którzy mają brudne sumienie. Ja mam czyste sumienie, a wy jesteście faryzeusze!

PIES PRZEZNACZONY
Minęła kolejna godzina, a może półtorej, zbliżaliśmy się już do Łowicza. Od dobrych kilkudziesięciu minut zamierzaliśmy się zatrzymać na papierosa i siusiu, w końcu wjechaliśmy do jakiegoś lasu i Tata zadecydował, że staniemy na najbliższym skromnym poboczu. Zatrzymaliśmy auto tuż nad rowem i wtedy mama zakrzyknęła:
- Zobaczcie, pies!
Wyjrzeliśmy przez okno, rzeczywiście w rowie znajdował się pies. Podeszłam do niego - leżał cały przestraszony, nie szczekał, tylko ciuchutko skomlał. Nie wyglądał na poturbowanego, ale kiedy nas zobaczył, bardzo się ucieszył i zaczął się łasić.
- Nie możemy go tutaj zostawić - powiedziała Mama.
- Oczywiście, że nie! - zgodził się Tata. - To musiało być przeznaczenie, że zatrzymałem się akurat w tym miejscu, gdzie on leży.
Pięć minut później jechaliśmy już w kwartecie: Mama, Tata, ja i... pies.
- Świetnie - skwitowała sytuację Mama. - U nas jak zwykle wszystko na opak. Pojechali po tkaniny, a wrócą z psem.

KLESZCZOFOBIA
- Aaaa kleszcz! - zakrzyknęła Mama i pokazała nam kleszcza wędrującego po sierści psa.
- No kleszcz, kleszcz - potwierdził Tata. - Weź go w palce i wyrzuć za okno.
- W życiu! - wydarła się Mama. - Jeszcze wbije mi się w palec! Zabierajcie stąd tego psa! Agnieszka weź go ode mnie!
- Zaraz, zaraz
- zreflektował się Tata - A nie mówiłaś przypadkiem, że kleszcz zanim się wbije, krąży po ciele dobę?

DZIECI I PSY WSTĘPU NIE MAJĄ
- A może wy go weźmiecie do mansardy? - pojawił się nowy pomysł.
- No, no, zadzwonię do Andrzeja w tej sprawie - powiedziałam i zadzwoniłam:
ja: (radośnie)  Kochanie mamy psa!
Endrju: Jakiego znów psa???
ja: No znaleźliśmy przy drodze psa, więc do domu wrócę z psem.
W słuchawce cisza. Endrju na psy i dzieci reaguje z podobnym entuzjazmem.
ja: Cieszysz się?
Endrju: (wolno cedzi słowa) A nie lepiej będzie mu na wsi?
ja: Ee na wsi już dwa psy są, a my nie mamy żadnego!
Endrju: Wybacz, ale kot całkowicie zaspokaja moje potrzeby emocjonalne.
ja: A co z moimi potrzebami???
Endrju: Od zaspokajania twoich potrzeb jestem ja!

ZUZIA PSINA NIEDUŻA
A zatem pies ochrzczony na szybko Zuzą wylądował na wsi.
Dziś pojadę zobaczyć jak się aklimatyzuje. Może wrócę z psem?
Ale jeśli by się tak stało, to Endrju lada moment wystawi moje walizki na wycieraczkę.
A wtedy zamieszkam w "Diable" i dopiero będzie wesoło:)
W końcu musi się coś dziać, bo życie krótkie, a jutro nieznane, prawda?

piątek, 20 marca 2009

Aby zadość uczynić tradycji, utopiliśmy dziś z Michałem marzannę.
Naszą dywersyjną akcję zrzucania marzanny z wiaduktu do rzeki (co groziło mandatem w wysokości 1.000 złotych) uwieńczyliśmy wyprawą na placki ziemniaczane do baru mlecznego "Rodzynek".
Wiosna ma już otwarte wrota, aby przestąpić warmińskie progi:)


Twórcy Marzanny we własnej osobie

Na drugim planie moje liceum - elo dwa:)


Prowodyr akcji - Michał, z  zamkiem olsztyńskim w tle:)

Śniło mi się, że przegapiłam wiosnę. Pewnego dnia spostrzegłam, że balkon mojej Mamy jest cały w kwiatach, a na drzewach są już ogromne płaty liści. Jak mogłam nie dostrzec pączków, które powoli roztulają swoją soczystą zieleń?
Obudziłam się wściekle przerażona, a ulgę przyniósł mi dopiero widok śniegu na dachach. Czyli nie przegapiłam:)
Dziś nawet - o ile nie zawiedzie prowodyr akcji - pójdę utopić marzannę.

Wczoraj natomiast najpierw wybrałam się z Przemciem do kina na "7 Dusz" - filmowy fast food, w chwili jedzenia nawet smaczny, ale nic wartego zapamiętania. Po zapaleniu świateł momentalnie ulatuje w niepamięć. 

Potem zaś całą bandą powędrowaliśmy na Scenę Margines, gdzie grali sztukę chorwackiego dramaturga "Wszystko o kobietach". 
W myśl starej jak świat piosenki, śpiewanej przez Alicję Majewską, kobiety w spektaklu były występne i zdradzieckie, a także obłudne, zawistne, zaborcze i mieniące się tysiącami paskudnych wad.  Żeńska część widowni bez względu na wiek chichotała, zaś panowie siedzieli lekko osłupiali.
My natomiast, czyli ja, Monia, Aśka i Maga już po tym jak opadła kurtyna, stwierdziłyśmy jednogłośnie, że co by nie mówić: wszystko prawda. Takie jesteśmy.
- Że obłudne i zawistne, to jeszcze bym przeżyła - chichotała Monia - ale my jesteśmy przy okazji strasznymi kretynkami!
I z tą radosną konkluzją powędrowałyśmy na piwko do Alchemii. Tam spotkałyśmy, niecałkiem przypadkowo, Szuwarka ze znajomymi. I spędziłyśmy dość przyjemny wieczór, który jak na odpowiedzialnych dorosłych ludzi przystało, zakończyliśmy stosunkowo wcześnie, bo jakoś o kopciuszkowej porze.

A dziś, z okazji wigilii Dnia Wiosny, specjalnie dla Pań:
"Być kobietą"

Być kobietą, być kobietą - marzę ciągle będąc dzieckiem,
być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie...
Być kobietą, być kobietą - oszukiwać, dręczyć, zdradzać
nawet, gdyby komuś miało to przeszkadzać.

Mieć z pół kilo biżuterii, kapelusze takie duże
i od stałych wielbicieli wciąż dostawać listy, róże.
Na bankietach, wernisażach pokazywać się codziennie...
Być kobietą - ta tęsknota się niekiedy budzi we mnie.

Ekscentryczną być kobietą - przyjaciółki niech nie milkną,
czas niech płynie w rytmie walca, dzień niech jedną będzie chwilką.
Jakaś rola w głównym filmie, jakiś romans niebanalny...
Być kobietą w dobrym stylu, Boże, daj mi...

Gdzieś wyjeżdżać niespodzianie, coś porzucać bezpowrotnie,
łamać serca twardym panom, pewną siebie być okropnie...
Może muzą dla poetów, adresatką wielkich wzruszeń?
Być kobietą w każdym calu kiedyś przecież zostać muszę!

czwartek, 19 marca 2009

Mówiłam już, że mam najlepszych przyjaciół na świecie?
Ano mam.
Nie wiem, jak to się udało, ale kiedy patrzę wokół, widzę najbardziej nietuzinkowe, kochane, lojalne i po prostu niezwykłe osoby.
Jedną z nich jest Ewa. Moja zielona szalona Ewa.
Dziś rano zgadałyśmy się na skype i - jak to mamy w zwyczaju - od "co słychać" szybko przeszłyśmy do rozważań natury egzystencjalnej, amatorskiego filozofowania i poszukiwania odpowiedzi na stare jak świat pytanie: "jak żyć?".

Ewcia pożaliła się nawrotami złego nastroju, a ja tradycyjnie utyskiwałam na moją nieprzytawalność do świata.
- Bo Ty powinnaś móc żyć na innych zasadach niż wszyscy - napisała Ewa. - Kiedy się Ciebie pozna bliżej wszystko jest jasne i zrozumiałe i wtedy wiadomo już, że Ty musisz żyć po swojemu.
- Dzięki kochana, chyba oprawię to sobie w ramkę i powieszę nad łóżkiem -
odpisałam rozbawiona wizją wzniesienia mnie ponad normy obowiązujące resztę, ale moja wewnętrzna Istotka podskoczyła radośnie, że wreszcie ktoś wpadł na ten pomysł.  
Pogadałyśmy jeszcze o tym i owym, powiedziałam Ewce, żeby wzięła sprawy w swoje ręce, cycki do góry uniosła i wyszła światu naprzeciw, a sama pojechałam do kramiku.

Kilka kwadransów później dostałam esemesa:
Dzięki, mam lepszy nastrój. Tacy ludzie jak Ty powinni mieć inne prawa ze względu na to, ile radości, optymizmu i świeżości niosą innym. Gdzie się pojawia Agniesia tam młode liście, uśmiech pyska i wiatr w kiecach:)

I kto tu komu poprawił nastrój?
Fajnie mieć przyjaciół. Szczególnie zielonych jak Ewa.

środa, 18 marca 2009

Coś bym napisała, ale weny mi dziś brakuje.
Może dlatego, że od dwóch dni pcham powieść do przodu, a trud to straszny, ból dojmujący i sama nie wiem, po co to robię. Bo przyjemności z tego żadnej. Może taka karma?

Kończę czytać Głowackiego i taka mnie luźna refleksja naszła, że jak facet jest draniem to kobiety mają do niego słabość, bo to w gruncie rzeczy całkiem seksowne, otoczenie przymyka oko, najbliżsi tłumaczą: drań wprawdzie, ale za to wrażliwy.
Albo jakoś tak.
A kobiecie nie przystoi być draniem.
Bo kobieta od razu będzie suką. I nikt się nie uśmiechnie pobłażliwie, a na pewno nie usprawiedliwi:
Suka co prawda, ale bardzo kocha zwierzęta.

Jest w tym chyba coś?
Czy nie?
Jak sądzicie?

wtorek, 17 marca 2009

Moja rodzina jest postępowa od pokoleń, o czym wieloletni czytelnicy tego bloga mieli okazję nie raz się przekonać. Moja 84-letnia Ciocia Heneczka umierając na szpitalnym łóżku, czytała Pilcha, przez którego ja nie jestem w stanie przebrnąć, będąc w pełni sił witalnych . Natomiast moja Babcia - również po osiemdziesiątce - wczoraj znów przypomniała mi, że wiek o niczym nie świadczy. A było tak:

Zadzwoniłam do niej popołudniu, ale nikt nie odbierał. Najpierw na stacjonarny, potem na komórkę. Głucho. Cisza.
Dzwonię za godzinę, dwie, już mam czarną wizję końca, bo ten przecież nadejść kiedyś musi. Już mi smutno, że nie zdążyłam babci odwiedzić, zastanawiam się, czy jechać i wyważać drzwi, czy zawiadomić najpierw rodzinę. Dzwonię po raz kolejny. Trzy sygnały i nagle ktoś podnosi słuchawkę:
- Słucham - mówi Babcia i o dziwo głos ma całkiem rześki.
- To ja, Agnieszka, czemu nie odbierałaś wcześniej telefonu???
- Byłam w kinie. Na Slumdogu - jak gdyby nigdy nic oświadcza Babcia
- Dostał 8 Oskarów, musiałam zobaczyć za co - dodaje po chwili, a ja odpadam.

Podczas gdy ja oczami wyobraźni widziałam moją Babcię leżącą nieprzytomną, ona  w najlepsze zajadała popcorn  przed wielkim ekranem w multipleksie.
Odlot, przyznajcie:)

A to, w ramach nawiązania do kinowych klimatów, inspiracja Szuwarka:D

poniedziałek, 16 marca 2009

Gdybyście w PONIEDZIAŁEK dostali coś tak fajnego jak TO,
dobry humor nie opuściłby Was do końca tygodnia. 
Serio, serio.




KLIKNIJ PO WIĘCEJ TU

- Stoisz w kolejce po moje serce, przed Tobą tylko dwóch przystojnych, stoisz w kolejce po moje serce, starczy dla Ciebie, bądź spojkojny - śpiewa Hanka Banaszak, a ja śpiewam razem z nią i siedzę w kramiku.
Siedzę i pracuję, bo trzeba szybko szybko szukać nowych błyskotek, bo błyskotki się sprzedają i kramik pustoszeje.

IDEAŁY BANAŁY PEDAŁY I DYRDYMAŁY
Weekend - jak zwykle - minął za szybko.
W piątek zrobiliśmy sobie z Endrjuszą wieczór domowy, który zakończył się jakąś bezsensowną kłótnią, a ja - po raz pierwszy - stwierdziłam, że Endriusza wcale nie jest aż taki kryształowy i że stworzyłam sobie mit jakiś i na bazie kilku jego cech zbudowałam ideał. A ideałów - Proszę Państwa - nie ma:))
Ale że powód kłótni był tak banalny, że dziś nawet go nie pamiętam, sobota przywitała nas słońcem i dobrym nastrojem.

GULASZ Z SERC. Nie męskich.
Najpierw pobiegłam do Bławatka zrobić zakupy na obiad dla familii.
- Proszę półtora kilograma serc drobiowych.
Ekspediantka nakłada, nakłada, nakłada, więc opamiętuję się i mówię.
- Może już starczy?
- Jeśli ma cztery łapy, ogon i jest duży, to nie starczy! - uśmiecha się, a ja robię durną minę, bo głupio mi  się przyznać, że to na sobotni obiad dla szanownej familii. Jak się potem okazało - całkiem smaczny obiad, bo gulasz z serduszek wyszedł niczego sobie.

PESTO SRESTO
Ledwo familia poszła, a ja znow zakasałam rękawki, bo czekała nas wizyta kolejnych gości.
Na wieczór zrobiłam makaron z pesto, a pesto - nieskromnie mówiąc - wyszło mi smaczniutkie.
Przyszła Sylwia z Markiem i Marta z Maksem. Popijawka upłynęła nam wesoło, bez fajerwerków, ale i bez zakłóceń. Po północy padłam do wyrka sharowana sobotnią garkuchnią, a Endrju zabrał się za sprzątanie poimprezowe, bo należy do rzadkiego typu ludzi, którzy nie zasną, kiedy w zlewie stoją brudne naczynia.

KORALINA, ALASKA I ROBIN Z SHERWOOD
A w niedzielę, zgodnie z wolą mojego dajmoniona powędrowałam na animowany film o Koralinie wyświetlany w trójwymiarze. A efekt 3D to coś, co wciąż  wywołuje u mnie niedowierzanie i egzaltację.
Po Koralinie pojechaliśmy do media marktu, bo wciąż czułam wielki niedosyt oglądania. Kupiliśmy serial z lat 80 "Robin z Sherwood" , "Przystanek Alaska" i wspomnianą już płytę Hanki Banaszak. Wieczorem przenieśliśmy się do średniowiecznych lasów, gdzie waleczny Robin i piękna Marion wymierzali sprawiedliwość w środowisku lokalnym.

Po takiej dawce baśni, nabrałam ochoty na jakiś płodozmian, więc wygrzebałam czytaną już kiedyś "Z głowy" Głowackiego i własnie z nim - brawurowym gawędziarzem cynikiem, takim, jakich lubię szczególnie wśród pisarzy - zasnęłam błogim snem.

Ot tyle.
A poniżej fotka z piątkowej wizyty na wzgórzu. 
Jakim? Na pewno się domyślacie.

 

czwartek, 12 marca 2009

Obejrzałam "Vicky Cristina Barcelona" Woodego Allena. To film z gatunku tych, które są jak woda na mój młyn. One głaszczą mnie po główce i mówią: "Widzisz, inni też tak mają. Nie jesteś sama."
I wtedy chociaż na moment ulatuje moja nieprzystawalność do świata i poczucie winy, z którym się budzę, zasypiam, śpię i żyję. Poczucie winy to mój najbliższy przyjaciel: przypomina mi o tym, że kogoś rozczaruję, że nie jestem wdzięczna za to, co dostaję, że nie mam silnej woli i w ogóle pstro w głowie, które kobiecie prawie trzydziestoletniej już nie uchodzi!
Ale takie filmy poza głaskaniem i chwilowym usprawiedliwieniem, potęgują mój wielki lęk przed stabilizacją, idealną rodzinką, kochającym mężem i dwójką rozkosznych dzieciaczków, domem z ogródkiem, niedzielnym spacerem i świeżymi bułeczkami smarowanymi przepyszną margaryną Rama. Boję się tego jak ognia.

Niech będzie skaza, niech niesie mnie fala, niech przyjdą upadki i wzloty, niech będzie inaczej niż w mieszczańskim scenariuszu. Pięknie i strasznie.
Mam prawie trzydzieści lat i wciąż nie chcę znać jutra.  

Na szczęście nie jestem sama.
Byłam dziś na kawie z moją bośniacką klientką. Spędziłyśmy urocze dwie godziny, gadając o tym, że chcemy żyć po swojemu. I mimo że dzieli nas geografia, historia, język i kultura, mimo  że się w ogóle nie znałyśmy, rozmawiałyśmy ze sobą jakbyśmy przegadały dziesiątki nocy.
Do stupid, crazy, even bad things, you really allow to do it - powiedziała Ivana - It is  your life. But remember to be responsible for it. It is enough. 


Prowokowałam wiosnę lekkimi kolorowymi spódnicami, to mam za swoje. Znów choruję. Co roku tak jest, że mój falstart w powitaniu wiosny kończy się zemstą zimy. Trudno. Przeżyję.

Wczoraj zakopałam się w pościeli i obejrzałam trzy dokumenty Marii Zmarz-Koczanowicz, które kiedyś dostałam od Basi. Przez to, że nie mam telewizora, zdążyłam zapomnieć, jak bardzo lubię kino dokumentalne. Jej obrazy o nam współczesnych uświadomiły mi jeszcze jedną rzecz: żyjemy w cholernie ciekawych czasach, a nasze pokolenie - wbrew pozorom - jest bardzo niejednorodne. Szeroki dostęp do informacji, który moja generacja otrzymała jako pierwsza, sprawił, że każdy znalazł dla siebie niszę i może dlatego uniknęliśmy  najprostszych podziałów na harcerzy i anarchistów na przykład.

Czesząc się po prysznicu, znalazłam siwy włos. Nie przeraziłam się, ani nie zaczęłam liczyć zmarszczek. Wrecz przeciwnie. Doznałam uczucia jakbym coś wreszcie pokonała; kolejne kółko na bieżni. Mam nadzieję, że mi nie odbije i nie będę się farbować.  Srebrne pasemka na  kasztanowych włosach mogą wyglądać całkiem fajnie. Zresztą dojrzewanie, przekwitanie i starość nie budzą mojego lęku. Cieszę się na nie jak na spokojne wakacje, kiedy nie chce się już biegać z plecakiem po górach, zmagać z wiatrem na żaglach, więc wynajmuje sie wygodny hotel i leżąc na tarasie z widokiem na wzburzone morze, popija się chłodne wino. Dystans. Z tym kojarzą mi się siwe włosy. Coś, czego zawsze bardzo mi brakowało.

Moje dzisiejsze odkrycie to również inna wiadomość. Dziecko. Żeby nie być dla niego babcią. I żeby wreszcie przestać się koncentrować na sobie. Pokochać kogoś bardziej od siebie.
Bardzo mi tego potrzeba, ale nie umiem się zdecydować. Zawsze jest jakieś ale.
Musi przyjść samo.
Najlepiej niespodziewanie.

wtorek, 10 marca 2009

W moim życiu nie dzieje się ostatnio nic strategicznego, a dni wypełniają mi typowe paproszki codzienności.
Obejrzałam dwa filmy: cholernie długi "Watchmen. Strażnicy" - coś dla fanów gatunku i "Oszukana" - dobrze skrojona wstrząsająca opowieść ze świetną rolą pierwszoplanową.
Dziś powędrowałam na spotkanie z Markiem Oramusem - dla niewtajemniczonych: pisarz fantastyczny - które choć kameralne, nawet wartkie było i ciekawe.

A wczoraj...
wczoraj mój kramik odwiedziła bardzo miła dziewczyna z Bośni i Hercegowiny (malarka zresztą), której tak spodobała się jedna z toreb, że najpierw poprosiła, aby ją odłożyć i obiecała wpaść nazajutrz, a potem wpadła ponownie po niecałej godzinie, bo jak stwierdziła: nie mogła się już doczekać.

Cóż jeszcze?
Jeszcze kilka fotek rodzinnego zwierzyńca z niedzielnej wizyty na wiosce u rodziców, czyli na Wzgórzu Pomordowanych Srok;)


Lolek w akcji




Lucek mędrca na dachu almerki

Lolek i staruszek Leon i zmaganie się z kijem

Oglądamy ostatnie odcinki drugiego sezonu Doktora Housa i targani nerwami o losy doktorka,  popalamy papierosy.

Endrju:
Czy mogłabyś zacząć strzepywać popiół tak, żeby trafiał do popielniczki?
ja: Słucham? Jesteśmy razem dwa lata i nigdy Ci to nie przeszkadzało!
Endrju: Zawsze mi przeszkadzało, ale dopiero teraz o tym mówię.
ja: No proszę! Ciekawe, co mi powiesz po trzech latach związku!
Endrju: Powiem Ci, żebyś zalewala brudne naczynia, ktore wstawiasz do zlewu.
niedziela, 08 marca 2009
Zgodnie z obietnicą, przedstawiam Wam wnętrze mojego kramiku.
"Diabeł tkwi w dodatkach" - od środka.
Foto by Szuwarek,
który wreszcie mi wytłumaczył, jak działa przesłona i na czym polega zabawa głębią ostrości.
Lepiej późno niż później:)





sobota, 07 marca 2009

Z Monią to tak zawsze jest, że się źle kończy. Choć za każdym razem zaczyna się niewinnie.
Wczoraj zaczęło się nawet intelektualnie.
Najpierw była kamienica U Jacka i gadanie o książce Bernadetty Darskiej "Czas Fem".
Jednym z gości była Joanna Piotrowska - założycielka Feminoteki. Świetna babka - to taki rzadki, ale fantastyczny typ kobiety, która się nie egzaltuje i nie unosi, ale jak powie to powie. Ze stoickim spokojem i serdecznym uśmiechem wytrąca adwersarzom broń z ręki, celuje prosto w serce i powala jednym ciosem. Z charakterem i klasą.

Z kamienicy powędrowałyśmy do Szafy na koncert Korzuhów. Tym razem zagrali fajnie, ale po pierwszym secie przegonił nas dziki tłum. Przegonił nas do Alchemii, gdzie spotkałyśmy Michała, Medyka, Daniela i Mariusza.
Tego ostatniego zobaczyłam pierwszy raz, a on jakby wyczuwając atmosferę wcześniejszej dyskusji w MOK-u, ni z gruszki, ni z pietruszki, wypalił:
- Ty to chyba jesteś feministką, co?
Słowo feminizm wycedził z lękiem pomieszanym z odrazą.

- A co? - podniosłam do góry nogę - Widać, że się nie golę?
Najpierw  wybuchła salwa śmiechu, pytający się zmieszał, a potem zapadła pełna konsternacji cisza. Na szczęście zjawiła się kelnerka i grzecznie acz stanowczo wyprosiła nas z lokalu. Zamykali.
Kolejny na trasie był Molotov, gdzie przerżnęłam w piłkarzyki, a potem zgubiłam płaszcz, ale Michał zachował się po rycersku, przeczesał knajpę i wydobył go niemal spod ziemi.
Z Molotova ruszyliśmy jeszcze do OKOPu na ostatnie podrygi zdychającej ostrygi, a stamtąd na kanapowy after w Euforii. (Nigdzie więcej nie było otwarte)

Jak można się domyślać, syndrom dnia poprzedniego z euforią niewiele ma wspólnego.
Dlatego dziś będę grzeczna - pójdę do kina. Ba! Nawet zrobię ukłon w stronę Endriuszy i pójdziemy na "Watchmen - Strażnicy".
Po ostatniej wpadce z fatalnymi "My bluebarry nights", czyli Jagodową Miłością, odpuszczam i oddaję przywilej wyboru repertuaru.

piątek, 06 marca 2009

Macie świadomość snu?
Mnie się to zdarza od czasu do czasu.

Dziś na przykład wylądowałam w samym centrum Lisbony z wielką walizką.
- Skoro jestem w Lizbonie, w której naprawdę mnie nie ma - pomyślałam, śniąc - to może jeszcze wyczaruję szafkę na bagaże, bo przecież nie będę się ciągać po mieście z całym majdanem. I najlepiej niech podjedzie tu szybko jakiś autobus.
Podjechał:)

A potem gonił mnie potwór. Uciekam, uciekam, uciekam i myślę sobie:  w sumie mogłabym się już obudzić, ale jeszcze chwilę pouciekam, zobaczymy, co się zdarzy :D

Też tak macie?

czwartek, 05 marca 2009

Uwielbiam rześkie poranki, kiedy budzi mnie słońce i wpuszcza mi do środka stado rozćwierkanych skowronków.  I one tłuką się we mnie radośnie, że muszę wstać i działać.

Dziś z samego rana posprzątałam mansardę. Dobrze mieć 30 metrów, bo wystarczy półtora obrotu płyty Marii Awarii i wszystko lśni. (na jakieś 2 dni:)
Przejrzałam dziś garderobę, zrobiłam gruntowne porządki w szafie i.. schowałam puchową kurtkę w płonnej nadziei, że już jej nie wyjmę w tym sezonie.

A teraz jestem w kramiku.
Wczoraj Szuwarek zrobił zdjęcia, więc jest szansa, że niedługo ujrzycie wnętrze tego składziku sztuk rozmaitych.
A propos Szuwarka.
Nigdy nie gustowałam w urodziwych mężczyznach, ale on ma tak piękne oczy, że gdybym była jego dziewczyną, umarłabym z zazdrości o kobiety, które w te oczy zaglądają i o te oczy, którymi on dotyka inne kobiety. 
Piękno ma sobie coś bardzo smutnego, bo każdy chce mieć to własność.

Z innej beczki.
Moje ulubione pismo wzajemnej adoracji, czyli "Lampa", w kilku zdaniach pojechało po "Matyldzie". Błąd w sztuce polegał na tym, że potraktowali serio moją dziewczynkę i zarzucili jej... brak głębi:))
Kontynuując wątki Lampowe, ostatnio odgrzebałam fotkę z zeszłorocznego spotkania z PDW na Hożej, którą Basieńka cyknęła telefonem.


A wszystko zaczęło się na targach książki, kiedy Basieńka wysłała mi esemesa:
"Jestem na spotkaniu z Żulczykiem, obok siedzi Dunin, musimy go złapać. Dawaj szybko, w końcu co dwie pary cycków to nie jedna!"
Niewtajemniczonym wyjaśnię tylko, że nie chodziło bynajmniej o zaproszenie do trójkąta, ale... tajny prodżekt:D

środa, 04 marca 2009

Czuję w kościach wiosnę.
Bo nadejście wiosny zawsze poprzedza mocny kop energetyczny, który rusza mnie z miejsca i każe coś robić.
Kramik działa, dziś przychodzi do pracy moja zmienniczka, abym nie zczezła wśród bilelotów i świecidełek, więc czas najwyższy zabrać się za kolejne projekty.

Po pierwsze: dokończyć sprawę Matyldy.
Po drugie: wrócić do pisania.
Po trzecie: skombinować kolejne źródło dochodu.
Po czwarte: biegać (niech tylko te śniegi cholerne stopnieją)
Po piąte: tajny prodżekt lokalny

Tymczasem wśród nas są tacy, których wiosna sprowadza na manowce miłości. Na przykład moja Siostrzyczka, która zadzwoniła wczoraj do mnie z odległego miejsca. Najpierw gadałyśmy o pracy, a potem o jej facecie, którego nie miałam okazji jeszcze bliżej poznać.
ja: I jak Wam się układa?
Siostra: Fajnie, ale wiesz co...
ja: Co?
Siostra: Spotykamy się od wakacji, a on jeszcze nie wyznał, że mnie kocha!!!
ja: ...
Siostra: (z pretensją) Nie przywyczaiłam się do tak długiego czasu oczekiwania!

 
1 , 2