..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 30 marca 2008

Wrócilismy do Warszawy po poznańskich wojażach - a działo się trochę, działo i osób się trochę spotkało. Ale że padam już na ryjek, dziś wrzucę tu tylko prostą wyliczankę, a w szczegóły wdam się jutro:

Fruwaczek - odwiedziłam go w pracy i gdy ujrzałam jego północny pokoik i industrialny widok z okna, zrozumiałam, że rzeczywiście mógł się czuć paskudnie w ostatnim czasie. Nasz Pan Cyferka w pogoni za kasą rzucił się na głęboką i bagnistą wodę, ale spokojnie - już powoli wypływa na wierzch:)

Makówka - jako że widziałam się z nim ostatnio, wypliśmy po lampce koniaku (Makówka) i kubku kawy (ja), pogadaliśmy chwilę i rozeszliśmy się do swoich spraw.

Teatr - po tym jak dostałam mejla, w którym moi teatrzykowi znajomi poczuli się dotknięci dwoma zdaniami z opowiadnia  4 pory romasu (www.4poryromansu.blox.pl), musiałam tam wpaść i przypomnieć im, że ich uwielbiam i aby nie brali do serca mojej pisaniny. Szczególnie tej, która aspirować chce do literatury i nie zawsze jest głosem bezstronnym. Mam nadzieję, że się udało.

Morski St. - wpadłam na chwilę, wzięłam kasę za artykuły i z wielką przyjemnością pogawędziłam chwilę z kilkoma osobami. Od Rafała usłyszałam, że powinnam wracać, co w kontekście krytyki, jaką zawsze mnie szczodrze częstował, wydało mi się bardzo zabawne. Ale żem dziewczę próżne - było mi też miło. Szkoda, że nie zdążyłam pogadać z Grzechem. W końcu to mój ulubiony grafik, z którym tworzyliśmy całkiem niezły duet, pracując dla Wrigleya i Pepco. Może następnym razem.

Adusia - Adusia spoważniała, uspokoiła się - ma w sobie taką błogą ciszę. Tak wyglądają kobiety spełnione i szczęśliwe. Przeczytwaszy o poddaszu, Ada podarowała mi dwie piękne miseczki do naszej nowej mansardy. 

Asia P - szczęśliwa, rozgadana jak zawsze z niezwykłym darem tworzenia dosadnych metafor i snucia barwnych opowieści. W jej towarzystwie - słowo daję - można umrzeć ze śmiechu.

Gruszka - Gruszka została dyrektorem. I to nie byle jakim! Strategic&accounting director. Z tego powodu była skwaszona przez cały wieczór. Bo taki awans to - jak się wyraziła - po prostu kajdanki. Co z tego, że złote?

Puleńka - Puleńka oczywiście przyszła później i jak zwykle nie zdążyłam z nią pogadać. Ale wyglądała pięknie i spokojnie. Pokątnie udzielała  dobrych rad Jozi. Przede wszystkim, aby nie dać się zwariować i nie stać się matką z gatunku "ciu, ciu, ciu".

Kasia - Kasia jak zawsze: roześmiana, uroczo dziewczęca i tak delikatna, że można na nią patrzeć i patrzeć. Tego wieczoru Kasia była bardziej słuchająca niż mówiąca, bo w kręgu 6 czarownic niełatwo dojść do słowa. Jak we włoskiej familii - wszyscy mówią, nikt nie słucha.

Jozi - od 4 miesięcy zwana Jozi Mamą. Przez dwie noce gościła mnie w swoim designerskim mieszanku na Keplera. Jozi ma już lekko zaokrąglony brzuszek, ale poza tym nic a nic się nie zmieniła. Przez cały wieczór dzielnie się z nami trzymała, pijąc na zmianę herbatę i czekoladę.

Czarek i Bogna Gibsonowie - odwiedziliśmy ich w Puszczykowie. Pokazali nam swoją wielką i bajecznie położoną działkę. Przeciągnęli wokół jeziora. I nakarmili obiadem oraz pysznymi rożkami, które właśnie w Puszczykowie są najlepsze pod słońcem! Ich dzieciaki rosną jak na drożdżach i z biegiem lat mają coraz więcej uroku. Od Gibsona pożyczyłam książkę o fotografii cyfrowej, więc jest nadzieja!

Walerka & Szymon - jedna z moich najulubieńszych par. A do tego ikona poznańskiej gościnności. Nie dość, że zorganizowali nam kulturalny wieczór, to jeszcze Szymek upiekł pyszne czekoladowe ciasteczka i paszteciki z grzybami, a Walerka zrobiła sałatkę i kiełbaski w cieście. Pełen wypas!

Paula - Paula niby taka jak zawsze, a jednak inna. Może dlatego, że w przełomowym momencie. Paula bowiem oddycha wolnością, kupuje nowe mieszkanie nad Maltą i ma dużo energii, którą chce spożyć przede wszystkim na... samą siebie. I bardzo dobrze.

Princessa -  Princessa nie należy do typów nachalnych i gadatliwych, więc jest ryzyko, że nawet po tygodniu pobytu na bezludnej wyspie, nie dowiemy się o niej za wiele. A co dopiero po 3 godzinach nasiadówy w Blue Nocie, podczas której jazzmani walą w perkusję, szarpią kontrabasy i uderzają w klawisze i cymbałki! Ale, ale... przypomniałam sobie! Princessa postanowiła zostać wielką cymbalistką!

To tyle z życia poznańskich duszyczek. Jak widzicie, nie pozwoliły mi się jakoś specjalnie nudzić.
A oto fotek kilka:
(reszta - ze względu na moje eksperymentowanie z aparatem - nie wyszła:) 


Asia& Jozi

Kasia, Puleńka i Jozi

Pula, Jozi, Gruszka

Kasia i Pula

I ja dzień później w Puszczykowie u Gibsonów w dziecięcym pokoju:)

piątek, 28 marca 2008

Hop, hop!
Nadaję z Poznania, z ostatniego piętra w wieżowcu na Keplera.

Spędziłam tu przyjemniasty wieczór u Jozi i jej Henryka. Henryk odebrał mnie z dworca, a Jozi zrobiła smaczną zapiekankę z makaronem... na chrupko:)
Potem rozsiadłyśmy się na kanapach, podczas gdy Henryk zatracił się przed komputerem. Dziś bowiem przyjmowano go do klanu. Kto nie wie, o co chodzi, niech zerknie do czasopism z gatunku "CD Action".

A propos gier, Jozi przytoczyła mi dziś boski dialog:

Jozi: Wolałbyś, aby urodziła nam się dziewczynka czy chłopiec?
Henryk: Raczej dziewczynka.
Jozi: Dlaczego?
Henryk: Jest szansa, że dziewczynka nie będzie podbierała moich gier.  

Ale, ale...
bym zapomniała!
Jozi pokazała mi dziś świetny serial, bo ja - jako osoba beztelewizorowa - jestem kompletnym ignorantem w TYCH sprawach.
A serial ten nosi tytuł: "Doktor House" i leci w TVP 2.

Nie wiem jak wy, ale ja się z miejsca zakochałam: i w filmie, i w doktorku:)

Ale na razie amory odkładam na potem, bo jutro czeka mnie poważny poznański maraton.

czwartek, 27 marca 2008

Co prawda klamka nie zapadła, ale już pierwszy krok mamy za sobą.
Dziś podpisaliśmy umowę przedwstępną!
Nie muszę Wam mówić, jak bardzo się cieszę, prawda?
Nie powiem Wam również, jak bardzo nie cierpię wszelkich formalności związanych z tą przyjemnością. Choć tym razem będzie mi łatwiej niż przy Marcince:  jest przecież Andrzej, a we dwoje zawsze raźniej.

Opowiedzieć Wam o poddaszu?
No dobrze.
Poddasze mieści się w kamienicy z lat 30. - jest świeżo po gruntownym remoncie, ma dwa pokoje, otwartą kuchnię i łazienkę. Okna pokoi wychodzą na ogródek i jezioro, a okno kuchni na uroczą alejkę świerkową, przy której stoją domy. Wychodząc z kamienicy, wystarczy zejść z górki wzdłuż ogródka i już można zamoczyć stopy w jeziorze. Jezioro zaś otulone jest gęstwiną lasu. Tuż pod domem pływają kaczki i łabędzie. A jednocześnie wystarczy 20 minut marszu, aby znaleźć się na starówce. BAJECZNIE!

Moi rodzice dali nam błogsławieństwo, ale u Andrzeja w domu panuje nastrój wielkiej obrazy: bo za drogo, po za szybko, bo poddasze, bo skosy, bo zbyt pochopnie i zbyt niezależnie. Niestety rodzice czasem zapominają, że ich maleńkie dzieci mają już prawie trzy dychy na karku, własne zdanie, marzenia i gust.

Ja tu gadu-gadu, a już dochodzi pierwsza w nocy. Dziś ułożyłam moje książki na poddaszu u rodziców - tak tu fajnie, że wcale nie chce mi się wyjeżdżać. Może z rańca strzelę kilka fotek, bo już jutro jadę do Poznania, powdychać trochę tamtejszej wiosny.

ACHA,
i dementuję plotki oraz insynuacje:

NA RAZIE DO OLSZTYNA NIE WRACAMY.
Jak już zapadnie ostateczna decyzja i wykrystalizuje się termin - dam znać.
Teraz jednak z rzeczy pilniejszych - muszę skończyć tajny prodżekt z Basią.

Dobranoc Fistaszki!

środa, 26 marca 2008
Kochani! Poddasze okazało się BAJECZNE! Cudownie położone, urokliwe i przytulne. Z ogródkiem i nad samym jeziorem, a jednocześnie 20 minut piechotą od centrum.
Kiedy je ujrzałam, od razu wyzdrowiałam i nie potrafię o niczym innym myśleć.
Teraz tylko trzeba jeszcze przekonać rodziców Andrzeja - Mission Impossible. Wczoraj rozmowa skończyła się wielką awanturą i całe szczęście, że chociaż moi staruszkowie są już tak podhasani jak my.
Dziś o 17.00 podpisujemy umowę przedwstępną i jedyne, co nas teraz zajmuje to rozmowy w stylu:

Ja: Kurczę, a nie zapytaliśmy, ile tam jest stopni zimą!
Andrzej: A co byśmy zrobili, gdyby nam powiedzieli "Proszę Państwa, latem jest 50 stopni, a zimą 4."?
Ja: No właśnie, co byśmy zrobili?
Andrzej: A huk, kupilibyśmy! Chociażby dla widoku z okna!

Jak mówi Basia, jest podjarka. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Uciekam do banku po cash. Pa!
wtorek, 25 marca 2008
Jeszcze dochodzę do siebie po niedzielno-poniedziałkowych baletach na starówce. Od 19.00 do 4 rano jest wystarczająco dużo czasu, aby pogadać, pośmiać się, pospierać, wypić, potańczyć i jeszcze się przeziębić.
Dziś dzień upłynie nam po znakiem oglądania mieszkań.
Ciekawe, co z tego wyjdzie.
Na razie znalałam tylko jedną perełkę - poddasze przy Jeziorze Długim, ale pewnie życie zweryfikuje moje wyobrażenia.

Uciekam, pa!
niedziela, 23 marca 2008

A my - jak zwykle - z katolickim obyczajem jesteśmy na bakier. 

1.Własnoręczne święcenie koszyka to już nasza świecka tradycja od lat. Zapoczątkował ją dziadek, któremu nie chciało się słuchać księdza, więc wszedł ze święconką do kościoła, zamoczył dłoń w tej miseczce przy drzwiach i sam poświęcił.
Toteż wczoraj, wsiadam do PKS-u, dzwoni Mamulka z jeszcze lepszym pomysłem:
- Agnisiu, weź proszę jakąś buteleczkę, zaszłabyś do kościoła i zaczerpnęła trochę święconej wody, bo ojciec i Kris nie chcą iść ze święconką.

2. Wielka niedziela - poranek.
Od godziny 8.00 do 10.00 oglądanie Kubicy.
Potem szybkie śniadanie - galaretka, pasztet, kiełbaska - całość ceremonii jakieś 30 minut. Następnie kolejna akcja: trzeba poszukać zajączka, który gdzieś ukrył upominki. 
I wreszcie
... świetny pomysł:
idziemy pojedźcić na motorynce, którą Tatko gdzieś przypadkowo i okazyjnie nabył. Wychodzimy przed dom i robimy rajd motorynkowy. Nikt nie potrafi jeździć, więc śmiechu jest co nie miara. Tatko ląduje w błocie, a i my nie wyglądamy lepiej. Wracamy do domu totalnie umorusani.

Dochodzi dwunasta... w piekarniku piecze się kaczka, ja piszę bloga, chłopcy wgrywają antywirusy w swoje nowe laptopy i święta dalej się toczą. 

Natomiast wieczorem  trzeba gdzieś zabalować świątecznie na mieście.
Kto dziś wybiera się na olsztyńską starówkę?

FOTO z MOTORYNKOWEGO RAJDU


piątek, 21 marca 2008

Wokół mnie sami korporacyjni kontestatorzy Świąt. Baśka właśnie siedzi w autokarze do Francji, gdzie będzie oddawać się białemu szaleństwu, Haneczka jest w trakcie pakowania, bo jutro leci do Singapuru pobyczyć się przez dwa tygodnie i tylko ja z tego towarzystwa pozostałam wierna tradycji i jadę do domu. I wiecie co? Bardzo się z tego cieszę.

Nie mogę się już doczekać, kiedy pooddycham lasem, przywitam się ze zwierzyńcem: Stitchem, Luckiem, Lolkiem, Bolkiem i Leonem, wypiję herbatę z Braciszkiem i Staruszkami, i kiedy zobaczę... od dzieciństwa wymarzone poddasze. Miejsce, za którym tęskniłam, czytając wszystkie Anie z Zielonego Wgórza, Emilki ze Srebrnego Brzegu i inne.

Bo poddasze ma być moje i Krisa. Kris wczoraj zapewniał mnie przez telefon, że "poddasze jest pełen wypas". Najbardziej jednak rozbawiła mnie Mamulka, która ma totalnie inny gust niż ja, ale chciała poddasze urządzić zgodnie z moim. Dzwoni, więc pewnego dnia i mówi:

- Kiedy pan, który kładł nam kafelki w łazience na poddaszu, zobaczył kolory, powiedział, że czegoś takiego jeszcze nie widział. Istne rokokoko!

Nie mogę się już doczekać, kiedy zobaczę Mamine dzieło. Bo to trochę tak, jakby ludowy rzemieślnik miał wystrugać minimalistyczną ikonę postmodernizmu.
Zobaczymy, zobaczymy...

Tymczasem życzę Wam Wesołych Świąt, choć jak siebie znam, będę na bieżąco nadawać z warmińskiej głuszy!

czwartek, 20 marca 2008

Widzicie, co się dzieje za oknem?
APOKALIPSA!!!, jakby wykrzynęła pani Frau z "Włatcuf Móch"
Jeszcze dwa dni i rozpoczynam mój długo wyczekiwany i absolutnie zasłużony urlop. Nawet tajny prodżekt będzie cierpliwie czekał, podczas gdy ja będę się oddawać rozkoszom lenistwa.
W sobotę wyruszamy w warmińskie strony, a po Świętach odwiedzę Poznań i poznańskie duszyczki. Kto ma czas i chęci, czekam na kontakt.

A dziś w ramach promocji zjawisk świetnych i błyskotliwych:
Reklama od kuchni, czyli www.adkuchni.blox.pl



środa, 19 marca 2008

Z wczorajszego gadania...

Rozmawiam przez telefon z Tatulkiem. 

Tata:
A wiesz, wczoraj byłem w Empiku i nie było Twojej książki.
ja:
I co?
Tata: 
Poszedłem do nich, aby zamówili. Babka pyta: "Na jakie nazwisko?", a ja sobie myślę, że przecież nie powiem prawdy, bo od razu się zorientują.
ja:
I co powiedziałeś?
Tata: Nie było czasu myśleć, więc jakoś tak mi się palnęło.
ja: ..że jak się nazywasz?
Tata: Nie wiem skąd mi to przyszło do głowy, ale powiedziałem, że jestem... Jacek Kaczmarski.

***

Nie mogłam zapędzić wczoraj Andrzeja spać, bo oczywiście dorwał się do komputera i zapomniał o bożym świecie.

ja: Z
obacz, jaka pogańska godzina znów się nie wyśpimy!
Andrzej: (nic nie mówi, tylko się uśmiecha)
ja: Ten komputer tak Cię zasysa, że tracisz rozsądek.

Andrzej: (milczy i wciąż się uśmiecha)
ja:
Możesz mi powiedzieć, co Cię tak cieszy?!!!
Andrzej: To, że wypędziłem wszystkich orków z planety Kronos.

***
A dziś w drodze do pracy pokłóciliśmy się o wirtualnego psa. To pies, którego ja w przyszłości chcę mieć, a Andrzej nie. I ów biedny, niczemu niewinny pies jest zarzewiem naszych konfliktów od dawien dawna. I na razie nic nie wskazuje, aby sprawa miała się w jakikolwiek sposób wyjaśnić.

***
Epilog do historii.
Dziś, godzina 14.00.
Dzwoni Andrzej:
-
 Gdybyś odpuściła sobie tego Yorkshirka, a wybrała na przykład Bigla, to mógłbym się jeszcze zastanowić.  

wtorek, 18 marca 2008

Krążyłam wokół tej książki, węszyłam, przeczytałam tekst na okładce i odkładałam z powrotem na półkę. Potem brałam ją do rąk ponownie i znów nie mogłam się zdecydować. Minęły dwa miesiące, a ten tytuł wciąż za mną chodził. W końcu stwierdziłam, że podejmę wyzwanie.
Władysław Bartoszewski. Wywiad rzeka.
- spodziewałam się trudnej politycznej lektury i natłoku wątków historycznych, o których mam śladowe pojęcie. Tymczasem popłynęłam z nurtem tej rzeki i nie mogę się oderwać. Piękna książka, cudowny człowiek i ogrom mądrych
słów!

Z innych mocnych wrażeń - film To nie jest kraj dla starych ludzi - doskonałe kino dla tych, którzy lubią dwie godziny siedzieć jak na szpilkach z trzepoczącym sercem. Skala napięcia podobna jak w obrazach Alejandro González Iñárritu. Po takim seansie czujesz się jak wyżęta ścierka, ale warto - interesujący stan.

***
Z innej beczki:
URYWKI NASZYCH ROZMÓW

Andrzej czyta komiks Endo "Projekt: Człowiek"

Andrzej: A czemu ją zostawił facet?
ja: Bo to był Marcin Cecko, młodociany poeta lingwistyczny.
Andrzej: Dobry?
ja: Lingwistyczny, czyli wiesz... nikt pewnie tego nie rozumie.

***
Późny wieczór. Ja resztkami sił czytam wywiad z Bartoszewskim.

Andrzej:
Kochanie, a dziś się nie poprzytulamy?
ja: Przepraszam, ale ta lektura mnie tak pochłonęła, że nie mogę się oderwać.
Andrzej: (z niedowierzaniem) I nie masz nic a nic ochoty?
ja: Wyobraź sobie Władka Bartoszewskiego, okupacje i więzenia komunistyczne.
Andrzej: Faktycznie. Działa. Zupełnie przeszło.

***
Nasza recepcjonistka, którą nazywam Smerfetką, woła mnie do siebie.

Smerfetka:
Aga, wiesz co? Taki beznadziejny chłopak chce się ze mną umówić.
ja: No i co? Umówisz się?
Smerfetka: Chyba się z nim umówię, żeby mu powiedzieć, że więcej się z nim nie umówię.

***


www.agde.blox.pl

Też tak mam. A wy?:)

poniedziałek, 17 marca 2008

Dziś będzie o ojcach, bo to temat, który nie daje mi spokoju od dłuższego czasu. Im więcej poznaję ludzi, im bardziej przyglądam się światu, tym większe mam przekonanie, że Ojciec z prawdziwego zdarzenia to niezwykła rzadkość.

Patrzę na młodych mężczyzn, którzy dziś kuleją, bo nie wynieśli z domu dobrego wzorca mężczyzny. Bo ojciec albo pił, albo pracował, albo go nie było, bo odszedł z inną. Rozmawiam z młodymi kobietami, które deficyt ojca rekompensują sobie związkami z podstarzałymi facetami. Widzę, jak bardzo brakuje im ojców - ich obecności, akceptacji, partnerstwa. Co rusz spotykam ludzi, którzy powinni się leczyć z własnych Ojców - bo jako dzieci byli świadkami zdrady, bo tatuś wiecznie był niezadowolony, bo pomiatał, bo miał w nosie. Rozglądam się wokół i przede wszystkim dostrzegam Matki. To do nich dzwonimy, kiedy świat wali się na głowę, one nas wspierają, gdy jest źle, z nimi potrafimy gadać do świtu przy kuchennym stole. Matki nie tylko są obecne, ale także chcą być nam bliskie. Ojcowie - w najlepszym razie - poratują nas finansowo lub naprawią przeciekający kran.

Wiem, wiem... są wyjątki, ale zatrważająca większość przypadków to Ojciec nieobecny, emocjonalny kaleka.
I jak tu mieć nadzieję, że w naszym pokoleniu będzie inaczej? Ojcostwo to wartość wymierająca, męskość to wartość poważnie nadwerężona. A my Kobiety? Jak długo straczy nam sił?



Daleko nie szukać. Świetny komiks Endo pt. "Projekt: Człowiek", więcej tutaj:

http://kobieta.gazeta.pl/rodzicpoludzku/5,70807,3088169.html

sobota, 15 marca 2008
Sobotni wieczór, a ja w domu. Jak przyjemnie! W Trójce leci lista przebojów, co prawda już nie Niedźwieckiego, ale - z sentymentu do stacji i sympatii do Barona - wciąż słucham.
Andrzej pojechał na Okęcie po siostrę, a ja sobie siedzę w półmroku, piję piwko z limonką i pracuję nad tajnym prodżektem.

Wczoraj przyjechał do Warszawy niejaki Makówka - znana persona poznańskiego świata kultury. Zerwałam się więc potajemnie z roboty, wyciszyłam komórkę i przedwcześnie rozpoczęłam zasłużony weekend. Najpierw poszliśmy na herbatę i koniak, potem zahaczyliśmy o Zachętę, ale że nic nas nie zachęciło, udaliśmy się na obiad do włoskiej knajpki Jajo w bok od Chmielnej. (Smacznie, smacznie:)

Wojtek - jak zawsze - opowiadał o swoich wojażach po świecie, o wystawach, które powinnam zobaczyć i rzeczach, które należałoby wiedzieć, ale niestety nie wiedziałam.
Spędziliśmy bardzo sympatyczne popołudnie, a potem ja popędziłam do domu, Makówka zaś dalej w miasto.

Dziś natomiast wybraliśmy się z Basią na Warszawskie Spotkania Komiksowe, aby speneterować obszar, który od chwili przeczytania Marzi i Persepolis bardzo mnie zafascynował. Zakupiłyśmy sobie kilka pozycji, posiedzieliśmy chwilę na kilku spotkaniach, (m.in z bufonowatym rysownikiem GW - Truścińskim - który tak się nadymał, że nie można go było słuchać) obejrzeliśmy wystawę, a ostatecznie wylądowaliśmy na obiedzie u Chinolka w pawilonach.

W ten sposób dotarłam moją opowieścią do chwili obecnej, w której zamiast pracować nad prodżektem, męczę Was jakimiś bzdurami. Dlatego kończę, wracam do roboty i do celebrowania domowej soboty. Ale mi się rymnęło.
Ciao!

piątek, 14 marca 2008

Jak dobrze, że już piątek!
Wczoraj spędziłam uroczy wieczór z Haneczką na Chłodnej. Hanka opowiadała mi historie z gatunku niesamowitych, a ja słuchałam z otwartymi ustami i wypiekami na twarzy. I mogłabym tak jeszcze siedzieć i słuchać, ale późna pora zagoniła mnie do domu.

Chwilę później zasypiając w ramionach Andrzeja, zaczęłam się z nim droczyć:

ja: Ty mnie już chyba nie kochasz.
Andrzej: Ależ najdroższa, co Ty znów wymyślasz, kocham Cię.
ja: A nie nudzisz się ze mną?
Andrzej: Ja z Tobą? Nic a nic.
ja: A ja mam wrażenie, że po prostu Twoja wysoka kultura osobista nie pozwala Ci się przyznać.
Andrzej: Do czego?
ja: Do tego, że mnie olewasz, tak wiesz... mentalnie.

Po tych słowach oboje wybuchnęliśmy śmiechem i całkiem nam się odechciało spać.

czwartek, 13 marca 2008

Zawsze w marcu, zupełnie niespodziewanie, dostaję porządnego kopa od Wiosny. I wtedy mam ochotę przewrócić moje życie do góry nogami. Na przykład biegam (wczoraj wieczorem debiutowałam na trasie: mój blok - Dworzec Zachodni). Albo mamię się obietnicami, że zacznę się zdrowo odżywiać, będę jeść warzywka i nie tknę już chipsów ani czekolady.
Po jakimś czasie wszystko bierze w łeb, ale co sobie zdrowo pożyję te kilka tygodni, to moje.
Wczoraj nawet weszłam na portal vitalia.pl i poczytałam pamiętniki odchudzania. Lekko nie jest moje Panie. A mnie przecież chodzi tylko o jakieś 3 kilo i dobre samopoczucie. Żeby beztrosko powrócić do licealnych czasów:)
Dziś natomiast przyszłam do pracy piechotą. Strasznie to lubię. Bo wtedy można miasto dotknąć. A dotykając, dostrzec detale w architekturze, ciekawe witryny sklepowe (np. sklep z pluszakami z kultowych dobranocek na al. Jana Pawła II), można poczuć rytm muzyki, która nadaje płynność krokom i poczuć całkowitą wolność w nogach. Bez czekania na tramwaj, bez przeciskania się przez spieszący tłum.  

Jest fajnie moi Drodzy. A skoro wiosna kopie, znaczy, że już stoi w progu naszych drzwi. 

środa, 12 marca 2008

 Dziś Basia pokazała mi efekt swojej pracy nad tajnym prodżektem i powiem krótko: REWELACJA!!! Nawet Andrzej - znawca tematu - powiedział, że nasz prodżekt wygląda bardzo profesjonalnie i jest świetny.

Dlatego dziś, od razu po pracy siadłam i rzeźbię kolejne fazy. "Matylda" na razie musi poczekać. Zresztą wie doskonale, że od maja będę miała duuużo czasu i poświęcę się jej całkowicie.
Chciałabym Wam uchylić rąbka tajemnicy, ale nie mogę. Jeszcze nie.

Tymczasem idę lulu.

Muszę odespać ten wyjazd, który przyporzył mi wiele radości (na przykład, kiedy wzięłam gości hotelowych za facetów z kabaretu i podeszłam do nich z pytaniem: Panowie są z kabaretu? Szkoda, że nie widzieliście ich min!),
ale również wystawił mnie na ciężką próbę. A to dlatego, że niektórzy ludzie,  z którymi pracuję, przy głębszym poznaniu okazują się Ciemnogrodzianami. Pozwolę sobie zacytować kilka ostatnich tekstów:

- O, Basia napisała, że była na manifie.
- Śmieszą mnie te głupie feministki. Nie mają laski innych problemów?

***
- Na Zachodzie,  bez problemu można wejść do każdego hotelu w butach narciarskich.
- Wiesz, Polska jeszcze dojrzewa do takich rzeczy, na Zachodzie na przykład też nikt nie robi problemu, jeśli wejdziesz do knajpy z psem.
- Z psem??? No przepraszam, ale ja bym nie mogła przełknąć ani kęsa, jakby obok mnie leżał jakiś pies!!!
***
- Boże, ile w tej Warszawie jest skosów.
- A co to są skosy?
- No wiesz, żółtki. Przez tych Wietnamców i innych skośnych w ogóle nie czuję się, jak u siebie.


Naprawdę ciężko w takich chwilach ugryźć się w język i zamilknąć.

Cudna fotografia Emanuelle Beart skopiowana z bloga Niepokornej.

wtorek, 11 marca 2008
A zatem słuchajcie.
Świat jest mały i naprawdę nie wiadomo, kogo ponownie spotkamy na swojej drodze.

W piątek wieczorem z całej Polski zjeżdżali się uczestnicy imprezki i już tego wieczora zauważyłam pewną panienkę z Poznania, którą skądś znałam. Kilka godzin później uświadomiłam sobie, że wiem. Na drugim roku wynajmowałam od niej mieszkanie na ukochanych Jeżycach razem z Ramzesem i Wojtasem. I właśnie ona - na sam koniec - nie oddała nam kaucji - mimo że uregulowaliśmy wszystkie rachunki. Pamiętam, że wtedy było to naprawdę sporo pieniędzy. Próbowaliśmy jej grozić, ale dość żałośnie nam to wychodziło. I w końcu daliśmy spokój.

I proszę. Minęło 7 lat i jakie piękne spotkanie.

Nie omieszkałam oczywiście opowiedzieć również chłopakom i kilku innym osobom, skąd znam ową panią. Chłopcy jak to chłopcy zareagowali bardzo entuzjastycznie:
"Przy pierwszej okazji zrzucimy ją ze schodów, a potem każemy wszystko zwrócić. Z odsetkami z 7 lat! I plus 22% VAT! I jeszcze odszkodownaie za straty moralne! No i 10% prowizji dla agencji za koordynowanie całej akcji"
W sumie trochę by się uzbierało.

Najlepszy był jednak niejaki Irek, który prowadził część wieczorną imprezy. Co chwila podlatywały do niego kobiety, aby zrobić sobie z nim fotę, bo w końcu postać medialna, będzie się można pochwalić w domu i wśród znajomych. Między innymi podbiegła też tamta panienka, rzucając się na niego jak kocica w rui. Chwilę później wzięłam Irka na bok i mówię:
- Słuchaj to jest właśnie ta panienka, która mnie okantowała na kaucji za mieszkanie.
A on na to:
- Chcesz? To jej przypomnę.
- Nie no coś Ty. Dajmy temu spokój.


Minęło kilka godzin, panienka już się nawaliła i w końcu podchodzi do mnie i mówi:
- My się chyba skądś znamy.
- Też mam takie wrażenie
- odpowiadam.
- Poznań? - pyta.
- Poznań. - mówię.
- Chodziłaś na Akademię Ekonomiczną?
- Nie, uniwerek.
- Hmm...a może pochodzisz z kujawskiego?
- Nie, nie pochodzę.
- Cholera, skądś Cię znam, już od piątku patrzę na Ciebie i nie mogę sobie przypomnieć.
I w tym momencie pochodzi Irek:
- Słyszałem, że panie się znają.
- No właśnie -
wykrzykuje tamta - myślałam, że ze szkoły.
- Nie nie ze szkoły
- mówi Irek i się szeroko uśmiecha, po czym kładzie jej rękę na ramieniu i mówi:
- Oddaj chociaż połowę i będzie ok.

Nie chcielibyście widzieć miny tej panienki, ale warto było zobaczyć minę Irka, który był z siebie cholernie zadowolony i dostarczył nam wszystkim sporo radości. A pani,  od następnego dnia już do końca wyjazdu,  omijała mnie baaaaardzo szerokim łukiem.
poniedziałek, 10 marca 2008

Poniedziałek rano.
Misja Krynica zakończona.
Koniec bezsennego weekendu, podczas którego nie miałam ani sekundy, aby zaszyć się w pokoju. O świcie padałam na łóżko i kilka godzin później musiałam być już na nogach. 

Ale spokojnie - nieźle się też bawiłam, bo dopieszczanie setki ludzi rodzi naprawdę sporo niezwykłych sytuacji. Za chwilę wsiadamy w samochód i wracamy do Warszawy.

Jutro Wam wszystko opowiem, a teraz biegnę się pakować.
Miłego dnia!

sobota, 08 marca 2008
Wczoraj nad Krynicą świeciło piękne słońce, już w drodze widać było ośnieżone szczyty Tatr, a na miejscu - schowanym pomiędzy zboczami już zielonych pagórków - tak zapachniało górami, że najchętniej założyłabym plecak i powędrowała pierwszym lepszym szlakiem.

W takich chwilach zawsze wyrzucam sobie, że za rzadko ruszam się z miasta, a przecież te wszystkie miejsca czekają na mnie, aby mi przypomnieć właściwy rytm życia. Abym  przestała się spieszyć, odłożyła zegarek i telefon, i przystanęła, i zaczerpnęła głęboko powietrza. 

Ale póki co - tu też nie pooddycham. Paliwowcy na mnie czekają.
Miłego weekendu!
czwartek, 06 marca 2008

Jestem już spakowana i gotowa do podróży. Jutro, kiedy Wy jeszcze będziecie mościli się w swoich miękkich łóżkach, ja wyruszam w drogę do Krynicy Górskiej. Nie, nie jadę się bawić. Udaję się tam czysto służbowo z moją ulubioną spółką paliwową. Do poniedziałku będę dostarczać setce ludzi różnorodnych atrakcji, żeby się zintegrowali i pokochali swoją firmę.

Choć przyznaję, że w duchu liczę na odrobinę spokoju w hotelowym zaciszu. Dlatego przygotowałam sobie już cały zestaw lektur: komiksy "Persepolis II" i "Lost at sea", książka Mariusza Szczygła "Gotland" i marcowe numery "Lampy" oraz "Exclusiva".

Biorę też ze sobą komputer, aby pisać Wam na bieżąco donosy z imprezki, no i by pracować na tajnym prodżektem, który powoli, powoli nabiera kształtu.

A teraz popijam sobie grzane winko i przegrywam piosenki na nowiutkiego maleńkiego ajpoda, który Andrzej dostał w ramach "Ostrych Piór". Bardzo przyjemny prezencik, serio, serio:)


Ten rysunek Andrzeja Mleczki ukazał się jakiś czas temu w "Polityce", pamiętam, że śmialiśmy z niego dobrą godzinę.

Trochę mi się rozchorzało i dziś cały dzień czułam się jakby mnie ktoś zamknął w szklanej kuli. Oprócz choroby w swoich szponach trzymała mnie jeszcze senność. A wszystko dlatego, że wczoraj, gdy wracaliśmy z pracy, Andrzej postanowił się na mnie obrazić. Przyznaję - miał ku temu powód, bo rzeczywiście zmęczenie i przeziębienie zaowocowały pewną opryskliwością z mojej strony. Nie sądziłam jednak, że owa obraza nabierze takiego rozmachu i potrwa aż do godzin późno wieczornych. A niestety potrwała. Spędziliśmy popołudnie w oddzielnych pokojach, każdy uparty, zasklepiony w swoim żalu i pogrążony w lekturze: ja - "Blondynka w dżungli" Pawlikowskiej, Andrzej - "Nowa Fantastyka". A jako, że nic nie zmierzało do pomyślnego finału, o 23.00 zaproponowałam, aby każdy spał w oddzielnym pokoju. To zaś skoczyło się tak, że zamiast zasnąć, przewracaliśmy się z boku na bok oddzieleni od siebie ścianą mieszkania i murem nieporozumienia.

Koło 1.00 w nocy Andrzej przyczłapał do pokoju i zapytał, czy ja na pewno chcę z nim być, bo on czuje, że już mi się znudziło i że na pewno się z nim męczę, i marzę, aby się uwolnić.  
To jego standardowy, wypróbowany chwyt, bo ja wtedy oczywiście zaczynam zapewniać go o swoich uczuciach i zanim się obejrzę, już jesteśmy pogodzeni i zakochani w sobie na nowo.

A że po kłótni zawsze jest sielanka: dostałam dziś dwie płytki Starchów na Lachy i dziś - wręcz przesadnie - ćwierkamy jak wróbelki i spijamy sobie słodycz z ust.

Bo w duecie jak w życiu - raz na fali, raz pod wozem.



Fikander "Nieporozumienia"

środa, 05 marca 2008

Recenzja mojej powieści znaleziona na stronie Merlina.
http://merlin.pl/review/reviewer/6555950.html

wtorek, 04 marca 2008

Abyście nie narzekali, że ja wciąż tylko o pracy, Warszawce i kulturze, dziś poczynię sekretne wyznanie.
A wszystko przez młodzieńcze lektury, dzięki którym -  jako dorastająca panienka - poznałam opowieści o młodopolskiej bohemie: Przybyszewskim, Kasprowiczu, Tetmajerze czy Wyspiańskim i... muzie tamtych artystów - Dagny Juel.  Pamiętam, że chłonęłam wspomnienia Boya, z wypiekami na twarzy czytałam książki biograficzne o ówczesnej cyganerii,  i - jak się okazuje - tamta fascynacja została mi do dziś.

Wcześnie zakorzeniony kult cygańskiej i artystycznej wolności co jakiś czas odzywa się nienasyconymi pragnieniami, aby się poddać i popłynąć z nurtem. Być flaneurem i pozwolić ponieść się fali: wędrować, spotykać ludzi, żyć z dnia na dzień. Ale nie to jest najgorsze. Problem tkwi raczej w tym, że mnie się wciąż marzy jakiś niszowy  poeta, jakiś undergroudowy muzyk, jakiś niezależny reżyser. I żeby tak się stać jego fascynacją,  inspiracją, muzą. 

A tu w robocie korporacyjny klimat, w życiu konsumpcja, w towarzystwie planowanie wyjścia na trzy tygodnie wstecz, bo nikt nie ma czasu, a mężczyźni?

No właśnie. 100-procentowa monogamia.
I choć Andrzej jest przecież muzykiem, to nawet w najśmielszej fantazji nie potrafię wykrzesać w sobie ekscytacji barokowym brzmieniem klawesynu.
Poza tym muzycy dobrzy są na romans, a nie życie. I w ten sposób rozsądek zaprowadził mnie do punktu wyjścia.

Oto jak proza życia zniszczyła moją cygańską duszyczkę.
***
A tu, dla wszystkich chętnych, moja opowieść wysłana na konkurs "Zwierciadła":

CZTERY PORY ROMANSU
www.4poryromansu.blox.pl

niedziela, 02 marca 2008

No i po weekendzie - tak intensywnym, że nie było ani chwili, aby błogo i bezproduktywnie odpocząć. 
Co prawda w piątek zrobiliśmy sobie kameralny wieczór we dwoje, ale już od sobotniego poranku, zaczął się prawdziwy kołowrót.  

CAT SHOW
Najpierw pojechałam odwiedzić Ciotkę, która wystawiała się z kotami na CAT Show w Bluecity. Rasowe koty rzeczywiście bywają piękne i niezwykłe. Moje serce podbiły szczególnie Koty Bengalskie, ale poza przyjemnością czysto estetyczną odczułam poważny niesmak. Te biedne zwierzaki w klatkach, tłum ludzi z aparatami i sędziowie, którzy wykrecają te koty w każdą stronę, aby sprawdzić,  na ile spełniają kryteria rasy. Takim imprezom mówię stanowcze NIE.

HERBATA Z FRR
Po wystawie, popędziałam do Kulturalnej, gdzie spotkałam się z Fruwaczkiem.
Pogadaliśmy trochę o pracy, trochę o życiu, trochę o tym, jak dużo trzeba odwagi, aby wszystko pierdolnąć i zacząć realizować własne marzenia. Jak zawsze usłyszałam, że jestem miłością jego życia, tylko Frr ciągle zapomina, że ta miłość ma jeden defekt. Ja gram w niej rolę matki, siostry i kochanki. Trochę za dużo jak dla mnie. W kulturalnej zjadłam pyszne czekoladowe ciasto, wypiłam dwa dzbanki herbaty z malinami i pobiegałam dalej.

MAMCIA W WIELKIM MIEŚCIE
..a pobiegałam, bo do Warszawy przyjeżdżała Mamasza z wycieczką z pracy do Teatru Syrena. Mamcia zasmakowała w Pizzerii Gaga i przed spektaklem  postanowiła zaciągnąć tam grupę koleżanek. Postanowiłam czekać na nie już na miejscu. Oczywiście po drodze się zgubiły i zamiast w Chmielną, weszły w Złotą, potem zadzwoniły, że mają mało czasu i żebym już zamówiła dla nich pizzę. Ledwo zamówiłam, a otrzymałam paniczny telefon, że one jednak rezygnują i wracają do autokaru, bo ta Warszawa taka straszna i pogubiły się zupełnie. Dopiero, gdy się wydarłam na pół miasta, aby się uspokoiły i wyluzowały, a ja po nie przyjdę, przestały histeryzować i mogłam ustalić, gdzie są i jak po nie wyjść. Potem Mamcia pobiła jeszcze okulary, z grupy ośmiu babek, zostały cztery, bo reszta zginęła po drodze. Ech,  zamieszanie na 4 fajerki. Ale to nie koniec rodzinnych perypetii. Wczorajszego wieczora mój kochany braciszek - 2 metry wzrostu - dostał w klubie w czaszkę, a Tatuś na trasie Poznań-Olsztyn wpadł w poślizg, że obróciło go o 180 stopni i cudem uszedł z życiem.

POPARZENI KAWĄ 3
Ja tymczasem spędziłam uroczy wieczór w Cool de sac na koncercie zespołu dziennikarskiego "Poparzeni kawą 3", którzy śpiewają piosenki grupy Leningrad. Polansowaliśmy się z Andrzejem i Basią wśród stołecznych dziennikarzy, wypiliśmy o jedno piwko za dużo i o paczkę za dużo wypaliliśmy, ale było bardzo fajnie. 
Z Basią od tygodnia mamy tajny prodżekt i jeśli starczy nam wytrwałości i wiary, przed nami wielka przyszłość. 
Ja: No, kochana, mówię Ci, to będzie hit, zobaczysz.
Basia: No, no, ale w środowisku będziemy spalone.
Ja: Ale wyobrażasz sobie tę sławę?
Basia: No i dlatego delektuję się teraz ostatnimi chwilami, kiedy  jeszcze jestem in cognito.

STRACHY NA LACHY
Dziś natomiast po konsumpcyjnym przedpołudniu spędzonym na poszukiwaniu spodni dla Andrzeja na jutrzejsze wręczenie "Ostrego pióra", poszliśmy do Hybryd na koncert Grabaża. Kurczę, jak ja lubię tę aurę! Tłum dzieciaków w glanach, z dredami na głowie, ideologicznymi koszulkami na grzbiecie i z dekadenckimi twarzyczkami młodocianych filozofów. Lubię też muzyczny klimat Strachów i skakanie pod sceną, gdzie można się wyżyć i ulec złudzeniu, że właściwie nic się nie zmieniło. Lubię teksty i nastrój jego piosenek - trochę rewolucyjnych, trochę lirycznych. No lubię i już.

A teraz jestem w domu, klepię ostatnie zdania i powoli szykuję się do rozpoczęcia nowego tygodnia. Chyba nie muszę Wam mówić, jak bardzo mi się nie chce?