..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 30 marca 2007

Nie nadążam! Czuję się jak pies, który goni własny ogon. Na nic nie mam czasu i denerwuje mnie ten kołowrót. Szczególnie w sytuacji, kiedy odkryłam domatorską stronę mojej natury.

A propos szczęścia, spokoju i luzu z ostatniego wpisu, to ledwo zdążyłam te słowa wypowiedzieć, nagle ogarnął mnie jakiś bezsensowny smutek i zaczęłam wyć w niebogłosy. Oczywiście nie omieszkałam zrobić awantury mojemu A., że nie ma go przy mnie i w ogóle, że jestem taka biedna i samiutka. Następnego dnia poszłam do pracy i od samego rana zdążyłam się tak wkurzyć, że deklarowany luz i zlew całkowicie wyparował. Najpierw mnie dobił nawał pracy, który może przekreślić mój wyjazd do Wawy, a potem jeszcze na dokładkę siadł mi komputer i stałam z robotą przez dwie godziny.

Wniosek?

Nie zapeszać szczęścia! Bo ono jest tak złośliwe, że gdy tylko usłyszy swoje imię, zaraz pakuje manatki i zostawia nam figę z makiem.

Wracam do roboty. Zaczarujcie, żebym wyrobiła się na pociąg.

Ps. Minęły dwa tygodnie od kiedy codziennie biegam. Gratulacje proszę składać osobiście lub mailem: )

środa, 28 marca 2007

                 Znów musiałam sobie przypomnieć, że nie pracuję w urzędzie, ale w reklamie i nie zawsze mogę wychodzić z pracy jak człowiek  - po ośmiu godzinach. Mam kolejne pismo do zrobienia i staję na uszach, żeby je skończyć do piątku i móc pojechać do A. Oprócz tego dziś mój boski szef oświadczył, że nasz mailing - nota bene będący świetnym popisem kreacji - powinien zaowocować kilkoma klientami. I kto ma to sprawić? Oczywiście ja. Jedyne co mnie ratuje to jakiś ogromny luz na wszystko. Niezależnie co się wydarzy słońce będzie wchodzić i zachodzić, a ja... ja już tęsknię za moim A. Bardzo, bardzo, bardzo!
               ****
                
 Od kilku tygodni zaczynam dostrzegać nierozerwalny związek między moim samopoczuciem, a potrzebami ciała, widzę niesamowitą harmonię każdej swojej cząstki. Może to zabrzmi naiwnie, może powiem truizm, ale czasem pewne banały, kiedy się zdarzają, nagle stają się jakimś odkryciem.
                 
Mam w sobie spokój. To wiemy, bo trąbię o tym od tygodni. Jestem zakochana, szczęśliwa i spokojna. Nie smakuje mi alkohol, nie palę papierosów, wzdrygają mnie zapachy fast-foodów, kebabów, które w ostatnim roku były moim podstawowym posiłkiem. Codziennie biegam - mam ogromną potrzebę ruchu. Czuję się zdrowa od środka - od serca, umysłu i ciała. Moja każda komórka oddycha i promieniuje szczęściem oraz błogą ciszą. Bez demonów.

                 I dopiero teraz, z perspektywy, widzę, jak bardzo byłam chora i rozsypana w romansie z Wilkiem. I jak zagłuszałam swój ból, trując swoje ciało i mrocząc umysł. Ta miłość zżerała mnie od środka, lecz najgorsze jest to, że dostrzegłam to dopiero, kiedy to uczucie już jest za mną.
                I zawsze tak było - jakaś fatalna i groźna ślepota, która nie pozwala mi ocenić sytuacji dopóki w niej tkwię. Nie wiem, co mnie do tej pory ratuje - czy resztki instynktu samozachowaczego czy może los. Ale cokolwiek to jest - dziękuję.

wtorek, 27 marca 2007

Wczorajszy koncert „Ladies for Us”, w którym miałam swój niewielki udział, był tak przyjemny, jak i nudny i groteskowy. Dlaczego?

                Ano dlatego, że konferansjerka w wykonaniu dwóch panów o nazwisku Grochal raziła ospałością, ociężałym dowcipem, no i przede wszystkim masą błędów językowych. Poza tym owi Grochalowie bardzo skutecznie zakłócili spójność koncertu i niezwykle umiejętnie burzyli atmosferę budowaną przez każdą z wokalistek. A jeśli chodzi o atmosferę, to mistrzowska okazała się Halinka Frąckowiak, której nowe piosenki – w pseudonowoczesnych brzmieniach oraz odlotowo młodzieżowa choreografia powaliły wszystkich z foteli. Nie ma nic bardziej żałosnego niż babcia, która chce wszystkim udowodnić, że jeszcze może. Kiedy na nią wczoraj patrzyłam, to zrozumiałam, że nie lada sztuką jest umiejętność odejścia we właściwym momencie.

            Całość uratowała genialna Justyna Szafran i świetna Agnieszka Różańska. Osławiona w Poznaniu Ewa Nawrot również pokazała klasę, choć tym razem była to klasa na jedno kopyto.

Na szczęście ja tu tylko pisałam, więc ani do sukcesu, ani do porażki się nie przyznaję. I więcej z ta fundacją współpracować nie będę. Za dużo tam fałszu, lansowania się na barkach innych i braku szacunku do ludzi, ale to już zupełnie inna historia.

                Tak brzmi mój dzisiejszy głos w sprawie koncertu.
niedziela, 25 marca 2007

Niedziela
Wstaliśmy z łóżka, zjedliśmy śniadanie, umyliśmy się i szykujemy się do wyjścia.
A. bierze do ręki zegarek i mówi:
- Cholera już druga. Ci szmaciarze od czasu letniego zabrali nam godzinę!

***
Przez cały piątek Frr zasypywał mnie esemesami w stylu:
- I jak przyjeżdża do Ciebie A.? Będziecie oglądać sobotni meczyk? A może ten Twój A. nie jest prawdziwym mężczyzną i wybierzecie jakąś babską rozrywkę?
Dopiero, kiedy mu napisałam, że teraz jestem z artystą, a nie fizolem, zmienił temat:)

***
W sobotę w południe idziemy z A. miastem i spotykamy Frr. Frr zaczyna się się stroszyć jak kogucik, że właśnie kupił sprzęt na wyprawę w Alpy, że teraz idzie kupić kijki trekkingowe, no a wieczorem idzie na mecz. I w ogóle i w ogóle. Andrzej mówi niewiele i patrzy na niego z półironicznym spokojnym uśmiechem
Pół godziny później dostaję od Frr esemesa:
- Oj tak sobie pomyślałem, że głupiego macho przygrałem, co?

piątek, 23 marca 2007

Jeszcze wczoraj w nocy obejrzałam Marzycieli Bertolucciego – ładny i zmysłowy.

Bardzo lubię ten moment, kiedy posprzątam Marcinkę, zrobię coś pyszniastego do jedzenia i wtedy rozkładam się na kanapie, włączam film albo otwieram książkę, kicia kładzie się obok i jest nam tak błogo i dobrze.

Bo, jak na domową kurę przystało, bardzo lubię sprzątać moją chatkę. Oczywiście, zanim się do tego zmuszę to mijają wieki, ale jak już zacznę, to sprawia mi to prawdziwą przyjemność – układam wtedy ubrania w szafach, czasopisma na półkach, książki na regale. Coś przywieszę, coś przestawię i strasznie się cieszę, kiedy bałagan stopniowo staję się przytulną harmonią.

No kocham tę moją chatkę, oj kocham – mój kąt, moją twierdzę, moje gniazdo. I choć to nie dom w drzewie, tak jak u Puchatka, ani Willa Śmiesznotka Pippi Langstrum, to wiem, że Marcinka jest miejscem zaczarowanym.

A dziś idę kupić do niej kwiaty, ponieważ dwa, które dostałam w prezencie przeszły chrzest bojowy - zaczynają kwitnąć, i chyba natchnęły mnie na więcej.
czwartek, 22 marca 2007

Mój nałóg miejskiej włóczęgi można by porównać do zaawansowanego stadium alkoholizmu. Jeśli od razu po pracy zabunkruję się w domu to jestem ocalona, ale niech tylko wychylę nosa z zupełnie niewinnym zamiarem, zaraz Poznań mnie zasysa.
Tak było i wczoraj. A miałam iść tylko na szybki obiad z W. Zwykle nie widzimy się dobre pół roku - mimo że mieszkamy na tej samej ulicy - a potem spotykamy się na chwilę i jak zawsze W. mi mówi, że może zechciałabym być menedżerem ich zespołu, bo jemu tworzenie i organizacja nie idą dobrze w parze. A ja zawsze odmawiam.
W połowie sałatki zadzwonił Mak, że otwiera wystawę i że zapomniał, jak wyglądam. Byłam blisko, więc obiecałam, że wpadnę. No i wpadłam. Potem był jeszcze koniaczek, pogawędka i tak minął mi wieczór.

Morał: lepiej w ogóle nie wychodzić z domu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy uda się do niego wrócić:)

Dziś natomiast miałam bardzo pracowity dzień w agencji, a potem wysprzątałam całe mieszkanko i teraz gotuję część składników na jutrzejszą sałatkę dla A.
Taka ze mnie kura domowa:)
Postanowiłam to wszystko zrobić dziś, bo jutro popołudniu jest spotkanie z Grocholą w Bookareście, a co by nie mówić o jej dość słabym pisarstwie, ona sama jest babką w dechę.

A teraz właśnie leci fajny film na TVP KULTURA, więc spadam.

środa, 21 marca 2007

No cóż wiosna przywitała nas iście wiosennie. Tu cichosza, tam cicho szaro buro i śnieży, że tak sobie zanucę Turnaua. Ale, żem twardzielka jakich mało, dziś również zrobiłam poranną rundkę joggingu po moim mikroparku.

Wczoraj była u mnie wspominana już wcześniej pani redaktor – siedziała ponad dwie godziny, mimo że Depreska dzielnie wspierała mnie na gadu, pisząc po godzinie: „a kysz, a kysz”. Na szczęście tym razem było nieco lepiej – pogadałyśmy trochę o różnych językowych zagadnieniach, omówiłyśmy sporo powszechnie stosowanych błędów, no i tym razem nie dopadła mnie dzika frustracja z powodu wyrzuconej stówki. Choć, nie ukrywam wydałabym ją chętnie zupełnie inaczej.

Za dwa dni przyjeżdża mój A. Mam wrażenie, że nie widziałam go wieki. Tęsknią za nim moje włosy, tęsknią oczy, usta i bardzo tęskni skóra – spragniona czułego dotyku, namiętnych pocałunków,  tkliwego spojrzenia i zwyczajnej bliskości.  

Już nie mogę się doczekać spotkania na peronie i jego cotygodniowego: „Witaj Dziewczynko”

***
Ps. Po tym jak we wczorajszym wpisie napisałam o Betce, która żyła w czasach konnych zaprzęgów, dostałam od niej informację na gg, że nie zamierza tego komentować, ponieważ czytała gdzieś, że dla każdego blogowicza największym dramatem jest brak komentarzy, co znaczy, że nikt ich nie czyta:  ))))

Wiosna, Wiosna, Wiosna, ach to Ty?


wtorek, 20 marca 2007

No udało się, choć muszę przyznać lekko nie było. Nastawiłam trzy budziki, na trzy różne godziny. Każdy umieszczony był gdzieś daleko od łóżka w moim przestronnym apartamencie. Po dwóch – jeszcze miałam ochotę pieprznąć wszystko i spać dalej, ale przy trzecim moje wyrzuty sumienia tak się obudziły, że nie mogłam wrócić do łóżka i... udałam się do parku na poranne bieganie. 15 minut truchtania – bomba! Dzięki temu udało mi się rześko i energicznie zacząć dzień i jestem dumna z siebie jak koń śmieciarza (to słynne powiedzenie Betki - pewnie za jej czasów śmieciarz jeździł zaprzęgiem:)))).

Wczoraj natomiast zgodnie z założeniem spędziłam bardzo spokojne popołudnie – ugotowałam obiad, obejrzałam na płycie „Włoski dla początkujących” i co najważniejsze - po wielu tygodniach rozłąki wróciłam do pisania „Matyldy”. Więc, moi kochani, mam nadzieję, że jeżeli wytrwam w dyscyplinie, to do lata będzie finał.

Ale najbardziej nie mogę nadziwić się nad jednym:

Mam w sobie taki spokój. Nie telepie mnie, nie nosi, nie rozsadza. Potrafię spędzać ze sobą czas. Nie mam ochoty na alkohol. Nie jadam szybko i byle jak. I wcale nie dlatego, że tak sobie założyłam. To przyszło zupełnie naturalnie. To przyszło do mnie wraz z A. i z odejściem Wilka. Dopiero teraz widzę, jakim kłębkiem nerwów i toksyn byłam przez ostatnie miesiące – kiedy codziennie piłam, paliłam paczkę fajek dziennie, nie potrafiłam spędzić w domu nawet godziny. A teraz czuję, jak wszystko ze mnie spływa, jak się oczyszczam, wyciszam, jak mi z tym wspaniale. Bez huśtawki - od euforii do histerii. Po prostu w spokojnym równym błogostanie.
poniedziałek, 19 marca 2007

Jeszcze przed chwilą wybiegałam z pracy, bo jechaliśmy z Frr do Olsztyna, a teraz znów tu jestem i przede mną dłuuugi tydzień.

W domku, jak w domku – przegadałam z Mamuśką pół piątkowej nocy, poznałam szczeniaczki – grubego wesołego Bolka i delikatnego indywidualistę – Lolka. Biegałam z nimi w deszczu po wzgórzach, śpiewałam, rzucałam im patyki i nie mogłam się do końca nasycić tą przestrzenią, wolnością i ciszą. A kiedy przychodziła noc, niebo schylało się tuż nad nasze głowy i w nie sposób było oderwać niego oczu. Takiego nieba nie ma nad Poznaniem, bo nad Poznaniem nie widać gwiazd. A tam... tam gwiazdy są tak blisko i jest ich tak wiele - tysiące, miliony rozmigotanych punktów. Pięknie!

W sobotę wieczorem przyjechał po mnie A. i pojechaliśmy do znajomych. Piliśmy tam whisky i piwko i było wesoło, ale ja – czasem mi się to zdarza – popadłam w jakiś samotniczy nastrój. A. nie pił, bo dzień wcześniej obalił z kolegami jedyne pięć piwek i hordę wściekłych psów i dziś był umierający, więc tym bardziej nasze nastroje gdzieś się rozminęły. Dlatego, kiedy mnie odwoził, ogarnął mnie taki smutek, poczucie niezrozumienia i wyobcowania, że zaczęłam płakać, a on zupełnie nie wiedział, co ma z tym zrobić. Poprosiłam, żeby wracał do domu i w żaden sposób nie pozwoliłam mu się do sienie zbliżyć. A przecież tak za nim tęskniłam.

Coraz częściej przekonuję się, że najwięcej nieporozumień między mną, a mężczyznami, zawsze wynikało z mojej niedojrzałości. Bo ja bym chciała, aby oni czytali w moich myślach, odgadywali pragnienia, o których sama nie wiem. No i oczywiście potrzebuję nieustannych dowodów uczuć, czułości i zainteresowania. I zamiast zacząć pracować nad sobą, to wiecznie obwiniam tę drugą stronę.

Ale chcę to zmienić. Naprawdę chcę wyjść poza swój egocentryczny punk widzenia. I chcę go bardzo kochać. Tak jak on kocha mnie.

Cholernie za nim tęsknie.

Póki co jednak... czas zacząć tydzień.

Witam wszystkich!

ps. A dlaczego Wzgórze Pomordowanych Srok?
Tych, którzy nie pamiętają, odsyłam tutaj:
http://pr0myczek.blox.pl/2007/02/Powrotyi-pomordowane-sroki.html#ListaKomentarzy

piątek, 16 marca 2007
Wraz z wiosną mój organizm poczuł palącą potrzebę regeneracji.
Choć to zupełnie nieAgnieszkowe - nie mam siły, aby gdzieś łazić, chodzić na kawki, ploteczki, imprezki, nie mam nawet ochoty otworzyć przed ludźmi drzwi "Marcinki", ponieważ desperacko potrzebuję samotności.
Ale ta samotność jest taka kolorowa, miękka i puszysta.
Wracam do domu, włączam radio, gotuję sobie obiad, karmię kota, biorę prysznic, a potem cały wieczór mam dla siebie.
Wczoraj zrobiłam pyszniastego śledzia w śmietanie, obejrzałam "W rytmie serca", poczytałam książkę, ktorej tytułu nie pamiętam, poćwiczyłam na steperku. I było mi tak cudnie! Potem pogaworzyłam przez telefon z A. - li i jedynie 90 minut. I tak mi upłynął wieczór. I wciąż mi mało. Potrzebuję koncentracji, aby pisać, chcę więcej ćwiczyć i odczuwam straszliwy głód czytania. Mam wrażenie, że moje ciało, umysł, dusza aż krzyczą we mnie, błagając o spokój, relaks, wytchnienie i całkowitą izolację od świata.

Dlatego proszę kochani. Wybaczcie. Ale potrzebuję chwili oddechu. Na jakiś czas wyłączam się z życia towarzyskiego. Co nie zmienia faktu, że Was uwielbiam i potrzebuję. I pisać tu będę!


Dziś po południu jedziemy z Frr do Olsztyna.
Do mojego domeczku - ale się cieszę!

A to fragmencik - rewelacyjny - z Jeremiego Przybory:

„Pan mi odkrywa swoje wnętrze, lecz ja za skutek nie zaręczę
Nie ceniąc z zewnątrz mężczyzn wręcz, mam słabość do ich pięknych wnętrz…
Gdy nagle spojrzę w takie wnętrze, przez witraż oczu, jak przez tęczę,
Może mi zachwyt ścisnąć krtań, co już udławił parę pań…
Dlatego sprzeciw w sobie piętrzę, z którym przed panem się wywnętrzę,
To żar przejmuje mnie, to ziąb, gdy w pana wnętrza spojrzę głąb!"


czwartek, 15 marca 2007
Brr..., ale miałam sen.
Śniło mi się, że Kroolevna wysłała mnie na urlop do swojego kuzyna - czeczeńskiego zbrodniarza, który cały czas opowiadał mi, jak bardzo lubi zabijać ludzi. Oj była w nocy adrenalinka, nie powiem.

Wczoraj spotkałam się z babeczką z wydawnictwa, która miała mi trochę pomóc w redakcji i korekcie, ale jak się okazuje - pewne rzeczy przychodzą z czasem, a te inne  - ja umiem! Ale Szanowna Pani Redaktor przesiedziała u mnie 3,5 godziny. Z tego może 30 minut rozmawiałyśmy o konkretach, a potem ona opowiadała mi o sobie, kupnie mieszkania, swoich preferencjach zakupowych, kulturalnych i kulinarnych.
A na koniec zaśpiewała mi 50 zł od każdej godziny! Zapłaciłam jej za dwie godziny i do dziś nie mogę się nadziwić, że można być tak bezczelnym, żeby do kogoś przyjść, pół wieczoru opowiedać o sobie, a potem zgarnąć taką sumę.
Dziwny bywa ten świat..
Ale wiecie, jaki jest szczyt absurdu tej sytuacji?
Umówiłam się z nią na za tydzień!
Ale tym razem przygotuję sobie zestaw pytań i wycisnę z niej wszystko, co mi potrzebne. A po godzinie wywalę z chaty! Obiecuję:)


środa, 14 marca 2007

Moi Drodzy – niezależnie jak się zakochacie, jak wielki związek dusz poczujecie z drugą osobą, jak zbieżne będą wasze poglądy i cudne chwile spędzone razem – nigdy nie zapominajcie: Mężczyzna i Kobieta pochodzą z różnych galaktyk i mówią różnymi językami. Trzeba nauczyć się z tym żyć, ponieważ ta stara prawda przychodzi do nas w najmniej oczekiwanym momencie.

Na przykład, kiedy oglądacie razem Monthy Pytona i on tak się z tego śmieje, że aż mu się brzuszek trzęsie z uciechy, a Ty – biedna kobietko – patrzysz na tę bandę głupków na ekranie i nie możesz się nadziwić, że takie kretyństwo kogoś bawi.

Takich zadziwień jeszcze przede mną sporo, ale gdy przypomnę sobie jego uchachany ryjek to chce mi się śmiać z tej sytuacji. No bo co jest zabawnego w Monthy Pytonie i jak można się z tego ryć na całe gardło?

Nigdy tego nie zrozumiem i proszę mi tu nie wyjeżdżać, że to upodobanie do humoru abstrakcyjnego, bo ja takowy bardzo lubię – uwielbiam Mrożka, Gombrowicza, reklamy Plusa. Więc o co chodzi?

Po prostu inne Galaktyki.

Na szczęście oprócz Pytona obejrzeliśmy jeszcze „Plan Lotu” z Jodie Foster – amerykańska sensacja, ale nieźle trzymająca w napięciu.

A dziś z rana mój kochany wyjechał sobie, a było mi z nim tak dobrze, każdego dnia lepiej i bliżej. Spotkamy się w sobotę, a może już niedługo zostanie na zawsze w Poznaniu. Bo ja już za nim tęsknie i bardzo chcę do niego – mocno, bardzo mocno.

wtorek, 13 marca 2007

Chciałabym napisać, co się u mnie dzieje, ale u mnie nie dzieje się nic.

Z A. bawimy się w dom. To znaczy ja haruję jak wół na utrzymanie rodziny, a on wyleguje się do 10.00, potem idzie na zakupy i czeka na mnie z obiadem. Wczoraj były naleśniki z mięskiem – pychota! Z każdym dniem coraz bardziej się do niego przyzwyczajam, bardziej go potrzebuję i nie chcę się z nim już nigdy rozstawać.

Co poza tym?

Obejrzeliśmy sobie dwa filmy – rosyjski „Spaleni słońcem” – piękny i trzymający w napięciu oraz „Poza prawem” Jarmusha – też trzymający w napięciu, ale tak...po jarmushowsku:-)

W piątek jadę do Olsztyna i nie mogę się doczekać tych dwóch dni na krańcu świata, gdzie pewnie wiosna roztula już pierwsze pąki, nie mogę doczekać się maminego obiadku i spotkania ze szczeniakami – Bolkiem i Lolkiem.
niedziela, 11 marca 2007

Zbliża się koniec weekendu, ale tym razem koniec ten nie jest wcale przykry, bo A. zostaje u mnie aż do środy.
A potem spotykamy się w Olsztynie.
Jak było?

Za dnia spacerowo, z wieczora knajpowo, pieszczotliwie na okrągło o najróżniejszych porach. Jest mi tak dobrze - mięciutko, bezpiecznie i lekko. Lubię się z nim śmiać, a to dla mnie bardzo ważne.
Wczoraj wyrecytował mi pewien wierszyk jak to Tuwim sparodiował Leśmiana i napisał "Wlazł kotek na płotek" Leśmianowym językiem.
Spójrzcie sami:

Julian Tuwim

Jak Bolesław Leśmian napisałby wierszyk „Wlazł kotek na płotek”

 Na płot, co własnym swoim płoctwem przerażony,
Wyziorne szczerzy dziury w sen o niedopłocie,
Kot, kocurzak miauczurny, wlazł w psocie-łakocie
I podwójnym niekotem ściga cień zielony.

 A ty płotem, kociugo, chwiej,
A ty kotem, płociugo, hej!

 Bezślepia, których nie ma, mrużąc w nieistowia
Wikłające się w plątwie śpiewnego mruczywa,
Dziewczynę-rozbiodrzynę pod pierzynę wzywa
Na bezdosyt całunków i mękę ustowia.

 A ty płotem, kociugo, chwiej,
A ty kotem, płociugo, hej!


piątek, 09 marca 2007

Wreszcie piątek – faaajnie!
Wczoraj przyjechał do mnie A..
Jak cudnie jest przy nim zasypiać i się budzić.
W pracy względny spokój, towarzysko się trochę wyciszyłam i za wiele nie latam, dużo czasu spędzam w domku – coś oglądam, czytam,
więc generalnie: nuuuuda.
Ale jaka błoga nuda!

I jedyny głód, który mnie zżera, to straszny głód dobrej powieści.
Jakiejś fabuły, która wciąga i przenosi w winy wymiar. Może ktoś mi coś poleci?

czwartek, 08 marca 2007
Jako pierwszy życzenia z okazji Dnia Kobiet złożył mi...
hydraulik Roman,
który pół roku temu wykiwał mnie na niezłą kasę.

To się nazywa szczyt bezczelności:)
środa, 07 marca 2007
Miałam sobie obejrzeć "Podwójne życie Weroniki", ale rozdzwoniła się familia i nici.
Jutro przyjeżdża mój ukochany. Tak sobie myślę i myślę, dlaczego on, dlaczego to uczucie tak szybko się rozwija, dlaczego aż tak ścięło mnie z nóg.
I chyba wymyśliłam.
Po prostu dojrzałam do miłości. I wcale nie stało się to wczoraj ani miesiąc temu. 
Tylko nie było dotąd nikogo, kto chciałby mi na miłość miłością odpowiedzieć.
T. był psychopatą i jego uczucie miało moc niszczycielską i sadystyczną,  Frr choć kochany, gotowy był wyłącznie na szczeniackie randkowanie, Wilk musiał swoją miłość podzielić na trzy.
Natomiast A. - nie wiem, jaki jest on, ale chcę spróbować i czuję w sobie tyle czułości, która we mnie wzbiera, tęsknoty, która mnie drąży i radości, że jest, że jest tak blisko mnie ktoś taki jak on.

Dlatego idę spać, bo wtedy szybciej będzie jutro.
Dobranoc:)


www.boli.blog.pl
wtorek, 06 marca 2007

Rzadko mi się zdarza otrzymać taki impuls od świata, żeby natychmiast wysłać mojej Mamie wiadomość, że bardzo ją kocham. A przecież chcę jej to mówić codziennie.
A wszystko dzięki pięknemu, wzruszającemu i cholernie smutnemu filmowi.
Filmowi z gatunku tych, które zostają nie tylko pod powiekami, ale i w sercu.
To opowieść o chłopcu przepędzonym przez matkę i żyjącym samotnie w świecie totalnej bezdomości, kiedy nie ma nikogo, kto by myślał i kochał. Kundel, bo tak go nazywają, jest nikomu niepotrzebny - ucieka z domu dziecka i żyje na własną rękę. A pewnego dnia spotyka istotkę, dla której stanie się ważny.

Zarówno historia, jak i sugestywne poetyckie obrazy szarpią najczulsze nasze struny.
I sprawiają, że chcemy być lepsi, dobrzy i uczciwi.
"Jestem" Doroty Kędzierzawskiej, obok równie cudnych "Wron" i "Nic" to kino wielkie.
Tak bolesne, jak piękne.
Ale zostaje na zawsze. Tego jestem pewna.

Jezusiczku..tak mi się chce spać, że zaraz zakwitnę!
Plan na dzisiaj to:

szybkie ogarnięcie chaosu w Marcince,
a potem...

obiadek,
kocyk,
drzemka,
winko,
jakiś film z Beverly Hills
i generalnie relaks!

A w czwartek...
w czwartek przyjeżdża mój ukochany - aż na 6 dni i wiecie co...
cudnie mi z tym facetem...
i chorobliwie za nim tęsknię!
poniedziałek, 05 marca 2007

Muszę napisać o pewnym fenomenie, który mi umknął. Tydzień temu przyjechał do Poznania Zygmunt Bauman. Miał spotkanie w PTPN. Biegłam wtedy na prapremierę "Testosteronu" i musiałam sobie odpuścić.

Ale tego popołudnia umówiłam się jeszcze z Adunią na winko w kawiarni "U przyjaciół", która znajduje się przy PTPNie.

Wychodzimy z tego winka, jeszcze godzina do spotkania, a na dziedzińcu dzikie tłumy. Oblężenie, jakiego Poznań nie widział.

- Zobacz, ile ludzi przyszło na spotkanie z Baumanem - mówię do Ady.
A ona na to, na cały głos:
- A kto to jest Bauman???

I wtedy zamilkli wszyscy, powiało zgrozą i setki par oczu z pogardą wlepiły się w Adunię. Aż wreszcie ktoś wycedził:
- E laska, chyba adresy pomyliłaś.

Wydostałyśmy się czym prędzej z tłumu intelektualistów, chichocząc jak nastolatki. A na kolejne spotkanie z Baumanem poszłam dzień później - do Teatru Ósmego Dnia. Znów były dzikie tłumy, lista kolejkowa, przepychanki i wyzwiska.
Oj o kulturę trza dziś walczyć dziatki!
A Adunia była cudna. I pomyśleć, że brunetka!

Oto i ona:

niedziela, 04 marca 2007

Wróciłam z Warszawy. Marcowa stolica jest dużo przyjemniejsza od tej śnieżnej, zimnej i brejowato-brudnej. Powiem więcej - jest na tyle przyjemna, że znów zaczęłam rozważać przeprowadzkę.

Wreszcie byliśmy na spacerze po Starówce i na wystawie fotografii Ryszarda Kapuścińskiego. Poszwędaliśmy się do Złotych Tarasów, ale - moi drodzy warszawiacy muszę to powiedzieć - do poznańskiego Starego Browaru się nie umywają. Ot po prostu centrum handlowe - tyle, że ogromne i cholernie duszne. Dla porównania zapraszam na stronę: www.starybrowar.pl

Tak czy siak Warszawa jakoś mnie wyjątkowo uwiodła i mam dylemat.

Wczoraj natomiast zrobiliśmy imprezkę w domu i przyszli przyjaciele A. - Paweł i Mirek. Bite 7 godzin takich wywodów intelektualnych - filmowych, książkowych i filozoficznych, że popadłam w kompleksy.
Oglądaliśmy też zaćmienie księżyca i było całkiem wesolutko.
O drugiej w nocy zasnęłam. Więcej grzechów nie pamiętam.

A teraz jestem znów w domku, kot się bawi, radio gra, a ja piszę i już tęsknię.
Ech...zakochało się dziewczę:)

piątek, 02 marca 2007
Dostałam umowę na 3 misiące - do 31 maja. Podejmuję wyzwanie, podnoszę rękawicę i będę walczyć. Z własnymi słabościami i własną niewiedzą. Dam z siebie maxa, jak nie wyjdzie, to znaczy, że tak miało być.
Dziś spotkałam się z Elą-Czarodziejką - to jedyna osoba na tym świecie, która posiada magiczną moc krzepienia serc i kojenia bólu. Ela-Czarodziejka jest jak plaser, jak balsam. Po spotkaniach z Elą można przenosić góry.
Jutro jadę do mojego ukochanego i nie mogę się doczekać.
Ale z rańca jeszcze skrobnę:)


ps. Acha, dziękuję Aduni, Walerce i Ramsikowi - wiecie za co:) Że jesteście.
No i oczywiście dziękuję tym , którzy przy każdym moim dołku wyciągają mnie za uszy ciepłymi słowami w komentarzach.