..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 31 marca 2006
Frr: Ech...czy nadejdzie taki moment w naszym życiu, że przestaniesz mnie krytykować?
Ja: Oczywiście kochanie, jak tylko osiągniesz poziom doskonałości.
Frr: Żeby Ciebie zadowolić trzeba być supermanem, jebaką, sportowcem i literatem w jednym. Jedyne, co mnie pociesza to fakt, że nikt temu nie sprosta.
czwartek, 30 marca 2006
A dziś pójdę sobie do Strefy Słowa na spotkanko z prof. Kraskowską o siostrach Bronte. 
I tyle.
Nic więcej do powiedzenia nie mam z wyjątkiem faktu, że nastała wiosna, odstawiłam kozaczki i upajam się porannymi spacerami do pracy wiodącymi poprzez wąskie, ciche uliczki o nazwach: Radosna, Piękna czy Swojska... ech...

środa, 29 marca 2006

Wczoraj Frr zaciągnął mnie na mecz Arsenal - Juventus, na który szedł ze swoim ukochanym fanklubem Juve:)
Ja, jak na laika przystało, zaczęłam oglądać mecz zupełnie bezstronnie, do czasu, kiedy nie wychwyciłam uroczego przystojniaczka, od którego piłka się właściwie nie odklejała. Tym samym zaczęłam kibicować Arsenalowi i kapitanowi drużyny - Henriemu. Jak się zresztą okazało jednemu z najlepszych strzelców - a zatem proszę o respekt dla mojego gustu.
Juvke dostał w dupę 0:2 i cały fanclub pogrążył się w żałobie, a ja wracałam do domu całkiem już rozbawiona minami tych biedaków i tak sobie myślałam, że oglądanie piłki dla innych walorów też bywa przyjemne.
Tak, wiem,
ech my głupie baby.



Słodki, prawda?

wtorek, 28 marca 2006

Jedziemy wczoraj z Walerką na basen i narzekamy, że nie potrafimy, nie chcemy, nie mamy o czym gadać  z naszymi facetami.
Ja: Mi już nie chce się gadać z Frr, bo jestem w stanie przewidzieć, jakie ma poglądy na daną kwestię.
Walerka: Szymon też ze mną nie gada, bo uważa, że wszystko już zostało powiedziane.
Ja: Co ciekawe, że  nie mam tak ani z przyjaciółmi, ani z rodziną i tylko z moimi facetami po jakimś czasie odechciewa mi się filozoficznych dywagacji.
Walerka: Wiesz, a my mieliśmy taką fajną niedzielę, leżeliśmy w łóżku do 16-tej.
Ja: no, no:) uprawialiście seks?
Waleka: Też, ale nie tylko. Trochę gadaliśmy. Ale w sumie tylko trochę, bo jak wiesz, nie było o czym.

Wybuchnęłyśmy obie śmiechem i wtedy pomyślałam sobie, że dopóki potrafimy śmiać się z nas i naszych związków, to jest dobrze.
 

Wczoraj nie napisałam nic, bo dochodziłam do siebie jeszcze po weekendzie.
W piąteczek wybrałyśmy się z babeczkami z pracy na piwko i było tak przyjemnie i wesoło, że zasiedziało nam się do bardzo późnych godzin nocnych. Co prawda po teatralnych przebojach obiecywałam sobie, że żadnej prywaty w pracy uprawiać nie będę, ale cóż mam poradzić, skoro tyle wokół mnie inspirujących i  ciekawych istot?
Sobotnie przedpołudnie upłynęło nam pod znakiem wycieczki do Śmigla w poszukiwaniu zaginionych rupieci, z której po raz pierwszy nic sobie nie przywiozłam. Wieczorem natomiast poszliśmy z Frr, Walerką i Szymonem na mecz do Jemesona na św. Marcinie. I tutaj muszę przytoczyć wielce dramatyczną historię o tym, jak jednym ruchem zaprzepaściłam miłość swojego życia.
A zaczęło się tak:
Najpierw ON przepuścił mnie w kolejce po piwo, potem siedząc dwa stoliki dalej,  zerkał co rusz i posyłał mi gorące uśmiechy, a na koniec podszedł i wsunął mi do ręki karteczkę ze swoim imieniem i numerem telefonu. "Błażej 6...- ...-.... .
Zaczęło się pięknie, nieprawdaż?
Niestety jednak następnego dnia jednym bezmyślnym ruchem wcisnęłam moje dżinsy do pralki i po karteczce, i po numerze i po wielkiej niedoszłej miłości pozostało tylko wspomnienie.
Niedzielka nieco lżejsza, ponieważ w znacznej części spędzona w domu przy niedzielnym gotowaniu, smakowianiu i leniwieniu się.
Z kolei noc niedzielno-poniedziałkową przyszło mi spędzić w Teatrzyku, gdzie z okazji 25-lecia pracy Ela Węgrzyn miała swój recital pt"Zła opinia". Cudna osoba, niesamowita osobowość.
Tym sposobem dopiero dochodzę do siebie. I znowu początek tygodnia i znowu czas regeneracji po intensywnym weekendowym odpoczynku.
Ech te absurdy!

piątek, 24 marca 2006

"Przypadek to rozwodniony cud" - powiedział wczoraj mój ukochany Zelenka w wywiadzie dla radiowej Trójki.

Próbuję odnaleźć w myślach jakiś ostatni przypadek i nic nie przychodzi mi do głowy.

Jestem przemęczona. Codziennie po pracy gdzieś biegnę, piję, zażeram kawałki kultury i wracam nieżywa i budzę się niedospana.
Od dwóch miesięcy nie przeczytałam żadnej książki. Nie potrafię przystanąć, skupić się, wyciszyć. Wszystko we mnie drga i telepie się. A do tego motyle. Wygłodniałe motyle w brzuchu, które chcą wiosny. W sercu przede wszystkim. I zmysłach.
Na razie żywią się smakowitymi strzępami. Czy będzie coś jeszcze?
Nie obiecuję.

czwartek, 23 marca 2006

„Posiąść tłum — oto jego namiętność i powołanie. Wielka rozkosz dla prawdziwego flâneura i rozmiłowanego obserwatora: zamieszkać w mnogości, falowaniu, ruchu, w tym, co umyka, co jest nieskończone. Być poza domem, a przecież czuć się wszędzie u siebie; widzieć świat, być w środku świata i w ukryciu zarazem, takie są drobne przyjemności tych umysłów niezależnych, namiętnych, bezstronnych, które słowo tylko nieudolnie potrafi scharakteryzować. Obserwator — to książę, który wszędzie zachowuje incognito”.
Charles Baudelaire

Wczorajsze spotkanie w Baraku Kultury poświęcone podróży znów podsyciło moją wieczną tęsknotę za "byciem w drodze". Ale oprócz tego uświadomiło mi, że moja chęć podróżowania bierze się z kontestacji proponowanych przez naszą kulturę stylów życia, z buntu przeciwko masowym wycieczkom i pseudoegzotycznym przeżyciom na tunezyjskiej plaży.

Bycie flaneurem to nieustanna podróż przez życie, to podróże dalekie, ale także te powszednie chociażby na trasie Poznań - Olsztyn lub zupełnie banalne podróże przez miasto, które odbywamy codziennie nieświdomi, jak wiele możemy z nich czerpać.
Właśnie tę miejską codzienną włóczęgę poprzez nudę, jak to zdefiniował obecny na spotaniu Michał Olszewski, uwielbiam najbardziej. Aby tak się stało, potrzebne jest wyczulenie na drobiny, wrażliwość chłonięcia okruchów świata, które tak trudno dostrzec w pośpiechu. Budynki, gra świateł, zachowania ludzkie, język - te wszystkie podniety są wokół nas, trzeba się tylko nastawić na odbiór.

Wewnętrzny przymus podróżowania to archetyp, ryt, ukonstytuowany zarówno poprzez naturę, jak i kulturę, podróżowanie to niezobowiązujące przyglądanie się światu, to wędrówka, w której wędrowiec nie identyfikuje się z tym, co ogląda, ponieważ zachowuje dystans obserwatora. Patrzy z wnętrza własnego indywidualnego świata.
Patrzy i idzie dalej.
Ja.
 

środa, 22 marca 2006

Damsko-męskie spotkania, spotkania pomiędzy dwojgiem obcych sobie ludzi albo takich, którzy ledwo się znają, charakteryzują się tym, że można mówić o sobie, że można się kreować i łatwo ulec fascynacji zarówno rozmówcą, jak i samym sobą.
Damsko-męskie rozmowy nie są wówczas prozaicznymi komunikatami w stylu "skończyła się kawa", albo wyrzutami "bo Ty zawsze buty zostawiasz na środku pokoju".
Damsko-męskie rozmowy to wzajemna ciekawość, to prowokacje i niedomówienia, to również międzywers i płynne przechodzenie od tematów lekkich do zaangażowanych. Damsko-męska rozmowa przyprawona jest szczyptą amatorskiego filozofowania, odrobiną humoru i czegoś nieuchwytnego pomiędzy.

Damsko-męskie rozmowy to zwykle początek. Potem może być:
-  łóżko i wtedy już gadać nie trzeba, bo co innego staje się clou znajomości,
- związek, a wówczas szybko wyczerpują się interesujące tematy i rozmowa sprowadza się do wymiany skrótów myślowych.

Tak czy inaczej lubię damsko-męskie rozmowy i zawsze żałuje, że zwykle są jedynie pretekstem do czegoś innego.

poniedziałek, 20 marca 2006

No i po weekendzie- dość owocnym kulturalnie i wystarczająco satysfakcjonującym towarzystko.

W piąteczek obejrzeliśmy sobie "Dzienniki motocyklowe" i popijając becherowkę padliśmy spać przed północą.
sobotkę z rana pojechałam pomóc w przeprowadzce na ulicę Skrytą. Najbardziej magicza ulica w Poznaniu, zupełnie jak z francuskiego filmu - cicha, urokliwa i klimatyczna. Potem pobiegłam na szybką kawkę z Anią do Ptasiego Radia, ale wszystko w pośpiechu, bo mój ukochany czekał na mnie z dwudaniowym sobotnim obiadkiem. Wieczorkiem wylądowaliśmy na koncercie Myslovitz, a potem na jakimś piwku, z którego wróciliśmy senni i nieprzytomni.
Niedziela z kolei rozpoczęła się "Bajką o szczęściu" w Teatrze Animacji, potem "Twój, twoja, twoje" w Teatrze Polskim i miała się zakończyć jazzowym koncercikiem w Estradzie Poznańskiej, ale Aduś miała zły humorek i musiałam rozweselić ją piwkiem.
Zanim się obejrzałam, nastał PONIEDZIAŁEK i życie znów wróciło na swój stały, rutynowy tor.
Sprawozdanie podpisano:
20 marca 2006 roku o g. 15.21 tuż przed końcem pracy, w której obijałam się cały boży dzień, próbując wdrożyć się w owy tydzień. Owa heroiczna próba zakończyła się fiaskiem.

piątek, 17 marca 2006
Poranek. Wychodzmy do pracy. Ja już gotowa czekam na Frr, który stoi przy regale i trzyma kluczyki do samochodu, a potem odkłada je na półkę.
ja: co robiłeś?
Frr: głaskałem kluczyki
ja: ???
Frr: no co? Żegnałem się z moim opelkiem.
Wczoraj na koncerciku wróciła iskra. Niespodziewanie, ot tak po prostu, znów zaczęło między nami płonąć i znów pomyślałam, że ja nie chcę bez niego żyć. A kiedy obserwowałam go z boku, po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że ten facet jest cholernie seksowny i mam na niego straszną ochotę.
- Mówiłam Ci, że jesteś najcudowniejszym facetem na świecie - zaczynam się przymilać.

- Naprawdę? - szczerze się dziwi - A to dlaczego? Przecież od dwóch dni za wszystko mnie jebałaś i powiedziałaś, że dajesz temu związkowi jeszcze najwyżej dwa miesiące.

- No tak, ale dwa miesiące dawałam wczorajszemu związkowi, a dzisiaj Cię uwielbiam.

- Wiesz co kochanie, żeby z Tobą wytrzymać, żeby za Tobą nadążyć to trzeba, hmm...trzeba być... mną!

Cieszę się, że takie miejsce jak CK Zamek w Poznaniu interesuje się również muzyką spoza głównego nurtu. Taki był wczoraj koncercik z cyklu AlleGranie "Punky Reagge Live": na scenie zagrały zespoły:  "Zabili mi żółwia", "Farben Lehre" i "Akurat".

Pod sceną tłum licealnej młodzieży, wszystkie kolory tęczy na włosach, ubraniach oraz skórze i jeszcze tęcza w głowie i marzeniach. Niesamowita atmosferka, a w tym wszystkim ja i Frr czujący się wśród  dzieciaków jak zaawansowana geriatria. Dlatego już nie dołączyliśmy do tłumu, ale usiedliśmy sobie z piwkiem na balkonie.
I wtedy okiem pod-trzydziestolatki spojrzałam na tych licealistów, którzy są jeszcze pełni wiary i ideałów.

Nie ma gorszych i lepszych pokoleń - młodzi ludzie z gruntu są dobrzy i niewinni. I nawet jeśli piją, palą i pieprzą się jak dorośli, to wciąż posiadają ten rys nieskazitelności, który my już bezpowrotnie utraciliśmy.
 

No i słowa tych muzycznych kawałków - proste, bezpretensjonalne i cholernie humanisyczne.

"Żyj - trzeba żyć
Dla paru chwil, kilku dni
Wbrew wszystkiemu - nawet sobie!!!
Żyj - żyj jak człowiek..."

czwartek, 16 marca 2006

Wczorajszego poranka mój Ukochany postanowił, że pojedziemy do pracy samochodem. Pierwszy raz, ponieważ do tej pory, rola auta ograniczała się do tego, że stał pod oknem i można go było podziwiać.
Wyjechaliśmy z lekkim zapasem, o 7.20. Ja miałam być pilotem, bo Frr nie wiedział dokładnie jak dojechać na ul. Polską. Kiedy wbiliśmy się na dwupasmową jezdnię wyjazdową z Poznania do Tarnowa Podgórnego, stwierdziłam, że nie mam zielonego pojęcia, którym zjazdem należy odbić. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu przejechaliśmy wszystkie możliwe zjazdy i nagle znaleźliśmy się za Poznaniem na trasie, z której nie było już jak zawrócić.
- Oczywiście - żołądkował się Frr - wy kobiety nawet nie potraficie zapamiętać drogi do swojej pracy. Będziemy jechać jak palanty do samego Tarnowa i tak sobie z rana nadrobimy 30 kilometrów.
- Ojej, nie tragizuj, skąd mogłam przypuszczać, że nie da rady zawrócić?
No i rzeczywiście, dojechaliśmy aż do Baranowa i tam jakoś udało się znaleźć drogę powrotną. Już w Poznaniu utknęliśmy w cholernym korku i na ostatnią chwilę zdążyłam do pracy. Frr był już grubo spóźniony.
- Nigdy więcej nie pojadę do pracy samochodem - wściekał się poirytowany naszą poranną przypadkową wycieczką - tramwajem zabiera mi to 30 minut, a samochodem ponad godzinę. Pieprzę taki luksus.

Pół godziny po tym jak mnie zostawił na Polskiej, zadzwonił i płaczliwym głosem wydarł mi się do słuchawki:
- Wiesz co się właśnie stało?
- Co znowu?
- Jakiś palant wjechał mi w dupę. Nigdy więcej nie pojadę do pracy samochodem!!!
***
Tego poranka miałam wyjątkowo dobry humor, a przypominając sobie minę Frr, kiedy jechaliśmy hen za Poznań, prawie dusiłam się ze śmiechu.

środa, 15 marca 2006

Jestem trochę jak leśne zwierzę - najbardziej lubię chodzić swoimi drogami, kocham głaskanie, ale wtedy, kiedy ja tego chcę - nic na siłę. Czasem pozwalam się obcym podrapać za uchem, lecz nie daję się im brać na ręce, aby zawsze móc uciec, schować się, wymknąć. Oswajam się na krótko, a porzucona, znów dziczeję. Frr wrócił po pięciu dniach. Pięciu dniach mojej samotności, którą wypełniłam sobie od świtu do zmierzchu. Oczekiwał, że mu się rzucę ze szczęścia na szyję. Tymczasem zakłócił tylko mój własny rytm. Nawet na dotyk nie miałam ochoty.
Muszę się oswoić, potrzebuję czasu.
Mój kot po nocy beze mnie, chodził nadąsany kilka dni.
Ile ja potrzebuję? Nie wiem.
Szczególnie, że w lesie tyle ciekawych zakamarków i wcale nie mam ochoty się udamawiać.
Prawdziwej kocicy nie da się udomowić. Dlatego ludzie, albo kochają koty, albo ich nienawidzą. A nienawidzą ci, którzy chcą mieć kogoś na własność, pragną sprawować kontrolę, nie mogą znieść cudzej tajemnicy.

wtorek, 14 marca 2006

Jeżeli seks uzależnia, to co z myśleniem o seksie?
Mój Chłopiec zostawił mnie raptem na 5 dni, a ja tak bardzo jestem spragniona pieszczot, albo "pieprzot" jak śpiewa Maria Peszek,  że nic innego poza tym nie zaprząta moich myśli.

Może powinnam zajść w ciążę na obniżenie libido?
 Ech..sama nie wiem.

poniedziałek, 13 marca 2006
Oswajam się z moją samotnością. Samotnością wśród ludzi, w towarzystwie potrafię się śmiać i świetnie bawić, samotnością wieczorów spędzanych jedynie z radiem, kinem, butelką wina i kartką papieru. Moja samotność podszyta jest smutkiem. Ale ten smutek jest lekki jak śnieg, nie przyganiata, ale każe myśleć, zadawać pytania i szukać. Wciąż jednak nie wiem, czego szukam, ale nie potrafię tak po prostu żyć, mimo że coraz częściej uciekam przed myślami w miejsca, które zabijają smutki, oferując kuszące owoce konsumpcji. Włóczę się po sklepach, idę na obiad do knajpy albo do kina, gdzie są wygodne fotele, kolorowe ściany i amerykańskie filmy. Ale moja samotność, choć czasem cichsza i nieśmialsza nie opuszcza mnie nigdy.
***
Wczoraj samotna niedziela zaprowadziła mnie do kina na "Miasto Gniewu", na którym spłakałam się jak bóbr i jeszcze bardziej zatęskniłam za... nie wiadomo czym. Na szczęście po filmie czujny opiekuńczy księżyc zaprowadził mnie do domu, dzięki czemu trafiłam na cudny trójkowy koncercik piosenek "A. Osieckiej".
piątek, 10 marca 2006

Nadszedł piątek, a wraz z piątkiem głód. Czuję jak mnie łaskocze podrzusze, jak moja skóra napręża się w tęsknocie za pieszczotą, jak moje uda drżą w oczekiwaniu na ciepłą dłoń, która je rozchyli.
Za mało mam problemów, a brak problemów owocuje cholernie silnym libido. Ten popęd, głód, pragnienie, ta cholerna tęsknota zżera mnie od środka i totalnie wyjaławia. A może to po prostu MARZEC?
Czas kocic.


Pirelli

Zmarła Hanka Bielicka - kobieta od kapeluszy, cudna postać polskiej sceny humoru.
"Największy dar, jaki może otrzymać człowiek od życia, to umiejętność śmiania się z samego siebie" - powiedziała kiedyś Bielicka.

Bo cóż innego czyni życie lżejszym, jeśli nie humor, dystans i dar, aby zawsze zauważyć tę pogodniejszą, wesołą stronę naszego istnienia.
środa, 08 marca 2006
Cudny chłopczyk, słodki, uśmiechnięty o diabelskiej buźce anioła. I jak gra. Świetny meczyk Barcelona - Chelsea.
W pubie, przy piwku, w dobrej atmosferze, piłka naprawdę może być fascynująca!
       

wtorek, 07 marca 2006
Frr w piątek o 10.00 jedzie do Turynu na meczyk, co zresztą przeżywa już od jakichś pięciu miesięcy. Rozmawiamy sobie o planach na czwartek wieczór:

Frr: w sumie w czwartek mógłbym spać u Ciebie, rano odwieść cię do pracy i pojechać do siebie po rzeczy.
Ja: no mógłbyś, w domku będziesz o 8.05, więc masz całe dwie godziny. Luzik.
Frr: Nie, ale wiesz, ja jednak nie mogę tak ryzykować. Będę spał u siebie. Muszę nocować w domu.
Ja: Ale czym tak ryzykujesz?
Frr: Tym, że na przykład w piątek rano będę miał stłuczkę i nie zdążę. Nie, to jednak za duże ryzyko.
Ja: Wiesz kotku, to może ty już od jutra idź na zwolnienie, bo jeszcze będziesz szedł ulicą i cegła na Ciebie spadnie. I też nie pojedziesz. Za duże ryzyko.
Marzę o psiaku. Żywym stworzeniu, który będzie mnie witał w drzwiach, spał mi w nogach, budził mnie radosnym, niecierpliwym piszczeniem. Zawsze kochałam duże psy, ale wiem, że przy moim trybie życia będę mogła pozwolić sobie tylko na małego. Takiego, który razem ze mną, w torbie lub plecaku, będzie przemierzał świat.
Ale najpierw muszę mieć własne mieszkanie.
Chcę kupić mieszkanie, żeby mieć psa.
Tak właśnie. I w tej, a nie innej, kolejności.
poniedziałek, 06 marca 2006

W niedzielne południe pojechałyśmy ze Stellą na Stary Rynek na tzw. Kaziuki (cokolwiek to znaczy), a tam...stragany, biała gorączka, tłumy ludzi ogarnięte amokiem i po środku tego kapela na scenie piłująca bezlitośnie swoje instrumenty. Okazało się, że właśnie Kaziuki są okazją do nabycia palmy wielkanocnej i ci biedni poznaniacy byli gotowi się pozabijać, byle nabyć tę jedyną, najpiekniejszą. A wybór był rzeczywiście imponujący. Jedna babeczka nie mogła się zdecydować pomiędzy czterema, więc... wzięła wszystkie. Ja natomiast stałam sobie zakleszczona w tłumie i nie mogłam się nadziwić, że jeden drobny wielkanocny zwyczaj może zaowocować zbiorową palmą. Na punkcie palmy:)  Na szczęście widok ten był tyle komiczny, co urokliwy i po raz kolejny mi uświadomił,  kocham to miasto miłością wielką i bezwzględną.    
***
Już myślałam, że to starość zabija we mnie ochotę na imprezki. Ale po wczorajszej premierce i bardzo milusiej popremierówce wiem, że ja cholernie lubię się bawić. Ale ze smakiem moi drodzy. Nie cieszą mnie już przypadkowe gęby, płytkie dialogi, muzyczny huk, który zagłusza nawet myśli.

Kwintesenscja dobrej imprezki to:
łyk na rozluźnienie barków
kęs czegoś na ząb 
muzyka dla ciała
rozmowa dla duszy
szczypta dobrego humoru
kameralny klimacik
naparstek intymności
i ogólny smaczek
O!

W piąteczek poszliśmy na imprezkę do Post Dali. Tradycyjnie najpierw byl fall start z wódeczką, a potem wyjście do klubu. I jak zawsze, wynudziłam się setnie i po raz kolejny stwierdziłam, że weekendowy clubbing nie kręci mnie ani odbrobinę. Wszędzie tłok, więc zamiast tańczenia, jest dreptanie w miejscu. Faceci, nawet jeśli przystojni, to dla mnie spaleni faktem, że szukają panienek w takim miejscu. Z rozmów nici, bo muzyka zagłusza wszystko.Zaduch, pot, alkohol. A rano kac i pusty portfel. Tego typu wieczory są zawsze takie same. Najgorsze jest to, że niezwykle szybko się o tym zapomina i znów człowiek idzie, bo ma się ochotę pobawić. A potem się okazuje, że tak naprawdę poszedł po to, aby się przekonać, co go nie bawi. Taka drobna ironia:)

Film o kobietach. Trzy niby zwyczajne historie, zupełnie codzienne, spotykane wokół. I w tej powszedniości cholerna kobieca samotność. Pomimo miłości, domu, przyjaciół. Jakieś nieuchwytne poczucie, że jest się nierozumianym w świecie, że nikt nie chce spojrzeć naszymi oczami.
Film na samotny piątkowy wieczór. Wieczór smutno-radosny, łzawy bez powodu, tęskniący nie wiadomo za czym
.  

piątek, 03 marca 2006

Mam taką ochotę na dotyk, na poryw, na zniewolenie.
Mam głód pospiesznych impulsywnych pieszczot.
Mam wielki niedosyt męskich dłoni i ust.
Na moim ciele.
Jeszcze chwila, a ten mój nieujarzmiony głód zeżre mnie od środka.
Jestem dziś hieną żądną rozkoszy.
I pewnie pozostawiona sama sobie..
..znów w wyobraźni przeżyję wilgotną namiętność.

 
1 , 2