..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
poniedziałek, 30 grudnia 2013

Jutro będzie zamieszanie, więc dziś pokuszę się o krótkie podsumowanie roku.
Pierwsze, co mi się nasuwa to, że rok 2013 był trudny - miałam okazję potrenować cierpliwość, wytrwałość i pokorę. Od nowego roku chętnie potrenowałabym coś innego: hedonizm ciała, umysłu i duszy:)

A było tak:
Pierwszy kwartał spędziłam na kanapie, co okazało się dużym wyzwaniem dla mnie i moich bliskich.
Potem narodziny Poli - cudne, ale trudne. Dwójka dzieciaków do ogarnięcia, każdy domagał się uwagi, wielogodzinne sesje karmienia przeplatane noszeniem, lulaniem, guganiem plus zabawa z Antkiem.
Lato spędziliśmy w mieście, bo zamiast tradycyjnych wakacji wymyśliliśmy sobie jesienne kołobrzeskie sanatorium - kolejny szczyt do zdobycia.
Wreszcie powrót do pracy - chwila oddechu od dzieci, wiatr w żagle, ale i obciążenie, bo spanie po 5 godzin dziennie wykańcza.
No i ostatnie miesiące - telenowela rodzinna, czyli rozstania i powroty, plus zawirowania zawodowe Endriuszy, a na dokładkę Antek w szpitalu.  

Lekko nie było.
Ale dużo się nauczyłam (przede wszystkim zaciskania zębów:)

I dziś jestem w zupełnie innym miejscu niż rok temu:
1. Zrobiłam milowy krok w stronę niezależności - od rodziców, cudzych opinii i oczekiwań świata i własnych.
2. Wróciłam do firmy z nową energią i pomysłem, który mnie pochłania i kręci.
3. Wraz z
Marianną Sztymą (przy skromnym, acz (!) kluczowym udziale Tymisiowej) stworzyłyśmy bajkę dla dzieci pt. "Skąd jestem?". Bajkę bardzo entuzjastycznie przyjęła Manuela Gretkowska, pisząc nawet rekomendację na okładkę, ale na razie nie znalazłyśmy wystarczająco odważnego wydawcy.
4. No i przede wszystkim: jestem mamą dwójki wspaniałych dzieciaków. Niebawem Poli stuknie rok, więc liczę, że pod względami rodzicielskimi rok 2014 okaże się ciut gładszy. Bardzo o to proszę.

A czego sobie życzę w 2014?
Na początek świętego spokoju, a w następnej kolejności: czasu i energii  na duchowe rozterki, intelektualny zgiełk i zmysłów rozedrganie.

A to krótki wyciąg selfshotów z komórki, pod wspólnym tytułem "Matka kangurzyca 2013":















niedziela, 29 grudnia 2013

Od wczoraj jestem szczęśliwą nosicielką spirali. Taki przewrotny gwiazdkowy prezent sprawili mi Ci,  którzy do upominków dołożyli kopertę:)
O ile założenie spirali okazało się zupełnie bezbolesne, o tyle dzisiejsza noc była koszmarna, najpierw dokuczał mi ból brzucha, potem straciłam przytomność i rąbnęłam się na kafelki w kuchni, a zaraz po tym wymiotowałam. Dziś jakby lepiej, ale ciągle czuję się słaba i mam zawroty głowy.
Oto cena seksualnej swobody. Ale wierzę, że niedługo nastąpi przyjemniejszy etap: hulaj dusza, piekła nie ma:)

A skoro mowa o prezentach to zgodnie z gwiazdkową tradycją, oto tegoroczna odsłona - bo ja uwielbiam dawać i dostawać prezenty:




dwie wielkie niespodzianki - książka od Basicy i bransoletka Ani Polańczyk od Ramsika - znalazła stałe miejsce na lewej ręce


od Endrju - śliczna drobna, idealna na prawą rękę, tuż obok zegarka


i od Betki - przyjemności dla ciała - pachnący żel i uczta dla podniebienia

***
Antek również jest zachwycony swoimi prezentami.
Bawi się swoim samochodem lawetą z klocków lego.
- Ta laweta jest taka fajna, że już nigdy nie spuszczę jej z oka!
(chwila namysłu) chyba że umrę, wtedy spuszczę.

czwartek, 26 grudnia 2013
No dobrze. A teraz koniec tej sielanki. Misja wzywa.
Finisaż świąt - sprawa Bratkowskiej.
Deklaracja Bratkowskiej dotycząca aborcji niemal idealnie zbiegła się w czasie z moimi osobistymi rozterkami. Do tej pory uważałam, że temat aborcji mnie nie dotyczy: moje dzieci były planowane, a przed nimi i po nich stosowałam antykoncepcję. A nawet gdyby przydarzyło mi się dziecko - nigdy nie dopuszczałam myśli, że mogłabym przerwać ciążę. Przecież dziecko to dar, szczęśliwy obowiązek. Tak myślałam, dopóki nie stałam się mamą dwójki dzieciaków - szczęśliwą, ale i na skraju wyczerpania.
Dlatego też lęk, że znów mogę być w ciąży, zaowocował serią bezsennych nocy, kiedy zastanawiałam się, czy uniosę kolejną ciążę (bo ciąża ciąży wbrew opinii pani Wróbel:), a tak poważnie, czy poradzę sobie psychicznie z kolejnym noworodkiem, z trójką dzieci na 30 metrach kwadratowych. Biłam się z myślami, wadziłam się z Bogiem-nie Bogiem, umierałam z poczucia winy, kombinowałam, gdzie wstawić trzecie łóżko, ale ostatecznie każdego poranka wstawałam z myślą, że jeśli jestem w ciąży, to tę ciążę usunę. Nie mam siły, nie podzielę energii na trzy, kiedy na dwa ledwo ją dzielę. Może za rok, za trzy podjęłabym inną decyzję, ale w tym momencie nie. Dziś usunęłabym ciążę, aby ocalić siebie i moje dzieci, aby ich matka nie stała się męczennicą i żadnemu z nich nie dała odczuć, że jest przeszkodą, przypadkiem, zbędnym ogniwem. 

Wracając do Bratkowskiej - jestem przekonana, że to był desperacki blef zaimprowizowany na potrzeby dyskusji, choć generalnie nie ma to dla mnie znaczenia. Moim zdaniem Bratkowska chciała pokazać, że aborcja ma twarz konkretnej kobiety - dla idei oddała swoją, w którą teraz wszyscy walą jak w worek treningowy.
Mówiąc o Wigilii, podkreśliła tylko to, że żadne prawo nie może zmusić kobiety, aby urodziła dziecko. Tego nie można nakazać kodeksem. Kobieta, która chce przerwać ciążę, zrobi to, kiedy będzie chciała i jak będzie chciała. Nawet w Wigilię.
Restrykcyjne prawo w żaden sposób nie wpływa na liczbę przerywanych ciąż - ono tylko piętnuje i  tworzy iluzję. Kobiety dokonują aborcji w niebezpiecznym dla ich zdrowia podziemiu aborcyjnym lub wyjeżdżają zagranicę, upadają, łykają świństwa, kąpią się we wrzątku i stosują jeszcze wiele innych średniowiecznych metod jak przystało na obywatelki zacofanego kraju. 

Prawo do aborcji nie jest łatwym tematem. Wymaga pewnych restrykcji i ograniczeń, aby go nie nadużywać. A jednak cywilizowane państwa jakoś sobie z tym tematem radzą, podczas gdy w Polsce święty chór nienawiści linczuje Bratkowską.
A ja jej dziś dziękuję. Dzięki niej poczułam, że nie jestem sama.
Bo kobieta w niechcianej ciąży zawsze jest sama. 

A to czyste fakty:


Temat to gorący, więc otwieram dyskusję.
Tylko polszczyzną proszę i bez inwektyw pod czyimkolwiek adresem:)
środa, 25 grudnia 2013
Oto kreatywna odsłona mojego prezentu dla Endriuszy.
Kwintesencja naszych aktualnych pragnień.
Mam nadzieję, że za kilka lat będę mogła obdarować go kuponami na bardziej rozpustne przyjemności.


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Po wczorajszym piwie z Anią czuję potężny niedosyt, ale i spokój. Dobrze mi. Spotkania z pokrewnymi duszami, z którymi poza elektryzującym porozumieniem łączą mnie również długie lata przyjaźni, to istne SPA dla głowy i serca. Ekskluzywna i rzadka przyjemność:)

Dziś był dobry dzień. Początek cyklu przyniósł mi energię, która na święta jest doskonałym prezentem. Cieszę się na jutrzejszy dzień, nie mogę się doczekać Antkowej wigilijnej ekscytacji, a także momentu, kiedy z Endriuszą położymy dzieciaki spać, usiądziemy z winkiem, pogadamy, rozpakujemy nasze upominki. Ale przezornie nie nastawiam się na jakiś cudny wieczorny chillout, bo po rodzinnych biesiadach - najpierw duża kolacja u Ciotki, a potem wyprawa na kolędowanie, dzieci mogą nie zasnąć wcale, a o północy Pola zacznie gadać ludzkim głosem:)

I na koniec:
Najfajniejsze są te prezenty, których się zupełnie nie spodziewamy.
Dziś przyfrunęły do nas zimowe zestawy wydziergane - uwaga! - przez babcię żony mojego brata. Dziękujemy!


Antek z dziadkiem na spacerze. Jedzie samochód.
- Dziadku, zejdźmy na trawnik, bo jak nas samochód walnie, to albo szpital albo mokra plama. A gdybym umarł, to mama by się martwiła, i Pola, i tata, i babcia by się martwiła..
- A gdybym ja umarł... - odzywa się dziadek.
- Jest jeszcze mama, tata, Pola, drugi dziadek, dwie babcie - wylicza Antek, po czym konstatuje: - To nie byłaby duża strata.
niedziela, 22 grudnia 2013

mansarda już wysprzątana na błysk, prezenty zapakowane, program goszczenia się dopięty, już teraz tylko przyjemności - chłopcy pieką ciasteczka czekoladowe, dziś wieczorne piwo z Ramsikiem, a jutro pichcenie i pieczenie.

ale we mnie drga i drży niepokój,
zupełnie nieświąteczny:
szlocham podczas mocnych filmów ("Polowanie"- genialny!), czekam na miesiączkę, mam schizofreniczne sny, oscyluję między euforią a przygnębieniem. Bezsenne nocne dziury łatam kłębkami nieuczesanych myśli.
Brakuje mi literatury, pisania, intelektualnych podniet, twórczego zapału.
Tę umysłową pustynię zapełniam oazami drobnych rozkoszy ciała.  
Wciskam szczyptę poezji pomiędzy wiersze prozy.  


środa, 18 grudnia 2013
Antek przytula się do Poli, wdycha i mówi:
- Małe dzidzie tak pachną ciepłością!

A na zdjęciach rytualne już zapasy po kąpieli. Na razie starszy brat wykazuje się ogromną cierpliwością i pozwala małej na wiele



wtorek, 17 grudnia 2013

Nie lubię benefisów, ale ten się mi podoba.
Może dlatego, że ciut mniej wazeliny i ciut więcej luzu.
Słucham benefisu Stasiuka w Trójce, popijam piwo i nie jem czekolady - do 16 stycznia 2014 mam szlaban na słodycze.
Taki zakład z Bogiem-nie-Bogiem zrobiłam, w zamian za to, że test na Beta-hCH wyjdzie ujemny:) 
Wyszedł, więc karnie nie jem.
Piję i słucham.
Nie wierzę w Boga osobowego, ale w chwilach trwogi zawsze próbuję go czymś przekupić. Od dziecka wręczałam mu łapówki. W momentach największego zagrożenia, w podzięce za wybawienie z opresji, obiecywałam czystość języka, myśli i czynów oraz życiową dyscyplinę.

Zawsze działało.
To niezbyty dowód, że Bóg albo istnieje, albo nie.
50/50



poniedziałek, 16 grudnia 2013

Pod kilkoma względami zgadzam się z Amerykanami. Na przykład podoba mi się, że świąteczne dekoracje zawieszają już na początku grudnia, aby zaraz po świętach je zdjąć. Wydaje mi się to znacznie fajniejsze niż choinka  ubierana w Wigilię i stojąca aż do Trzech Króli (albo i wiosny). Bo smak świąt po świętach zbyt szybko ulatuje. 

Toteż w tym roku, iście po amerykańsku, ubraliśmy choinkę tydzień przed świętami. Jest przytulnie i teraz nareszcie czuję ten miły przedświąteczny dreszczyk.

- My z tatusiem przyniesiemy choinkę, bo to zadanie dla chłopaków! 
- Czemu tak mówisz?! - oburzam się. - Dziewczyny też potrafią wiele rzeczy. 
- Ale choinki noszą tylko chłopaki! Wy jesteście na to za lekkie!

Mina zblazowanego cwaniaczka
 

niedziela, 15 grudnia 2013

Dzisiejsze świąteczno-urodzinowe spotkanie KGM-u to ładne zwieńczenie tygodnia i weekendu.
Bo tydzień trochę mnie psychicznie przeorał i dopiero sobotni ujemny test na Beta-hCG , sprawił, że odetchnęłam z ulgą (temat ten rozwinę przy okazji).

Więc dziś na spotkanie z babeczkami frunęłam lekko, z głową wolną od kłębiących się strachów.

A z KGM-em, jak to z KGM-em - było smacznie, gwarno,  momentami poważnie, momentami śmieszne, czasem na cienkich granicach, czyli dokładnie tak jak powinno być.

Nie zabrakło typowych dialogów:
- ja ważę 63 kilo.
- Ty?! Niemożliwe! Ja ważę 60, a jestem dwa razy grubsza od Ciebie!

Albo:
- Słyszałam, że pierś waży 3 kilo!
- Trzy kilo, taka przeciętna pieść?! Niemożliwe! Chyba obie!
- Nie! Jedna!
- Moje obie ważą nie więcej niż pół kilo!

Ten dialog skończył się komisyjnym ważeniem piersi na wadze kuchennej.
Pierś matki karmiącej, słusznych rozmiarów, ważyła kilogram. Przekazuję Wam te dane na potrzeby przyszłych dyskusji:)

Ja ze spotkania wyniosłam dobrą radę dziewczyn, aby zainterweniować w przedszkolu, bo Antek już do czerwca ciągle opowiada o tym, że dwóch chłopców go bije. Dziewczyny dały mi zielone światło, aby pogadać z paniami, a w następnej kolejności z rodzicami dzieci.  

To było dobre spotkanie, ale mam ochotę na więcej, dłużej, mocniej.
Idealna przystawka, która zaspokaja pierwszy głód, ale jednocześnie zaostrza apetyt.
Ja ma apetyt na fajne baby:)

czwartek, 12 grudnia 2013

postanowiliśmy do końca roku nie wysyłać Antka do przedszkola, żeby odzyskał odporność, a przede wszystkim, żeby przez chwilę nie zarażał Poli. W związku z tym uprawiamy logistykę-ekwilibrystykę.
Antkiem zajmuję się ja (jeden dzień w tygodniu pracuję w domu), Endrju (to samo), dziadkowie, a także sąsiadka, którą Antek bardzo lubi.

Antek odlicza czas do odwiedzin u swojej ulubionej sąsiadki.
- To już za cztery dni! Wczoraj było pięć, ale już jeden dzień minął i jest za cztery.
- Antolku, jak tu świetnie liczysz!
- Bo ja już umiem dodawać i oddawać!

środa, 11 grudnia 2013
Wśród moich przyjaciół jest duet oldschoolowców (Betka&Fruwak), których bardzo cenię za to, że w dobie wirtualnych życzeń, internetowych znajomości i cyberseksu, od lat niezmiennie wysyłają mi papierowe kartki.

- Co masz?
- Kartkę od wujka Fruwaka.
- A dasz mi?
- A nie pognieciesz?

Antek rozwiewa moje wątpliwości:
- Przecież jak pogniotę to Cię przeproszę. 




poniedziałek, 09 grudnia 2013

Migawki z niedzielnego spaceru:





 
Matka Polka zaprzężona






no make up
dopiero po trzydziestce zdarza mi się wyjść z domu bez makijażu.
I żyję:)

niedziela, 08 grudnia 2013
gdyby nie dobre niedzielne popołudnie, zakończyłabym ten weekend rezygnacją i zmęczeniem, bo Polka funduje nam ostatnio białe noce. Ona nie śpi, my nie śpimy, a ja dostaję białej gorączki.

Dziś w nocy nastąpiła eskalacja mojej złości, więc jest ryzyko, że za 30 lat PolyAnna położy się na kozetce u psychoterapeuty i będzie odkopywać z podświadomości nienawiść własnej matki. Bo bywa i tak, że nocą szczerze jej nienawidzę. A potem wracam do łóżka  z poczuciem winy i sercem  bijącym jak po walce bokserskiej. Dzieci nie trzeba bić, aby okazać im swoją irytację i zniecierpliwienie. Wystarczy złość tonu i dotyku.

Na szczęście dziś uratował mnie fajny spacer w zachodzącym słońcu i w śniegu. Wreszcie wybraliśmy się nad jezioro w pełnym składzie i było mroźnie, biało i jakoś tak lekko. 
A potem popędziłam na kawę z Tymi. I to była najlepsza rzecz, jaka mogła się zdarzyć. Niby nic, ale dwie godziny dobrego babskiego  gadania w miłym miejscu, dały mi zastrzyk dobrej energii, uwolniły głowę i rozjaśniły myśli.
Mam nadzieję, że w tym nastroju zacznę nowy tydzień. O ile Polka nie zniweczy tego nocnymi harcami.
Dobrej nocy Wam życzę, ale sobie życzę jeszcze bardziej.
Ciao!

sobota, 07 grudnia 2013
W radiowej Trójce leci jakiś ostrzejszy kawałek.
Antek udaje, że gra na gitarze.
Endrju: To ostra gitarowa muzyka!
Antek: A ja wiem, jak nazywa się taka ostra muzyka! REK'END'RON!
piątek, 06 grudnia 2013

Lubię tę prezentową frajdę. Dziecięca ekscytacja związana z oczekiwaniem na świętego Mikołaja jest zaraźliwa.

Uwielbiam ten moment, kiedy się wyskakuje z łóżka i biegnie pod drzwi. 
Antek zignorował torbę z klockami lego stojącą na butach i zaczął zaglądać do cholewek, macać w środku, po czym wykrzyknął zrozpaczony:
- Mikołaj do mnie nie przyszedł!

Polcia dostała pierwszą w swoim życiu lalkę, a ja seksowne figi - taki figlarz ze świętego Mikołaja:)

To był dobry dzień. Od samego świtu aż do zmierzchu.

A tu Polka ze swoją pierwszą lalą, w uroczym wełnianym kubraczku od Walerki


czwartek, 05 grudnia 2013

Wczoraj wieczorem Endrju wrócił ze spotkania w Warszawie i zaczęliśmy gadać.
Warszawa kusi możliwościami - są znajomi, padają propozycje. W Warszawie oboje bez problemu znaleźlibyśmy robotę.
Byłoby bardziej rozwojowo i na pewno dostatniej.
Ale.
Ale choć powiew zmian zawsze mnie przyjemnie łaskocze, tym razem myśl o ewentualnej przeprowadzce do Wawy mnie odrzuca.

Gdybym nie miała dzieci, gdybym cierpiała na głód imprez, wydarzeń, bohemy i celebrytów, gdybym tęskniła za wielkomiejskim gwarem.

Ale nie cierpię i nie tęsknię.
Dopiero wczoraj uświadomiłam sobie, że owszem pielęgnuję w sercu mit cudnej Warszawy - darzę ją ogromnym sentymentem, ale wracać?
Nie ma mowy.

Poznań prędzej, Toruń, może Gdańsk jeszcze, ale stolicę to ja chcę odwiedzać - tak jak się odwiedza kochaną, ale męczącą ciotkę widywaną od święta.

Przez ostatnie pięć lat żyłam w przekonaniu, że mieszkam w najlepszym miejscu na ziemi. I bardzo chciałabym, aby tak zostało. 
Wolę jeździć 15-letnim autem, mieszkać na 30 metrach, odkładać co miesiąc do koperty  kasę na letnie wakacje czy remont chaty niż stracić ten mały zielony kameralny świat, w którym umościłam się na dobre.

Warszawa wodzi na pokuszenie.
Ale nie mnie.

środa, 04 grudnia 2013

Dziś przy kawie w alcatraz padło pytanie:
Gdyby tak móc się zresetować i powrócić do jakiegoś wieku, to na jakie lata by padło? Którą wybrać dekadę?

Nie musiałam się długo zastanawiać.

Nie. Na pewno nie chciałabym być dzieckiem. Nawet najszczęśliwsze dzieciństwo jawi mi się jako wielka walka o przetrwanie w dżungli znaków zapytania. Mały człowiek jest całkowicie zależny od dorosłych, a świat w którym żyje przepełniają strachy i potwory. Nie.

Nastolatką też nie chciałabym być, bo zbyt dobrze pamiętam to metafizyczne cierpienie bez konkretnego powodu, nie mówiąc już o stanach zakochania, które paraliżowały mój umysł tak bardzo, że nic innego się nie liczyło. Nie, nie, nie.

Dwudziestolatką? O nie! Za dużo zawirowań, przypadkowych facetów, prób udowadniania światu, że jestem śliczna, mądra i fajna. Jakiś kompletny chaos priorytetów i wartości, (upadki moralne też:), a do tego stres wchodzenia w dorosłość, samodzielność. Pierwsza praca, pierwsze kredyty. Brr!

I w ten sposób dotarłam do trzydziestki, która wydaje mi się wiekiem prawie idealnym. Jeszcze mam młode ciało, a już dojrzałą głowę:) A tak serio -teraz dopiero naprawdę poznaję siebie, uczę się samoakceptacji i miłości własnej. Nic już nie muszę światu udowadniać, bo już wiem, że jestem piękna, mądra i fajna, ale jeszcze bardziej wiem, że jestem iskierką w ogniu tysięcy iskier - zabłysnę, zgasnę i nic więcej po mnie nie zostanie.


Najbardziej idealna wydaje mi się czterdziestka. Dzieci odpieluchowane, ale jeszcze w domu - można zająć się sobą, zapomnianymi pasjami, cieszyć się życiem już bez młodzieńczego cierpiętnictwa i jeszcze bez starczych dolegliwości.

Ale może mnie się tylko wydaje.

Po czterdziestce jest jeszcze 50, 60 i 70. Ale tego jeszcze nie potrafię sobie wyobrazić, choć znam kilka fantastycznych realizacji:))
Choćby Ewa:)

poniedziałek, 02 grudnia 2013

Antek ze szpitala wrócił jak z wojny. 
Mały kombatant z obozowymi traumami. 
Bo tortur nie brakowało. 
A wszystko dlatego, że pielęgniarki nie umiały pobrać mu krwi. Niemal codziennie miał po kilka półgodzinnych sesji, kiedy pół oddziału próbowało znaleźć dobrą żyłę. Dziurawiły go jak sito, a żyły albo pękały, albo ich nie było. Finalnie wzywano na oddział pielęgniarki noworodkowe, które ciut sprawniej zakładały wenflon. 
Po takiej sesji wynosiliśmy z gabinetu zabiegowego dziecko w stanie skrajnego wyczerpania - mokre od łez, potu i całe w drgawkach.
Czasem i ja nie wytrzymywałam i wtedy mieszały się łzy Antkowe z moimi, a pielęgniarki się wściekały.
Dziś do wypisu trzy razy pobierano mu krew - nie było się gdzie wkuć, bo albo zrosty, albo siniaki. Efekt - 3 podejścia prawie po 30 minut po to, aby zrobić morfologię. Na OB już krwi nie starczyło.
Oto i medycyna XXI wieku.
Robi się przeszczepy, a pobranie krwi urasta do rangi misji niemożliwej.

Cóż poza tym?
U nas efekt śnieżnej kuli.
Zanim uporamy się z jednym problemem, pojawia się kolejny. Dziś bank zażądał dodatkowego zabezpieczenia kredytu (kto brał kredyt we franku w złotych latach 2007-2008 ten wie:)

Ale nie, dziś nie będzie o forsie. Bo choć forsa jest ważna (na buty, wino i kino musi być:), to jednak zdrowie ważniejsze:

ANTEK JUŻ  DOMU!

znowu jest gwar, bałagan, licytacje i spory.
Jak mi tego brakowało!

Dzieci już śpią w swoich łóżeczkach, Endrju siedzi w fotelu, a ja zaraz przyłożę głowę do poduszki.
Schodzi ze mnie stres i napięcie.
Zmęczona jestem, ale szczęśliwa.
Boa noite os meus amigos!

niedziela, 01 grudnia 2013
Dziewiąty dzień pobytu Antka w szpitalu dziecięcym.
Dziś przyszła posiedzieć z nim chwilę ciocia Marta. Pytam po:
- I jak było z Ciocią? Dobrze?
Antek z nonszalanckim gestem:
- Dobrze, dobrze. Obyło się bez dramatów i innych ogromnych kłopotów.


***
Dziś też moja dziewiąta noc  bez chłopaków.
Mam chwilę dla siebie:
- obejrzałam fragmenty Alicji w Krainie Czarów po portugalsku.
Niech tych Portugalczyków szlag trafi - jak można tak szybko mówić i połykać głoski!?

- jestem też w trakcie oglądania "Układu Zamkniętego". Film z Gajosem i Wojtkiem - moim wielkim licealnym zauroczeniem. Graliśmy razem w Teatrze Nieskromnym i braliśmy udział w konkursach recytatorskich. Jak ja go uwodziłam!
Był genialny, a teraz oglądam go na wielkim małym ekranie. Fajnie, prawda?

Poza tym piję wino i zajadam się czekoladkami.
I tyle mojego:)