..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 30 grudnia 2010

W rok 2010 weszłam z wagą blisko 80 kilogramów i ponad setką centymentrów w talii.
Przez ostatnie dwanaście miesięcy zmieniło się ciut więcej niż parametry mojego ciała, ale tym razem podsumowania nie będzie. Tak jak nie będzie postanowień na następny rok. 

W 2011 wkraczam bez ambicji, bez oczekiwań, bez planów pisarskich, podróżniczych, towarzyskich, rodzinnych i zawodowych. 
Niech mi Nowy Rok przyniesie garść niespodzianek.

Chwilowo nie mam serca do bloga.
Zajęte to moje serce i łepek też zajęty.
Jutro szykuje się fajna bibka, więc odezwę się za jakiś czas -  
już w Nowym Roku.

Do siego!

wtorek, 28 grudnia 2010

Mam chyba bardzo silny mechanizm wypierania.
Czasami chowam do szufladki podświadomości, czasami bagatelizuje, czasami tak jak Scarlett O'Hara mówię sobie "Pomyślę o tym jutro".

Po każdej kontrontacji z nagą prawdą, wszystko mnie boli jakbym się stoczyła bokserską walkę z bezwzględną rzeczywistością, w której nie można mieć wszystkiego i trzeba zadowalać się półśrodkami i zawierać zgniłe kompromisy.

W tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak rzucić się w wir pracy i wypić kieliszek wina. Lub dwa.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Przez cały dzień czuję się trochę jak uwięziona w szklanej kuli - nie do końca mam kontakt z rzeczywistością.
A wszystko za sprawą wczorajszego wieczoru, nocy i niemalże świtu w Pozytywce. 
Gdy szykowałam się do wyjścia, Endrju - którego poznałam właśnie na takim świątecznym spotkaniu cztery lata temu -  krążył niespokojnie wokół i zrzędził.  
No pięknie, czerwone usta, krótka spódniczka, na pewno znowu poznasz tam jakiegoś faceta i to on zostanie ojcem twojego następnego dziecka. 
- To by było całkiem romantyczne! Co cztery lata w święta poznawać kolejnego ojca swoich dzieci!

Jak się okazało, Endrju pomylił się tylko trochę. Poznałam ojca. Niejednego!W Pozytywce bowiem była wczoraj inwazja młodych tatusiów, którzy hucznie świętowali udaną prokreację.
Młodzi ojcowie i moje cudne dziewczęta szybko znaleźli wspólny język i wkrótce wszystko zaczęło wirować - fruwały spódniczki i włosy w obrotach, kobietki utonęły w męskich ramionach i zapanował jakiś błogi chaos wspólnego bratania się w tańcu i na papierosie.

Ta błogość sprawiła, żew pewnym momencie przestałam liczyć kufelki, za co  dziś ponoszę surową karę.
Ale warto było!

niedziela, 26 grudnia 2010

Gdybym miała pokazać tegoroczną Wigilię na wykresie - narysowałabym linię, która wznosi się wprost proporcjonalnie do czasu.
(O ile nie pomieszałam terminologii, wszak na świadectwie maturalnym z matematyki mam łabędzia, czyli pełną gracji dwóję).

Zaczęło się słabo, ale z każdą godziną było lepiej, żeby na koniec dnia, gdzieś koło północy, gdy fauna i flora przemawia ludzkim głosem, osiągnąć wyżyny.
Najpierw pojechaliśmy na tradycyjną wigilię, gdzie moje serce podbił karp w śmietanie, sałatka z buraków i fasoli o niewiele mówiącej nazwie "vinegret" oraz wileńskie śleżyki (nie mylić ze śledzikami) z mlekiem makowym. Rewelacja.

Po kolacji przeteleportowaliśmy się na wieś - czyli do moich staruszków i Krisa, gdzie Antek nacieszał się kotami, choinką i prezentami - na jednej wigilii dostał zabawki, wśród których perełką był miniaturowy saksofon, na drugiej rowerek złożony - o dziwo bezbłędnie -  przez mojego brata. Dla małego radocha, że hej.

A kiedy Groszek poszedł spać, zasiedliśmy do mniej tradycyjnego wigilijnego stołu. Przy winie, wódeczce  i oparach dymu, zagryzając grube plastry szynki wędzonej przez ojca, rozpakowaliśmy prezenty. Endrju dostał od Mikołaja teleskop, który składał między jednym a drugim kieliszkiem, z wymalowanym na twarzy zapałem małego chłopca. Tacie Mikołaj przyniósł atlas ptaków, bo ojciec ma fioła na punkcie ptaków odwiedzających jego karmnik oraz maszynkę do robienia skrętów. Niestety Święty zapomniał o bibułkach i tytoniu.
- No i co ja mam zrobić z tym prezentem?! - gorączkował się staruszek. -
To tak jakby Endrju dostał teleskop bez soczewek. 

Mama dostała perfumy i zdjęcia z Antkiem:
- No Antek pięknie wyszedł, ale ja mam  już taką starą tą gębę - rzekła wpatrując się w fotografie.
W końcu jesteś babcią, to co byś chciała? - pocieszył ją ojciec.
Krisowi Święty przyniósł gadżeciarski telefon zadedykowany poznańskim japiszonom, płytę Strachów, koszulkę z własną podobizną czyli Filinstonem i kasę na akumulator. A ja... ja dostałam najwięcej, bo Święty Mikołaj uznał mnie za najbardziej grzeczną w mijającym roku. I sukienkę, i marynarkę, i perfumy, i biżuterię, i bieliznę, i  stos aromatycznych mazideł do ciała, i piżamkę, i kasę na rozpustę też. Po raz pierwszy chyba darczyńcy zapomnieli o moich potrzebach ducha oraz intelektu, co okazuje się to bardzo przyjemne:)

Siedzieliśmy do północy i nawet nie pamiętam, o czym gadaliśmy. Ale pamiętam za to, że kilkakrotnie popłakałam się ze śmiechu. I chyba właśnie ten fakt jest miernikiem dobrego czasu. Ból głowy i straszne niewyspanie dnia następnego również:) 

Żeby jednak nie było aż tak słodko: są i porażki.
Mój śledź Gesslerowej nie zdobył uznania, a ja chyba muszę się pogodzić z tym, że świat mnie nie rozumie. Wiecie o co chodzi prawda? Człowiek rodzi się i umiera w samotności, i tak naprawdę również w samotności żyje...  i takie tam. Tym razem dopadła mnie samotność kulinarna;)

Na tym koniec pieśni.
Dziś obiad u Babci i świąteczne piwko Basieniek w "Pozytywce".
Miłego!


Starzy bywalcy bloga wiedzą, że poprawność polityczna i dobre maniery w moim domu to wartości deficytowe.

Pierwszy dzień świąt, nacieram mamie udo rozgrzewającą maścią:

- No mamcia, ale uda to ty masz całkiem pokaźne - mówię.
Kris zerka i dodaje:
- O rany! Ale waleń! I po co wam Animal Planet?

piątek, 24 grudnia 2010

obiecany święty, tfu, świetny obrazek:)


autor zbiorowy.


ps.
Endrju z gazetowych opakowań  najpierw się nabijał, ale potem zrobił z tego temat. 
http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-efektownie-i-ekologicznie-czyli-jak-zapakowac-prezent,nId,314580

ps2. Dziękuję za wszystkie życzenia - wesołych, smacznych i leniwych świąt moi Drodzy!

czwartek, 23 grudnia 2010

Wiecie, co najbardziej lubię w świętach?
Przedświąteczną gorączkę. 
W Wigilię napięcie osiąga punkt kulminacyjny, a pierwszy i drugi dzień świąt to taki łagodny sielski, ale i nudnawy zjazd.

Na szczęście dziś jest wigilia Wigilii - czyli wciąż adrenalina rośnie.
Pokrzepiona zachęcającym mejlem, jednak zapakowałam prezenty w gazety. Wyglądają dziwnie, ale mają swój urok.

W lodówce chłodzi się piernikowy tatar ze śledzia by Magda Gessler, a że wyszedł całkiem pyszny, dzielę się z Wami przepisem:

- 2 filety śledziowe w oleju nie bardzo wymoczone
- 2 kwaśnie jabłka
- cebula
- 100 g rodzynek moczonych w białym słodkim winie
- 50 g łuskanych włoskich orzechów
- łyżka kaparów
- 2 łyżki marynowanego imbiru
- 1 łyżka miodu
- 1 łyżka musztardy rosyjskiej
- 2 łyżki śmietany
- pieprz
- szczypta cynamonu
- piernik - ciasto lub ciastka

Przygotowanie:
Wszystko posiekać w drobną kostkę, dodać musztardę, śmietanę oraz miód i fruuu do lodówki - na calusieńką noc, żeby się miętoliło, integrowało, przesycało wzajemnie. Podawać na pierniku posmarowanym masełkiem.
O!

A dziś robię sobie trening przedwigilijny i wcinam to co zostało na desce do krojenia, czyli śledź z jabłkiem, cebulką i rodzynkami, którego popijam chłodnym browarem.

Wesołych!

środa, 22 grudnia 2010

Wyciągam ze środka nitki rozmaitych emocji i próbuję się im przyjrzeć, rozplątać, rozczesać. Ale gdy tylko oderwę od nich oczy, znów się skłębią i zagmatwają.

Nie mogę się nimi podzielić, bo trudno je dotknąć, sfotografować czy uwięzić w słowach. Są zbyt migotliwe i ulotne. Są tylko moje, tylko ja je widzę.

Więc przyglądam się. Wtedy, gdy hałaśliwa codzienność na chwilę milknie.

wtorek, 21 grudnia 2010

Mam nadzieję, że to ostatni zakręt w mojej przygodzie z powieścią dla młodzieży. Dziś dostałam znów plik z uwagami. Wydawanie powieści dla ludzi poniżej 18. roku życia okazuje się bardziej odpowiedzialnym zadaniem niż przypuszczałam.
Nie można pisać "gówno", ani "gęba" i trzeba zadbać o detale - jedna z moich bohaterek nie może mieszkać bez opieki, podczas gdy jej babcia wyjeżdża do sanatorium, druga wprawdzie dostała od redakcji pozwolenie na ucieczkę z domu, ale nie dłużej niż na tydzień:)

No ale może dobrze, że ktoś nad tym czuwa, bo inaczej niechybnie zostałabym okrzyknięta naczelną demoralizatorką młodzieży. Więc teraz siedzę i wygładzam.
Jak wygładzę, to mówią, że w sierpniu 2011 "Polowanie na niebieskie migdały" ujrzy światło dzienne. Zobaczymy. 

Kreowanie świata to ciężka harówa, mówię Wam.

Dobranoc Misie złote.

ps. Co robicie w Sylwestra?! Bo ja już wreszcie wiem! Ha!

poniedziałek, 20 grudnia 2010

No dobrze.
Kwestia prezentów chyba opanowana.
Pomysł na potrawę wigilijną narodził się dziś przypadkiem.
Podzielę się, jak wyjdzie.

Miałam ideę, aby w tym roku nie kupować papieru i torebek do prezentów, tylko zrobić kolekcję recyclingowych eko-opakowań, ale wszystkie dzisiejsze próby wylądowały w koszu.
Endrju twierdzi, że adresaci prezentów opakowanych w gazetę mogą nie zrozumieć, co autor miał na myśli:))

Dziś się okazało, że są na tym świecie ludzie, którzy nie widzieli najcudniejszej świątecznej komedii romantycznej. Im dedykuję tę piosenkę - obowiązkowy film na święta:

niedziela, 19 grudnia 2010

Dwa dni.
Dwa długie dni wygrzewania się w czterech ścianach mansardy spędzone na gotowaniu (Endrju) i jedzeniu (oboje), wspólnym oglądaniu House'a, czytaniu, gadaniu, śmianiu i droczeniu się oraz próbie spacyfikowania Antka. (Jutro już przejmie go opiekunka, dzięki Bogu:)

To również dwa świetne wypady do kina. Wczoraj wyskoczyliśmy z Endriuszą na przegląd filmów olsztyńskich twórców, którzy zaprezentowali całkiem niezły poziom, a wiem, co mówię, bo swego czasu naglądałam się sporo off kina z całego świata. Dziś - wypad solo na "Prostą historię o miłości" - rewelacyjny pojechany obrazek o filmie w filmie, o życiu w filmie i filmie w życiu.  

Ten weekend to także powrót mojej kocicy z nieustających wakacji na wsi. Wróciła i znów śpimy wtuleni w jej ciepłe mruczando. W chłodne grudniowe noce - bosko.

No i ostatnie - uwaga! - mój przedświąteczny zryw, wywołany wyrzutami sumienia po ostatnich rozpustnych zimowych wieczorach.
Zaczęłam robić brzuszki. Jedyna aktywność, w której potrafiłam wytrwać miesiącami, a której nie uprawiałam blisko dwa lata.

Co jeszcze?
Zostało kilka niuansów. Ale je pominę.
Na dobry początek następnego tygodnia albo udaną końcówkę weekendu, cytat z House'a:

"Sumienie to coś, co włącza się, gdy nie mamy powodu, aby zachowywać się tak jak inni"

ja bym dodała:
"jak inni... oczekują".

Dobrej nocy Fistaszki!

sobota, 18 grudnia 2010
Rozpakowujemy zakupy. Endrju bierze do ręki seler naciowy.
- A te szparagi do lodówki? - pyta.
- Tak, ten seler możesz włożyć do lodówki - odpowiadam.
Po chwili milczenia, Endrju mruczy z pretensją:
- Czy ty na każdym kroku musisz udowadniać swoją rację?!
czwartek, 16 grudnia 2010

Pierwszy raz w życiu nie mam w sobie tej dziecięcej czystej radości związanej z oczekiwaniem na święta. Cieszę się, ale wiem, że te święta nie będą już takie jak wcześniej.

Po pierwsze:
Antek. Jakbym się przed tym nie wzbraniała, wraz z jego pojawieniem, przestałam być dzieckiem. Teraz jestem dzieckiem swoich rodziców, i rodzicem swojego dziecka.

Po drugie Nie spędzę wigilii z rodzicami. Szczególnie pierwszych, najfajniejszych momentów, kiedy wyglądamy pierwszej gwiazdki i siadamy do stołu.

Po trzecie:Nie będę w domu od rana w wigilię - kiedy w chacie jest taki wkurzający, ale zarąbisty harmider, wszyscy się kłócą, ktoś ciska poplątanym łacuchem choinkowym, inny gorączkowo szuka papieru do pakowania prezentów, mama wściekła szaleje w kuchni, żeby potem wieczorem spuścić powietrze - zjeść, rozpakować prezenty i do nocy śmiać się, gadać i palić papierosy.

Poza tym dopiero teraz zauważyłam ze zdziwieniem, że w świecie dorosłych święta wcale nie sa takim sielankowym czasem i zaczynam rozumieć tych, którzy świąt nie lubią. Bo przecież nie zawsze nad świątecznymi stołami panuje prawdziwa bliskość, bo święta wiążą się z ogromną presją: dla wielu finansową, dla ambitnych gospodyń - kulinarną. To również test dla rodzin - szansa na prawdziwe pojednanie lub kolejna okazja dla gry pozorów, spektaklu uprzejmości.

Ale,
MIMO WSZYSTKO
wciąż uwielbiam amerykańskie piosenki świąteczne, mam frajdę z kupowania i obmyślania prezentów, z przyjemnością przeglądam świąteczne przepisy kulinarne i cieszę się zarówno na te święta, jak i na naszą trzynastą, czternastą? wigilię basieniek.

A dziś, dziś miałam bardzo rozgrzewający kontakt ze śniegiem. Jeśli tej zimy nikt wam nie włożył śniegu za kołnierz, najwyższy czas to zmienić:)

Tę piosenkę usłyszałam dziś w Trójce i bardzo mi się spodobała, ale oczywiście najbardziej uwielbiam "Last Christmas" i ten romantyczny teledysk, ech...!

środa, 15 grudnia 2010

Otwieram Good night, Dżerzi Janusza Głowackiego i czytam siedmiowers, coś na kształt dedykacji:

Drogi Janku, powiedziała kobieta, którą kochałem i która dobrze mi życzyła. Błagam cię, napisz tę historię bez żartów i poważnie. To jest twoja ostatnia szansa. Ludzie mają dość twojego cynizmu. Jeżeli tego nie zrobisz - zniszczą cię. A ja nie będę żyła z facetem zniszczonym.
Obiecałem, że zrobię, co sie da, bo nie chcialem, żeby ona też ode mnie odeszła.

Owa kobieta bardzo się myliła, bo ja cynizm Głowackiego uwielbiam. Dlatego też po przeczytaniu tych kilku zdań, moja czytelnicza ochota ciut zmalała, ale spróbuję. Prawdziwego cynika nie sposób przerobić w anioła:)

wtorek, 14 grudnia 2010

Człowiek to istota pokrętna, żeby nie powiedzieć bardziej wulgarnie.

Teraz, kiedy za dwa tygodnie mam iść do pracy, próbuję nadrobić stracony czas i nie wiem, za co się złapać. Wyrzucam sobie, że przez ostatni rok za mało czytałam, za mało pisałam i w ogóle wszystko za mało. Żyłam za mało, za mało nawet oddychalam.  I tym razem nie chodzi o powinność, ale o apetyt. Mam apetyt na wszystko: na nietknięte tytuły zalegające na regale, na grzebanie się w perypetiach moich bohaterów, na gotowanie, leżenie do góry brzuchem i wszystko, co jeszcze kilka tygodni temu przestało mi smakować.

Teraz, gdy widmo braku wolnego czasu staje się realne, mam ochotę robić tysiąc rzeczy naraz i nie rozumiem, jak mogłam do tej pory marnować tyle czasu, chociażby na błąkaniu się po sieci.

Dziś z prawdziwą przyjemnością zrobiłam świąteczne porządki, upiekłam ciasto na przyjście Alutki, potem upichciłam sałatkę i kurczaka, zeszłam na ploty do sąsiadki, a gdy Groszek już zasnął, zaś Endrju pogrążył się w filmie, zanurzyłam się w "Nudzie". Niesamowita lektura. Chciałabym przytoczyć jakiś fragment, ale cokolwiek wyrywam z kontekstu, nie odzwierciedla klimatu całości. Nie ma wyjścia - trzeba przeczytać.

***
Z Endriuszą nie kłócimy się często, ale jak już dojdzie do jakiejś sprzeczki, to ja zapominam o sprawie kilka minut później, a on trawi to godzinami. Pokłóciliśmy się w niedzielę i wydawało się, że do wieczora mu przeszło. Niestety jeszcze przez następny tydzień albo dwa, gdzieś między wierszami Endrju lubi przypominać mi o moim podłym charakterze. W ten sposób dotrzemy do kolejnej kłótni i znów będzie miał pretekst do przytyków.
Takie błędne koło:)

Dziś. Wtorek. Dwa dni po sprzeczce.

Endrju wyjmuje widelcem makaron z garnka i przeraźliwie skrobie. Kojarzycie ten upiorny dźwięk?
- Na litość, przestań tak skrobać!
- A co?
- pyta.
- Czuję jakbyś mi jeździł tym widelcem po duszy.
- To niemożliwe
- Endrju zasępia się teatralnie. -  Ty nie masz duszy.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Lubicie się całować?
Głupie pytanie?

Pytam, dlatego, że na dłuższą metę pocałunki mnie nudzą.

Choć w pierwszej fazie znajomości czy romasu mogłabym się całować godzinami, to potem pocałunek jest dla mnie jedynie czymś w rodzaju pierwszego stępla, klucza do dalszych pieszczot. Długie namiętne całowanie usypia i wydaje mi się montonne jak jazda polskimi kolejami. 

O ile pieszczoty w miarę upływu czasu mogą stawać się bogatsze i pełniejsze, to pocałunki po wielu latach tracą swój smak. 

A piszę o tym dlatego, że akurat trafiłam na pocałunkowy fragment w powieści, a chwilę później odezwał się do mnie M. , z którym całowałam się wiele lat temu w parku pod Teatrem Wielkim i na pocałunkach się skończyło. Nieoczekiwanie wyznał mi dzisiaj, że były to najprzyjemniejsze pocałunki w jego ciut dłuższym niż moje życiu. A nie powiedział mi o tym nigdy wcześniej, w obawie, że może dziś - będąc Matką Polką i wzorem cnót wszelakich - nie chcę o tym fakcie pamiętać.
Tymczasem ja pamiętam i choć nie wracam zbyt często do tych wspomnień, lubię je mieć w szufladzie pamięci. Bo... to czysta przyjemność:)

Do sedna:
Czy może być lepszy kompelment w poniedziałkowy wieczór niż kilka zdań
o przejmujących, mocnych pocałunkach przepełnionych słodyczą?

niedziela, 12 grudnia 2010

KGM, czyli Koło Gospodyń Miejskich to fantastyczna formuła babskich spotkań w szerszym kręgu. Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że na co dzień każda z nas żyje wśród swoich bliskich i przyjaciół, a nasze relacje nie są wcale zażyłe. Jednakże na tych cokilkumiesięcznych spotkaniach wytwarza się między nami niesamowita bliskość. Nie wynika ona z relacji personalnych, ale z kobiecej aury wspólnych doświadczeń, przeżyć i uczuć.
To trochę tak, jakbyśmy na chwilę weszły do tego samego przedziału kolejowego i odbyły kilkugodzinną podróż, a potem każda z nas wysiadła na swojej stacji.

Wczorajsza podróż była fantastyczna.
Głodna jak wilczyca pochłonęłam przysmaki made by Tymisiowa: ze cztery kawałki pysznej szpinakowej tarty, sałatkę z roszponki, rukoli i suszonych pomidorów i drugą: z kurczakiem, ananansem, selerem i orzechami - pyyycha! I jak zawsze nachichotałam się na zapas. Bo gdy w jednym pomieszczeniu jest siedem babek, nie może być poważnie.

Jakoś po północy ruszyłyśmy w miasto, finalnie lądując w Szafie, gdzie piłyśmy jakieś niebieskie paskudztwo, które doskonale wyczyściło mi pamięć.

Na tym kończę dzisiejszą spowiedź, więcej grzechów nie pamiętam:)

sobota, 11 grudnia 2010

Jest fajnie, śmiesznie, gęsto i tak jak powinno być.
Wczorajszy supertajny prodżekt udał się pysznie, więc wieczorem  najpierw w pełnym składzie wtajemniczonych, a potem tylko z Monią i Robertem opijaliśmy sukces. W Zaułku, a potem z Pozytywce. I jak to bywa podczas biesiad z Monią - zawsze wypijam o jeden kufelek za dużo. Do wczoraj myślałam, że moja ostateczna  granica to cztery.
Już wiem, że po pięciu i pół też da się żyć i iść prosto:)

Wróciłam do domu koło trzeciej, a po ósmej pojechałam z Asią na kiermasz rękodzieła do Dywit, bo cacka z "Diabła" zalegają w kartonach i proszą o upłynnienie. Wypiłam jakieś niebotyczne ilości herbaty, objadłam się smakowitym ciastem, pogawędziłam z branżą rękodzielniczą, a teraz leżę w łóżku i ekspresowo się regeneruję, bo zaraz zmykam na urodziny do Tymisowej! Dooooobrze mi!


fot. Asia
W czapce zakupionej na kiermaszu

Wracamy z Dywit z moim tatą i Asią:
- O rany, ale jestem padnięta! - wzdycham
- To pewnie przez ten wczorajszy tajny prodżekt - mówi Asia.
- A do której go robiliście? - pyta tata.
- Ee krótko, do 21.00, ale opijaliśmy sukces do trzeciej rano.
- Teraz widzisz jak trudno być superbohaterem
- odzywa się Asia. - W nocy ratujesz świat, a w dzień musisz udawać zwykłego człowieka.

czwartek, 09 grudnia 2010

Kochani, teraz Wasza kolej. Nagryzmolcie coś. Wiem nawet co.

Podzielcie się ze mną:

przepisem na pierniczki

albo

pomysłem na śledzia

albo

inną świąteczną zajawką.

środa, 08 grudnia 2010
Dziś nie mam czasu nawet na bloga - piszę trzy teksty jednocześnie, wszystkie na wczoraj, główka mi puchnie, a ciało strajkuje - lewe oko zachodzi mgłą, czwarty ząb mądrości postanowił się wyżąć, żołądek jak studnia bez dna:)

Więc zamiast ględzenia, piękna grudniowa tancerka.
Made by Norte of course!



wtorek, 07 grudnia 2010

Decyzja o oddaniu Groszka pod opiekę pani Eli, to jeden z najlepszych moich kroków w ostatnim czasie. Po kilku godzinach rozłąki jestem za nim stęskniona i nie mogę się nasycić jego zapachem, uśmiechem, minkami aż do wieczora. Jemu również służy zmiana otoczenia - wcześniej wieczorem bywał marudny i znudzony, a teraz z ekscytacją grasuje po mansardzie, zagląda w swoje ulubione kąty i on również naciesza się nami. 

A co ze mną?
Ja oczywiście napawam się wolnością i zamierzam ten stan utrzymać przynajmniej do końca tygodnia. Dopiero potem może przysiądę i coś napiszę. A może nie.

W ramach napawania - dziś pyszne śniadanie u Asi i kawa z współzamieszanym w tajny prodżekt w ramach próby generalnej przed akcją.

Co więcej?
Czytam "Nudę" Alberto Moravii
Oglądam "House'a"
Jem brzoskwinie i ptasie mleczko
Piję piwo
A myślę...o niebieskich migdałach:)
 

poniedziałek, 06 grudnia 2010

No Kochani,

ominął mnie widok rozdzierający matczyne serce, czyli dziecko, które rozhisteryzowane wyrywa się z rąk opiekunki i chce do mamy. Moje dziecko  totalnie ma mnie w pompie i żegna się ze mną uśmiechem. Na szczęście wita też:) Antek to easy man. Jeśli ma wokół siebie zakochane w nim kobiety, mama może zniknąć.

Pierwsze koty za płoty - macierzyńskie i... zawodowe, bo od stycznia Agniesia wraca do pracy. Tadam! /tak, tak, też w to nie wierzę:)/

A w ogóle to jakoś gęsto się zrobiło - święta za pasem, tajny prodżekt już za chwilę ujrzy światło dzienne, w sobotę jedziemy z Asią na kiermasz do Dywit (jedyna i niepowtarzalna okazja nabyć cacka z mojego Diabła), a wieczorem urodziny pani prezes Koła Gospodyń Miejskich i może jakiś dziewczyński wypad na tańce.

Jestem zmęczona, ale dobrze mi.

***
A to kawałek z wczorajszej sesji, bez pewnego bardzo istotnego elementu.
Całość na Wigilię:)


fot. Jarek Poliwko

***
Gadam z Krisem przez telefon:
ja: A co robi Twoja żona?
Kris: Poszła do koleżanki na ploty.
ja: Więc jesteś sam w chacie  i zbijasz bąki?
Kris: Raczej puszczam.

Pamiętacie swoje mikołajki z dzieciństwa?

Wieczorem pastowaliśmy z Krisem kozaki i stawialiśmy je na drugim stopniu schodów. To był jeden z tych nielicznych dni, kiedy chętnie kładliśmy się spać. Pamiętam tę coroczną ekscytację, gdy budziłam w nocy mojego brata i razem na paluszkach, żeby nie obudzić rodziców, dreptaliśmy po prezenty. Potem bawiliśmy się do świtu, aby tuż przed pobudką do szkoły i przedszkola, paść nieprzytomnie na łóżek.

Najgorsze były chude lata, bo wtedy w przeddzień mikołajek mama mawiała tak:
- Wyobraźcie sobie, że dzwonił dziś do nas święty Mikołaj. Skarżył się, że ma straszny natłok pracy, więc trochę się spóźni. Przyjdzie do Was za kilka dni.


A u Was był dziś Mikołaj?

Bo do mnie wpadł, choć nie wypastowałam butów:)

Przyniósł mi bieliznę i dwie książki: "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłany Aleksijewicz oraz "Mysza górą, czyli Mysza i Niedźwiedź szukają szczęścia" Tomasza Matkowskiego. (Ta druga pozycja to chyba jakaś sugestia Endrjuszy). 

A piszę to wszystko dlatego, że czekam, aż moje dziecko raczy się obudzić.
Antek chyba wyczuł, co się święci, bo o północy zrobił kilkugodzinną aferę, a teraz śpi w najlepsze i ani mu się śni jazda do opiekunki.
Cóż zrobić?

niedziela, 05 grudnia 2010

Endrju poszedł pod ratusz śledzić wyniki wyborów, a ja wcinam zieloną sałatkę: rukola, roszponka, pomidor, ser i oliwki, popijam ją białym winem od Marty i Maksa i zaostrzam sobie apetyt na film. Wybór padł na "Vicky, Cristina, Barcelona". Mam ochotę popatrzeć na żywiołową Penelopę, cielęco słodką Scarlett i poczuć lato.

Muszę się zrelaksować przed jutrem. Jutro bowiem Antek debiutuje  u opiekunki, a ja odzyskuję kilka godzin swobody.  

Może za jakiś czas pokażę Wam owoc dzisiejszej obrazoburczej sesji foto. 
I nie jest wcale tak jak myślicie:)

sobota, 04 grudnia 2010

Endrju patrzy na mój zakurzony komputer z zaschniętym białym lukrem pomiędzy klawiaturą i widzę, jak go trzęsie: 
- Nie mogę patrzeć na to, jak ty traktujesz ten komputer. Ile on ma? Trzy miesiące?!
- To moja wina, że mam lukier pod klawiszami? -
wzruszam ramionami. -Może powinnam go zareklamować?
- O tak! -
Endrju trzęsie się jeszcze bardziej. - Złóż skargę do producenta, że Twój laptop przyciąga placki z cukrem. 

Mam taki wewnętrzny czujnik.
Gdy mnie wszystko łaskocze w brzuchu, to znaczy, że rzeczywistość przenika przez moją skórę i zaczyna buszować po organizmie.

Niech więc buszuje w najlepsze, a ja tymczasem obejrzę pierwsze odcinki szóstego sezonu House'a.
Dobrej nocy Łobuzy!

 
1 , 2