..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 31 grudnia 2009

No i szczęśliwie dotarliśmy do kolejnego końca i kolejnego początku.
Pani astrolożka w "Pytaniu na śniadanie" powiedziała, że 2010 rok, to rok dobry dla wszystkich, którzy lubią polować i zdobywać - 10 jako symbol "strzału w dziesiątkę". Jednocześnie zero na końcu to znak, aby zerować przeszłość, a jedynka sugeruje, aby zaczynać coś od nowa.

Rak - mój znak, w pierwszej połowie roku powinien postawić na rozwój duchowy, w moim przypadku czytaj: odnaleźć duchowy aspekt macierzyństwa, a dopiero w drugiej połowie wziąć się za pracę, karierę i zarabianie pieniędzy, co znaczy, że może "Diabeł" zarobi trochę kasy dopiero w sezonie letnim:)

Czas na podsumowanie roku 2009.
Żeby zejść na ziemię, przeczytałam sobie listę postanowień z roku ubiegłego i oczywiście prawie nic nie zrealizowałam (nauka windsurfingu, patent żegarski), ale, ale... w międzyczasie pojawiło się ciut niespodziewanych wyzwań, które kolidowały z ubiegłorocznymi postanowieniami, więc rok 2009 - mimo destrukcyjnych zakus bawołu - okazał się niezwykły.

A wszystko  zaczęło się od przestrogi - wypadku samochodowego, który na kilka miesięcy przypomniał mi o umieraniu. Piętno śmierci wyparło dopiero nowe życie, które zakiełkowało we mnie w połowie roku i zdominowało mój styl życia na tyle, że latem zrezygnowaliśmy z trekkingów, spływów i rejsów i w wakacje wybraliśmy się na miejski tour po krajach nadbałtyckich.

A teraz do rzeczy:

Sercowo

- Z Endriuszą dobrze - ciepło, wesoło i jeszcze bliżej i mocniej niż rok temu.
Dziś nasza 3. rocznica, choć wciąż nie wiemy, czy liczyć od pierwszego pocałunku czy pierwszej pieszczoty - na szczęście obie daty są bardzo zbliżone:)

Towarzysko
2009 - tak jak lata poprzednie - przyniósł kilka fantastycznych odkryć towarzystkich.
Listę na pewno otworzy Tymisiowa i Monia W.

Poza tym dobrze ma się stara gwardia, czyli licealne Basieńki, Walerka& Szymi, Jozi , Alutka i cała reszta, z którą mam kontakt bezpośredni, telefoniczny, okazjonalny, ale wciąż dobry. Rok 2009 to długie i drogie rozmowy z Ewą przez telefon i powrót Janiś do Polski.
To również powolna lub gwałtowna śmierć niektórych relacji, ale nie każda znajomość to perpetuum mobile, czasem chodzi o to, aby odegrać swoją rolę w czyimś życiu i zejść ze sceny. I tak jest dobrze.

Literacko
- "Matylda" w styczniu ujrzała światło dzienne
- Dostałam literackie stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa, bez którego "Diabeł" nie przeżyłby chudych miesięcy
- Napisałam powieść dla młodzieży, która teraz jeszcze wymaga tylko i aż poprawek
- Jestem na półmetku kolejnej, trudnej powieści i chciałabym się z nią uporać w 2010 r.
- Piszę felietony do lokalnego miesięcznika "Kulturka"

Zawodowo
- Otworzyłam galerię hand made "Diabeł tkwi w dodatkach" i zupełnie nieoczekiwanie stała się ona moją pasją i źródłem satysfakcji. (Niestety wciąż bez pieniędzy)
-
Udało mi się znaleźć źródło dodatkowych drobnych dochodów, które pozwalają mi utrzymać przy życiu najdroższe hobby życia, czyli "Diabła":)
- Fajna współpraca zawodowa, ale i towarzyska z Asią-Veską.

Poza tym:
Był czas na kino, książki, spotkania oraz tańce hulanki swawole, był czas na sen, na seks, na ciszę, na spacery i na siebie. Trochę lepiej poznałam się z moim aparatem fotograficznym, z którym zamierzam zacieśnić znajomość. I dużo lepiej poznałam się ze sobą. Szczególnie końcówka roku sprzyjała wewnętrznym porządkom.
Dlatego spokojna i spełniona wkraczam w rok 2010.
Zobaczymy, co przyniesie nam Tygrys, który już w lutym zdetronizuje bawoła.


Postanowienia na rok 2010:
1. Utrzymać "Diabła" i przeżyć :)
2. Trzymać wytyczony kurs zawodowy i nie rozdrabniać się, nie skakać na boki

3. Poprawić jedną powieść i skończyć drugą.

4. Odnaleźć się w nowej roli, a jednocześnie nie stracić siebie.
5. Utrzymać status quo w miłości, przyjaźni i rodzinie.

Przydałyby się jeszcze jakieś fajne wakacje, ale tego nie wciągam na listę postanowień. Letnie platy dostosujemy do potrzeb, wymagań i możliwości nowego członka familii.

Tymczasem kochani, idę zrobić make up, bo choć tegoroczny Sylwester kameralny, to warto ładnie wyglądać, witając Nowy Rok.

Wszystkiego dobrego Wam życzę!

I zróbcie podsumowania i postanowienia.
Bo postanowienia są potem jak poręcze, o które można się podeprzeć w chwilach beznadziei i zwątpienia.
Serio!

środa, 30 grudnia 2009

E. należy do najbardziej zakręconych osób, jakie znam. Ciągle buja w obłokach i nie ogarnia rzeczywistości. Szczególnie tej materialnej.

Rozmawiam z E. przez telefon.
E. opowiada mi o jakimś kolesiu, z którym spotkała się na winie i on cały czas  gadał o kasie.

E.:
 Niby taki nadziany, ale ten jego samochód wcale nie był jakiś szczególny.
ja: A jaka marka?
E.: Jakaś dziwna wiesz, takie jakby zet w kółku.
***
Przypomniała mi się inna historia z E.

E:
Oprowadzałam mojego włoskiego przyjaciela po Krakowie, i na każdej witrynie banku widniało słowo lokata. Więc on mnie zapytał, co to znaczy.
ja: I co mu powiedziałaś?
E: Zaczęłam coś kręcić, bo nawet po polsku nie mam pojęcia, co to znaczy, a co dopiero po włosku!

wtorek, 29 grudnia 2009

Wczoraj usiadłyśmy z Ciotką M. do korespondencji po zmarłej w zeszłym roku Cioci Haneczki.

Pośród rozmaitych szpargałów odnalazłam też listy ode mnie, których wieczorna lektura rozczuliła mnie i rozbawiła do łez.







niedziela, 27 grudnia 2009

Świąteczne spotkanie Basieniek było w tym roku inne niż dotychczas - mało alkoholowe, bo zdominowane przez: matki karmiące (Magda, czyli Janiś, Natala), ciężarne (ja) i kierowców (Zaśka & Ramsik). Tylko Ewa mogła się beztrosko nawalić, ale ona akurat nie nadużywa.

Poza tym zbliżająca się trzydziestka zobowiązuje.

Niczym baśniowe wiedźmy zjechałyśmy wczoraj do Magdy, aby stanąć nad kołyską nowo narodzonej Kai i obdarzyć ją kobiecą mocą. Kaja spała grzecznie, a nad jej głową toczyły się debaty, kapały łzy, fruwał chichot, snuły się zwierzenia, płynęły dobre rady, czułe uściski i poczucie, że gdy jesteśmy razem, żaden potwór nie straszny. 

Mamie Magdzie przekazałyśmy magiczny wisior, który da jej siłę i pozwoli odważnie pokonywać przeciwności losu. Ewa zrobiła nam piękny kolaż fotograficzny "Basieńki  w oczach mistrzów" (niebawem zamieszczę), Zaśka obdarowała nas designerskimi słoiko-wazonami, a Ramsik gotowym zestawem na kompot z suszu. Matkom karmiącym się upiekło - nie wychodzą z domu, więc nie miały okazji spotkać Mikołaja.

Ciekawe, w jakiej konfiguracji spotkamy się w następne święta i dokąd zajdziemy w nadchodzącym roku. Na pewno nie zmieni się jedno: w tym gronie zawsze będziemy czuły się jak przed 12 laty. Niby o 12 lat starsze, ale niewiele mądrzejsze, choć o dziwo z roku na rok bardziej urodziwe:))


Kaja - najmłodsza Basieńka


Janiś z Kają, po lewej Ewa, po prawej Natala
Ciotki -wiedźmy: Zaśka, Ramsik, Natala, Ja i Ewa


Ewa i Zaśka


Ramsik


Fajne były te święta i pewnie dlatego dziś mam totalny zjazd. Jestem senna i rozlazła. Szwędam się po domu, poleguję, coś czytam, coś piszę. Czuję jakbym wypadła nagle z przytulnego kołowrotku biesiadowania i na nowo muszę ułożyć sobie rzeczywistość. Dziś jest dzień ładowania akumulatorów, zbierania pomysłów i energii na następny tydzień. To cudownie miękka, ciut nostalgiczna poświąteczna niedziela.
Jutro znów stanę twardo na ziemi, lecz teraz  - pozwólcie - pobujam jeszcze w obłokach.

I po świętach!
Został mi pełen żołądek, dobry nastrój i worek prezentów.

Jutro krótka fotorelacja ze spotkania z licealnymi Basieńkami, a tymczasem dwie fotki prezentowe:

To, co dostałam, czyli wyprawka do szpitala (pidżamy sztuk dwie, kapcie par trzy), książki, perfumy, masażer, pudełko, płyta.

I hand-made prezenty ode mnie dla Basieniek - sztuk sześć, co by się im dobrze spało:)
Dziś policzyłyśmy, że to jakaś 12. edycja naszych basieńkowych świątecznych spotkań.

sobota, 26 grudnia 2009

Czy to pod wpływem frunących z całego świata życzeń czy za sprawą świątecznej atmosfery, w Wigilię obudziłam się z poczuciem, że wokół mnie aż gęsto od fantastycznych osób. Mam to szczęście - gdziekolwiek się nie znajdę, krótko bywam samotna. Chwilę później - jak grzyby po deszczu - wyrastają dookoła ciekawi ludzie i na dłużej zostają już w mojej orbicie.

Przed południem posprzątaliśmy z Endriuszą mansardę, ja zrobiłam śledzia pod pierzynką zgodnie z instrukcjami Upartego i Tymisiowej, spakowaliśmy prezenty i ruszyliśmy do rodzinnych domów, aby spotkać się dopiero późnym wieczorem na wsi u moich rodziców. 

Teraz jesteśmy już na półmetku świąt, po trzech uroczych spotkaniach rodzinnych - każdym uroczym na swój niepowtarzalny sposób.

Lubię święta i lubię ten klimat rodzinnych nasiadówek z całym smaczkiem wzajemnych docinków i uszczypliwości. Lubię obserwować, wyłapywać niuanse, słuchać plotek i uczestniczyć w rodzinnych debatach.

I choć to mało awangardowe i zupełnie nienowoczesne:
wyznaję kult rodziny

i dobrze mi z tym:)

środa, 23 grudnia 2009

Zima tuż przed świętami dostała sińców i cieknie jej z fioletowego nosa. Paskudnie jest! Świat za oknem zakatarzył i wygląda jak szary smutny glut.

Dziś mogłabym przeleżeć cały dzień w łóżku, ale ogarnę się i otworzę kramik. To już moje ostatnie podrygi. Od stycznia oddaję stery moim rezolutnym dziewczynom i mam wielką nadzieję, że staną na wysokości zadania, a ja będę mogła naprawdę zająć się sobą.

Prezenty dla rodziny popakowane, dziś jeszcze małe zakupy, życzenia dla bliskich, ciasto dla Endriuszy, który uzależnił się od brownie i...  śledź! Bo śledź ma być moim wkładem w Wigilię, a ja choć śledzie uwielbiam, nie mam o nich pojęcia. Znacie jakiś ciekawy przepis na śledzia? Podzielcie się.

Wieczorem natomiast siądę do prezentów dla Basieniek, czyli moich licealnych ślicznotek, z którymi co roku na święta przygotowujemy własnoręcznie robione prezenty. To już będzie jakaś 10. edycja.  
 
Przed  chwilą w "Pytaniu na śniadanie" Anna Popek roztkliwiała się,  jaki to  piękny zwyczaj, że wielu pracodawców z Wigilię puszcza panie wcześniej z pracy, a panowie zostają do końca. Nie wiem, co o tym myśleć.
Pozornie miły gest podtrzymuje i utwierdza stereotyp, aby to jednak  kobieta wzięła na siebie odpowiedzialność za przygotowanie kolacji. A gdyby tak raz w roku puścić wcześniej panów? Nie podołaliby?
Ja w nich wierzę.

wtorek, 22 grudnia 2009

ja: Kochasz mnie trochę?
Endrju:Bardzo Cię kocham.
ja: (kokietuję) A jeśli to nie miłość a tylko  przywyczajenie?
Endrju: W takim razie bardzo miłe jest to przyzwyczajenie.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Dziś będzie o magicznej nici - mocnej, lecz delikatnej nici, która spowija kochanków. Rodzi się błyskawicznie wraz z pierwszym flashem, drżeniem serca, falą gorąca i motylem w brzuchu. Potem zostaje wystawiona na próbę codzienności, która wysusza i osłabia jej włókna.

Ta nić to oczywiście erotyzm. Wybucha on z wielką siłą, a potem przejawia się w spojrzeniach, gestach, tekstach i podtekstach, we wzajemnym głodzie pieszczot i dotyku. Objawia się w pożądaniu i tkliwości.

Jednak codzienność bardziej faworyzuje tkliwość niż pożądanie. Od tańca zmysłów woli siostrzane przywiązanie, ponad pieszczotę przedkłada czułość, jaką obdarza się wiernego psa, język kochanków chętnie zamienia na język sprawnych kominikatów: co kupić, dokąd pójść, gdzie załatwić to i owo.

Codzienność jest wrogiem zmysłowej nici. Wykorzystując naszą nieuwagę, unicestwia ją powoli, lecz konsekwentnie. Aż pewnego dnia nić więdnie. Ciała kochanków ziębną i usypiają, ale oni o tym nie wiedzą, bo dom, bo praca, bo weekend, rodzinny obiad, piwo ze znajomymi. Jest tyle wspólnych płaszczyzn, że "cały ten seks" nie ma aż takiego znaczenia.

I wszystko jest dobrze. Tak przynajmniej się zdaje. Do czasu.

Pewnego dnia, zupełnie znienacka znow błysk. Przyjemny, że aż bolesny. Czujemy światło, które nas budzi do życia, patrzymy w lustro: nasze ciało ożywa, znowu rozkwita. Oplata nas nić. Nić, która zbliża nas do drugiego człowieka, budzi pragnienie, aby dotknąć jego skóry, poczuć gorący oddech, pomieszać własną wilgoć z jego wilgocią, aby na chwilę stać się z nim jednością. Nić jest piękna i mocna.

Ale niestety nie pochodzi ona od mężczyzny, z którym żyjesz. Tamta dawno zwiędła. Nie zauważyliście? Ach, prawda, byliście zajęci życiem.

I tak oto rodzi się dramat. A może naturalna kolej rzeczy?
Mając 20 lat kogoś spotykaliśmy, od kogoś odchodziliśmy. Znak młodości.

Teraz jest trudniej, bo snujemy plany na przyszłość,  budujemy wspólnoty, zakładamy rodziny. Z takich relacji już nie wychodzi się łatwo.
Są łzy i pretensje (nie mówiłaś, że czegoś Ci brakuje)
Są dylematy (tyle nas łączy, ale to tamten sprawia, że czuję się kobietą)
Są osądy innych (czyli dla Ciebie łóżko ważniejsze niż rodzina?!)

Lecz wówczas zwykle za późno na cokolwiek.
Pożądanie to nie skarpetka. Nie można jej zacerować. Erotyzm to magia, którą przy wielkim wysiłku można pielęgnować, ale gdy zniknie, ciężko ją przywrócić.

Piszę to dlatego, że i ja drżę o magiczne nici. Szczególnie teraz, gdy moje ciało jest inkubatorem dla nowego życia, które wtargnie pomiędzy nas i podzieli naszą miłość na trzy. Boję się chwili, gdy moje ciało uśnie i potem obudzi się już dla kogoś innego.

Nie znam męskiej perspektywy, ale mam wrażenie, że dziś to mężczyznom bardziej brakuje uwagi.
Niezwykle łatwo dają się zwieść złudnej pewności. Nic nam nie grozi, bo mamy wspólne mieszkanie, bo jesteśmy po ślubie, bo ona jest w ciąży, bo są dzieci.

Tymczasem libido to potężna siła, która zawsze znajdzie ujście, prędzej czy później zjawi się ktoś. A ten, kto obudzi śpiącą kobietę, będzie jej zdobywcą - on wleje w nią światło i rozkołysze ją od środka.

Nie pomogą już kwiaty, czułości, obietnice. Nie pomogą wielkie gesty i serenady pod oknem. Gdy pryśnie magiczna nić, wszystkie te spóźnione starania wydadzą się miałkie i nachalne.

Mówiąc krótko: musztarda po obiedzie.

Motto na dziś?
Pamiętajcie o musztardzie Fistaszki:)

piątek, 18 grudnia 2009

CZWARTEK RANO
W nocy bolał mnie brzuch. Wystarczająco niepokojący ból, aby rano pobiec na izbę przyjęć do szpitala.
A na izbie młyn - rodzące, zabiegowe, powypadkowi. Ostatni raz w szpitalu byłam 15 lat temu i już zapomniałam o specyficznym klimacie takich miejsc:

- Co dolega? Niech zaczeka!
Siadam i pokornie czekam, w miarę upływu czasu tworzy się tłum pacjentów.

- Kto na ginekologię?
Podnoszę rękę.
- Proszę tam! No gdzie idzie?! Nie tam, tylko tam! Niech usiądzie! Gdzie siada?! Nie tutaj! Dowód i książeczkę ubezpieczenia.
Podaję.
- Przypomnieć z czym przychodzi.
- Jestem w 33. tygodniu ciąży, w nocy bolał mnie brzuch -
już mam łzy w oczach, bo zawsze rozklejam się w takich sytuacjach.
- To najpierw trzeba zbadać! Co mi głowę zawraca? Przecież tutaj tylko zapisy na oddział są!
- Skąd miałam wiedzieć?
- czuję się już jak kompletna idiotka, a pani położna patrzy na mnie z politywaniem:
- Ech wy kobiety - mówi tonem pogardliwej pobłażliwości. - Usiąść i czekać.

Czekam. O 11.00 muszę otworzyć kramik, a mnie ciągle omijają bez słowa, bez cienia zainteresowania. Złość i bezsilność działają lepiej niż morfina. Odchodzi mi ból. Przed 11 postanawiam zdezerterować.
- Przepraszam, muszę iść do pracy - oświadczam "miłej" położnej. - Wrócę tu po 18-tej.
- Chyba Pani żartuje?!
- Nie żartuję, nie mogę dłużej czekać. Miejmy nadzieję, że do 18 nie urodzę
- dorzucam kąśliwie.
- A jak coś się stanie, to kogo będzie pani winić?
- A jak stracę pracę, to kto poniesie koszty? Pani?
- Nie jestem od tego, żeby organizować Pani życie!
- Dlatego muszę wyjść, żeby sama je sobie zorganizować.

Idę wściekła na polską służbę zdrowia, na siebie, że nie potrafię ugryźć się w język, na ten cały chaos, którego ofiarą jesteśmy my- pacjenci, ale też zredukowany do minimum personel w obłożonych biednych szpitalach.

CZWARTEK WIECZÓR
Ponownie lądujemy na izbie po 18-tej.
Trafiam na łóżko ginekologiczne. Doktórka wkłada mi tak boleśnie palec, że podskakuję aż pod sufit, choć nie należę do tych delikatnych.
- Koszulę ma czy dać szpitalną?
- Słucham?
- niedowierzam.
- Ryzyko przedwczesnego porodu - oświadcza lakonicznie doktórka, a u mnie jak na zawołanie wielkie grochy łez. Nie potrafię tego opanować i mażę się jak małe dziecko.

Endrju - też spanikowany - jedzie po rzeczy, a personel, widząc mnie zapłakaną, zaczyna uspokajać, że to tylko kilka dni obserwacji, że będzie dobrze i przed świętami wrócę do domu.

Wyglądam przez okno, patrzę na bajeczny zimowy krajobraz, ludzi i samochody, i czuję się jak ubezwłasnowolniona więźniarka. Jakby ktoś wcisnął "pauzę" w moim życiu, bez mojej zgody postanowił wyjąć kilka dni z życiorysu. Łakam i puchnę.

Jest już późno, gdy trafiam na oddział, pielęgniarka pozwala jeszcze na krótkie pożegnanie, ale z objęć Endriuszy szybko wyrywa mnie stukot jej butów i karcące spojrzenie. Czuję się jak licealistka pod okiem dyrekcji. W publicznych miejscach nie ma miejsca na czułość.
Endrju wychodzi, a mi podłączają KTG. Przez godzinę słyszę serduszko Antka, położna zabrania mi głaskać się po brzuchu, bo to powoduje skurcze. A tak lubiłam go dotykać - chociażby przez skórę.

CZWARTEK NOC
Jeszcze tej nocy trochę się uspokajam. Biorę prysznic i wychodzę na korytarz poczytać. Nieświadomie siadam przy drzwiach, które prowadzą do nielegalnej palarni. Chwilę później dostaję rolę życia: mam stać na czatach i patrzeć, czy idzie oddziałowa. Nie mija kwadrans, a wokół mnie zbiera się towarzystwo stolikowe. Polska w pigułce. Pani bez zęba, ale za to z piątką dzieci, młoda mama, która w domu zostawiła dwuletnią córeczkę, ktoś po zabiegu, ktoś przed zabiegiem. Zaczynają się dyskusje, a ja tylko słucham i pytam, i w duchu zacieram ręce: są pierwsze plusy tego zesłania - rewelacyjne okazja do obserwacji.
- Tu niedaleko był bar - opowiada pani bez zęba - jak rodziłam czwartą córkę, to mieliśmy taką ekipę, że narzucaliśmy na siebie ciemne szlafroki i tylnym wyjściem biegliśmy na piwko.
- Żadnego dziecka nie karmiłam, ja to nawet mężowi do sutków nie dam się dotknąć. Nie i koniec, już tak mam.
- Kto to widział te rodzinne porody. Chłop ma stać za drzwiami, a nie patrzeć na rozkraczoną babę. A są tacy, co i zdjęcia robią. To powinno być zakazane. Kto to widział, żeby po szpitalu facet z kamerą latał!
- A syn urodził mi się brzydki i  rudy. Rudy z wielką czupryną!  Miałam do niego taki wstręt, że nie mogłam go objąć. Dopiero kiedy go wykąpałam sama i uczesałam własnym grzebieniem jakoś mi przeszło. Czytałam o tym. To się nazywa szok poporodowy.


I tak dalej, i tak dalej.
W końcu oddziałową nerw chwyta i rozgania nas do łóżek. Co to za pogawędki? Cisza nocna już od 2 godzin.


PIĄTEK RANO
O 6. rano wpada pielęgniarka, zapala światło, rozdaje leki i termometry. Tutaj dzień zaczyna się błyskawicznie. Potem mierzenie ciśnienia i czekanie na obchód. Nie ma sznas na nudę, bo ciągle się coś dzieje. Okazuje się, że dziś ma dyżur mój doktorek, czekam na niego jak na wybawcę.
Po obchodzie towarzystwo stolikowe zamienia się w komitet kolejkowy pod pokojem badań. Znamy już swoje imiona, przyczyny pobytu,  nie mówię o sobie zbyt wiele, ale za to prowokuję do zwierzeń. Wiem, gdzie kto mieszka (Marta w wieżowcu, więc bliżej Boga, a Wiesława w Ameryce pod Olsztynkiem), co słychać u mężów, dzieci, najbliższej rodziny (brat kryminalista, ale przynajmniej nie taka dupa jak mój stary). Jest całkiem wesoło, pielęgniarki już nie takie straszne, pacjentki - co jedna to lepszy oryginał.  To inny wymiar. Świat zewnętrzny oddala się w kosmicznym tempie, ważne jest to, co tu i teraz.
Zostaję poddana oględzinom. Sytuacja jest znacznie lepsza niż podejrzewano, ale muszę radykalnie zwolnić. Dostaję wypis z definitywnym zakazem wędrowania. Mam leżeć.
Zjadam chleb z marmoladą, popijam cieniutką kawą, a wkróce zjawiają się rodzice.
Może i dobrze się stało. Samej trudno mi wrzucić na luz, odpuścić sprawy ważne na rzecz ważniejszych.

Jestem już w mansardzie.
I będę wypoczywać zgodnie z prikazem. 
Chyba Antkowi pod moim sercem trochę lepiej niż w inkubatorze:)

środa, 16 grudnia 2009
Byłam dziś u fryzjera - miły chłopiec zrobił mi dziś potrójny pyszny masaż głowy. Jestem uzależniona od dotyku. Żadna inna zmysłowa przyjemność nie daje mi tyle błogości. 
Dla takich chwil warto żyć:)
wtorek, 15 grudnia 2009


32.tydzień
Z każdym dniem Antek ma mniej miejsca - już nie fika koziołków, ale rozpycha się i wierci. Na szczęście lubi spać i dopiero teraz - gdy ja już od kilku godzin jestem na nogach - on powoli sie budzi i przypomina o sobie. 
Czuję szturchnięcie - oho, noga - myślę.
Łaskotanie w dole brzucha - może ręce?

Jakie to uczucie?
Metafizyczne:)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Mejl od przyjaciela.

"Zmieniając dzisiaj opony na zimowe i siedząc w "poczekalni" wpadły mi w ręce wysokie obcasy z tego weekendu i felieton bodajże Dudzin.
Czytałaś może?"

Najpierw spojrzałam na klawiaturę. Może literówka?
Ale nie - literka "n" od "dz" jest zbyt daleko.
A ja? Ja jestem chyba zbyt daleko od głównego nurtu.

Wypaczona może polonistyką, a może feminizmem i innymi "fe", nie mogę wprost uwierzyć, że ktoś z mgr., należący do tzw. klasy średniej, intelektualnie obyty, nie kojarzy Kingi Dunin.
Niedawno zadziwiała mnie powszechna nieznajomość słowa "parytet" i coś czuję, że takich zdziwień jeszcze przede mną sporo.

Mam ewidentnie spaczoną perspektywę.
Chyba zbyt dawno zmieniałam swoje opony.

*****

post scriptum, wieczór:
ja: No i F. chyba w ogóle nie kojarzył Kingi Dunin!
Endrju: Pamiętam, że rok temu oburzałaś się, że M. nasz kolega polonista i redaktor nie wie, kto to Paweł Dunin-Wąsowicz.
ja: Skończył polonistykę, powininen!
Endrju: Najwyraźniej jest jakiś problem z tymi Duninami.

Jeśli miarą udanego weekendu byłaby liczba dokonanego pożytku, miniony można uznać za całkiem niezły.

PRZEDŚWIĄTECZNE CZYNNOŚCI POŻYTECZNE
Zrobiliśmy świąteczne porządki, choć sprzątanie w duecie wychodzi nam marnie:
- Możesz mi oddać miskę? - zniecierpliwienie to bardzo łagodne określenie tego, co słyszę w głosie Endrju.
- Nie mogę, ścieram kurze.
- Długo jeszcze? Chcę umyć podłogę!
- To umyj w drugim pokoju!
- Nie mogę umyć w drugim pokoju, bo tam jeszcze nie ścierałaś kurzu.
- A co ma piernik do wiatraka?!!
- wybucham.
- Musi być zachowana kolejność - upiera się Endrju, który jak się uczepi jakiegoś absurdalnego schematu to koniec.
W efekcie wyrywamy sobie szmaty, miski, depczemy sobie po piętach wściekli jak osy:
- To ostatni raz, kiedy pozwoliłem ci zostać  w domu podczas sprzątania! - odgraża się Endrju.
- Nigdy więcej ci nie pomogę! Nie dość, że człowiek chce dobrze - pomstuję - to jeszcze obrywa!

Poza sprzątaniem do listy rzeczy pożytecznych należy dodać powieszenie półek (tutaj Endrju zasięgnął rady i pomocy seniora rodu, a ja w tym czasie upiekłam czekoladowe ciasto) oraz złożenie łóżeczka w sypialni Antka, która powoli zaczyna przypominać pokój, a nie magazyn. Kolejnym etapem będzie zasiedlanie tam duszy.  

Finałem przedświątecznych czynności pożytecznych było niedzielne pieczenie pierników, na które wpadła Marta z Maksem.

... I CZYNNOŚCI DLA PRZYJEMNOŚCI
Pomiędzy pożytkami udało nam się znaleźć chwilę na przyjemności dla ciała i ducha.

Była kolacja na starówce, domowa projekcja uroczego filmu od Tymisowej pt. "Miłość Larsa", wizyta w BWA na wystawie prac uczestników olsztyńskiego biennale plastyki oraz wyprawa po trzeci sezon Housa i wieczór z szalonym doktorkiem. Było też kochanie, memłanie, długie spanie i objadanie.
Słowem - harmonia między kultem przyjemności, a etosem pracy.

A dziś jest poniedziałek, początek kołowrotka spraw. 
Jeśli przeżyję ten tydzień, reszta roku będzie już z górki. 
Nie mogę się doczekać, kiedy pocałuję bawoła w czółko i na kolejne 12 lat odeślę do diabła:) 

piątek, 11 grudnia 2009

Zaraz wychodzę z pieleszy i zaczynam dzień. Zgubiłam gdzieś grzebień, uczeszę się palcami, zanucę piosenkę Happysadu, odpalę silnik i pomknę w miasto.

Oto plan na dziś:
do hurtowni po świeczki i biebeloty
do pasmanterii po dodatki i w poszukiwaniu inspiracji prezentowej
do babci na herbatę
na pocztę, wysłać paczkę i FV
do fotomaxu
do urzędu skarbowego

Mówiąc krótko - czysta poezja.
A żeby uzupełnić tło tego uroczego przedpołudnia - dookoła bura gęsta zawiesina. Ani skrawka nieba, o słońcu nie wspominając.

Ale ja nie z tych, co tak się dadzą zniewolić obowiązkom i aurze. Co to, to nie.
O 13.00 obiadem z Tymisiową zainauguruję weekend i potem przez kolejne 3 dni zamierzam oddawać się tylko rzeczom przyjemnym.

Jakie to będą przyjemności? To się jeszcze okaże.
A coWam kochani sprawia przyjemność w bury weekend?
Tylko nie piszcie, że wino, proszę.
Bo mnie dziś wino aż się śniło - taka tęsknota we mnie:)

czwartek, 10 grudnia 2009

- Dlaczego założyłaś osobnego bloga do zapisków o ciąży, nie możesz pisać tu, na promyczkowie? - zapytał wczoraj Endrju gdy pokazałam mu  cytat z mojego "kiełkowania" w dodatku do GW "W oczekiwaniu na dziecko".
- Bo brzuch i dziecko to z jednej strony obszerny temat, a z drugiej nie chciałabym, aby przysłonił cały świat. - zaczęłam się tłumaczyć. - Może w przyszłości będzie to blog o Antku?

Promyczkowo jest zbyt egocentryczne, żeby znalazło się na nim wystarczająco dużo miejsca na dziecko. Zeszłabym na drugi plan, a to byłoby dramatyczne dla mojej wewnętrznej Narcyzy:) Lepiej nie ryzykować i dzieckocentryzm przenieść pod inny adres. 

Ale co z tego, skoro czuję , że puchnie mi mózg - albo wody płodowe uderzają do głowy, albo szare komórki schodzą do brzucha. Nie mogę się jakoś pozbierać, ogarnąć rzeczywistości, proste czynności napawają mnie przerażeniem. Codziennie wieczorem notuję sobie zadania na następny dzień:
- odpisać na mejla
- wysłać fakturę
- zrobić przelew
- iść na ksero
- kupić to czy siamto
Masakra. Normalnie takie rzeczy robi się po drodze, mimochodem, a u mnie  urastają one do wyzwania. Od dwóch tygodni wybieram się do bankomatu, żeby uregulować dług.

Dziś  chciałam iść do kina, ale nie pójdę. Wrócę do domu, wezmę głęboki oddech i niespiesznie zajmę się świątecznymi porządkami - krok po kroku, bez ciśnienia.
Może gdy opanuję chaos na zewnątrz, w środku też zapanuje porządek i spokój?

środa, 09 grudnia 2009

U nas w domu armagedon.
Nieczynna łazienka.
Zalaliśmy sąsiadów, a że sąsiadka wczoraj urodziła córkę, więc jest ciśnienie, aby szybko naprawić awarię.
Też bym się wkurzyła, gdybym uwiła gniazdko na przyjście Antola, a w ostatniej chwili ktoś zalałby mi chatę.

- Czy w tym kraju każdy musi zalać sąsiada? - frustruje się Endrju, a gdy kładziemy się spać po wieczornych ablucjach w zlewie kuchennym, dodaje:
- W takich sytuacjach zupełnie tracę wiarę w potęgę naszej cywilizacji.

A ja tracę poczucie bezpieczeństwa: łóżko i prysznic to dla mnie kluczowe miejsca. Gdy ich zabraknie, czuję jak usuwa mi się grunt pod nogami.

Tak oto wygląda moja dzisiejsza proza życia.
Właśnie zjawił się pan fachowiec, więc jest szansa, że od jutra wszystko wróci do normy i znów będzie można się wznieść ponad higienę i fizjologię.

wtorek, 08 grudnia 2009

Nie mam czasu na sen,
nie mam czasu na seks
a tak bardzo chciałabym mieć


Nie wiem, co się dzieje: czy doba się skróciła czy to mnie owładnęła flegma. Pewnie to drugie, skoro nawet poranne ubieranie powoduje zadyszkę. A wiązanie butów wymaga skomplikowanych figur gimnastycznych.

Tak czy siak, nie nadążam. W kramiku coraz więcej towaru na święta, choć liczba klientów raczej bez zmian. Poza tym jakieś zlecenia na wczoraj, na szybko, na już, dlaczego tak późno?

A jeszcze trzeba pomyśleć o prezentach, żeby były niedrogie, a fajne. I jakieś wypiekanie pierników by się przydało i kilka wigilijnych spotkań ze znajomymi. Dużo tego wszystkiego.

Tymczasem, kiedy złapię chwilę oddechu, czytam reportaże, a oczy otwierają mi się szerzej i szerzej. Muszę dorwać więcej materiałów o złotych latach 90., bo niestety smarkula byłam i wiele mnie ominęło, a patrząc z dzisiejszej perspektywy, kiełkujący kapitalizm przybrał w Polsce karykaturalną, do bólu śmieszną postać.  
Jeśli nie skończyliście trzydziestki, przeczytajcie koniecznie, jeśli macie pod czterdziestkę, pod 50. czy pod 60., też przeczytajcie, aby się pośmiać z samych siebie:)

Było o literaturze, będzie o kinie.

W zeszłym tygodniu poszłam na "Dom zły", przypadkiem trochę, bo Śliwka miał akurat wolny bilet. Kino to wyborne, a mój lęk okazał się niepotrzebny. Nagromadzenie okropności i szczyt oblechy, jaki zafundował nam Smarzowski, sprawił, że straszne stało się śmieszne. 
Oglądając "Dług" lub "Plac Zbawiciela", łatwiej było mi identyfikować się z bohaterami. Opowiadane historie mogły przydarzyć się każdemu z nas. Tymczasem w "Domu złym" rzeczywistość jest do tego stopnia utyłana, że można tylko puścić estetycznego pawia. Oczywiście w dowód uznania. Bo choć film to brudny i śmierdzący,  to jednak prawdziwy majstersztyk.

niedziela, 06 grudnia 2009

Był u Was Święty Mikołaj?
Bo u nas był.
Strasznie lubię to dreptanie nad ranem i szukanie po omacku prezentów ukrytych w butach.
Pamiętam, że dawno temu budziłam Krisa w środku nocy i razem zbiegaliśmy po schodach, gdzie przed snem zostawialiśmy wypastowane kozaki. Ile było radości! Podekscytowani nie spaliśmy już do rana albo padaliśmy zmęczeni dopiero o świcie.
Pamiętam też chudsze lata, kiedy dzień wcześniej rodzice uprzedzali nas, że dzwonił do nich Święty Mikołaj i niestety nie zdąży wpaść w terminie, ale mamy się nie martwić, bo na pewno za dwa, góra trzy dni się zjawi.

Dziś w moim bucie znalazłam nową płytkę Happysad "Mów mi dobrze" - Endrju twierdzi, że mają kiczowate teksty, ale ja ich lubię, bo kojarzą mi się ze szkołą, glanami i zadymioną piwnicą. Znalazłam też ptasie mleczko (tutaj ewidentnie Święty brał pod uwagę smakowe fascynacje Endriuszy) oraz antologię reportażu "20 lat nowej Polski w reportażach wg Mariusza Szczygła".
Rarytas jakich mało. Czyta się wyśmienicie!

Już pierwszy reportaż - zapiski samego Szczygła z lat 90., o tym jak kupił sobie pierwszą polędwicę sopocką, którą tulił do policzka, o kolejkach do nowo wybudowanej IKEI czy o magii karty kredytowej - rozbawił mnie do łez:

4.05.90
Dziś wyszedł 18. numer "Na przełaj" i nie wiadomo, kiedy następny. Nie ma papieru. Młodzieżowa Agencja Wydawnicza upada. (...)
Ale papier toaletowy jest wszędzie!
A pamiętam, jak byłem w 86 w Knurowie na reportażu do "Np" i zanim doszedłem do rodziny, o której miałem pisać, zobaczyłem wielką kolejkę, ze 100 osób, bo rzucili papier właśnie. Dziecko stało z mamą, chyba za długo, na cały głos krzyczało:
"Mamo, czy my w ogóle musimy robić tę kupę?!"
20 lat nowej Polski w reportażach..., Czarne 2009, s. 13.  


***
Z wieści innych, ale wartych wspomienia:
Byłam wczoraj u doktorka: Antek wisi już głową w dół, w pozycji startowej. Zapowiada się Batman, że hej.

Pod wrażeniem "Podziemnego państwa kobiet" poruszyłam z doktorkiem kwestię aborcji i spotkałam się z bardzo radykalnym potępieniem
. Wysłucham drugiej strony. Nie kościelnej, ale świeckiej. Czysto ludzkich argumentów przeciw.
Teraz już sama nie wiem, co o tym myśleć. To naprawdę trudny temat, na który nie mam już tak klarownych poglądów jak jeszcze tydzień temu. A ja bardzo nie lubię nie mieć zdania, cholera.

sobota, 05 grudnia 2009

Przed chwilą wróciłam ze świątecznego kiermaszu rękodzieła, na którym wystawiałyśmy się razem z Asią.

Padam na ryjek, bo ostatnie dni były cholernie intensywne. Co zresztą skutkowało brakiem wieści na blogu.

Dziś wypoczywam i zbieram siły na nadchodzący tydzień.
Miłej niedzieli Fistaszki!

czwartek, 03 grudnia 2009

właśnie dostałam esemesa, że mała Kaja już przy boku Mamy.
Ta wiadomość przyćmiła wszystko to, o czym dziś chciałam napisać.
Dlatego poprzestanę na gratulacjach dla Janiś i Adama.
Uściski dla całej trójki, a specjalny buziak dla mamuśki, bo to z jej potu, łez i krwi cud ten pokazał się światu.


Janiś we własnej osobie - wrzesień 2008

środa, 02 grudnia 2009

Będę monotematyczna, ale muszę pociągnąć jeszcze wczorajszy wątek, bo czuję, że wymaga on pewnego post scriptum.

Mamy bowiem dwa wyjścia: możemy przed demonami uciekać, włączać muzykę i zapalać światło. Możemy również zebrać się na odwagę i spojrzeć im w twarz. Będzie bolało, ale chyba warto.
Tak jak warto odsłonić tabu i nazwać po imieniu krzywdę, którą wyrządzili nam nasi rodzice czy dziadkowie. To trudne, nieprzyjemne, a do tego rodzi poczucie winy, bo przecież tyle zawdzięczamy naszym rodzicom, a tu ktoś namawia, aby tym razem skupić się na krzywdzie. Przecież oni niechcący - odruchowo zaczynamy ich usprawiedliwiać. - Oni nas kochają, poświęcają się dla nas, a że schrzanili to i tamto? Są tylko ludźmi. Tak nie można, tak się nie robi!

Ja jednak będę się upierać, że tak można i trzeba. Bo tylko odkrywając źródło naszych demonów, znajdując winnego i nadając imię krzywdzie, będziemy mogli w pełni wybaczyć - zarówno im, jak i sobie. Błędy, potknięcia, wzajemne świństwa (cóż z tego, że niecelowe?), które prawie zawsze biorą się z deficytu miłości. To chyba jedyna droga do oczyszczenia, oswojenia cieni, jedyna możliwa rehabilitacja.  
Nie namawiam nikogo do otwierania ran wspólnie z rodzicami, bo to może być dla nich zbyt szokujące i niezrozumiałe. Jednak zamiast zamiatać stare żale pod dywan, warto spotkać się z prawdą w zgiełku własnej świadomości. Pod dywanem demony obrastają w kurz i straszą jeszcze dotkliwiej.  

Po każdej takiej konfrontacji wychodzę silniejsza, z postanowieniem lepszej siebie. Odpuszczam sobie winy bez pokuty i wiecie, co wtedy czuję?
Czuję jak kwitnie mi serce. 

wtorek, 01 grudnia 2009

- Czemu ja Cię tak kocham? - droczę się z Endriuszą. 
- Nie, to ja cię kocham. Tyle mojej miłości płynie do Ciebie, że to, co się odbije, zostaje jeszcze dla mnie.

Za naszych czasów ojcowie i matki nie czytali mądrych poradników, nikt nie słyszał o chustowaniu, nie istniało pojęcie bezstresowego wychowania, a synonimem dobrego rodzicielstwa było nakarmienie, ubranie i posłanie do szkoły. Jeśli dziecko przynosiło piątki i nie sprawiało kłopotów wychowawczych, rodzice mogli z dumą sobie powiedzieć, że odnieśli sukces.

Nikt się z nami przesadnie nie cackał i żyjemy, prawda?
Pokończyliśmy studia, pracujemy, mieścimy się w normach społecznych. Tylko czasem, gdy przychodzi noc, śnią się nam koszmary, nasze głowy puchną od lęków i demonów, nasze serce truchleje - nie wiadomo przed czym. Przecież wszystko jest w najlepszym porządku. Zdrowie dopisuje, mamy dach nad głową, przyjaciół, pasje i wakacje. A jednak boli, czemu boli?
Za dnia ból ustępuje, bo odurza nas słońce, radio i gwar codzienności. Nie czujemy go tak dotkliwie, ale on jest. Trwale okaleczeni obijamy się o siebie, próbując złapać latawce szczęścia. Goniąc za umykającymi sznureczkami, depczemy wszystkich, którzy wejdą nam w drogę. Latawiec odfruwa, a my zostajemy na ziemi w tłumie kalekich pełnosprawnych.  

Coraz więcej rozumiem. Odkrywam kolejne karty.
Wszystko jest takie logiczne: każda moja brudna plama ma swój początek dawno temu.

Nasi rodzice, tak jak rodzice naszych rodziców, odebrali dzieciństwu podmiotowość: byliśmy gębami do wykarmienia, tyłkami do podtarcia, rozkosznymi bobasami na kolana i zadaniem: wychować, wyedukować, zapewnić przyszłość. 

Tymczasem my jak gąbki chłonęliśmy wszystko: wzajemne relacje między rodzicami, nieprzemyślane słowa, domową atmosferę.  
Nie znam nikogo, kto wyniósł ze swojego domu obrazy prawdziwej miłości. A jednak bardzo chcę wierzyć, że my kochając siebie, nauczymy kochać nasze dzieci.