..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 31 grudnia 2008

Śniło mi się dziś, że pływałam. Przemierzałam zalane ulice mojego starego osiedla. 
Woda była czysta, ale bardzo porośnięta.
Co dziwne, nie płynęłam sama - holowało mnie trzech osiłków.
Takie fajne proste chłopaki-mięśniaki, przy których kobieta czuje się lekka jak piórko.
Przyjemne to było.
Próbuję to jakoś zinterpretować:)

Za oknem piękne słońce. Wezmę aparat i pójdę dziś pieszo do pracy.
A po pracy - o ile mi zdrowie pozwoli - wybierzemy się na imprezkę.
Motyw wieczoru: "Dresiarz i niunia".
Będzie różowa miniówka, kabaretki, srebrny diadem i nie wiem, co jeszcze.
Chyba mam pretekst, aby wybrać się na stosowne zakupy.
A pretekst ważna rzecz.

Miłego ostatniego dnia Orzeszki:)

***
Po spacerze:






więcej zdjęć TU

wtorek, 30 grudnia 2008
Albo mnie telepie z zimna, albo pocę się jak mysz.
Mój żołądek fika koziołki.
Ciało zastrajkowało.

Moja wewnętrzna Istotka chce się położyć i delektować się samym istnieniem.
- Dobrze, będziemy się delektować - próbuję z nią pertraktować. - Ale aktywnie, zgoda?

Wtedy Istotka wierzga nogami i wykrzywia się w strasznym grymasie.
Istotka chce spać!

A ja - na przekór jej humorom -  ubieram się i na siłę wyciągam ją na dwór.
- Zaraz będziemy skrobać szyby, a później zabiorę Cię na przejażdżkę, trochę popracujemy, pójdziemy nad jezioro i będzie fajnie, zobaczysz!

Tymczasem Istotka wymierza mi kopniaka w brzuch, aż muszę biec do łazienki.
Ech te wewnętrzne kompromisy...
niedziela, 28 grudnia 2008

Mój organizm wykorzystał cykl księżycowy, aby ściąć mnie z nóg, obezwładnić i pozwolić się zregenerować.  Nie wyszłam dziś z łóżka przez cały dzień - chwilami nie mogłam nawet ruszyć ręką, a moje powieki były tak strasznie, strasznie ciężkie.

Ostatnie świąteczne rodzinne posiedzenia oraz rajdy knajpingowe - 1 dzień świąt - Alchemia, 2 dzień swiąt - Teatralna i Molotov, 3 dzień świąt - Highlander, Galeria i Alchemia zaowocowała wielkim pragnieniem spokoju. Świętego spokoju. Bez ludzi, głośnej muzyki i dymu papierosowego. Nie chce mi się z nikim rozmawiać. Potrzebuję odosobnienia. Gdyby było lato, pojechałabym na jakąś samotną wyprawę, ale niestety teraz nie pora na to.

A mimo wszystko na jakiś czas zamierzam zamknąć się na cztery spusty:
potrzebuję dobrych lektur, spacerów na świeżym powietrzu i chwili na pisanie.
Muszę też zacząć pracować.
Czuję, że w Nowy Rok zupełnie naturalnie wejdę z naręczem postanowień. 
Ostatnimi czasy życie nuży mnie swoją jałowością.
Czas spojrzeć do środka.
Może tam będzie ciekawiej?

Przeczytałam dziś w łóżku "Sprężynę" - wzruszyłam się.
Jak zawsze.
Musierowicz jest ponadczasowa, albo ja nie zmieniłam się, od kiedy przeczytałam pierwszy tom "Jeżycjady".
A było to jakieś 16 lat temu.


z archiwum "Jeżycjady" - Nutria

sobota, 27 grudnia 2008
Poświąteczna zaskoczka:
schudłam.

Znów mam kości policzkowe.
I pomyśleć, że gdyby nie splot okoliczności
nadal miałabym licko o kształcie rozkosznej pyzy.
13:40, leelooo
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 grudnia 2008

O dziwo w święta nic nie pieprznęło. Nie siadła pompa, nie zerwało trakcji elektrycznej, nic nikomu nie spadło na głowę i nawet się nie pokłóciliśmy.
Choć od awantury dzielił nas włos, krok, milimetr.
- Gdzie są fajki?! - szamotał się po domu Kris.
- To ja pytam gdzie! - zagrzmiał Tatko. - Kupiłem sześć paczek wczoraj!
- Bo Ty Krzysiu to ciągniesz jeden za drugim - włączyła się Mamcia - ty nie palisz papierosów, Ty je połykasz.
- Pewnie gdzieś skitrałeś!
- pienił się mały-duży Krzysio - Już ja Cię znam!

Od tego momentu poczułam, że teraz w naszym domu zaczyna się prawdziwa Wigilia . Dochodziła 21.00, Babcię odwieźliśmy już do domu, więc można już było rozpocząć nocne gadu-gadu w naszym małym rodzinnym kwartecie.
Mamcia postawiła wódeczkę na stół, ja polałam, Kris rozlał soki, Tatuś jak na głowę rodziny przystało obserwował to z niemą aprobatą. I kiedy już rozsiedliśmy się na dobre, rozmowa popłynęła. I z każdą godziną dokopywaliśmy się do nowych wspomnień i obrazów z zamierzchłej przeszłości. 
Przypomnieliśmy sobie fatalną wyprawę do Grecji w 86., wyjazd na handel do ZSRR w 88. i różne inne pierepałki, które w naszej rodzinie zawsze były na porządku dziennym.

- Ja to zawsze marzyłam o stablizacji i spokoju - westchnęła Mamcia - a z waszym ojcem lekkoduchem to ciągle coś się działo.
- Przynajmniej się nie nudziłaś!
- rzekł Tatko, nie kryjąc samozadowolenia.
- Chciałam mieć męża, który będzie filarem. A Wasz ojciec... znacie historię jak wiózł blachę ze Śląska?
- Jaką blachę??? - zainteresowaliśmy się z Krisem.
- To było wtedy, kiedy robiłem noże i musiałem po towar jechać.
- I co?
- Zawołałem Perszinga
[przyp. red.: Perszing to pewien uroczy menel, przyjaciel rodziny, a przez chwilę nasza opiekunka] i mówię: musimy jechać po towar na Śląsk. I pojechaliśmy. Tam kupiliśmy półtorej tony blachy i poprosiliśmy, żeby nas facet zawiózł na wylotówkę. Spojrzał na nas dziwnie, ale nas podrzucił. Blacha leżała w rowie, a my staliśmy na drodze i zatrzymywaliśmy ciężarówki.
- Wieźliście na stopa przez całą Polskę półtora tony blachy????
- A dlaczego nie?

I tak, opowiadając sobie historie dziwne i dziwniejsze, dobrnęliśmy do trzeciej nad ranem. Butelka opustoszała, Tatko robił coraz większe pauzy, Mamcia straciła dar narracji i trzeba było iść spać. 
- To już jest szczyt wszystkiego! - powiedział Kris następnego dnia rano, kiedy spotkaliśmy się wszyscy w kuchni. - Żeby dzieci były trzeźwe, a rodzice pijani!
- Jesteś na tyle duży
- rzekł Tatko, klepiąc Krisa po plecach - że już sam możesz zadzwonić do pogotowia opiekuńczego i poprosić, aby Cię stąd zabrali.

A ja pomyślałam, że strasznie fajnie mieć taką niepoprawną rodzinę - nie zamieniłabym jej na żadną inną.
I na szczęście nie wdałam się w moją Mamę: nie marzę o stablizacji, spokoju i pewności.
Lubię, gdy się dzieje. A w tej rodzinie dzieje się nieustannie.

*******************************************************************************
Ze świątecznego spaceru


Nasz dom na Wzgórzu Pomordowanych Srok


Wiejska droga




Lolek na molo







środa, 24 grudnia 2008
Kochani, pakuję manatki i jadę na Wigilię do rodziców.

Życzę Wam wszystkim kilku dni relaksu i oddechu, aby móc się zatrzymać, spojrzeć w niebo, pogadać z bliskimi i pomyśleć o sobie.
O tym, co było, o tym, co będzie.
Czego pragniemy i dokąd zmierzamy.

Mam nadzieję, że wykorzystamy ten czas najlepiej jak potrafimy.

Wieczór. Leżymy obok siebie.Endriusza drapie mnie po plecach.

ja:
Jak ja to lubię! Chyba Cię wynajmę do tego drapania.
Edriusza: Spoko, możemy umówić się na jakiś barter.

wtorek, 23 grudnia 2008

Choinka płonie, Tatuś rzucił kaską na prezenty, Mamcia pichci wigilijne pyszności - Idą Święta.
A gdy święta idą, do Olsztyna zjeżdżają się Basieńki i... idą na piweczko.

Wczoraj wszystko zaczęło się od tego, że barmanka w Alchemii zażądała od nas dowodów osobistych. Wprawiło nas to w wielką wesołość, bo miło jest tuż przed trzydziestką być wziętym za licealistkę. Z wielkim śmiechem i piwkiem kupionym na dowód Zaśki (reszta nie miała) zasiadłyśmy przy stoliku i zabawiłyśmy tam kilka kolejek.

- Poznałam fajnego faceta.
- Tak, a kto to?
- Bardzo interesujący i wiecie...
- A gdzie pracuje?
- Nie wiem, coś tam serwisuje...
- Ma na imię Michał?
- No Michał.
- Taki wysoki i
..(tu następuje opis)
- No, dokładnie!
- Hehee, spotykałam się z nim przez chwilę:)

Tu następuje wymiana kolejnych szczegółów potwierdzających tożsamość rzeczonego Michała, potem wspólny śmiech i konkluzja, że Olsztyn jest mały.

- Ale, co z tym Michałem?
- No nic, powiedziałam mu, że jestem z Mongolii, spotkaliśmy się kilka razy na piwie i nie bardzo wiedziałam jak to odkręcić, więc brnęłam w tą Mongolię, a on się wypytywał ciągle.
- A Ty?
- No a ja gadałam głupoty, bo jeszcze nie byłam za dobrze z tej Mongolii przygotowana i chyba pomyślał, że jestem jakąś wariatką.


Znowu śmiech.
Potem stwierdzamy, że Warszawa też jest mała i tam też wszyscy się znają, a Janiś dodaje, że w Dublinie jak się rozejrzysz zjawisko podobne.
Porzucamy zatem Michała i szybujemy wśród innych tematów. Na przykład gadamy o tym, że Tatusiowie są zwykle obrażalscy i zachowują się jak mali chłopcy. Albo o tym, że niezależnie, jak piękny związek, raz na dwa miesiące człowiek ma ochotę pieprznąć wszystko i iść w długą, albo o fenomenie "33 scen z  życia" Szumowskiej, albo o Basieńkach, które jeszcze nie zjechały na święta, albo o innych wspólnych znajomych.

W końcu dopada nas głód i ruszamy w miasto.
W Werandzie Pan Kelner mówi, że lokal czynny do ostatniego Gościa, ale ostatni Gość kończy potrawę, a my się nie liczymy, bo dopiero weszłyśmy.
W Karczmie Jana Pan Kelner ruchem jakby gonił kury, pokazuje nam "sio, sio!"
Lądujemy więc w Sfinksie, gdzie Panowie zawsze do późna przyjmują z otwartymi ramionami i nawet bez słowa wymienią przypaloną lazanię Zaśki. 

- Eee słuchaj, a jak z tym Michałem, wiesz?
- Nie wiem za bardzo. Chyba się nawet z nim nie całowałam.
- Nie całowałaś się??
- Nie, a Ty???
- Nie, no coś TY!

Tutaj wszystkie wybuchamy śmiechem, a ja przestaję się dziwić, że barmanka w Alchemii zapytałam nas o dowód. Bo w Basieńkowym gronie zawsze pachnie licealnym klimatem.
I czuję, że przez kolejne 20 lat nic się w tej sprawie nie zmieni:)

niedziela, 21 grudnia 2008

Zainspirowana przez Tochmana, który powiedział, że tylko wtedy, kiedy robimy coś dla innych, nasze życie nabiera sensu, postanowiłam w tym roku spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa i sprawić komuś niespodziankę. 

Mój wybór padł na pogotowie opiekuńcze, czyli przechowalnię dla trudnej młodzieży lub młodzieży z patologicznych rodzin. Pomyślałam bowiem, że oni mają najgorzej: nie są już rozkosznymi dzieciaczkami budzącymi litość i chęć pomocy.
Młodzież pogotowia to bardzo często Ci, których nie chcemy spotkać w ciemnej ulicy i Ci, którzy jak rzucą mięsem to od razu wiadomo, że co jak co, ale na życiu się znają.

Zapalona tym spontanicznym pomysłem puściłam wici po znajomych i krewnych Królika i wspólnymi staraniami udało nam się zrobić prezenty dla młodzieży z pogotowania opiekuńczego. Idea o tyle fajna, że każde dziecko dostaje konkretny upominek od jednej osoby. Żadnych używanych rzeczy, worków maskotek, tylko paczka zrobiona z myślą o dzieciaku, które ma imię, wiek i twarz. W sumie 34 paczki.
Jutro z Gdańska dojadą ostatnie trzy.

I właśnie dziś, na łamach tego bloga, chciałam podziękować wszystkim, którzy tak chętnie i entuzjastycznie przyłączyli się do akcji.
A byli to:
moi rodzice, moi wujkowie, Kris, Endriuszka, pracownicy urzędu, czyli pani Agnieszka z Rafałem, trzy panie Ireny, p. Jadwiga, p. Jolanta, p. Beata, p. Bożena, p. Ewa, p. Edyta i p. E.W., a także: Tomek K., Fruwak, Sabina i jej przyjaciółka, Karolina z Wilczkiem Seniorem, Monia Ć-J z mężem, Alicja i Andrzej K., Magda "Zielina", Ala T., Basia J., Magda G., Monia W. i jej przyjaciółki: Aśka i Magda.


Wśród paczek:)

*********************************************************************************
Najlepiej jednak skomentowała rzecz moja Mamcia.
Ogląda plecak, który Kris kupił jednemu z dzieciaków.

Mama:
Fajny, ale kurczę za jasny.
Kris: Czemu za jasny??
Mama: No za jasny. Widać go będzie na kilometr! Jak ukradnie coś ze sklepu
i będzie zwiewał z tym plecakiem, to na bank go złapią. 

sobota, 20 grudnia 2008
Północ.
Wczoraj Molotov, dzisiaj Alchemia...
i powrót zaśnieżonym brzegiem jeziora
Impresja, która za każdym razem robi na mnie piorunujące wrażenie.

Niemy balet białych łabędzi na gładkim blacie śpiącej wody.

To jeden z widoków kojący jak balsam.
Kładę się spać z poczuciem, że wszystko, co się dzieje, ma swój ukryty kosmiczny porządek.

Zasypiam, ze świadomością, że kilkanaście metrów, tuż za moją głową, nieprzerwanie toczy się piękne życie.

I trwało dawno przede mną i trwać będzie długo po mnie.

W takim kontekście nic nie ma znaczenia.  
czwartek, 18 grudnia 2008

My, małe dziewczynki wychowane na bajkach o królewnach.
Podczas gdy one patrzyły z balkonu, jak tłuką się o nie rycerze, my marzyłyśmy, aby zostać królewnami i jak królewny opierać się o balustradę, wypatrując przybywających do zamku rycerzy.
Żadna bajka nie raczyła zająć sie historią biednego rycerza, który pokonuje góry, lasy i rzeki, aby zginąć marnie od ciosu rywala. Nigdy w żadnej bajce nie było mowy o tym, że taka królewna jest małą cyniczką napawającą się widokiem cudzego cierpienia. 
Gdyby królewna pasjonowała się walkami psów,  obrońcy praw zwierząt zaraz podnieśliby raban.
Ale pojedynki rycerzy! Przecież rycerze od tego są.

Więc rosłyśmy w przeświadczeniu, że cudownie jest być królewną.
Ba! Marzyłyśmy o tych zastępach rycerzy, którzy będą się trzaskać szabelkami.
No i trzaskają się.
A my obrywamy rykoszetem.

My, duże dziewczynki, wychowane na bajkach o królewnach, już teraz wiemy...
że życie nie bajka:)

***
Piosenka, która do mnie przyfrunęła nad ranem, może już ostatnia?
Celowo skrócona o ostatni wers?
Kto wie...
 

środa, 17 grudnia 2008

Piękny prezent od Uparciucha, trzeba obejrzeć koniecznie:
GWIAZDY NA PARKIECIE

czasem trafia się na kogoś, kto gra tę samą melodię, a nuty, które tworzy są na tej samej pieciolinii

Najgorsze są noce. Budzę się przed świtem z szeroko otwartymi oczami.
Zimny skalpel rozrupruwa mi klatkę piersiową tuż pod splotem słonecznym. Ktoś chwyta za przeponę i ściska. Mam płytki oddech i szeroko otwarte oczy. Nie mogę spać. Godzina, dwie.

I już nie chodzi wcale o to, że Kobieta i Mężczyzna. Czasem można spotkać kogoś tak bliskiego jakby był bliźniakiem odnalezionym po latach.
W Nim jest cząstka mnie.
We mnie jest On.
A nad naszymi głowami czarne chmury greckiej tragedii.

Jak Życie się nami pięknie bawi.
Jak bardzo to czasem boli.
A ja wstaję, patrzę Życiu w twarz i mimo wszystko dziękuję mu za to. 
Nie można mieć wiecznie smaku landrynek w ustach. 

***
Z wieści bardziej radosnych:
nabyłam jeszcze ciepłą publikację Józefa Jacka Rojka "Literaci & literatura Warmii i Mazur"
Autor poświecił mojej skromnej osobie dość obszerną notkę, z której zacytuję fragment:

...Klinika kukieł Agnieszki Kacprzyk jest - jak mi się wydaje - najlepszym od wielu, wielu lat debiutem powieściowym autorki wywodzącej się z młodych olsztyńskich twórców. Debiutem powieściowym wyzbytym wreszcie z obciążeń i garbu literatury regionalno-korzennej czy międzypokoleniwych złośliwostek założycieli olsztyńskiego pisma "Portret". Jest powieścią młodego pokolenia o - młodym pokoleniu szukającym swojego miejsca, celu i miłości we współczesnej Polsce.
Józef Jakub Rojek Literaci & literatura Warmii i Mazur, Fundacja Środowisk Twórczych, Olsztyn 2008, s. 272-273

I pomyśleć, że czasem wystarczy pójść do Baru pod Miotłą na poranne piątkowe piwko:)
Cała książka jest ciekawa, miejscami zabawna, autor nie stroni od drobnych złośliwostek wobec wielu twórców, przez co czyta się ją nie jak słownik, lecz raczej obszerny felieton. Szkoda tylko, że wydawnictwo ze swojej strony nie wspomogło autora dobrą redakcją i korektą, gdyż niestety w książce znajduje się sporo błędów rzeczowych, co jest ewidentną winą wydawcy. Ale to już inna para kaloszy.

poniedziałek, 15 grudnia 2008
Wczoraj ktoś na masce mojej kochanej Almerki narysował kutasa. Dobrze, że nie gwoździem. Zastanawiam się, czy to penis przypadkowy czy jednak zaadresowany do mnie.
Ale dedykacji nie było.
Kiedy w śnieżne wieczory mijam  zaparkowane auta , zawsze rysuję na nich serca lub słońca.
Niech ktoś ma nadzieję, że to wyznanie, a nie szlaczek przypadkowego przechodnia.

Wczoraj udałyśmy się z Mamcią na wystawę rękodzieła do Dobrego Miasta.
Jedziemy autem, ja prowadzę.
Mama: Widziałaś? Mrugał Ci! Może masz niezapalone światła.
ja: Mam zapalone. Nie panikuj.
Mama: Hmm, to może policja stoi. Ale nikogo nie widać.
ja: No nie widać.
Mama: Hmm, to dlaczego Ci mrugał?
ja: Pewnie rozpoznał we mnie wielką pisarkę:DDD
niedziela, 14 grudnia 2008
Poszliśmy odwiedzić parę znajomych.
Fantastyczni, nietuzinkowi ludzie, żyjący wbrew i pod prąd.
Izka i Tomek. Tomek już na lekkiej bani.
Spierają się o sprzątanie.

Tomek: Idą święta, a w moją Izabellę coś wstąpiło! Sprząta szafki, szufladki, bo idą święta!
Izka: Nie dlatego, że idą święta, ale dlatego, że lubię porządek. Najgorsze, że lubię porządek, a nie cierpię sprzątać.
Tomek: O! Popatrz! To zupełnie jak ja. Lubię pić, ale nie cierpię kaca.
piątek, 12 grudnia 2008

Niespodzianka na weekend:)



http://www.proszynski.pl/Matylda-p-30025-1-30-.html

Zapraszam do księgarni od 15 stycznia 2009

Miałam dziś piękny sen. To jeden z tych snów, z których nie warto się wybudzać. Śniło mi się, że razem z Gibsonem (czemu z nim, nie mam pojęcia:) i trzyosobową reprezentacją Polski startowaliśmy w regatach żeglarskich. Zaokrętowaliśmy się na jachcie pełnomorskim i wypłynęliśmy z Polski do Tallinna. Doskonale pamiętam to kołysanie, wiatr na twarzy, smak słonej wody i widok wzburzonych pieniących się fal. To będzie przygoda mojego życia! - wykrzykiwałam, siedząc na burcie rozpędzonej łodzi.
Sny, w których pływam bądź fruwam, są zawsze bardzo zmysłowe. Jeszcze długo po przebudzeniu pamiętam każdy szczegół, czuję zapach morza i powietrza.

Sny o lataniu i sny o pływaniu to moje sny o wolności.

Tym razem nawet wiem, skąd się ten sen we mnie narodził. A narodził się z tęsknoty za pierwotną świeżością wchodzenia w relacje, w których nie zawiera się umów wyłączności.
Nie nadaję się do życia w monogamii. I nie mówię już o seksie, bo seks w gruncie rzeczy jest kwestią drugorzędną. Bardziej chodzi mi o to, że mam głód ludzi. Kobiet i mężczyzn. Chcę ulegać fascynacjom, chcę płynąć z prądem emocji i zdarzeń, a pod prąd utartym schematom. Nie przekonuje mnie kulturowe: "nie można".
Dlaczego nie można?
Dlaczego zamykamy się wzajemnie w złotych klatkach?
Dlaczego kultura nas tak skonstruowała, że zazdrość to najsilniejsze z ludzkich uczuć?

A dziś:
fotografia pewnego młodego utalentowanego (i fascynującego:) człowieka,
którego poznałam jakiś czas temu
Michał K. "Szuwarek" - Florencja 2005

czwartek, 11 grudnia 2008

33 sceny z życia Małgorzaty Szumowskiej to chyba pierwszy film, którego nie da się wrzucić do żadnej szufladki polskiego kina. Ale przede wszystkim to film cholernie prawdziwy - bez baśniowej mgiełki, bez nuty moralizatorstwa, bez fałszywej martyrologii.

Świat w obrazach Szumowskiej jest moim światem, światem pozbawionym politycznej poprawności, fałszywej moralności, skostaniłych norm, zakazów i nakazów.

Dlatego rozumiem, że można tańczyć, pić i kochać się, kiedy umiera bliska osoba.
Wiem, jak smakuje papieros i śmiech na pogrzebie.
Nie rażą mnie wulgaryzmy w rozmowie z rodzicami i rodzeństwem.

Szumowska jako jedna z nielicznych pokazała familijny obraz bez złoconej ramy.  Jej najbliżsi to normalna inteligencka rodzina - bez patologii, którą tak lubią polscy filmowcy i bez zbędnego lukru charakterystycznego dla reklam, telenowel i komedii romantycznych.

I to jest największa siła tego filmu:
Szumowska rozebrała człowieka z mieszczańskiej moralności i pokazała to, co dzieje się naprawdę, kiedy odchodzą Ci, których kochamy, kiedy świat wali sie na głowę.



środa, 10 grudnia 2008
Zasypiamy.
Ja: Cholera, boli mnie kręgosłup. To wszystko przez ten mój wystający tyłek.
Endrju: Kochanie, masz najlepszy tyłek na świecie, a wystaje Ci tylko jedno.
Ja: Coo??!
Endrju: Twoje ego:)

Zachichotał szatańsko i zadowolony z siebie zachrapał.
wtorek, 09 grudnia 2008
Znów mogę czytać powieści. A wszystko dzięki Świetlickiemu, który przywrócił mi przyjemność obcowania z fikcją, a tak naprawdę przypomniał mi jak smakowicie jest delektować się dobrą powieściową narracją: pełną ironii, groteski, błyskotliwych sformułowań i ciekawych fraz. Pyszna lektura. Wciąż "Dwanaście", ale na pewno sięgnę po kolejne tomy.

Z innych spraw: NUDA.
Endrju robi karierę w żółtej rozgłośni, a mnie nosi, tylko nie do końca wiem gdzie i po co.
Jedno jest pewne.
Nie mogę żyć bez bodźców, bez podniet, bez zmian.
Potrzebuję wiatru w żagle, nieustannego napędu, kopa od życia, aby wstawać z łóżka z energią i ciekawością nadchodzącego dnia.
Nienawidzę marnotrawić czasu. Nienawidzę rozmemłania i bierności.
A jednocześnie nie posiadam w sobie studni bez dna, z której  mogę czerpać siłę do działania.
Cholernie potrzebuję inspiracji. Ludzi, którzy mnie zachwycą; idei, która mnie porwie.

W przeciwnym razie wciąż będę sypiać po 10 godzin dziennie i wstawać z poczuciem, że w gruncie rzeczy, lepiej położyć się z powrotem.

Dlatego szukam. 
Dłużej nie usiedzę.
Będę tupać nogą, aż swoje wytupię. 
I wycisnę z tego życie wszystkie soki.
Bo mam jej jedno. 
Bo inaczej nie umiem.  
Jutro wstaję przed ósmą.
Muszę wziąć się w garść.

Kiedy zawisa nad nami widmo rozstania na kilka dni, tydzień, dwa, wówczas jeszcze zanim się rozjedziemy, ja popadam w czarną rozpacz i zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie życia w pojedynkę.

Następnie, gdy już nadejdzie chwila rozłąki, układam sobie mój własny rytm życia. Kładę się spać późną porą, inaczej jadam, spędzam czas tak, jak akurat mam ochotę, nie oglądając się na nikogo. Dobrze mi. Czuję to przyjemne łaskotanie wolności. Tęsknię, ale umiarkowanie. Tak jak się tęskni za domem, delektując się słońcem na plażach Costa de Sol.

A w międzyczasie dziczeję...

Dlatego, kiedy spotykamy się po wielu dniach niewidzenia, ja muszę przejść przez etap ponownego oswajania się. Nie potrafię rzucać się w ramiona ze łzami szczęścia. Bywam wtedy  daleka i  milcząca. Przytulana odpycham, całowana wzdrygam się.

I dopiero, gdy nadchodzi noc i ciemność zatrze rysy i kontury. Gdy leżymy wtuleni w siebie tak mocno, że zacierają się granice naszych ciał. Dopiero wtedy coś we mnie pęka, zaczynam łkać jak dziecko. Bo przecież byłam taka samotna!
- Już jestem, już jestem kochanie - uspokaja mnie zcałowując łzy, a ja zanoszę się szlochem jakbym była najnieszczęśliwszą istotą na świecie. Porzuconą i odnalezioną dopiero po wielu latach. 

A przecież wiemy dokonale, że Penelopa pod nieobecność Odysa może się świetnie bawić. Choć kiedy szlocha, to szlocha prawdziwie.
Jak to się dzieje?
Nie mam pojęcia.
Dziwny jest ten świat. I dziwne to moje tęsknienie.

poniedziałek, 08 grudnia 2008

Dopiero zwlekłam się z łóżka. Dwudniowy iwent pod Warszawą jak zwykle wyssał ze mnie wszystkie soki, ale było warto.
Bo poznałam kilka przesympatycznych i bardzo zdolnych osóbek - Alę, Martę, Tomka i Grześka.
Bo przełamałam lęk jeżdżenia autem po Warszawie - okazało się, że nie straszne mi ani arterie, ani ronda, ani trawaje i mosty.
Bo pobyłam trochę wśród ludzi i wyjechałam z kilkoma ciekawymi spostrzeżeniami.

Na przykład z takimi, że laski lecą na gitarę. (Ale to przecież wiemy, prawda?)
I że te gitary rozpieszczone ową damską adoracją,  nie muszą się ani trochę starać. I chyba już dawno nie spotkałam tak nudnych i obleśnych kolesi, którzy myślą, że wystarczy rzucić kilka głodnych (NAPRAWDĘ głodnych) kawałków, stanąć na scenie, poszarpać za struny i już każda jest mokra i gotowa. (Najgorsze jednak, że niestety PRAWIE każda jest mokra i gotowa:)
Więc ich rola to skombinować klucz do pustego pokoju. Reszta idzie jak z płatka. 

Dlaczego o tym piszę? 
Bo za bardzo lubię flirt, aby godzić się na taką bylejakość w wielkiej sztuce uwodzenia.
Bo przecież chodzi o to, aby króliczka gonić. 
Bo kurczę blade kobiety moje kochane: bądźcie nowoczesne, bądźcie wyuzdane, ale na Boga ceńcie się jakoś. Niech on najpierw sprawi, że poczujecie się wyjątkowe, niech się natrudzi, niech Wam zaimponuje. Bo stosując tak dumpingową politykę, psujecie jakość rynku i wystawiacie się jak  ochłap mięsa na pierwszą lepszą ladę.
Cóż więcej dodać?
O tempora! o mores!
Amen.

Zrzędziła dla Was - we własnej osobie - Lilu czyli Aga:)
Miłego dnia!

czwartek, 04 grudnia 2008

Uwiódł mnie.
Mrugnął oczkiem.
Dzieliła nas szyba wystawy.
Raz się żyję - pomyślałam.

I kupiłam. Pierścionek z amarantowym oczkiem spogląda na mnie z palca.
To był najwyższy czas, aby się rozstać  z pierścieniem Arabelli podarowanym dawno temu przez Wilka, najwyższy czas, aby zastąpić go czymś świeżyn. Może niektórym ulży z tego powodu, a niechybnie ulży mojej dłoni, bo pierścień ważył sporo. Na razie odkładam go do szufladki, a jak już będę nie tylko wielką, ale również sławną pisarką wystawię go na aukcję i zbiję na nim fortunę:)

Tymczasem żegnam się z Państwem, wyruszam bowiem w podróż mojego życia, czyli Agnieszka za kółkiem swojego autka w drodzę do stolicy. Uwaga śledzie!

Pod Warszawą szykuje się iwent, a ja wreszcie trochę uczciwie popracuję.

Adieu!


Ostatnie zdjęcie z pierścieniem Arabelli. Przywiązałam się do niego, ale z drugiej strony... nigdy nie przepadałam za bursztynami.
Możecie powoli zaczynać licytację;))

środa, 03 grudnia 2008

Wreszcie dotarło do Olsztyna.
"Boisko bezdomnych" Kasi Adamik.

Kolejny kawał dobrego polskiego kina wpisujący się w nurt opowieści o magii codzienności. Baśń o ludziach, którzy na co dzień nas odstręczają, brzydzą i złoszczą, kiedy wsiadają do tramwaju i cuchnąc niemiłosiernie, przypominają o tym, że świat to nie tylko nasze przytulne mieszkanka, wygodne samochody i modne czyste ubrania.  A mimo wszystko, nie jest to świat pozbawiony marzeń. Bo marzenia jak to, co najważniejsze w życiu, są darmowe. Dostępne również bezdomnym.

Film z gatunku tych oglądanych się ze śliwką w przełyku i wilgotnymi oczami. Aby po wyjściu z kina, móc choć przez chwilę inaczej popatrzeć na wydeptywane od lat ulice i spojrzeć w oczy ludziom, na których widok, mamy ochotę odwrócić się w przeciwną stronę.

Rewelacyjna obsada. I świetny tekst, który wypowiada Wariat, w tej roli Maciej Nowak:
Bo te życie to jakieś takie puste jest. Człowiek się budzi i tak hula w środku, jakiś taki głód. Więc ja ten głód zażeram, te życie zażeram. I żrę. Tak, żrę.

Ilu z nas zażera swoją pustkę?
Niekoniecznie jedzeniem...

wtorek, 02 grudnia 2008

Motyle srotyle, a Endrju mógłby już wrócić.
Jutro będzie dziesiąty dzień rozłąki. Za długo.
Gdybym dziergała na drutach szal, byłby już bardzo długi.
Szal w barwach tęsknoty, pleciony nierównym ściegiem rozmaitych nastrojów.

 
1 , 2