..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007

Wróciliśmy z wesela Wujka Andrzeja. Oj działo się, działo! Ale o tym wkrótce.
Na razie wracam do pracy.
Adieu!

piątek, 28 grudnia 2007
O!
A tu ja w "Naszym Olsztyniaku"

http://gonline.wm.pl/n/NAOC_10.PDF

Czy Wy też tak macie?
Kiedy rano dzwoni budzik i w kompletnych ciemnościach wyrywa Was ze snu, marzycie, aby wszystkie pierdolnąć, obrócić się na drugi bok i spać dalej? Przecież nic się nie stanie. Słońce będzie dalej wschodzić, z głodu nie umrzecie, bo to wcale nie takie proste, a życie potoczy się dalej.
Kilka minut później zapalacie jednak lampkę, bo oblatuje Was strach, że tak nie można, że kurwa wszyscy tyrają to i ja muszę. W końcu wstajecie z łóżka. Razi was światło żarówki, ciało telepie się z zimna. Boże, boże jak Wam się nie chce. Dlaczego musicie iść do tej roboty?! Dlaczego nie można po prostu zawrócić, zakopać się w kołdrę i obudzić się wraz ze wschodem słońca?

Taki jest mój poranek.
Codziennie: od poniedziałku do piątku.
Wczoraj przeryczałam cały wieczór. Brakuje mi czasu na życie.
Moje la dolce vita gdzieś się zatraciło. Nie mam czasu na kino, książki, pisanie, a kiedy ktoś wspomni o wyjściu na koncert czy spotkaniu przy kawie to na samą myśl jest mi już niedobrze.

Nie wiem, jak długo wytrzymam. Doba jest dla mnie za krótka i za krótkie jest dla mnie życie.

Dziś na rozweselenie:
KOTY

Moja Stitch

I Lucek (skrót od Lucyfera)

czwartek, 27 grudnia 2007

Święta, święta i po... świętach.

Minęły szybko i wcale nie były przesadnie radosne. 
Zaczeło się od bieganiny za prezentami, ostatnimi zakupami i jeszcze wtedy wszystkim dopisywał dobry nastrój. Lataliśmy z Tatulkiem po sklepach, Tatulek szastał kaską jak nigdy, dzięki czemu dostałam super fajny aparat Olympusa - cyfrową lustrzankę i mam przed sobą nowe wyzwanie, które strasznie mnie kręci.

I wreszcie na blogu znajdzie się więcej zdjęć.

Potem natomiast było coraz gorzej. Tak  się czasem zdarza, kiedy się na coś bardzo długo czeka i strasznie się na coś cieszy. A potem jest klops.

Pierwszego dnia świąt - jak co roku - spotkałyśmy się na kolacji z Basieńkami, a potem na świątecznym piwku z naszą klasą z LO. Fajnie było, choć i tu nie obeszło się bez zgrzytów. Bo nagle okazało się, że mamy inne oczekiwania i nasza wieloletnia przyjaźń jest bardziej fikcją niż faktem.
Bo o sobie nie pamiętamy na co dzień. Bo nie dzwonimy, bo nie piszemy, bo nie wiemy, jak każdej z nas się tak naprawdę żyje, jakie ma problemy i radości.
Prawda.

I dlatego w sumie powinnam się cieszyć, że minęły już te bardzo wyczekiwane święta, ale nie cieszę się ani trochę. A myśl o tym, że zaraz zabiorę się do roboty napawa mnie mdłościami okrutnymi.

Ale w tym wszystkim tkwi jedno małe radosne światełko. 
Minął właśnie rok, od kiedy spotkałam Andrzeja. 

Andrzej: Wciąż się zastanawiam, jak powinnyśmy liczyć naszą rocznicę.
Ja: Chyba od pierwszego spotkania.
Andrzej: A może od pierwszego bzykania, kiedy przyjechałem do Ciebie do Poznania.
Ja: Kurczę, pomyśl, ile się zmieniło przez ten rok.
Andrzej: O tak! Ty jesteś coraz piękniejsza, a ja coraz grubszy. 

niedziela, 23 grudnia 2007

Jestem już w domu - to znaczy u rodziców -  na głuchej dalekiej wsi.

W piątek wieczorem mieliśmy firmową Wigilię w Westinie - fajnych mam ludzi. Pojedliśmy, popiliśmy i potańczyliśmy.
Natomiast wcześniej swoim starym zwyczajem zrobiłam im wierszowaną niespodziankę. Dzień wcześniej obsmarowałam ich w poemaciku, który powieliłam 30 razy i w piątek rano Andrzej przyniósł do firmy kosz z pozwijanych wierszydeł. Kosz opatrzony był instrukcją: Dla Pracowników Firmy. Otworzyć po 16-tej. Święty Mikołaj.
Wszyscy z palącą ciekawością krążyli cały dzień wokół kosza, zastanawiając się, cóż to za kontrahent mógł przysłać takie cudo. O 14-tej dyrektor operacyjna zaproponowała mały sabotaż, sugerując, że Mikołaj się przecież nie dowie, ale szybko została spacyfikowana. Dokładnie o 15.45 zwołano wielkie zebranie i komisyjne otwarcie kosza. Ile było śmiechu!
Kurczę, jak ja lubię takie akcje.

A oto poemat.
Pisanie okazało się mniej męczące niż opalanie na balkonie kartek, żeby wyglądały jak baśniowe listy od Mikołaja. 

Słuchy już na biegun doszły, że i w Was Nicponie
Nadzieja, że przyjdę - nie tli się, lecz płonie
Że dam Wam prezenty, choć rózga się prosi
Każdy z was tę wiarę w swoim sercu nosi

 Ale wprzód się przyjrzę wszystkim choć po trosze
Byliście Wy grzeczni? Słuchajcie mnie proszę:
Smerfetki trzymają się chichy,  wygłupy,
Nie praca jej w głowie, lecz prędzej zakupy
To kwiaty we włosach, to perły na szyję
A sprawy czekają – pilne i niczyje
Dej niby wycenia, ale on w istocie
Myśli tylko o tym, jak tu przyciąć krocie
Krzychu zaś zagłusza śmiechem ptaków śpiew
Jego gromkie „k....a” w żyłach ścina krew
Natomiast Michasia, zwykle w firmie nima
Mówi, że ma montaż, ale pewnie kima
Nie lepiej iwenty – ci to są dopiero
Binio kombinuje, jak tu dodać zero
Bartek ciągle w biegu, ale kto go wie
Jak klient nie patrzy, to on stawki tnie
Iwonka z Maciejką zwykle są u siebie,
Gdy Magda się śmieje, święci słyszą w niebie
Agniecha pilnuje, by klient był hepi
Uśmiechem i żartem wszystkich wokół krzepi
Ale do klientów zawsze mówi słodko,
Choć czasem tak kusi, aby rzec: Idiotko!
Bo klient  - jak wiemy – nie ma wielu zwoi
A jego zdobycie trudniejsze niż Troi
Tuż obok iwentów, jest pokój ciekawy
Kruczek co załatwia niemożliwe sprawy
Robik co do Pusi swe cholewki smali
Był tu również Misio, ale go wygnali
Kaśka razem z Monią do słuchawki warczą
„dwa tysie na Egipt raczej nie wystarczą!”
I tylko w kąciku cicho jak ta myszka
Dłubie sobie w bazie nasza Agnieszka
Zaś obok kreacja pomysłami sypie
Mózg im się lasuje, każdy ledwo zipie
Nawet nie ma kiedy przeczytać Pudelka
W bazie wyskoczyła znów oferta wielka
Baśka włos poprawia i obcasem stuka,
Seba z Bonią  cicho, każde niby szuka
Hania skupić się nie może, zła że termin goni
Nie pracuje, bo na stresy więcej czasu trwoni
Stresów nie ma Misio – artyście wypada
Ale cicho! Misio właśnie „lepżą” wersję składa
W końcu został szefem, Basię ma u boku
W BTLu wreszcie zapanował spokój
Ach byłbym zapomniał o tych z korytarza
Widzieć tych z pijaru rzadko mi się zdarza
Grunt, że jeden długi,  to rzuca się w oczy
Niższy przy nim ginie, ale jest uroczy
O Dominie mówią, że ma dom i męża
Lecz krąg spekulantów ciągle się zawęża
Asia i Paulina – dwie dzieweczki blond
Myślicie, że grzeczne, nie ma mowy! Skąd?!
Opowie Wam Jola, choć ona też ziółko
Męczy o zaliczki, faktury – tak w kółko
Asia co ma włosa jak ognisty ptak
Mąci coś w podatkach – mówię Wam, tak tak
Lecz Maxi Urwisem, jest tu pewna Anna
Trzeba jej to oddać, charyzmę ma panna
I tak Was Nicponie energią nakręci
Że wszyscy pracują, nikt nawet nie smęci

 A jam jest Mikołaj człowiek starej daty
Trudno mi zrozumieć te wasze etaty
I dlatego powiem, zróbcie coś dla świata
Niech każdy z Was stanie, niechże tak nie lata
I kiedy dojrzycie gwiazdy na sklepieniu
Gdy pomilczycie przez chwilę w skupieniu
Poczujecie zapach tych jedynych świąt
A więc jazda z pracy, zmykać zaraz stąd!!!

piątek, 21 grudnia 2007

Spałam dziś nie całe 5 godzin, w żołądku jeszcze mi się huśta, ale to nic - jeszcze 7 godzin i... wolne!
Wczoraj wieczorem przyjechała Ewcia. To jedna z tych niewielu osób, z którą mogę gadać do białego rana na wszystkie tematy świata. A ile przy tym jest śmiechu! Piliśmy sobie winko (jedno z wielu, które Andrzej dostał w ramach świątecznej łapówki od firm), jedliśmy kolację i było tak fajnie, że mimo późnej pory wcale nie chciało mi się spać.

Po takich wieczorach uświadamiam sobie, jak ważni są dla mnie bliscy ludzie, jak bardzo ich potrzebuję. I wtedy czuję, że natłok pracy, goniąca rzeczywistość i ten cholerny pośpiech zabierają nam to, co najważniejsze. Czas, który powinniśmy poświęcić innym - żeby ich posłuchać, żeby czuli się ważni, żeby ta bliskość nie była jedynie pustą deklaracją.
Czymś, co wiecznie odkładamy na później.

***
Kładziemy się do łóżka - pijani i ledwie żywi, jest już grubo po pierwszej w nocy.
Andrzej zaczyna się do mnie dobierać.
Ja: Kochanie, zwariowałeś, zostało nam niecałe 5 godzin snu.
Andrzej: Nooo.
Ja: No więc uspokój się.
Andrzej: Jestem spokojny, ale wpadłem na pomysł, że przyjemnie by było zasnąć w środku.

czwartek, 20 grudnia 2007
No i mój luz, i dystans szlag trafił.
Popłakałam się w pracy - jak mała dziewczynka.
Czasem mam wrażenie, że nie uniosę, że to za dużo, że nie dam rady.
I wtedy beczę.
A potem mi głupio.

Co u Was?
Bo u mnie karuzela.
I nie ma takiego dnia, żebym nie wylądowała w jakimś centrum handlowym po pracy.
Ale spoczko - mam już prezenty dla Andrzeja, Taty i Krisa. Jeszcze tylko Babcia mi została i Basieńki. Dziś może odwiedzi mnie Ewcia, która będzie przejazdem z Krakowa do Olsztyna, jutro mamy Wigilię firmową, a sobotę:
wsiadam w autobus na wioskę i mam wszystko w pompce! O!

Tym razem Wigilia będzie u nas w domu.
Mama uniosła się honorem i robi kolację dla całej familii - no ciekawe, co tym razem się wydarzy:) Ja oczywiście dostałam zlecenie, można by rzec - iście literackie. Mam napisać o każdym jakiś wierszyk. Finał będzie taki, że się familia obrazi:))) I przez następną dekadę nie będziemy mieć gości. Mamulka to potrafi zakombinować, co?

A poniżej lektura dla tych, którzy jeszcze tu nie zaglądali rok temu.

WIGILIA 2006 w NOWYM DOMECZKU:)

23 XII SOBOTA
Prosto z pociagu, zajechałam do naszego nowego domu - była to sobota rano, a tam... pył, cement i generalnie budowa pełną gebą. Co prawda w fazie wykończeniowej, ale jednak budowa. A mama obiecywała, że na święta dom będzie gotowy.
- Spokojnie - pocieszyła mnie mama - zaraz w czwórkę bierzemy się za sprzątanie, składanie mebli i jutro do wigilii zasiądziemy już razem w czystym nowym domeczku.

Uwierzyłam. Zabraliśmy się za robotę. Ale najpierw ktoś wpadł na pomysł, aby coś przekąsić. Trzeba więc było podłączyć nową kuchenkę elektryczną. Ojciec zabrał się do dzieła i okazało się, że brakuje kabla do tej kuchenki.
Każdy normalny człowiek wsiadłby w samochód i pojechał do sklepu z reklamacją, ale mój tatuś wpadł na genialny pomysł:
odetnie kawałek kabla od pompy wodnej, bo tam i tak jest kilka metrów zapasu.
Nie pytając nikogo o zdanie - poszedł i odciął.
W ten sposób zostaliśmy bez wody.
Cudnie. Nie ma to jak sprzątać budowę bez wody bieżącej.
Ale nic. Mama wzięła się za sprzątanie, ja z Krzyśkiem za składnie mebli, ojciec zszedł do studni z heroicznym zamiarem naprawienia pompy.
Chwilę później wysiadł prąd.
Bomba!
Ale nadal niezrażeni pracowaliśmy z ogromnym zapałem - mama myła okna, my skręcaliśmy meble przy niezwykle komfortowym świetle...  wyświetlaczy komórek.
Jeszcze wtedy było śmiesznie.
Na szczęście po jakimś czasie prąd wrócił. Woda nie.
A nam było coraz weselej. Minęła północ, pierwsza w nocy, druga, trzecia, wszyscy sobie smacznie i przedwigilijnie spali, a ja z moją fantastyczną rodzinką uwaleni pyłem i brudem próbowaliśmy jakoś ogarnąć tę naszą chałupę. Moja mama znęcała się nad ojcem, twierdząc, że tylko on może wpaść na pomysł odcinania kabla z pompy, mój ojciec krzyczał, że to nie jemu na gwałt zachciało się kiełbasy i gdyby moja mama nie była takim żarłokiem, nie doszłoby do tej tragedii. My zaś z Krzychem umieraliśmy ze śmiechu, bo padaliśmy na twarze, a mój wspaniały brat jeszcze co chwila coś odwrotnie skręcał i miał dwa razy więcej roboty.
Po prostu rodzinny cyrk.
O 5 rano skończyliśmy.
Ojciec, który nigdy nie słynął z przesadnego zamiłowania do higieny, postanowił, że zostaje na miejscu, a my z Mamą ruszyliśmy z powrotem do Olsztyna, żeby zedrzeć z siebie skorupę brudu i rzucić się do łóżek. Wsiedliśmy do rozgraconego auta ojca i ruszyliśmy w drogę. Przy parkowaniu moja wspaniała mamusia przywaliła jeszcze autem w słup, mój brat stwierdził, że wypisuje się z tej rodziny, a ja zaklepałam jako pierwsza prysznic.
Tak skończył się przedwigilijny dzień..i nie był to wcale koniec przygód.

24 XII NIEDZIELA - WIGILIA
Z samego rana zadzwonił Tatulek, że kontaktował się już różnymi fachowcami i dokładnie wie, jak naprawić pompę i że mamy przyjeżdżać, bo lada moment będzie woda. Przyjechaliśmy.
Dzień mijał, w innych domach już przygotowania do kolacji szły pełną parą, a my...czekaliśmy. W radio leciały kolędy, spikerzy wygłaszali jakieś standardowe teksty o ostatnich przygotowaniach, a mój brat wściekał się tylko:
- jasne, kurwa, ładne mi ostatnie - ojciec w studni, my bez wody, no naprawdę mi się rodzina trafiła.

Czekalismy i czekaliśmy, próbowałam namówić ojca, żeby przerwał i żebyśmy jak ludzie pojechali na kolację do ciotki, ale tatuś zapewniał, że już za moment będzie woda. Wreszcie zapadł zmrok i trzeba mu było pomóc.
Na wiosce ciemno, że oko wykol, więc tatulek siedział w studni, a my nad nim - ja z halogenem, Krzysiek z narzędziami, a moja mama po to, aby tworzyć atmosferę chyba. 
- Wiesz ojciec naprawdę ja Ci już nigdy nie zaufam - mówiła - pomyśl sobie, że przez jeden kabel i twój durny pomysł mamy takie święta.
Mój brat zaś dodawał:
- cały rok prowadzę normalne życie, a potem przychodzą święta, przyjeżdżam do domu i zaczynam robić jakieś dziwne rzeczy: skręcam meble o 5 nad ranem albo stoje jak debil nad studnią, gdy inny sobie w spokoju wpieprzają karpia.
Potem wtórowała mu mama:
- Wiesz tatuś? Naprawdę... a wystarczyło pojechać do sklepu po ten głupi kabelek, widzisz, masz to na własne życzenie, tylko dlaczego my też cierpimy przez Twoją głupotę. 

I tak dalej i tak dalej.
Wreszcie o 19-tej mój tato powiedział, że zrobione. Wstrzymaliśmy oddechy i włączyliśmy wtyczkę od pompy.
Zabulgotało, coś pomieliło i ... cisza.
Raz jeszcze.
To samo.
Tyle pracy na marne i kiszka.
Pompa nie działała.
Nasze morale totalnie upadło.
Wróciliśmy do domu - brudni, spoceni i zupełnie zrezygnowani.
Najpierw popłakałam się ja. Potem tato. I wszyscy mieliśmy dość tych świąt i tego domu. 
Na szczęście zaraz Mama i Krzysiek przywołali nas do porządku - szybko się ogarnęliśmy, pojechaliśmy do Olsztyna umyć się i ubrać i o 20.00 byliśmy u Ciotki na Wigilii. Wszyscy już wychodzili, a my dopiero zaczynaliśmy. I fajnie. Bo nie ma nic gorszego niż rodzinne spędy osób z siódmej wody po kisielu. 
Wieczorem zaś, kiedy już wracaliśmy na naszą wioskę i zeszło z nas całe napięcie,  mama stwierdziła, że dziś to chyba musimy się w czwórkę upić. 
I tak się stało.
Wróciliśmy, rozpaliliśmy w kominku, rozdalismy sobie prezenty, upiliśmy się na bardzo wesoło i jeszcze do późnych godzin nocnych gadaliśmy, śpiewaliśmy kolędy i nieoczekiwanie okazało się, że była to jedna z naszych najfajniejszych rodzinnych wigilii.
A że zwariowana? I bez wody? I z łzami? I z niedospaniem. Eeee tam!

Epilog do historii z pompą

Drugiego dnia świąt Tatulek pojechał do Nidzicy po fachowca, błagając go dzień wcześniej, aby zechciał nas poratować. Przyjechali. Fachowiec wteknął wtyczkę do gniazdka. Poczekał 10 minut i z kranu poleciała woda.
Okazało się, że wszystko grało i wystarczyło poczekać, aż baniak pompy napełni się wodą.

Honor Tatulka został uratowany!
Dopóki ktoś nie powiedział, że trzeba być naszym ojcem, aby naprawić pompę, a mimo to dwa kolejne dni spędzić bez wody.

 

środa, 19 grudnia 2007

Czy ja wczoraj deklarowałam, że lubię obcować z moją szefową?
No dobra lubię, ale przed świętami chętnie wysłałabym ją na nurkowanie gdzieś daleko w tropiki.
Dzięki jej wizjonerskim zdolnościom i przekonaniu, iż nie ma rzeczy niemożliwych przed samymi świętami znalazłam się w środku trąby powietrznej. Do końca tygodnia muszę sprowadzić do Polski jakiś stary zespół włoski, który śpiewa hity pokroju "Felicita" i zrobić wypasioną ofertę.

Aaaaa.
A miało być tak pięknie!
Przecież muszę jeszcze kupić prezenty, sporządzić coś dla Basieniek, zrobić niepodziankę na rodzinną Wigilię.
Ech!
I niech jeszcze ktoś mi tylko piśnie, żem leniem!

Z innych wieści:
od wczoraj jesteśmy z Andrzejem okularnikami.
Ja odebrałam fajowskie gitesowskie oprawki i kupiłam A. nowe okularki.
Wygladamy jak para autentycznych intelektualistów:)
Pamiętacie tę piosenkę Osieckiej?

Okularnicy

Między nami po ulicy,
pojedynczo i grupkami,
snują się okularnicy ze skryptami.
I z książkami,
z notatkami,
z papierami, kompleksami.
Itd., itp.,
itp., itd.,
itd.

Uszy mają odmrożone,
nosy w szalik otulone,
miny mroczne.
Taki dzieckiem się nie zajmie,
tylko myśli o Einsteinie.
Itd., itp.,
itp., itd.,
itd.

Gnieżdżą się w akademiku,
mają każdy po czajniku.
I nie dla nich de volaje,
i Paryże, i Szanghaje.
I nie dla nich baju bach,
ani lala, ani buba.
Itd., itp.,
itp., itd.,
itd.

Tylko czasem przy tablicy,
wiosną jakiś okularnik,
skradnie swej okularnicy pocałunek.
Wtem okular zajdzie mgłą,
przemarznięte dłonie drżą.
Potem razem w bibliotece,
i w stołówce, i w kolejce.
Itp., itd.,
itd.

Wymęczeni, wychudzeni,
z dyplomami już w kieszeni,
odpływają pociągami,
potem żenią się z żonami.
Potem wiążą koniec z końcem
za te polskie dwa tysiące.
Itp., itd.,
itd.

wtorek, 18 grudnia 2007

Ostatnio budzę się z wielką ulgą, bo albo we śnie mnie jakiś szczur goni, albo atakuje mnie stado krabów, które chwytają mnie szczypcami i za żadne skarby nie chcą puścić, albo - tak jak ostatnio - śpię na bagnach i żaby mi wchodzą w nogawki od piżamy (mimo że sypiam bez piżamy:)

Właśnie wróciłam z firmowego spotkania. Szykują się kolejne zmiany, ale ja bardzo lubię zmiany. I wiecie co? Wielką przyjemność sprawia mi obcowanie z moją szefową. Lubię patrzeć na babki konkretne, z klasą i charyzmą. Lubię kobiety, które wiedzą, czego chcą, a jednocześnie widzą kogoś poza sobą.

Kiedy myślę o moich szefach - obecnych i byłych, zdecydowanie mogę powiedzieć, że kobiety są lepszymi szefami. I wbrew pozorom znacznie mniej chimerycznymi.  Dużo częściej potrafią jasno formułować swoje oczekiwania, starają się być sprawiedliwe i nie leczą kompleksów, wyżywając sie na pracownikach.
Czyli mówiąc krótko zupełnie na bakier ze stereotypem.

To oczywiście wnioski na podstawie moich doświadczeń, ale - jakby nie było - już trochę tych prac przeżyłam.
Miłego dnia Fistaszki!

poniedziałek, 17 grudnia 2007

Już dawno żaden weekend tak mnie nie wykończył.
Z piątku na sobotę robiliśmy świąteczną kolację dla jednego z naszych klientów - był pokaz biżuterii, koncert pewnej bardzo kapryśnej gwiazdki i szereg innych atrakcji. Były też małe wpadki i strasznie dużo adrenaliny i śmiechu - jak to zwykle bywa, kiedy się coś organizuje.

Wróciłam do domu przed czwartą rano, a następnego dnia przyjechała Mamulka na zakupową rozpustę. Zlazłyśmy Tarasy wzdłuż i wszerz, potem jeszcze Galerię Centrum, a potem znów Tarasy i ledwo co dowlekliśmy się do domu. Kupiłam Mamci trochę ciuchów, trochę biżuterii, a sobie fajne okulary.
Wieczorem natomiast urządziliśmy małą bibkę. Andrzej pił piwko, ja - wino, a Mamasza wódeczkę. I gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy do późnej nocy.

Wczoraj tak padałam ze zmęczenia, że o 18-tej położyłam się spać.
I choć dziś powinnam czuć się rześka jak skowronek, ani trochę się tak nie czuję.
I bardzo  mi się nic nie chce.
Ale jeszcze tylko ten tydzień.
Jeszcze tylko tydzień i chwila oddechu.
A ja już mam tak wielką ochotę, położyć nogi na stole!



piątek, 14 grudnia 2007

Kochani! Marcinka sprzedana, kasa na koncie - można szaleć.
Tak jak pisałam wcześniej transakcją moją zajmował się Krzysiek, a logistyką związaną z przenoszeniem gratów zajmie się Frr.
Grunt to umiejętność zarządzania ludźmi:)


Oto moja dzisiejsza poranna korespondencja mejlowa z Frr.

FRR
Wczoraj 2 kolejne książeczki internetowo przyszły;-)
Jedna na prezencik dla Marty, a druga - jeszcze pomyślę (...)  Tak więc kto
prowadzi w rankingu zakupionych książeczek Pani Agnieszki K.- no kto?
Ja już 4 kupiłem Pasqdo;-)

Wczoraj z Krzykiem gadałem i On ma klucze załatwić i jesteśmy generalnie
ustawieni na piątek. Ja myślałem, że my do Olsztyna mamy graty wieźć, a nie
do Krzyśka? Ja wezmę sobie wieszczek - cieszę się, bo
wreszcie będę mógł kurtki wieszać w przedpokoju, a nie do szafy;-)

Pasqdo, a po co Ty Krzyskowi te graty zwalasz co? Chcesz opieprz? Jak ja się
zawsze śmieję, jak Krzysiek na Ciebie narzeka;-))) Ja dokładnie wiem, o czym
On mówi, gdy mówi, że załatwianie spraw z Agnieszką to...;-) Histeria,
krzyki przez telefon, rozkazy i to wszystko dziełem Agniesi;-)
Stalla też tak parę razy "pomagała" w przeprowadzkach biorąc rzeczy do
siebie do piwnicy i podobno do dzisiaj ma tam graty z 1993 roku, etc.
Zresztą nie dalej patrząc, Twoje graty u mnie leżały, aż do momentu
mojej wyprowadzki i to jeszcze JA później musiałem łaskawie pytać Agnisię
gdzie to zawieźć i JA jeszcze musiałem wieźć, wnosić, etc.;-PPPPP Krzyśka
czeka to samo!;-)))

Oj jak ja lubię Ci od rana nosa utrzeć i zaraz zapewne jakaś riposta będzie
- i tak Cię lubię i już widzę ten Twój uśmich;-)))
Buźka
frr

JA
No i znów jesteś w błędzie syneczku, albowiem "graty" jak nazywasz moje meble, są rzeczami, które zostawiam Krzyśkowi w darze (!). Są to rzeczy nowe, prawie nieużywane i na pewno mu się przydadzą. Steper, który dostanie Asia jest jeszcze na gwarancji. Więc o jakich gratach mowa?
Chyba, że gratem jest wieszaczek, ale w tej sytuacji polecam odstawić go na śmietnik, zamiast się fatygować i wieźć aż na Serafitek:)ppp

Natomiast jeśli chodzi o opowieści, którymi się Krzysiem wzajemnie raczycie, to nie zapominajcie wspomnieć również, o tym, że gdyby nie Wasza bezmyślność i sierotowatość niespotykanego kalibru, wówczas nie byłoby, o czym mówić. Bo wszystko by szło jak z płatka, a ja pozostałabym spokojna niczym Ocean Spokojny:)

Jeśli zaś mowa o książeczkach, to bardzo jestem wdzięczna i już moją wdzięczność wyraziłam w najładniejszej dedykacji, jaką poświęciłam Tobie:) Mam nadzieję, że póki co wystarczy to Twojej zachłannej Osobie. A jeśli nie, to przypominam, że niespełna dwa miesiące temu upiekłam dla Ciebie ciasto! Więc już chyba nadto tych wyrazów wdzięczności?!!

Przemyśl swoje zachowanie Synku.
Z wyrazami ubolewania,

wielka, aczkolwiek stoicka, Pisarka - Agnieszka.

FRR
A więc Szanowna Córeczko - Jegomość Krzysztof raczył w błąd wprowadzić moją
skromną Osobę. Wspominał o oddaniu nijakich gratów, bo takiego słowa użył
nie mówiąc mi nic a nic o zbyciu prawa majątkowego przez Panią, jakim jest
posiadanie tych rzeczy na Jego własność.
Zachłanność, bo takiego słowa Waćpanna użyła to cecha dalece nie pasująca do
mojej postawy moralnej oraz duchowej! Waćpanna dobrze zdaje sobie sprawę z
tego, że Jegomość Fruwak to chodzący wzór dobrodziejstwa i moralnego
zadośćuczynienia światu!;-)
Bezmyślność i sierotowatość? Tutaj Waćpanna nieco zbyt obelżywych słów
użyła, bowiem ja w niczym nie uczestniczyłem, a jeśli uczestniczę w
czymkolwiek to drzwi wytrychem otworzę i ścianę przejdę, jak będzie
trzeba;-)

Zapomniała też Waćpanna dodać, że lubi niejakiego Jegomościa Fruwaka, więc
proszą natychmiast poprawić swoje nicpońskie zachowanie!;-)

Buźka
Główny Księgowy - frr

czwartek, 13 grudnia 2007

O tym, że graficy należą do osobnej kategorii ludzi, wiedzą wszyscy, którzy kiedykolwiek pracowali chociażby w reklamie. (Oczywiście są wyjątki, ale one tylko potwierdzają tę regułę).

Graficy myślą obrazem i zwykle są wtórnymi analfabetami, dla których nic poza wizualnym konceptem się nie liczy. Są przy tym cholernie uroczy, a ów wtórny analfabetyzm bywa dla nich nawet powodem do dumy. Artyści w końcu.

I tak wczoraj, jeden z grafików - niejaki Misiu, z którym pracuje, przysyła mi zajawkę zaproszenia na urodziny naszego klienta. Zajawka brzmi:
CZY WIESZ, CO BĘDZIERZ ROBIŁ 20 STYCZNIA? 

Dzwonię do Misia:
- Misiu, kurczę przysłałeś mi projekt z błędem! Będziesz napisałeś przez rz!
- Ojej, przepraszam, zaraz poprawię - tłumaczy się Misiu.

5 minut później dostaję kolejną wersję. Tutuł mejla brzmi: "leprza wersja".
Zaglądam do środka, a tam:
CZY WIESZ, CO BĘDZIEŻ ROBIŁ 20 STYCZNIA? 

****
****
Wieczór.
Andrzej już leży w łóżku. Wychodzę z łazienki.
ja: Kochanie, czemu nie zgasiłeś lampek w dużym pokoju?
Andrzej: Bo myślałem, że jeszcze coś będziesz stamtąd brała.
ja: Co ty znowu wymyślasz?
Andrzej: A tak sobie wymyślam, bo mi się nie chciało gasić.

środa, 12 grudnia 2007
Leżymy już sobie w łóżku po kąpieli i pieszczotkach, a ja nie mogę się nacieszyć powrotem Andrzeja:

Ja: Tak
się cieszę, że już jesteś. Bo ja Cię strasznie uwielbiam, wiesz?
Andrzej: 
Nie mogę się nadziwić, że taka cudowna kobieta uwielbia takiego grubego, głupiego Andrzeja.
Ja: N
o i?
Andrzej: I zaczynam podejrzewać, że na pewno masz jakiś ukryty feler.


***
No i zapomniałabym dodać. 
Dostałam pyszną angielską herbatę i cudny zapach Armaniego.
Tak, wyjazdy mężczyzn miewają zasadnicze plusy:)
 
wtorek, 11 grudnia 2007

No dobrze, tak szczerze, to rzeczywiście do rozłąki można się przyzwyczaić. I nawet przyjemnie wrócić po całym dniu pracy do pustego cichego mieszkania. A kiedy się zasypia, można się kołysać i słuchać muzyki, i nikomu to nie przeszkadza.

Wczoraj dostałam mejla, że nasze coroczne świąteczne spotkanie Basieniek z LO tym razem zaczniemy u Zasinki. Już się nie mogę doczekać chwili, kiedy ujrzę moje babeczki, z którymi można i konie kraść, i gadać do świtu, i śmiać się do rozpuku, i płakać.
Od dziesięciu lat na każde święta robimy sobie własnoręcznie prezenty i zawsze jest z tego kupa śmiechu: pamiętam, że za pierwszym razem Zaśka zrobiła nam korale z makaronu, Ewka rok temu nie zdążyła, bo zamówiła jakieś tworzywa w necie i nie doszły na czas, a Dianka zmontowała każdej z nas Teatrzyk Kukiełkowy, gdzie kukłami były nasze podobizny - na przykład Ramsik w kostiumie astronauty. Co jeszcze było? Anioły z masy solnej, modelinowe potwory, plecionki na rękę, poncz z owocami, pierniczki, kalendarze, obrazki i tysiące innych.
W końcu przez tyle lat każda z nas wyprodukowała 60 upominków, więc można by już z tego niezłą galerię stworzyć.
Cieszę się bardzo na to spotkanie, na którym co prawda zabranknie Janiś, ale już teraz mogę obiecać - będziemy się kontaktować duchowo. W końcu pokrewne dusze nie spotykają sie za często, prawda?

poniedziałek, 10 grudnia 2007
Dziś o świcie Andrzej wyleciał do Londynu.
Poranki bez niego są tak szarne i smutne, że najchętniej położyłabym się z powrotem do łóżka i umarła.
Codzienność pozbawiona Andrzeja jest wystarczająco nieznośna, aby odmówić w niej udziału.
niedziela, 09 grudnia 2007

Już trzeci raz zaczynam ten wpis, a to dlatego, że w ten weekend nie wydarzyło się nic interesującego.
W piątek odwiedził nas przyjaciel Andrzeja - niedzisiejszy intelektualista i wielki myśliciel, z którym przy sporych ilościach alkoholu sprzeczaliśmy się o literaturę.

W sobotę sprzątałam i oddawałam się domowym czynnościom, czego rezultatem były żeberka ze śliwkami i jabłkiem. Wieczorem natomiast objrzeliśmy beznadziejny film pt." Jak we śnie".

A dziś...
dziś z wielką ospałością i zniechęceniem powlekliśmy się na basen, wiedząc, że gdy już tam się  znajdziemy, to będzie fajnie. Wyszliśmy bowiem z założenia, że wszystko jest tylko kwestią obezwładnienia Wewnętrznego Lenia.
A po basenie pojechaliśmy - jak na katolików przystało - na wielkie zakupy.

Zaś teraz jest wieczór:
ja skrobię "Matyldę", a Andrzej czyta. W radiu leci koncert Ewki Bem i powoli weekend odpływa w niepamięć, a rześki i bezwzględny poniedziałek szykuje się już do ataku. Przede mną ciężki tydzień w pracy, ale myśl o świętach dodaje mi otuchy.
Czujecie już święta?
Ja poczułam, kiedy usłyszałam piosenkę karpia w Trójce.
Krok po kroku, krok po kroku
najpiękniejsze w całym roku
idą Święta!

czwartek, 06 grudnia 2007

Wróciłam z Poznania, fajnie było. Najpierw odwiedziłam Teatr, a potem Morskiego i choć z każdym zamieniłam kilka słów, strasznie się cieszyłam, że mogę  zobaczyć tych wszystkich ludzi.
Choć oczywiście dla większości zabrakło mi czasu.

Również wczoraj usłyszałam dwie bardzo pozytywne opinie o książce, a jedna z nich - nie ukrywam - mocno mnie zaskoczyła.

Ale najważniejsze jest to, że sprzedałam Marcinkę.
Od nowego roku zamieszka w niej student historii i filozofii z Koszalina, ja natomiast będę miała przyjemną sumkę na koncie, o ile...
... wszystko pójdzie gładko, bo dziś już Kris, który pełni funkcję mojego osobistego brokera, dzwonił, że akt notarialny jakiś niepełny i bank koszaliński nie chce mi przelać kasy. A ja właśnie zaprosiłam Mamaszkę na wielką rozpustę do Warszawy!

Jeśli zaś chodzi o Krisa, to kiedy wczoraj go zobaczyłam, aż zaniemówiłam z wrażenia. Garniturek, teczuszka, włos przystrzyżony, zarost ogolony. A gdy się rozsiadł u notariusza i z miną pewniaka wyciągał te dokumenty i akta rozmaite, ciężko mi było uwierzyć, że jeszcze kilka miesięcy temu spanikowany, spocony i zagubiony szedł na rozmowę na ulicę Mickiewicza, nie spostrzegłszy, że firma owszem znajduje się na Mickiweicza, ale w Koninie.
A tu proszę!

Trudno mi uwierzyć, że to wciąż ten sam, mój mały, zagubiony braciszek, który:

- w liceum wietrzył skarpetki zamiast je prać
- zapragnął mieć dredy - robiłam je w ferie przez kilka dni, a potem przez wiele miesięcy Kris spał w siatce po pomarańczach na głowie, albo w bandażu, bo w innym razie o poranku sterczały mu wszystkie do góry.
- miał taką zabawę, że przewracał mnie na łopatki i tuż nad moją twarzą wypuszczał ślinę, po czym ją wciągał. Oczywiście - jak łatwo się domyśleć - nie zawsze zdążył wciągnąć, więc czasem spadała. Do dziś czasem stosuje te tortury.
- nie cierpiał popkultury, słuchał Kazika i niszowego rocka i pijał jedynie colę HOOP-a, twierdząc, że to "cola alternatywna".

A OTO FOTKI Z WEEKENDU:



Przy piwku z Mexicanie

Jozi prezentuje swoje designerskie kaloszki

A tu w kapeluszu Mexico

Gruszka pozuje

Damian też pozuje


I my pozujemy

A wczoraj byłam w Poznaniu i spędziłam bardzo fajny dzień.
Marcinka poszła w inne ręce, akt notarialny podpisany, a ja za kilka dni będę posiadaczką bardzo przyjemnej sumki.
Zresztą wszystko Wam opowiem później, bo teraz mam masę pracy.

Tymczasem polecam lekturkę.
Oto recenzja "Kliniki kukieł":

http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/recenzja.html?rid=38275

a to o mnie i Olsztynie słów kilka:

http://www.replika.eu/media_o_nas.php?id=199

wtorek, 04 grudnia 2007

Położyłam się wcześniej, żeby przytulić się do snów i marzeń. Jak zawsze w takich chwilach pytałam Księżycowego Chłopca, dlaczego go przy mnie nie ma. I było mi zimno i strasznie. A potem przyszedł On. Bardzo mocno do mnie przylgnął, oplatając mnie ramionami. Dopiero wtedy poczułam się bezpiecznie i choć jeszcze długo płynęły mi łzy, to właśnie ten ciepły oddech i bicie drugiego serca sprawiły, że zasnęłam.

Chwilę przed zaśnięciem zdałam sobie sprawę, że nie potrafię być sama. Że tylko bliskie ramiona dają mi spokój i siłę. Bez nich jestem słaba, zagubiona, podatna na nałogi. Pustkę i smutek zabijam alkoholem i zwariowanym życiem towarzyskim.
A ja już tak nie chcę. Nie chcę wzniosłych i wyczerpujących romansów, ani porywów, upadków i wzlotów. Chcę ciszy i miłości. Tak bardzo potrzebuję spokoju. 
Lecz  mój spokój karmi się jedynie bliskością.
I tak oto zamyka się koło mojej słabości.
Nie potrafię żyć bez Mężczyzny.
Dziś nie potrafię żyć bez Niego.

poniedziałek, 03 grudnia 2007

Dziś - dla odmiany - czuję się bardzo rozgoryczona i żarzy się we mnie dotkliwy smutek, który mozolnie przekuwam w złość. Nawet bieganie po pracy niewiele mi pomogło.
Nie, Warszawa mnie nie skrzywdziła.
Po prostu rozjechały się nam oczekiwania, a ja poczułam się bardzo, bardzo samotna. Tak bywa, jeśli się stawia na jedną kartę, jeśli chce się dać strasznie dużo, a ktoś to odtrąca.
Moja przeprowadzka obciążona jest tysiącem wyrzeczeń i ogromem strat, dlatego może bywam przewrażliwiona i łatwo mnie zranić.
Tak się zdarza, gdy odbierzemy sobie wszystko, co kochamy w imię jednej miłości, do której nikt nie dołączył gwarancji.
A ja jestem tu zupełnie naga i bezbronna. I nie mam gdzie uciec, nie mam gdzie się schować, nie mam żadnych bliskich mi ramion.
Jest tylko on. A czasem jakby go nie było.
Jedyne, do czego mogę się przytulić to sen.
Dobranoc.

niedziela, 02 grudnia 2007

Myślałam, że mnie chwyci za serce, kiedy wysiądę z pociagu. Albo, że porwie mnie przypływ nostalgii, gdy będe szła świętym Marcinem. Ale nie. Nic z tych rzeczy. Do Warszawy wróciłam, tak jak się wraca do domu z podróży.
Taka już jestem. Niewierna.
Nie leczę się długo po utracie kochanka.

Ale podróż - sama w sobie - świetna była. Strasznie fajnie spotkać te kochane mordki. I mimo że nie widzieliśmy się prawie dwa miesiące, miałam wrażenie, że nigdzie nie wyjechałam. Najpierw poszliśmy na długi obiad do Meksykańskiej, gdzie była Gruszka z Damianem i Jozi z Darkiem, a potem na chwilę dołączył do nas Frr. Wieczór natomiast spędziliśmy w towarzystwie Walerki i Szymona w Blue Nocie na koncercie Open Mic.

A dziś rano Szymon zrobił nam pyszną jajecznicę z... pieczarkami. Mniam, mniam!

Kiedy teraz o nich piszę, już za nimi tęsknię, ale mam świadomość, że oni są i będą - tylko odrobinę dalej. A reszta zależy już tylko od nas. 
***
Oto fragment rozmowy przy obiedzie, kiedy chłopcy wkręcili się w temat gier komputerowych:
Andrzej: Teraz gram w Obliviona.
Darek: O! Na Obliviona mam świetny sposób, trzeba znaleźć pięć kamieni.
Andrzej: Eee pięć kamieni to ja już dawno znalazłem.
Darek: Żartujesz?! I jesteś już w stu procentach niewidzialny???
***
Darek: Muszę wymienić myszkę.
Andrzej: A co jest nie tak?
Darek: Zacina mi się celownik w karabinku snajperskim.

sobota, 01 grudnia 2007

Nie wiem jak Wy, ale my właśnie wyruszamy z odwiedzinami do Poznania.
I bardzo się z tego powodu cieszę.
Nie wiem jak Wy:)