..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 30 grudnia 2006
Powiedzenie Gretkowskiej, że mężczyna działa za pomocą jednej dźwigni przeszło już do historii. Natomiast wciąż w naszej kulturze utrzymuje się  wizerunek kobiety jako istoty skomplikowanej, uduchowionej i niezwykle bogatej wewnętrznie.
A jakże!
Ja jestem tego żywym zaprzeczeniem.
Po ostatnim kopniaku od życia, co mogło mnie lepiej uleczyć niż:
piękny koncert, wyborny spektakl czy dobra lektura
oczywiście -  ZAKUPY

Pobiegłam do Browaru, pokręciłam się po Kupcu i wyłowiłam świetną czerwoną skórzaną marynarkę, zamszową kurteczkę (czarną), kozaki na wyyysokim obcasie i fajną bieliznę.

Przepuściłam masę pieniędzy, ale cóż, czuję się zupełnie jak nowa:)

Więc drogie Panie - u nas też jedna dźwignia - tyle, że inna i zwykle bardziej kosztowna:)
piątek, 29 grudnia 2006

PIERWSZY DZIEŃ ŚWIĄT
Reszta świąt upłynęła już znacznie spokojniej. 
Z rańca pobiegałam do sąsiadów po wodę (reszta mojej rodziny się wstydziła), a potem poszliśmy na spacer i postrzelać, bo ojciec kupił sobie wiatrówkę na sroki, gdyż nawet one nie mają przed nim respektu.
Oczywiście nie strzelaliśmy do srok, tylko do tarczy. Strasznie wciągająca zabawa!

Wieczorkiem zaś Janiś zrobiła u siebie kolacyjkę i spotkałam się z dziewczynami na Basieńkowej Wigilii. To już prawie 10-letnia tradycja!
I jak zawsze były własnoręcznie robione prezenty. Hitem tegorocznym okazał się kartonowy teatrzyk od Diany, która zrobiła dla każdej z nas po siedem kukiełek w różnych pozach i strojach z doklejonymi naszymi głowami. Np. Ewa w bikini, Zaśka w stroju kosmonauty czy Natala robiąca szpagat:) Odlot!

Po kolacji pojechałyśmy na starówkę na spotkanko klasowe wpisane również w świąteczną tradycję.
Przyszło dużo osób, udało się rozkręcić całkiem niezłą imprezkę z tańcami i znów miałam wrażenie, że nigdy nie wyjechałam z Olsztyna i z tymi ludźmi mogę bawić się tak jakbyśmy widywali się codziennie. Potem jeszcze, ku oburzeniu Basieniek, utonęłam w tanecznych objęciach niejakiego A., którego kojarzyłam z równoległej klasy naszego LO.
Oczywiście Ramzes nieustannie piorunowała mnie wzrokiem, a Diana robiła mi czarny PR, mówiąc, że na mnie to trzeba uważać, co odniosło skutek odwrotny, bo bawiliśmy się świetnie i wróciłam przed szóstą rano, odprowadzona pod samą klatkę mieszkania mojego brata. Ów fakt mój zgorszony braciszek ogłosił na forum rodziny już kilkanaście razy.

Na szczęście nie był świadkiem namiętnego pocałunku pod oknem, bo wtedy już całkowicie straciłabym autorytet starszej siotry.
Pokornie przyznaję, że pobyty w Olsztynie aktywują drzemiacą we mnie głupotę i niefrasobliwość szesnastolatki, ale naprawdę mam na to bardzo znikomy wpływ.
To się po prostu dzieje:)

Najlepsze jednak okazały się poranne telefony:
Ramzes: I jak nowy kolega?
ja: dobrze, a co?
Ramzes: a kiedy następne spotkanie?
ja: a musi być następne spotkanie??? Było miło - to wszystko!!!!

Chwilę dzwoni później Ewa.
Ewa: no i jak z tym kolesiem wczoraj?
ja: milutko, a co?
Ewa: bo ja Cię chciałam ostrzec - słyszałam, że to straszny podrywacz.
ja: kochanie my się tylko bawilismy, nie wychodzę za niego za mąż. Czyżbys się bała, że mnie wykorzysta i porzuci?
Ewa: Ciebie?!

I obie wybuchnęłyśmy śmiechem.

DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT
Drugiego dnia obudziłam się po 12.00 z bólem głowy.
Potem pojechaliśmy do babci, gdzie miałam okazję zobaczyć dwuletniego bratanka (syna brata ciotecznego).
Jejku, jakie super dziecko! Nauczyłam go zaraz rzucania w babcię mandarynkami, potem były zabawy z kocem w "a kuku!" i jakieś inne wydurnianie, a mały  był taki słodki, że najchętniej zjadłabym go natychmiast!
- Ja już też chcę mieć dzieci - oświadczyłam rodzinie i poprosiłam o pomoc w odnalezieniu odpowiedniego materiału genetycznego, ale zgodnie stwierdzono, że staropanieński wizerunek z kotem w tle w 18-metrowym mieszkaniu przylgnął do mnie na dobre i raczej to się nie zmieni.
Nie ma jak rodzinka.

Tyle z moich świątecznych wynurzeń.
Koniec takich wypracowań.

Od jutra będzie krócej - obiecuję:)

Drugiego dnia świąt Tatulek pojechał do Nidzicy po fachowca, błagając go dzień wcześniej, aby zechciał nas poratować. Przyjechali. Fachowiec wteknął wtyczkę do gniazdka. Poczekał 10 minut i z kranu poleciała woda.
Okazało się, że wszystko grało i wystarczyło poczekać, aż baniak pompy napełni się wodą.

Honor Tatulka został uratowany!
Dopóki ktoś nie powiedział, że trzeba być naszym ojcem, aby naprawić pompę, a mimo to dwa kolejne dni spędzić bez wody.

czwartek, 28 grudnia 2006

Oj działo się!

23 XII SOBOTA
Prosto z pociagu, zajechałam do naszego nowego domu - była to sobota rano, a tam... pył, cement i generalnie budowa pełną gebą. Co prawda w fazie wykończeniowej, ale jednak budowa. A mama obiecywała, że na święta dom będzie gotowy.
- Spokojnie - pocieszyła mnie mama - zaraz w czwórkę bierzemy się za sprzątanie, składanie mebli i jutro do wigilii zasiądziemy już razem w czystym nowym domeczku.

Uwierzyłam. Zabraliśmy się za robotę. Ale najpierw ktoś wpadł na pomysł, aby coś przekąsić. Trzeba więc było podłączyć nową kuchenkę elektryczną. Ojciec zabrał się do dzieła i okazało się, że brakuje kabla do tej kuchenki.
Każdy normalny człowiek wsiadłby w samochód i pojechał do sklepu z reklamacją, ale mój tatuś wpadł na genialny pomysł:
odetnie kawałek kabla od pompy wodnej, bo tam i tak jest kilka metrów zapasu.
Nie pytając nikogo o zdanie - poszedł i odciął.
W ten sposób zostaliśmy bez wody.
Cudnie. Nie ma to jak sprzątać budowę bez wody bieżącej.
Ale nic. Mama wzięła się za sprzątanie, ja z Krzyśkiem za składnie mebli, ojciec zszedł do studni z heroicznym zamiarem naprawienia pompy.
Chwilę później wysiadł prąd.
Bomba!
Ale nadal niezrażeni pracowaliśmy z ogromnym zapałem - mama myła okna, my skręcaliśmy meble przy niezwykle komfortowym świetle...  wyświetlaczy komórek.
Jeszcze wtedy było śmiesznie.
Na szczęście po jakimś czasie prąd wrócił. Woda nie.
A nam było coraz weselej. Minęła północ, pierwsza w nocy, druga, trzecia, wszyscy sobie smacznie i przedwigilijnie spali, a ja z moją fantastyczną rodzinką uwaleni pyłem i brudem próbowaliśmy jakoś ogarnąć tę naszą chałupę. Moja mama znęcała się nad ojcem, twierdząc, że tylko on może wpaść na pomysł odcinania kabla z pompy, mój ojciec krzyczał, że to nie jemu na gwałt zachciało się kiełbasy i gdyby moja mama nie była takim żarłokiem, nie doszłoby do tej tragedii. My zaś z Krzychem umieraliśmy ze śmiechu, bo padaliśmy na twarze, a mój wspaniały brat jeszcze co chwila coś odwrotnie skręcał i miał dwa razy więcej roboty.
Po prostu rodzinny cyrk.
O 5 rano skończyliśmy.
Ojciec, który nigdy nie słynął z przesadnego zamiłowania do higieny, postanowił, że zostaje na miejscu, a my z Mamą ruszyliśmy z powrotem do Olsztyna, żeby zedrzeć z siebie skorupę brudu i rzucić się do łóżek. Wsiedliśmy do rozgraconego auta ojca i ruszyliśmy w drogę. Przy parkowaniu moja wspaniała mamusia przywaliła jeszcze autem w słup, mój brat stwierdził, że wypisuje się z tej rodziny, a ja zaklepałam jako pierwsza prysznic.
Tak skończył się przedwigilijny dzień..i nie był to wcale koniec przygód.

24 XII NIEDZIELA - WIGILIA
Z samego rana zadzwonił Tatulek, że kontaktował się już różnymi fachowcami i dokładnie wie, jak naprawić pompę i że mamy przyjeżdżać, bo lada moment będzie woda. Przyjechaliśmy.
Dzień mijał, w innych domach już przygotowania do kolacji szły pełną parą, a my...czekaliśmy. W radio leciały kolędy, spikerzy wygłaszali jakieś standardowe teksty o ostatnich przygotowaniach, a mój brat wściekał się tylko:
- jasne, kurwa, ładne mi ostatnie - ojciec w studni, my bez wody, no naprawdę mi się rodzina trafiła.

Czekalismy i czekaliśmy, próbowałam namówić ojca, żeby przerwał i żebyśmy jak ludzie pojechali na kolację do ciotki, ale tatuś zapewniał, że już za moment będzie woda. Wreszcie zapadł zmrok i trzeba mu było pomóc.
Na wiosce ciemno, że oko wykol, więc tatulek siedział w studni, a my nad nim - ja z halogenem, Krzysiek z narzędziami, a moja mama po to, aby tworzyć atmosferę chyba. 
- Wiesz ojciec naprawdę ja Ci już nigdy nie zaufam - mówiła - pomyśl sobie, że przez jeden kabel i twój durny pomysł mamy takie święta.
Mój brat zaś dodawał:
- cały rok prowadzę normalne życie, a potem przychodzą święta, przyjeżdżam do domu i zaczynam robić jakieś dziwne rzeczy: skręcam meble o 5 nad ranem albo stoje jak debil nad studnią, gdy inny sobie w spokoju wpieprzają karpia.
Potem wtórowała mu mama:
- Wiesz tatuś? Naprawdę... a wystarczyło pojechać do sklepu po ten głupi kabelek, widzisz, masz to na własne życzenie, tylko dlaczego my też cierpimy przez Twoją głupotę. 

I tak dalej i tak dalej.
Wreszcie o 19-tej mój tato powiedział, że zrobione. Wstrzymaliśmy oddechy i włączyliśmy wtyczkę od pompy.
Zabulgotało, coś pomieliło i ... cisza.
Raz jeszcze.
To samo.
Tyle pracy na marne i kiszka.
Pompa nie działała.
Nasze morale totalnie upadło.
Wróciliśmy do domu - brudni, spoceni i zupełnie zrezygnowani.
Najpierw popłakałam się ja. Potem tato. I wszyscy mieliśmy dość tych świąt i tego domu. 
Na szczęście zaraz Mama i Krzysiek przywołali nas do porządku - szybko się ogarnęliśmy, pojechaliśmy do Olsztyna umyć się i ubrać i o 20.00 byliśmy u Ciotki na Wigilii. Wszyscy już wychodzili, a my dopiero zaczynaliśmy. I fajnie. Bo nie ma nic gorszego niż rodzinne spędy osób z siódmej wody po kisielu. 
Wieczorem zaś, kiedy już wracaliśmy na naszą wioskę i zeszło z nas całe napięcie,  mama stwierdziła, że dziś to chyba musimy się w czwórkę upić. 
I tak się stało.
Wróciliśmy, rozpaliliśmy w kominku, rozdalismy sobie prezenty, upiliśmy się na bardzo wesoło i jeszcze do późnych godzin nocnych gadaliśmy, śpiewaliśmy kolędy i nieoczekiwanie okazało się, że była to jedna z naszych najfajniejszych rodzinnych wigilii.
A że zwariowana? I bez wody? I z łzami? I z niedospaniem. Eeee tam!

Boże, ale się rozpisałam.
I to wciąż nie wszystko.
Ciąg dalszy o świętach, Basieńkach, imprezech - jutro:)

piątek, 22 grudnia 2006
Ach, i byłabym zapomniała...
wczoraj Julia Skuratova przysłała mi swoje grafiki - wreszcie będę miała kawał prawdziwej sztuki w "Marcince". Czekałam na ten list od miesięcy i przyszedł właśnie wczoraj.
Anioły nade mną czuwają...

Wesołych świąt Kochani!!!

Wczoraj pod moją nieobecność, zabrał manatki i odszedł.
Potem wysłał tylko żałosnego tchórzliwego esemesa.

Nie szlocham i nie drę włosów z głowy, nie złoszczę się, nie mam ochoty na zemstę, choć mogłaby być słodka,

nic z tych rzeczy,

po prostu zamykam rozdział, przenoszę tę historię do archiwum,
mogę ją nawet przewiązać tasiemką, co mi tam.
I tyle. The end.

Jest we mnie spokój, poczucie wolności i gdzieś głęboko w środku kiełkująca świeżość - jakbym narodziła się na nowo, na nowo stawiała kroki ze świadomością, że przede mną całe życie i zupełnie nieznane jutro.  

***
A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że mam wokół siebie ludzi. Ludzi, którzy właśnie w trudnych chwilach stają na wysokości zadania. I czasem zupełnie bezwiednie i nieświadomie, wspieraja mnie słowami, gestami i zwyczajnym byciem.

Taki miły wieczór zgotowały mi wczoraj pani Bogusia i Walerka na wigilijnym spotkaniu w "Marcince". 
A to niby tylko takie tam babskie gadanie - ploteczki z poznańskiego światka, opowieści o aniołach i szczypcie ezoteryki, trochę planów, trochę marzeń, dużo śmiechu i jakaś ogromna pogoda ducha. Bo przy pani Bogusi życie nabiera kolorów - jest bezpieczne, pełne smaku i gotowe, aby brać je za rogi. 
A w moim mieszkanku wreszcie są święta.
Babeczki upiekły pierniki, rozdłyśmy sobie prezenty i powoli zaczynam czuć zapach świąt.
A jutro...
Jutro do Olsztyna...
Do Mamy, do Taty i do Krzycha,
i do Basieniek moich licealnych
i do nowego domu w bajecznym zakątku świata:)

Dobra, kończę to bazgrolenie.
Dziś w pracy będę robić prezenty i niech tylko ktoś spróbuje mi coś powiedzieć.

czwartek, 21 grudnia 2006

Wilk dziś przekroczył progi mojego mieszkania wraz ze swoim podręcznym tobołkiem, a raczej kilkoma tobołkami.
Nie wierzyłam, że to się stanie, dlatego od tygodni tak naprawdę gdzieś w głębi blokowałam swoje emocje i uczucia. Odcinałam jego, tak jakby odcinać sobie nogę przed pójściem na wojnę - ot tak, dla próby.
A jednak się stało.
I teraz muszę od nowa powoli sie oswajać z nim, z nami, z myślą, że może jest przed nami szansa.
Dziwnie się czuję.
Gdybym mogła włożyć rękę do środka siebie, pewnie wszystko byłoby twarde i napięte, przygotowane do ciosu, do bólu, do konfrontacji,
a tu,
proszę...
w moich drzwiach Wilk.
Nie potrafiłam rzucić mu się w ramiona, nie potrafiłam okazać ani radości, ani wzruszenia.
Muszę trochę rozmarznąć i odtajeć.

środa, 20 grudnia 2006

Śnili mi się dziś Cyganie, którzy jeździli po Poznaniu na psach i składali na grobach obcięte ludzkie warkocze zamiast kwiatów, a potem przyszedł do mnie Jarek Kret (załatwiam z nim promocję jego albumu) i powiedział, że chce się ze mną kochać. Wtedy zapytałam, czy Agata M., z którą podobno jest, nie ma nic przeciwko.
A już nad ranem Wilk powiedział: "oszukałem Cię, ale to chyba nic, prawda?"

Nie to nic, to tylko sny.
To aż sny. Moje.

Tak jak przypuszczałam "Krawiec", który był prezentem od naszego szefostwa z okazji 5-lecia firmy, okazał się totalną szmirą. Reżyserowi nawet zepsucie Mrożkowego tekstu,  poszło niezwykle sprawnie . A to pewnie wcale nie takie proste.  

Ale nie żałuję, że się wybrałam do teatru, ponieważ wreszcie miałam okazję spotkać się z ludźmi z firmy, których nigdy nie dane mi było poznać, gdyż siedzę uwięziona w lochach galerii i jedyną buźką, którą oglądam -  jest Karol. 
Potem poszliśmy jeszcze na piwko i okazało się, że...wszyscy mają tak źle jak ja!!!
(he, he, ale pocieszenie, co???)

A mówiąc serio, że wszyscy zauważają te absurdy, dewiacje i anomalia, które dzieją się u nas w robocie. Że rzeczywistość, w której się znaleźliśmy nie mieści się w żadnych ramach i jest zupełnie pokrzywiona.
Uff! Kamień spadł mi z serca, bo już miałam wrażenie, że to ze mną jest coś nie tak. To prawie tak jak w Locie nad Kukułczym Gniazdem, o mały włos dałabym sobie wmówić, żem wariatką.
Ale nie. Jednak nie. Świat odzyskał swoją pierwotną harmonię:))

Wróciłam do domu wieczorem, wrzuciłam coś na ząb, wskoczyłam do łóżka i zaczęłam czytać "Bez końca" Kaczanowskiego.  Choć może nie porywająca, to jednak zgrabna lekturka, no i oczywiscie również tym razem nie przepuściłam i przeczytałam do końca. A że klimacik poznański, to nieraz przyszło mi się uśmiechnąć na myśl o różnych wspólnych znajomych wędrujących po tej książeczce.
I tak znów zasnęłam późną nocą i znów obudziłam się nieprzytomna.

wtorek, 19 grudnia 2006
Znów ulatuje ze mnie energia, znów jestem znużona, zmęczona i nie mam na nic ochoty.
Chcę być sama.
Chcę mieć przestrzeń tylko dla siebie.
Marzę o tym, aby wszystko zerwać, uciec i zacząć od nowa.


Za godzinę idę na "Krawca" do Teatru Polskiego.
Taka żałosna namiastka oderwania.
 

Wczoraj odwiedzilli mnie Gibsonowie. Kiedyś pisałam o nich dużo w poprzednim dzienniku - niesamowity duet wraz z duetem trzyletnich dzieciaków. Świetna para i cudna rodzinka. To właśnie z nimi mam jechać na Bieg Piastów. 
Wyszli ode mnie przed 21, a ja od razu wskoczyłam do łóżka, bo jednak ta niedzielna popremierówka strasznie mnie sponiewierała.

Przed zaśnięciem zaczęłam czytać "Ślad po mamie" Marty Dzido i całkowicie popłynęłam. W ten sposób przeczytałam wczoraj całość i zasnęłam z tęsknotą - ale taką spokojną, wpisaną w porządek świata.
A to dlatego, że Marta Dzido opowiadając historię dziewczyny decydującej się na aborcję, w rewelacyjny sposób powraca do pierwotnych więzi matki i dziecka. I mimo, że powieść nie jest wcale jednoznacznym głosem za lub przeciwko, a obrazki biernej, wyjałowionej i narkotyzującej się bohaterki odzwierciedlają traumę aborcji, z kart tej książki emanuje jakaś magia, dobro i harmonia. Harmonia, którą zakłócają ludzie, kiedy przerasta ich rzeczywistość, gdy dają się zwieść radom innych i zawsze, gdy nie słuchają siebie.

No i sny...dziwne, niepokojące, czarodziejskie sny...

- Mamo, czy Adam i Ewa mieli pępki?
- Nie wiem, chyba tak...
- To znaczy, że bóg był ich mamą
- ...
- Skoro mieli pępki, to bóg musiała ich urodzić, prawda?
- ...Chyba tak...
- A kto urodził boga?
- Bóg się nie urodził. On zawsze był.
- Jak to zawsze?
- No...On nie ma ani początku, ani końca.
- To znaczy, że jest kołem?

Marta Dzido "Ślad po mamie"

poniedziałek, 18 grudnia 2006

Już trochę lepiej się czuję, więc opowiem jedną z dwóch historyjek z niedawnej przeszłości, które mi się przypomniały.

Równo tydzień temu, z niedzieli na poniedziałek, śpię sobie w moim łóżeczku, dochodzi piąta rano i nagle budzi mnie telefon. Patrzę na wyświetlacz, a tam panna A. Normalnie odrzuciłabym połączenie, kląc w duchu, że jakiś młotek sen mi zakłóca, ale zaraz jakieś czarne wizje mnie naszły, że może panna A. w jakiejś opresji albo Bóg wie co jeszcze, a więc odbieram:
ja: halo?
panna A. : Aga słuchaj! Jestem właśnie łóżku z X.
(i tutaj pada nazwisko słynnego polskiego poety i barda, do którego panna A. wzdychała od zarania dziejów, a który i moją wielką miłościa jest)
ja: o rany, no i co?
panna A.: no i właśnie nie wiem, czy mam się z nim bzyknąć?!
ja: No coś Ty?! Pewnie, że się bzyknij, a potem mi wszystko opowiesz!
panna A.: no ale..ja nie mam gumek, a on poeta też pewnie nie ma!
ja: To nic, powiedz mu, że jesteś niezabezpieczona, on zrobi tak, żeby było dobrze.

Odłożyłam słuchawkę. Była piąta nad ranem, wtuliłam się bardziej w moje łóżeczko i nie mogłam uwierzyć, że właśnie w tej chwili w życiu panny A. dzieje się coś, o czym marzyła od lat.  A potem pomyślałam, że tylko baby mogą być takie głupie!!!!
Mieć ponad trzy dychy na karku, rozwód za sobą i dzwonić do przyjaciółki z pytaniem, czy się bzyknąć?!!!
Minął tydzień, a ilekroć o tym pomyślę, śmiać mi się chce jak cholera.

ps. Wczoraj panna A. podziękowała mi za trzeźwość umysłu w środku nocy i jasne wskazówki działania:
"zrobiłam dokładnie tak, jak powiedziałaś" - pochwaliła się, a ja po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, żeśmy głupie jak 150!

Oj ciężko mi dziś i kręci mi się w głowie i w żołądku i czuję się bardzo bardzo źle.
Ale oczywiście jak każde cierpienie,  to również poprzedzone było dobrą zabawą.
A gdzie?
Oczywiście na popremierówce w moim Teatrzyku.
Miałam wpaść na chwilkę, miałam zaraz uciekać, a oczywiście skończyłam w grupie zamykającej Teatr.


Nie, nie mogę więcej pisać, bo naprawdę nie mam siły.
Potem coś jeszcze skrobnę.
Przyjemnego poniedziałku!
piątek, 15 grudnia 2006

Widzę ich raz w roku i zawsze jest super. Łaczą nas drobne wspomnienia, kilka fajnych historii, jakieś słowa-klucze. Dla nich wciąż jestem Promyczkiem.
Dla nich, czyli dla harcerskiego kręgu akademickiego.
Wczoraj odbyła się Wigilia kręgu - jeden dzień w roku, gdy spotykamy się w tak licznym gronie - przychodzą starzy, młodzi i wszyscy, których coś z kręgiem łączyło. I jest fajnie, bo mimo, że nie widzimy się przez okrągły rok, gadamy tak, jakbyśmy raptem wczoraj jechali tym samym tramwajem.
Takie spotkania to również ogromna dawka energetycznego zastrzyku, bo ludzie, którzy kiedykolwiek zetknęli się z harcerstwem z jednej strony mają w sobie jakąś aurę ogromnej siły witalnej, z drugiej zaś są uroczo oderwani od realnego świata, posiadają jakiś patent na życie - często mocno zakręcony zresztą.
Była pyszna kolacja - pierogi, kapustka, barszcz, sałatki i ciasto.
Były prezenty.
Była gitara i śpiewanie do późna.
(Był również mój ex-Tomeczek, który traktował mnie jak nieczyste powietrze i omijał szerokim łukiem, ale na to spuśćmy zasłonę milczenia)

Acha, no i padła fajna propozycja.
W marcu jadę z Gibsonami na Bieg Piastów.
A co:)

czwartek, 14 grudnia 2006

Wczoraj spędziłam cudny wieczór z Wilkiem, taki wieczór, jakiego już dawno nie było.
A dlaczego nie było?
Dlatego, że jak mi się coś dzieje nie tak (patrz:praca) to całą swoją frustrację, złość i bezsilność przenoszę na otoczenie. Oczywiście na najbliższych - więc przez ostatnie tygodnie byłam wstrętna, niedostępna, złośliwa i naprawdę, naprawdę paskudna.
A najgorsze, że ja o tym wiem i nie potrafię tego zmienić.

Natomiast wczoraj, po udanym wernisażu, kiedy zeszło ze mnie całe napięcie i dostałam przyjemnego wiatru w skrzydła - byłam roześmiana, wesoła i chciało mi się żyć, przytulać i kochać.
No i kochaliśmy się i znowu sobie przypomniałam, jak mi jest cudownie z Wilkiem, jak uwielbiam jego dotyk i pieszczoty, jak szaleję za
jego smakiem i zapachem. Przypomniałam sobie, że tylko on potrafi mnie tak ubezwłasnowolnić, zmaltretować, przerozkoszować i sprawić, że każdym fragmentem mojego ciała czuję  podniecenie jego męską dominacją.
A wczoraj,
a wczoraj Wilk jeszcze wzmożył moje doznania przyjemną erotyczną historyjką, którą opowiedział mi w trakcie
i dlatego... 
... z miejsca został przeze mnie okrzyknięty wirtuozem narracji erotycznej:)
Ładnie, prawda?

środa, 13 grudnia 2006

Wreszcie dostałam fotki z pleneru, na którym byłam dwa tygodnie temu:)

Ja w ruinach pałacyku i obiektywie Michała:)



Pierwszy dzień pleneru i pyszne jesienne słońce.


A to Borne Sulinowo i wygłupy chłopaków:)

No i przeżyłam. I mimo licznych przeszkód i zwątpień, doprowadziłam do końca mój własny samodzielny projekcik.
Wczoraj odbył się wernisaż i wszystko wypadło znacznie lepiej niż się spodziewałam.
Udało mi się zrobić fajne żarcie, muzycy dopisali, sponsorowane wino przyjechało na czas, artysta zachwycony, a ja zachwycona artystą i jego pracami. Naprawdę klasa!
Należało jeszcze tylko - otworzyć wieczór. Brrr...jak ja nie lubię publicznych wystąpień.
Zaczęłam mówić i popatrzyłam sobie na te kilka twarzyczek, które tu przyszły i były ze mną: na moją kochaną panią B., Elę -czarodziejkę, Makówkę, silną grupę wsparcia z poprzedniej robotki, Fruwaczka, który wyglądał jak tajny agent, a także moje babeczki z teatru, które spóźnione stały na schodach i robiły do mnie głupie miny...
i wtedy zrobiło mi się dużo lepiej i jakoś już poszło.
Mówiłam o artyście, o ciekawostkach z jego biografii, podziękowałam sponsorowi i raz - dwa - trzy - było po wszystkim.
A potem - potem już mogło być tylko lepiej. Wszyscy mnie wyściskali jakbym wróciła z kosmicznej misji, szef firmy sponsorującej wino powiedział, że nigdy nie miał tak dobrej prezentacji, a Fruwaczek napisał mi potem:  "Pasowało to do Ciebie i tak ładnie wyglądałaś i mówiłaś, aż byłem małym dumniakiem i w ogóle mając świadomość, że to wszystko to w dużej mierze Twoja zasługa. "
Natomiast dziś z samego rana, zaszedł tu jeszcze artysta i w podziękowaniu wręczył mi unikatowy katalog z jego doktoranckiej paryskiej wystawy - śladami Gombrowicza.

A zatem żyję. Już po wszystkim. Wczoraj jeszcze po powrocie dałam sobie fizyczny wycisk przy "Requiem pro pace" w TVP i napisałam kolejny rozdział "Matyldy".

Takie dni lubię - w takie dni czuję, że żyję.
I to jest nagroda za te chwile łez, złości i zwątpienia.

poniedziałek, 11 grudnia 2006
Jeszcze 50 minut, wciąż żyję, ale ledwo, ledwo:))
Jest 16.15 -
przede mną jeszcze tylko 100 najdłuższych minut na świecie i wówczas będę wolna i szczęśliwa.


Na dowód wdzięczności za istnienie Czasu, mogę sie nawet w dziękczynną pielgrzymkę wybrać;)
Dziś pewnie nic nie napiszę, bo zaraz zjawia się mój szef i dziś czeka mnie rozkoszny dzień w jego towarzystwie.
Użyłam dziś czerwonego cienia do powiek.
To takie barwy wojenne.
Żeby się nie poddać i nie wrócić na tarczy.
sobota, 09 grudnia 2006

Śnią mi się dziwne rzeczy. Najpierw ciąża - mam mały okragły brzuszek, kładę na nim rękę i czuję się szczęśliwa. Potem jest jakaś impreza, mój znajomy wiesza się w toalecie - wszyscy krzyczą przerażeni. W drzwiach pojawia się Wilk - jest zdeformowany, skarłowaciały i chory. Nie wiem, co te sny znaczą, ale motyw ciąży, śmierci i Wilka, któremu coś dolega, powtarza się w moich snach na okrągło.
A na jawie?
Od dwóch dni płaczę. Niemalże non stop. Bo toksyczny szef prostak, bo nie mogę się dogadać z moim ukochanym, bo moi rodzice mają do mnie pretensje. Jestem rozsypana, zapuchnięta, wyglądam okropnie i nic mi się nie chce. To takie dni, kiedy zupełnie się nie lubię i gdybym mogła uciec od samej siebie, już by mnie tu nie było.
Ale nie mogę.
Dlatego muszę się podźwignąć. 
Od jutra.

piątek, 08 grudnia 2006
"Dziadek Josef zabierał Kvida na ryby, na mecze piłki nożnej albo nad wodę, aby wspólnie karmić mewy (...) Wszystkiemu towarzyszył niesamowity  - i dla Kvida wówczas niewytłumaczalny - pośpiech. Kiedy byli w domu, dziadek spieszył się, aby już, już być na meczu, lecz jeszcze przed końcem pierwszej połowy już spieszył się do podcieni po kiełbaski; jeszcze nie skończyli jeść, a już gnali z powrotem, by ktoś nie zajął ich miejsc, a na 20 minut przed końcem meczu przeciskali się przez złorzeczących widzów do domu."

Michal Viewegh "Cudowne lata pod psem".

Jakbym widziała siebie:)

Co się dzieje wokół mnie?
Nie wiem.
Niby wydaje mi się, że jakoś wewnętrznie  daję sobie radę, że wiem, czego chcę, a na co zgodzić się nie mogę. Mam wrażenie, że choć przedzieram się przez chaos, to jednak zmierzam do jakiegoś światła, które mnie prowadzi.
Ale są chwile, kiedy okazuje się nagle, że czegokolwiek nie dotykam, zaraz obraca się w pył, nie panuję nad niczym i wszystko traci sens.
Mam dość. I marzę tylko o tym, żeby nikt mi nie przeszkadzał, żebym mogła zwinąć się w kłębek, przytulić mruczącego kota, który ukołysze mnie miękkim rozedrganym mruczeniem.
Ranię tym siebie oraz bliskich, ale nie mogę nad tym zapanować. Męczę się sama ze sobą, uderzając jednocześnie w tych, których kocham.  

Tak bym chciała, żeby ktoś znalazł szyfr do mieszkających we mnie chimer i demonów, żeby umiał je ugłaskać, wyciszyć i uśpić. Ja nie mam już pomysłu...

A mimo wszystko zasypiam i budzę się z jakąś ciepłą iskrą radości,
może dlatego, że usypia mnie Chris Rea i "Drivig home for Christmas" i budzi George Michael "Last Christmas" - a tymczasem za oknem - wrzesień:)

I całe szczęście, bo mój Tatulek, wciąż mieszka w tej przyczepie. Dom ma być skończony na święta.


Ale tam klimacik jak z Kondratiuka, serio:)

czwartek, 07 grudnia 2006

Pojechałam wczoraj na rozmowę rekrutacyjną do stowarzyszenia zajmującego się przeciwdziałaniem wykluczeniu osób starszych. Fajna rozmowa, świetna atmosfera, ale kiedy powiedzieli, ile mi mogą zapłacić, stwierdziłam, że w tej sytuacji zostanę lepiej wolontariuszem. Niby taki żarcik, lecz gdy wyszłam stamtąd i jechałam tramwajem, uświadomiłam sobie, że fajnie byłoby się jednak w to zaangażować. Mogłabym zrobić jakieś warszaty, dać coś od siebie, podzielić się tym, co lubię i umiem.
Tylko kiedy?
Doba jest taka krótka.
Zanim wróciłam do domu, pobiegłam jeszcze do Starego Browaru, po jakieś żarcie i żwir dla kota. Kiedy wracałam obujczona zakupami niczym Matka Polka - w prawej ręce żwir dla kota, w lewej żarcie dla nas oboje, zajrzałam jeszcze do Bookarestu, gdzie odbywało się akurat spotkanie z Jackiem Żakowskim.
I po raz kolejny pomyślałam, że chciałabym być w kilku miejscach na raz, że dni są za krótkie, że tęsknię za studenckim życiem, gdy na wszystko był czas...

środa, 06 grudnia 2006
Nigdy nie byłam w takiej sytuacji.
Mam totalnie odjechane (in minus oczywiście) szefostwo.
Dziś na przykład dostałam od dyrektorka 16 maili z jakimiś idiotycznymi uwagami.
Ale ok. Nie o tym chciałam.
Sytuacja jest dlatego niesamowita, że mnie naprawdę na tej pracy nie zależy. Pierwszy raz w życiu czuję, że ja naprawdę nie muszę tu pracować i jak mnie wywalą to nawet będzie fajnie, bo się trochę poobijam zanim znajdę coś kolejnego. Mam trochę kasy. Z głodu nie umrę.
Więc pracuję tak, jakby każdy dzień był moim ostatnim.
I każdy dzień bez wypowiedzenia traktuję jak kolejny udany skok, czyli acha, znów się udało, znów mi dniówka wpadła do kieszeni.
Co za tym idzie - mam ich głęboko w nosie. Nie przytakuję, bywam bezkompromisowa i może wg niektórych bezczelna. Mówię, co myślę, dyskutuję i głośno się nie zgadzam.

Z drugiej strony mam świadomość, że do wernisażu mnie nie wywalą, bo nie ma komu się tym zająć.
Pierwszy raz w mojej całej niedługiej karierze siedzę sobie na fotelu, coś tam grzebię - bardziej dla uratowania honoru niż tyłka i wiem, że mogą mi najwyżej zagrać na nosie.

Fajnie mi z tym.
Tylko chujowo, że gdzieś przede mną znów trauma związana ze zmianą pracy.
Ale co tam...byle do emery:)))



Już kiedyś to tutaj wklejałam, ale to są słowa, które każdy z nas powinen mieć nad łóżkiem.
Po co?
Żeby się nie dać zwariować
Żeby zachować godność
Żeby kierować się wewnętrznym głosem
Żeby mieć coś z życia:)
 
1 , 2