..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 28 listopada 2014
Mocne dni za mną.
Znów zrobiłam sobie czterodniowy płodozmian - Chodakowska na przemian z bieganiem.
A oprócz tego bawiłam się w terrorystkę, gadałam o rzeczach niełatwych, dużo pracowałam, złożyłam wniosek o stypendium artystyczne, niewiele piłam, niewiele spałam.

W ten weekend zamierzam to nadrobić.
Jutro cały dzień z dziewczętami z KGMu - będzie kawa u Iki, relaks w gabinecie kosmetycznym i kolacyjka w Chilli.

Potrzebuję odpoczynku tego jak ryba wody!





środa, 26 listopada 2014
A dziś w mojej szufladzie aż pełno od drobiazgów i bibelotów, które obracam w palcach z przyjemnością, bo to takie cacka codzienności. Zwyczajne cuda.

W kalendarzu też gęsto i bardzo różnorodnie.
A ja na wznoszącej fali.
Jest dobrze!




wtorek, 25 listopada 2014
Dzisiaj w firmowej kuchni kawa smakowała tak samo jak wiele miesięcy temu. Zaskakujące de ja vu, a jednocześnie wyzwanie, bo po pół roku napić się tak samo dobrej kawy nie jest łatwo.


***
ANTKOWE GADANIE

Kilka dni temu Antek dostał od Kasi plakat z ptakami z GW. Bardzo mu się spodobał, była podjarka, nakleiliśmy na szafę, i... padło pytanie.
- Mamo? A gdzie tu jest jaskółka?
Patrzę, szukam, nie ma. No nie ma. Bo to plakat z ptakami rzadkimi lub ginącymi.
- Jaaa chceeeee jaskóóóółkę!!!! - wykrzyknął mój syn i tym samym rozpoczął się godzinny dramat w kilku aktach, że on chce jaskółkę, on MUSI mieć jaskółkę, i bez jaskółki na plakacie życie nie ma sensu.
Po godzinie uspokoił się obietnicą, że mu tę jaskółkę wydrukuję jutro w pracy.
Nastało jutro. Jaskółka doklejona, wszystko gra, nagle słyszę:
- Maaaamooooooo! Pola naderwała mi plakat!!!!
I znów afera na 100 fajerków.
Gdy ochłonęliśmy, Antek otarł łzy, westchnął ciężko i rzekł:
- Och Mamo! Ten plakat od pani Kasi przysparza nam tyle problemów!

poniedziałek, 24 listopada 2014
W tym roku zima znów zaskoczyła drogowców. Dopiero dotarłam do domu prosto z trasy z Warszawy. Mój lęk przed jazdą samochodem, szczególnie nocą i w śniegu, nic a nic nie mija. Każda szczęśliwie zakończona podróż to dla mnie szczęście jakbym w prezencie dostała kolejne życie.

Więc żyję. Juhuu!

A w samochodzie poza gorącą dyskusją polityczną, miałam chwilę dla siebie.  Przeczytałam więc listopadowo-grudniowy numer magazynu Coaching.
Tym razem wyjątkowo inspirujący.

Tutaj tylko fragmencik:

"..wszelkie badania na temat szczęścia zieją danymi pokazującymi, że technika checklisty [czyli, jak już dostanę lepszą pracę, będę miała dziecko, wybuduję dom itd] jest nieskuteczna. Związek między tym, co się nam przydarza, a tym, czy jesteśmy szczęśliwi, nie jest aż tak ścisły, jak się nam wydaje. (...) Naukowcy nie zostawili nas jednak bez alternatywy. Prawda, którą odkryli jest prosta - szczęście leży nie w posiadaniu tego, czego chcemy, ale w chceniu tego, co już posiadamy."
COACHING, O dniu szczęśliwym, 6/2014, s. 21.

Banalne?
A jakie trudne!

Ale ja to wiem od dawna - serio, serio:)

Polecam też artykuł "Jak wziąć się w garść". A w nim o tym, że źródłem naszej dyscypliny i aktywności może być samotność lub.. osamotnienie.
To pierwsze inspiruje, to drugie pożera.

I tyle mądrości na dziś,
dobrej nocy!

niedziela, 23 listopada 2014
Kiedy trzepocze serce, dusza odpoczywa.
Dlatego piątek z Chodakowską, sobotnie bieganie i dzisiejsze kijki to był najlepszy prezent, jaki mogłam dać sobie w ten weekend. Serducho się rozruszało, a myśli, jak psy spuszczone z łańcucha 
pogalopowały po niebieskich łąkach, a gdy wróciły były zziajane i spokojne.

Z innych przyjemności weekendu - piątkowe masowanie u Edytki - czad! i dzisiejsza muzyczna uczta, na którą zabrał mnie pan Waglewski.
Jak jak za nim przepadam!







piątek, 21 listopada 2014
A gdybym choć raz rozpięła zamek biegnący od wzgórka łonowego przez pępek, mostek między piersiami aż do dołka pod jabłkiem Adama?

Gdybym tak wzięła w dłonie suwak i pociągnęła go w dół, to co by się stało?

Co by się stało, gdybym się otworzyła i wysypała wszystko, co wiem, czuję, pragnę, co we mnie żyje?

Może większość ludzi, którzy mnie otaczają, uciekłaby w popłochu?

A może wszyscy odetchnęliby z ulgą, bo każdy ma tak samo?

Odpinam czasem zamek do mojego środka, tak odrobinę, aby smuga światła wdarła się do wewnątrz, aby sama się mogła przyjrzeć moim sekretom - rzadkim perłom i groźnym niewypałom.

Ale czasem kusi mnie, żeby rozsunąć zamek do końca.
Wywalić wszystko i zobaczyć co się stanie.
A potem pofrunąć wysoko, spojrzeć na wszystko z dystansu i uśmiechnąć się dobrotliwie na myśl o problemach ludzkości.


czwartek, 20 listopada 2014
- Czemu nie piszesz, Aga?
- Bo nie mam czasu.
- Czemu nie masz czasu na rzeczy najważniejsze?


Najważniejsze.
Jak to ładnie powiedzieć komuś takiemu jak ja, kto ciągle przesiewa, przesiewa, przesiewa, a wciąż dużo tego, co jednak ważne, potrzebne, kuszące?

Moje sito ma za
duże oka.
Gdyby lać wodę - przeleje się wszystka.

Tymczasem we mnie płyną rzeki podziemne, pulsują źródła
, a stan wód przekroczony, a stan wód alarmowy.

Jestem w kolejnym granicznym momencie.
Nie będę nic przesiewać.
Muszę otworzyć szufladę planów, pragnień i powinności i zrobić w niej porządek.


wtorek, 18 listopada 2014
O Pollyannie piszę znacznie mniej niż pisałam o Antku, ale to nie znaczy, że mniej się nią zachwycam, czy mniej przeżywam macierzyńskie uniesienia. Wręcz przeciwnie. Od kilku miesięcy zbieram się, aby napisać o mojej cudnej córeczce, która z każdym dniem bardziej mnie zadziwia, czaruje i rozczula.

To, co mnie w moich dzieciach niebywale fascynuje,  to ich zupełna różność, a każde z nich jednocześnie jest najlepsze na świecie.

Dziś o mojej córci.

Kiedy się urodziła wydawała mi się taka spokojna i krucha, ale 4 kilogramy w 37 tygodniu zwiastowały, że wyrośnie na herszt babę.
I wyrosła. Moja córcia jest hersztem w pełnej krasie. Je wszystko. Już w ósmym miesiącu z apetytem zajadała śledzie, zagryzając je tatarem. Moja córcia wszędzie wlezie, a sprytna jest nie lada. I na drabinkę i na zjeżdżalnie, i na parapet - a przy tym ostrożna i rozważna jest. Jej wyjątkowa koordynacja ładnie łączy się z poczuciem rytmu - gdy tylko słyszy muzykę zamienia się z herszt baby w baletnicę i kręci biodrami. Albo poguje - a co!
Moja córcia uwielbia książki - do dziś nie bawi się za bardzo zabawkami, za to książki wertuje z niebywałą ciekawością. I o wszystko pyta, a jakże! Moja córcia żartuje - uwielbia udawać ducha, albo udawać, że nic ją nie obchodzi, albo udawać, że się obraziła. Moja córcia gada jak najęta.
Jej pierwsze słowo poza mamą i tatą, brzmiało: "doble!" i zawsze chodziło wtedy o jej wrażenia kulinarne. Teraz tych słow jest znacznie więcej, a wiele z nich dotyczy oczywiście żarcia: jajo, ketip (keczup), bubu (buła), soś (sok) czy lolo (lody).
A poza tym wszędzie jej dobrze. Idzie przed siebie pewnym krokiem, wie czego chce, buźkę ma uśmiechniętą i figlarne oczy.
Pytana, czy kocha mamę, tatę lub Antka zawsze marszczy nos i kręci głową: NIEEE!
A potem wybucha gromkim śmiechem.
Jak mawia jej babcia, to typ, który nas sprzeda, kupi i znów sprzeda, a my nawet nie zauważymy.
Tak może być.

Polcia w telefonie:


a tu hurtem "Antek gada"

SMERFY
- Mamo, puścisz mi Smerfy na komputerku?
- Ja używam komputer, więc musisz poczekać.
- Ile?
- Pół godziny.

- Pół godziny?!!! (trzask drzwiami) To ja dziękuję za taką miłość!!!


LATANIE

Antek skacze po kanapie, ja myję w zlewie Polkę.
- Aaantek! Przynieś mi proszę ręcznik!
- Teraz niee mogę!!!
- A czemu?
- Trenuję latanie!

HARCERSTWO

Antek dostał od dziadka kompas, więc bawimy się w wyprawę do lasu. On jest tatą, a ja córką.
- Córeczko! Rozpalmy ognisko!
- A Ty umiesz Tato rozpalać ognisko?
- Pewnie, że umiem! Byłem w harcerstwie. Tam uczyli nas rozbijać namioty i rozpalać ogniska!
- A śpiewaliście piosenki?
-  (z lekceważeniem) Taa, śpiewaliśmy jakieś tam kolędy.


NADZIEJA

W przedszkolu.
- Sam zapniesz zamek czy ci pomóc?
- Sam!
- Daj, bo zaraz rozwalisz
- mówię, bo mi się spieszy.
- Sama się rozwalisz! - krzyczy i mocuje się dalej z zamkiem.
- Antek! Jak ty się do mnie odzywasz!?
- Muszę tak mówić, bo zbyt szybko tracisz nadzieję!

***
Post scriptum
Antek mi potem tłumaczy:
- Musiałem tak powiedzieć, bo ty za szybko tracisz nadzieję.
- Ale że co?
- Pamiętasz jak uczyłem się jeździć na rowerze?
- No pamiętam.
- Mówiłaś: dasz radę, dasz radę, dasz radę. A jak sam zapinam zamek to co? To tak szybko tracisz nadzieję!



niedziela, 16 listopada 2014

Endrju biega z mikrofonem po sztabach wyborczych, a ja siedzę na kanapie z glinką na buźce, popijam piwko i słucham wieczoru wyborczego.
Dziś zafundowałam sobie pierwszy trening z Chodakowską, a wszystko dlatego, że wysiadło mi kolano i od trzech dni nie mogę biegać.  Dla takiego początkującego entuzjasty nagrzanego na bieganie to prawdziwy dramat. Ale spoko z Chodakowską jakoś przetrwamy tę kontuzję.

No dobra, ale dziś nie będzie ani o treningach, ani o wyborach.
Chyba, że o życiowe wybory chodzi.


Ostatnio blog za mną nie nadąża – a ja mam wrażenie, że zbyt dużo się dzieje, abym mogła to zamknąć w słowach i poważnie zastanawiam się nad zmianą formuły pisania, albo po prostu powrotem do źródeł, kiedy blog nie był kroniką mojego życia, lecz bardziej szufladą wrażeń.

 W ogóle powinnam się zredukować, określić priorytety, bo moje życie to takie wieczne miotanie się pomiędzy przyjemnością a powinnością, rozciąganie doby do granic możliwości, upychanie wszystkiego tak szczelnie, aby już nawet na oddech nie było miejsca.  

W efekcie łapię kilka srok za ogon i niczego nie robię tak naprawdę, głęboko, do końca. Nie poświęcam się jednej pasji, nie angażuję się w jedną relację, nie szlifuję jednego fachu.
W rezultacie wokół mnie coraz więcej bliskich, których zaniedbuję. Bo się rozpraszam na wielu, bo ulegam fascynacjom – uwielbiam poznawać ludzi i czerpać tę pierwszą świeżą energię, odkrywać  ich i doświadczać czegoś nowego. Oni dają mi inspiracyjnego kopa, a ja tego baardzo potrzebuję.

Codziennie szamoczę się między potrzebą bycia z dziećmi a pragnieniem oderwania się od nich. Nie mogę się zdecydować, czy książka, gazeta czy kino. Wyspać się czy biegać o świcie. Spotkać się z przyjaciółmi czy zawinąć się w kołdrę, a może skoczyć do moich ulubionych sąsiadów? I czego bym nie robiła, to ciągle mam niedosyt. A życie kusi, rozkłada wachlarz smakołyków i nęci. Tyle by się chciało, a dobra taka krótka.

- Taka już jesteś, nie walcz z tym, zaakceptuj - powiedział mi wczoraj Mareczek, który przyjechał z Poznania, a nie widzieliśmy się 5 lat z okładem.

To samo rzedł mi kiedyś pewien psychoterapeuta, od którego zwiałam po pierwszej wizycie, ale jego słowa zapadły.
- Proszę nie wylewać dziecka z kąpielą. Ma pani nieprzeciętną energię, która potrzebuje zasilania z wielu źródeł.

Więc pewnie nic się nie zmieni i będę tak żyć w wiecznej pogoni, a od czasu do czasu będę robić sobie listę priorytetów, która zacznie żyć własnym życiem i puchnąć, rosnąć, tyć.

Bo moja dusza jest strasznym żarłokiem.

A TO KILKA FOT Z SOBOTNIEGO BAJKOPISANIA W PLAYSCHOOL




 

czwartek, 13 listopada 2014
Bella i Sebastian to piękna baśń, która dotyka wszystkich moich tęsknot. A przede wszystkim tęsknoty za wolnością i przestrzenią. Dwie godziny wędrowałam z cygańskim dzieckiem i psem po pięknych bezkresach Francji, aby był to szlak pełen czystych wzruszeń.
Takich, jakie przynoszą nam proste opowieści z czasów dzieciństwa.

Ocieram łzy i idę spać, a Wam i Waszym nieco starszym dzieciom polecam na listopadowy wieczór.






wtorek, 11 listopada 2014
Postanowiłam, że chorować mogę co najwyżej do soboty, bo w sobotę, żeby się paliło i waliło wstać muszę i poprowadzić warsztaty bajkopisarstwa dla małych dziewczynek, a potem jeszcze wietrzenie szafy i mnóstwo innych atrakcji.

I rzeczywiście długi weekend obfitował i czasu na chorowanie nie starczyło.
Ale wszystkie towarzyskie akcje przebił wczorajszy Bal Niepodległościowy Osiedla nad Jeziorem Długim oraz Przyjaciół, na który trafiliśmy za namową moich ulubionych sąsiadów.

Dwieście osób, kapela, parkiet do tańca i śpiewniki do śpiewania. Były więc i hulanki, i śpiewy. A duch w narodzie i werwa, że hej. Kołysząc się prawy do lewego, śpiewaliśmy "Przybyli ułani", "Wojenko, wojenko" i wiele innych żołnierskich szlagierów. I choć jestem przeciwniczką tekstów, które kreują romantyczny wizerunek wojny, to na ten jeden wieczór dałam się ponieść atmosferze. A atmosfera była!

Pierwszy raz świętowałam w ten sposób Dzień Niepodległości i mam nadzieję, że to początek nowej tradycji.

Tymczasem zmykam, żeby urwać jeszcze choć godzinkę długiego weekendu.
Jest kołderka, wino, nowa książka Zadie Smith "Londyn NW" i Trójka.
Po tak intensywnym weekendzie to szczyt moich marzeń.
czwartek, 06 listopada 2014
Nie nacieszyłam się długo emocjonalnymi wyżynami. Ścięła mnie z nóg choroba i zgasłam natychmiast.

A moja narowista dusza chce galopować, więc ciska się w chorym ciele, i tupie, i  protestuje. Choroba zaś nie odpuszcza, łeb pęka, gardło boli i upiorne osłabienie trzyma mnie w swoich szponach.

Gdzieś bardzo głęboko tli się we mnie ostatnia iskra życia. Ciągle chcę się kochać. Choćby sama ze sobą.

Zabieram do łóżka bestyje z mojej wyobraźni i idę spać.

Do zdrowego jutra!



wtorek, 04 listopada 2014
Jak ja uwielbiam tę wznoszącą falę, kiedy mam energię i ochotę kochać się z całym światem!

Wszystko wydaje mi się takie zmysłowe, nasycone witalnością, przesiąknięte erotyzmem. W takie dni nawet poranna mgła jest jak ponętny woal okrywający nagi brzuch ziemi. 
Jeszcze przed świtem przecinam ulice miasta, które budzi się wraz z moim ciałem - i we mnie tętni, huczy i drży. Zgrzana od biegu albo od fantazji stygnę dopiero nad jeziorem. Jest takie ciche, jeszcze drzemiące. Wystają z niego tylko białe kupry łabędzi, które pod wodą szukają śniadania. 

Zaczynam dzień, a ochota na kochanie nie mija wcale. 


fot. Sylwia Suchecka podczas Arkowych warsztatów na BABA FEST

niedziela, 02 listopada 2014
Trzydniowe weekendy - ja tak chcę zawsze!
A taka trzydniówka zsynchronizowana z początkiem cyklu to już w ogóle odlot.

Zresztą jak się okazało studnia energii była mi potrzebna, bo Endrju najpierw pracował pod cmentarzami, a potem padł chory i wszystko spoczęło na moich barkach.
Mimo to udało mi się zachować niemal idealną równowagę pomiędzy czasem dla dzieciaków, własnymi przyjemnościami, życiem towarzyskim i rodzinnym.

Trzy dni biegania, boskie dłonie kosmetyczki Edytki, popołudnie u rodziców, kawa z Ewcią, piwko z Basieńkami, kilka dobrych chwil z Anulą, a także wizyta u Babci, przydrożny papieros - trochę tego było.

A mi apetyt wciąż dopisuje. Jeszcze bym coś przekąsiła, coś bym polizała.

Na  koniec weekendu - karma dla umysłu. 
W Trójce audycja Nogasia, a ja zaraz otworzę książkę.
Jak  mnie wciągnie, to dam znać.


A to:
 obłęd czy dążenie do perfekcji?
Ale co tam! Kossak w kółko malował konie, a Picasso gołe baby:)