..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 30 listopada 2013

Moja dusza nie zna jutra.
Nie umie wyprzedzać czasu. Od tego jest rozum.
Moja dusza zanurzona jest w teraźniejszości. Gdy jest źle, zawsze będzie źle, gdy jest rozkosznie, rozkosz potrwa wieki.

Teraz moja dusza jest przezroczysta, jakby jej nie było.
Zmęczona jestem  ruchem wahadłowym szpital-dom, Pola-Antek. Moja dusza wymięta jest stresem i troską o dzieci, pognieciona natłokiem spraw doczesnych. 

Czuję taką totalną jałowość, jakby antybiotyk, który łykam, wybił nie tylko wszystkie bakterie, ale również cały apetyt na życie, całą moją namiętność i pasję. Nie mam pragnień, nie czuję głodu.

Zapytałam dziś Endriuszę, czy już zawsze tak będzie.
To pytała moja dusza. Ona nie zna jutra.

Staram się racjonalizować, niby wiem, że to stan przejściowy, że jeszcze kiedyś wzbiję się i pofrunę. I będę pić, śmiać się i tańczyć.

Ale jakoś trudno mi w to wierzyć.
Moja dusza zna tylko dziś.
A moje dziś znużone idzie spać.
Dobranoc.

czwartek, 28 listopada 2013

We wtorek, po kolejnej nocy z gorączką, gruźliczym kaszlem i bólem gardła poszłam do lekarza rodzinnego.
Zajrzał do gardła:
- Gardło masz czyste.
Osłuchał:
- W płucach i oskrzelach czyściutko. Ale co to za blizna między piersiami?
- To nie blizna - odpowiadam -
to zmarszczka. Starość.
- A!
- Uśmiecha się doktor - W takim razie jesteś zdrowa.

:)

wtorek, 26 listopada 2013

Dobra ludzka energia jest jak chmurka, która  osiada na ramionach i po trochu zdejmuje z nich ciężar.  
W ciągu ostatnich kilku dni dostałam mnóstwo ciepłych słów i pomocy od wielu osób. Utkali dla mnie wielką chmurę życzliwości.

W niedzielę Duchu z Anią pełnili pierwszy dyżur przy Antku w szpitalu.
A chwilę później ruszyła lawina deklaracji.

W pierwszym szeregu oczywiście Tymisiowa, która jak wiemy jest kobietą czynu i można do niej walić jak w dym. Na razie nie walę - zostawiam ją sobie na sytuację total kryzysową, bo wiem, że kto jak kto, ale Tymisiowa da radę.
Obok niej Alutka, która pomaga mi nieustannie i tym razem, po prostu zadzwoniła z informacją, że gotuje i może ugotować więcej. 
W południe przywiozła bajeczny makaron z suszonymi pomidorami, słonecznikiem i bazylią oraz wielkie pudło batoników, a wieczorem wpadła jeszcze ze słuszną porcją wege bigosu i kotletami mielonymi. 
Dopieściła mnie tym nieziemsko, bo nie od dziś wiadomo, że przez żołądek do serca. Szczególnie, że od kilku dni nie jadłam nic dobrego, bo sama myśl o gotowaniu tylko dla siebie wydawała mi się tak smutna, że traciłam apetyt.

I tak rozkręciła się pomoc kulinarna: w piątek mam obiecany obiad od Ani, a w sobotę Iwa zapowiedziała się z garem zupy. Czyż nie wspaniale?

Dziękuję też Wszystkim, którzy zostawiają tu ślad po sobie, kilka słów. Choć to wirtualne, to przecież za każdym wpisem, kryje się żywy człowiek, którego znam, albo nie znam, ale to nieważne. Ważne dla mnie jest to, że choć przez krótką chwilę jego dobra myśl płynie w moim kierunku. 

A ja te myśli łapię i dziergam z nich sobie wielką kołdrę życzliwości.

Pomoc ma moc!

Piszę to ja.
Pierwszy dzień bez gorączki.
Czuję się jak bogini.
Dzieci lepiej - dużo lepiej! 

Dziękuję!

niedziela, 24 listopada 2013
Oj wadzi się ze mną życie i żyć mi nie daje.

Antek z zapaleniem płuc wylądował w szpitalu, Pola walczy z ciężkim zapalaniem oskrzeli, ja gorączkuję od piątku i słaniam się na nogach.


Przy Antku jest Endrju, ja czuwam przy Polce.

Dziś pojechałam na kilka godzin do Antolka. Widziałam w jego oczach rozżalenie i złość. Że go zostawiłam. 
Przez całe popołudnie był dla mnie surowy i chłodny. Otrącał moje głaski, odpychał mnie od siebie, a jednocześnie wczepiał się we mnie drobnymi paluszkami, prosząc, abym nie odchodziła.

A ja odeszłam. Odeszłam, szlochając z bezsilności.
I wróciłam do Poli.

Jutro znów pojadę do Antolka.
I będę jak to wahadełko od jednego do drugiego się kołysać.

Droczysz się ze mną życie i żyć mi nie dajesz.

Ale ja żyć będę dalej.
I będę płakać, śpiewać, przeklinać Cię i Tobie dziękować moje drogie Życie.
czwartek, 21 listopada 2013
dziś miałam dobry dzień, wyspałam się, odzyskałam moc
więc czas na odsłonę Bon Jovi.

przy tym zaznaczam, że zdjęcie nie oddaje w pełni koszmaru, ale mina już tak:)

Tadam!



i po poprawkach Justyny, która przywróciła moc:)


Na studiach miałyśmy z Walerką i Honoratką takie słowo klucz.
DYSTANS.
Dystans uwalnia i czyni życie lżejszym.

To obrazek z wczorajszego deszczowego spaceru od fryzjera.
Nie sposób nie zachichotać:)

środa, 20 listopada 2013

Budzę się po 3 nad ranem.
W nocy jest dużo straszniej.
Biegnę myślami do osób, które mogłyby mi przynieść ukojenie,
wskrzeszam umarłych, przywołuję tych, którzy są daleko.
A potem i tak wracam do siebie. Obejmuję się własnymi ramionami.
Kołyszę się, choć wiem, że snu tej nocy nie będzie.

Rana to rana.
Krzywdy zadawane przez słabych, tchórzliwych, chorych czy nieświadomych wcale nie bolą mniej.



wtorek, 19 listopada 2013

Wręczyła mi tobołek pełen smrodu, a to, co zostało, zamiotła pod dywan.
Dziś nie stać jej nawet na szczerość. (Dlaczego to takie trudne?)
Z trzeciej ręki słyszę, że układa sobie stare-nowe życie.

Upieprzona po łokcie nie swoimi brudami, próbuję przepracować kolejną bolesną lekcję. Może to dobra okazja, aby dokończyć fryzjerski sen wariata, ściąć włosy i zacząć wszystko od nowa?

tak bardzo chciałabym zapomnieć i płynąć bez bagażu koślawej miłości



Poszłam do przypadkowej fryzjerki, bo było blisko. Nie chciałam na długo dzieciaków zostawiać, bo wiecznie stęsknione za mną, a dnia tak mało.

Poszłam do przypadkowej fryzjerki, bo tylko podciąć chciałam i nadać lekkości moim grubym długim i pięknym włosom. (Tego nie da się zepsuć, myślałam)

A ona - jak w jakimś pomylonym śnie, upiornej wizji wariata - zaczęła cieniować, strzępić, szarpać, aż wydziabała, wygryzła, wycięła mi niemal wszystko!

Wyglądam teraz jak krzyżówka młodego Axela Rose i czeskiego piłkarza.


W nocy nie mogłam spać. Czułam się jak ofiara gwałtu. Zostałam ograbiona z moich włosów. A te włosy to dla mnie coś więcej niż włosy. One mają moc.

Jutro idę do mojego fryzjera, aby ratować to, co jeszcze uda się uratować. Na feniksa z popiołów nie ma jednak co liczyć.
Ostatni raz z powodu włosów płakałam 10 lat temu.
Dziś moja żałoba jest dużo większa.


Chociaż gdy Endriu powiedział dziś do mnie:
- Wstawaj już Bon Jovi - to śmiałam się przez łzy.


Bo płaczę i śmieję się na przemian.


niedziela, 17 listopada 2013

No to sobie zabalowaliśmy.
Z piątku na sobotę na mieście pił Endrju, a z soboty na niedzielę ja. A co.
Nawet fajeczkę sobie zapaliłam w ramach symbolicznego przejścia na imprezową stronę mocy. Po półtora roku abstynencji - bosko.

Kwestie alkoholowe mamy w naszej rodzinie przepracowane. Czasem gdy odprowadzam Antka do przedszkola, to pokazuje mu meneli na ławce i opowiadam o tym, że jak się dużo pije piwa lub wódki, to wpada się w alkoholizm i wtedy nie chce się nic robić, tylko pić coraz więcej i więcej. Traci się wtedy rodzinę i dom. I sypia się na ławkach.

W sobotę rano Endrju obudził się z potężnym kacem. Jemy śniadanie, Endriusza wygląda fatalnie, ja komentuję:
- No i widzisz, tata wczoraj za dużo wypił piwa i zobacz, jak się teraz źle czuje. 
- Piłeś dużo piwa? - przepytuje go Antek srogo.
- Trochę za dużo - wzdycha Endriu.
- No to pięknie! - Antek łapie się pod boki - Zabiorą nam dom!
:)

My pijemy piwo, a Pola wreszcie zaczęła żłopać mleko z butelki.
Do tej pory nijak nie mogłam jej zachęcić. Wypróbowaliśmy wszystkich dostępnych na rynku mieszanek, moje mleko chętnie, ale tylko z piersi, wreszcie się poddałam i w ramach eksperymentu podałam jej zwykłe mleko z proszku. Bingo. Pije je z ochotą, ale jak na prawdziwą księżniczkę przystało: butelki sama nie trzyma. Od trzymania są inni.



I chyba najważniejszy nius - Pola raczkuje po całym mieszkaniu, a od tygodnia już stoi. Jutro stuknie jej 8 miesięcy.



piątek, 15 listopada 2013

Od kiedy mam dzieci, jestem trochę jak Bóg w trzech osobach.
Matka Świecka Trójedyna.
Niby jestem pojedyncza i odrębna, ale oddając dzieciakom kawałek siebie, żyję w nich i w nich się rozwijam. 

Dzięki temu - mimo krańcowego zmęczenia -  tańcuje we mnie głód, buszuje ciekawość. Oddając dzieciom siebie, czerpię też z nich: podkradam im dziecięcy entuzjazm, zachwyt i świeżość. 

Od kiedy mam dzieci, prowadzę życia równoległe.
Smucę się za troje i za troje chichoczę.


Zaborca nr 2:)


czwartek, 14 listopada 2013

Na ciele mam gęsią skórkę, a sutki twarde jak kamienie.
Nie z rozkoszy bynajmniej, ale z zimna.

W związku z nadciągającym okresem burzy i naporu, włączamy tryb oszczędnościowy:
- grzanie mieszkania (w porywach max 21 stopni - jezuu jak mi zimno!),
- łakocie - w wielkiej szufladzie słodkości, która zwykle się nie domykała, wreszcie  zobaczyliśmy dno i dziś raczyliśmy się biszkoptami z masłem
- cichy i książki - uff! mamy zapasy:)
- filmy - jest internet!
- leki - zamiast leczyć, hartujemy.
- jedzenie - obmyślam menu pt: "7 wariacji z ziemniakiem w roli głównej na każdy dzień tygodnia".

Lubię takie cieńsze okresy, kiedy trzeba poskromić apetyty, a zanim się wyda złotówkę, zastanowić się cztery razy. Lubię. Pod warunkiem, że są przejściowe.
Tak też traktuję i ten. I na razie zamierzam się tym bawić.

środa, 13 listopada 2013
- A kogo najbardziej lubisz w przedszkolu?
- Filipa!
- A dlaczego akurat Filipa?
- Bo jest spokojny, nie wadzi nikomu.



Jak przystało na syna pisarki, Antek gada literaturą, a ja pękam z dumy!

Kojarzycie, skąd to?:)
wtorek, 12 listopada 2013

Jeszcze wczoraj leżąc w łóżku, myślałam sobie, że życie jest jednak ekscytujące. Zdarzają się rzeczy, o których nawet nie śniłam.
Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, w jakim dziś będę miejscu - nie uwierzyłabym. I tak co roku. Bo każdy rok to jakaś rewolucja - zawodowa, emocjonalna, domowa lub duchowa. Jakaś.

Ta jesień przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Była już rodzinna rewolucja październikowa, a dziś gorący news - szykuje się zawodowe powstanie listopadowe.

Łatwo nie będzie.

A im jest trudniej, tym bardziej, gdzieś pod skórą, pulsuje mi perwersyjna frajda. Jest ryzyko, jest zabawa.
Mamy kolejne kłody do przeskoczenia. Boję się jak diabli, a jednocześnie czuję pod stopami przyjemne łaskotanie. Trzeba skakać, potykać się, wstawać i skakać dalej.  

A póki mam zdrowie - mamy wszystko.
O!:)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Relacja z zakupów:

- Przy kasie, najpierw sięgnąłem po maxi pleasure, ale pod oczami stanęły mi nasze dzieciaczki i jednak chwyciłem extra safe.

Ale to i tak musztarda po obiedzie, bo dwójka dzieci to dużo dzieci.

Dziś miałam taką fantazję, że świat byłby dużo dużo lepszy, gdyby można swoim dzieciom wcisnąć czasem magiczny wyłącznik. Nie oddawać do babci, nie zatrudniać opiekunek, tylko pilot, "off", i na pół dnia do szafy. Albo na całą długą noc. A czasem i na tydzień. Mmm, bosko.

Piszę te słowa po trzech dniach spędzonych z dziećmi, ale przede wszystkim po tuzinach zawalonych nocy. Sen staje się dla mnie niemalże erotyczną obsesją. Zakazaną rozpustą, która może się zdarzyć chyba tylko poza domem.

Poza nocnymi rozpustami, marzą mi się też rozkosze dzienne: na przykład przez dwie godziny czytać książkę albo siąść do pisania, nie patrząc na zegarek albo w ogóle spędzić dzień nie zważając na pory: drzemek, karmienia, spacerów i innych strategicznych punktów rodzinnej logistyki.
To mi się marzy.

Dziś jest Święto Niepodległości.
A ja pod zaborami.
Ukradkiem czytam "Biegnącą z wilkami" (obowiązkowa!), w aucie robię szybką powtórkę z portugalskiego (jutro sprawdzian), pośpiesznie przeglądam "Wysokie Obcasy" i tyle z tej mojej wolności.
Ale może kiedyś nadejdzie ten dzień.
Mój własny dzień niepodległości. 

A oto jeden z moich zaborców:)

czwartek, 07 listopada 2013

od kiedy mniej karmię piersią i wróciłam do cyklu, czuję, jak moje ciało budzi się z długiego drzemania. I znów w nim dźwięczy, i znów w nim gra. Mam śmielsze fantazje i bardziej głodne sny. Libido rozpędza się we mnie -  truchtało, a już cwałuje i może przeszłoby w galop, gdyby nie zmęczenie. Bo sypiam po 5-6 godzin na dobę z przerwami na smoka, karmienie, głaskanie, więc zdarzają się takie dni jak dziś, kiedy padam na twarz.
Lecz mimo wyczerpania, w brzuchu czuję moc - ona łaskocze i stymuluje.
Libido to potężna energia, która mnie niesie, inspiruje i pcha.
To witalność, apetyt na jutro.
Ja mam.

A to zdjęcie, które lubię. Jest piękne
Gdy libido chrapie, seksualność nawet nie przymyka oka:)


środa, 06 listopada 2013

W tym całym rodzinnym smutnym zamieszaniu dostałam niespodziewany  prezent: Mama mnie usłyszała. Tak naprawdę.
Może pierwszy raz w życiu?

Każdy koniec to zawsze początek czegoś nowego.
Uwielbiam początki, więc czuję ekscytację w jej imieniu, bo tempo zaczynania jest naprawdę imponujące. Dziś zawiozłam Mamę na spotkanie koła brydżowego - nowi ludzie, nowa sytuacja. Mama stremowana jak mała dziewczynka chciała brać nogi za pas. A ja - perfidna - porzuciłam ją w paszczy lwa.

Zadzwoniła trzy godziny później.
Już dawno nie słyszałam w jej głosie takiej podjarki.

To był dobry dzień.
 I tu zacytują książeczkę, którą czytam Antkowi:

"Kiedy na niebie pokazała się gwiazdka, która wieczorem oświetla dzieciom drogę do łóżeczek, mały Cieszko pomyślał sobie: Tośmy się dziś znowu nacieszyli światem. I zaczął sobie to wszystko przypominać. A potem uśmiechał się przez sen."
Ucieczki Cieszka, Zdenek Sverak.

Lecę pouśmiechać się przez sen. Dobrej nocy!

wtorek, 05 listopada 2013

Dobre wieści z głębi: dziś powiedziałam głośno rzeczy, o których do tej pory tylko głośno myślałam. To jakby zrzucić z pleców kamień. Jeden z wielu, ale zawsze o jeden lżej.

A na wierzchu żadnych fajerwerków. Krążę jak wahadłowiec między alcatraz a domem, komputerem a dziećmi, nianią a przedszkolem. Gdzieś pomiędzy redaguję powieść, którą napisałam ponad rok temu i wreszcie nabrałam dystansu, aby wziąć się za rzetelną obróbkę. Coś podczytuję, coś podjadam, tu zagadam, tam zagadam, grzebię w mojej głowie, przewracam, obracam i na nowo układam. 

Listopadowe remanenty - rodzinnie,  twórcze, duchowe.

poniedziałek, 04 listopada 2013
Jemy ryż. Endrju trzyma moje pałeczki do ryżu. 
Antek: Tato, a dlaczego zabrałeś mamie cymbałki?
niedziela, 03 listopada 2013

Weekend tak intensywny, że nie było czasu na zaduszkową zadumę.
Świeczki zapaliłam i Dziadkowi, i Cioci Hance, ale żywi tak mnie zagarnęli, że umarli nie mieli szans.

Zagarnęły mnie Dzieciaki moje słodkie. Pola z każdym tygodniem bardziej mnie roztkliwia, buźkę ma jak rumiane jabłuszko, a kiedy widzę dwa zęby w uśmiechu, zmarszczony nosek i wesołe oczka - jestem znokautowana. Antek z kolei ciągle gada - co mnie bawi, wkurza, rozczula i niecierpliwi na przemian.  
Zagarnął mnie Endrju - mieliśmy kilka chwil dla siebie i dwa wieczory z Homeland.
A ja zagarnęłam Mamę, bo Mama trochę jak rozbitek, który wylądował na egzotycznej wyspie po wieloletnim rejsie. Ona niepewna, a ja się cieszę, bo przed nią nowe lądy.

W międzyczasie wylądowaliśmy na fajnym hamburgerowym spotkaniu z Tymi , Tomkiem, Iką i Adamem. Dzieciaki ganiały, a my jedliśmy i gadaliśmy. Wątki się rwały,  dowcipy i cięte riposty fruwały nad głowami, i nic spektakularnego się nie wydarzyło - a było bardzo przyjemnie, bo wszystkiemu towarzyszył przytulny chaos.

Dziś szybki wypad do księgarni, gdzie wreszcie kupiłam swój własny egzemplarz "Biegnącej z wilkami".

Więc biegnę poczytać przed snem.

***
Południe. Odwieźliśmy Antka do babci, wróciliśmy do chaty, czekamy, aż Pola zaśnie, żeby mieć chwilę dla siebie. Endrju siada z gazetką w fotelu, ja zajmuję się Polą(sic!)

ja: Słuchaj, to robimy siedem na siedem.
Endrju: Czyli co?
ja: Siedem minut ja się  z nią bawię, ty czytasz, a następne siedem minut ty się bawisz, a ja czytam.
Endrju: (z szelmowskim uśmiechem). Dobra, a jak zaśnie, to zrobimy sześć na dziewięć.