..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 30 listopada 2012
Fruwak: I co? Dziewczynka czy chłopiec?
ja: Dziewczynka!
Fruwak: Druga Kacprzyk? Czy świat jest na to gotowy?!?
środa, 28 listopada 2012
W przeciągu trzech ostatnich lat zrobiłam wielkie postępy.
W tej relacji uczę się nic nie chcieć, nie oczekiwać, doceniać to, co dobre, a co złe - odkładać na bok. Być wdzięczną dlatego i pomimo.
Ale jeszcze czasem, ten człowiek potrafi mnie dotknąć i zatruć mi serce.
Na szczęście tylko na chwilę, bo umiem już zamykać drzwi.
Bez poczucia winy, bez lęku przed odrzuceniem.

Od kiedy urodził się Antek - znajduję w sobie więcej łagodności, ale i siły. Prawdziwy koktajl mocy.
Może dlatego, że mam komu dać wszystko, co we mnie najlepsze, a to do mnie wraca - podwójnie, potrójnie. I pewnie dzięki temu nie potrzebuję już tak bardzo tej pierwszej najważniejszej miłości i akceptacji, za którą tęskniłam całe życie i całe życie było mi jej mało.

 ***




wtorek, 27 listopada 2012
Niektórzy już wiedzą, że Antka przygoda z przedszkolem zakończyła się wielkim fiaskiem. Trzykrotne zapalenie oskrzeli, antybiotyki, inhalacje i rozmowa z pediatrą przekonały nas, że jeszcze za wcześnie. Zamiast go uodpornić, zrujnujemy mu zdrowie. I tak już każdy dzień zaczynamy i kończymy wdechem z tuby i inhalacją z maseczki.

Dlatego Antek po 2 miesiącach chorowania skończył karierę w przedszkolu, które uwielbiał. Gdy poszłam po jego rzeczy, gdy wynosiłam z przedszkola pościel, worek i czerwone kaloszki, nie mogłam powstrzymać łez. Tak się cieszył, że jest już przedszkolakiem... i dupa.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Znalazłam czarodziejski dom nad jeziorem, a w nim trzyletnią dziewczynkę - Inkę i jej mamę (tę, która nosi na szyi lunulę). Teraz Antek chadza do magicznego domu - jest zdrowy i szczęśliwy. A ja jestem spokojna.

A to kilka zdjęć.







***
Antek śpi ze swoimi licznymi przytulankami, które nazywa swoimi przyjaciółmi. Zasypia na samym brzegu tapczanu.
- Antek, posuń się trochę, bo spadniesz - zwracam mu uwagę.
- Nie mam miejsca! Sama widzisz, ilu mam przyjaciół!

***
Zasypiając, krzyczy ze swojego pokoju:
- Mamoooo, zrób mi sok, bo zmarzłem z głodu!

***
A to hit dzisiejszego dnia.
Antek bardzo chciał iść na lody. Lody okazały się baaaardzo duże, a ich jedzenie nużące:))
http://www.youtube.com/watch?v=UWZ6G7nv02Y



poniedziałek, 26 listopada 2012
Lubicie się przyglądać sobie?
Ja uwielbiam. Niekoniecznie w lustrze, choć też. Lubię wychwytywać własne zachwyty, złości, frustracje, lubię przyglądać się własnym słabościom, zaglądać w oczy potworom i bestyjkom. Ujarzmiać je i oswajać.

Ostatnio przyglądam się swojej asertywności. A raczej jej brakowi.
O ile znajduję ją w relacjach z najbliższymi (wypracowaną po latach), o tyle na gruncie zawodowym pustynia. Zresztą mam wrażenie, że jest to problem wielu kobiet. Bo my nie umiemy odmawiać, nam się zawsze wydaje, że damy radę, że musimy podołać, bo jak nie my, to kto? A kiedy już wymiękamy, wówczas się frustrujemy i złościmy. Ale wtedy już za późno na lekkie łagodne, lecz stanowcze NIE.

Moje NIE zawodowe zawsze jest najpierw podszyte złością, a potem poczuciem winy.
Asertywności dopiero się uczę. 

Przyglądam się mojej kruchości.
Bywa mi coraz ciężej - głównie fizycznie. Nie jestem już taka supersprawna, superenergiczna, bywam zmęczona i wtedy - jak rzadko - potrzebuję dotulenia, dokochania. Jestem krucha jak porcelanowa dziewczynka, miękka i ciepła jak brzuch kocicy.

Przyglądam się swoim macierzyńskim wzruszeniom, łapczywości, z jaką zagarniam i tulę Antka, nieposkromionym apetytom sama nie wiem na co, przyglądam się temu, co mnie fascynuje i porusza.

Lubię się przyglądać, bo z każdym przyglądaniem wiem o sobie coraz więcej.
I jestem sobie bliższa.
***

A to bestyjka na dziś. Oswojona:)
Beijinhos!




niedziela, 25 listopada 2012
Nie da rady napisać o wszystkim.
W bezlitosnej selekcji tego weekendu, wygrała niedziela.
Żeby było bardziej przewrotnie, zacznę od końca.

Obejrzałam Bestie z Południowych Krain. Dla mnie to film o mocy, o przemijaniu, o tym, że jesteśmy niczym i wszystkim jednocześnie. Pyłkiem i jądrem wszechświata zarazem.
- Wszyscy tracą to, z czego powstają. Dzielni ludzie się temu przyglądają. - mówi sześcioletnia Hushpuppy, czuwając przy umierającym ojcu.

Piękna opowieść o dorastaniu do rzeczy ostatecznych, o buncie wobec jakiegokolwiek "trzeba", poza jednym najważniejszym: trzeba żyć.

To film, który dociera we mnie do tego, co najgłębiej, wywraca na wierzch wszystko, co na dnie. Nie ronię na nim jednej dyskretnej łzy, ale dławię szloch, a potem opuszczam kino chyłkiem, chowając zapuchnięte powieki pod ogromnym kapturem. 

Ale zanim poszłam na Bestie, był jeszcze dzień i pyszny poranek w babskim gronie. Prezeska KGM-u oraz Playschool - Pracowni na Piętrze, czyli Tymisiowa, czyli Marta Niedźwiedź, bo nie ma co tu dłużej ukrywać tożsamości:)  zorganizowała dziś jesienne wietrzenie szafy.
Spotkałyśmy się na Dąbrowszczaków cztery przy porannej kawie w gronie nowym, ciekawym i (sic!) inspirującym. Spędziłyśmy tam dwie
urocze godziny, z których poza fajnym gadaniem wyniosłam dwa ciuchy i czapkę autorstwa Agaty B.

Był jeszcze wieczór i przelotne Kulturkowe spotkanie oraz wernisaż w Galerii na Piętrze. Zamieniłam kilka słów z Ulą i Adrianem i dezerterując z after party, popędziłam w domowe pielesze.

A teraz jest noc i idę spać.
Dobrych snów Kochani!


Agata, Marta i Lidka oraz mały Zachariasz



Pani Prezes


Antek zajada ciacha

w obiektywie Marty

Marta, Lidka, Monika, Ola i Iwa Ż


W czapce Agaty Boreckiej



W obiektywie Antka


"Mamoo! Nie wypuszczę Cię!"
A ja po drugiej stronie drzwi:)
czwartek, 22 listopada 2012
Dźwięki.
Kiedy byłam dzieckiem, dźwięki chroniły mnie i miękko otulały, bo noc była porą lęku: zawsze bałam się, że ktoś mnie ukradnie. Tymczasem dźwięki koiły mój strach, uspokajały, dawały złudzenie, że mimo ciemnej nocy wokół mnie
toczy się życie.

Dźwięki, które pamiętam jeszcze z domu babci:
autobusy zatrzymujące się na przystanku tuż pod oknem, przy ulicy Gagarina i... bulgoczące wino. W każdym pokoju stał balon wina, które pracowało, wypuszczając w powietrze bąbelki. Lubiłam tamto mieszkanie, bo gdy zasypiałam rodzice byli blisko, za ścianą.

Potem przeprowadziliśmy się do domu. I już nie było tak fajnie. Rodzice siedzieli na dole, a my z Krisem zasypialiśmy na górze, każde w swoim pokoju. Żeby zagłuszyć ciszę, uderzałam głową w poduszkę lub kołysałam się, śpiewając piosenki z przedszkola. Zasypiałam ze zmęczenia w połowie refrenu. Lubiłam wieczory, kiedy mama krzątała się u góry: robiła pranie, prasowała i sprzątała. Pamiętam ciepły dźwięk farelki i widok rozżarzonych grzałek. Szum wody w łazience obok.

Jako nastolatka zasypiałam już z radiem przy uchu. Słuchałam tylko radia Olsztyn, bo to dawało mi poczucie, że głosy dziennikarzy są naprawdę blisko - byli tylko kilka, kilkanaście ulic ode mnie.

Dudniące pociągi, deszcz uderzający w brezent namiotu, gitara, skrzypienie sosen na wietrze albo brzęczenie want i woda rozbijająca się o burtę łódki to z kolei nocne dźwięki wakacji.

A dziś?
Dziś lubię zasypiać, gdy Endrju jeszcze czyta. Lubię szelest przewracanych kartek.
Lubię słyszeć pociągi.
Lubię cicho grające radio i mruczącego kota.
Lubię szum piecyka gazowego.
Lubię oddech Antka.

Idę spać:)

***

Mój boski braciszek Kris zdał dziś egzamin na rzeczoznawcę. Tłumaczę Antkowi, czym Kris zajmuje się zawodowo , a przy okazji mówię mu, co robię ja.
- A ja jestem pisarką.
- Nie tylko pisarką - dopowiada Antek - jesteś też czytarką i komputarką!

***
- A w twojej pracy dużo jest pisarków? - pyta po chwili.
- Nie, w mojej pracy jestem jedyną pisarką - odpowiadam z dumą.
- W twojej pracy ty jesteś pisarką
- upewnia się Antek - a inni pracują? 
środa, 21 listopada 2012
Tylu ciepłych słów się nie spodziewałam! Dziękuję Wam za wszystkie życzliwe ślady pozostawione w komentarzach.

Nawet nie wiecie, jakie to miłe!
Baaardzo:)

Lecę spać, jutro rano napiszę o moich ulubionych dźwiękach do zasypiania. Bo jest ich trochę, nie tylko stukot przejeżdżających nieopodal pociągów.

A Wasze dźwięk, przy których lubicie usypiać? Na pewno macie takie.
wtorek, 20 listopada 2012

Nie przypuszczałam, że aż tak się wzruszę. Zaskoczona popłakałam się z radości. Zaś doktorka i jej asystentka cieszyły się razem ze mną.

A zatem chwilowo mam dwie cipki i dwie łechtaczki, aż do momentu, gdy Pola Anna zechce opuścić mój brzuch i wyjrzeć na świat.



- Mamoooo, gdzie jest mój wóz strazacki z zieloną drabiną????
- Bawiłeś się nim wczoraj. Zastanów się, gdzie go położyłeś.
- To ja się będę zastanawiał, a Ty szukaj, do licha!

poniedziałek, 19 listopada 2012
Ostatnio przez przypadek wpadła mi w ręce edukacyjna książeczka dla dzieci wydana przez Czarną Owcę "Wielka księga cipek". Znałam ją od dawna, ale dopiero teraz przeczytałam od deski do deski. Pozycja rewelacyjna i obowiązkowa, ale dziś nie o tym.

W owej książce jest krótki  fragment o body sushi, czyli serwowaniu sushi na ciele kobiety. Jak piszą autorzy - mężczyzna, aby zamanifestować dominację lub upokorzyć kobietę, drażnił jej waginę pałeczkami.  Na szczęście ta kilkutysięczna tradycja japońska została zniesiona w latach 80. XX wieku.
I co?
I przywędrowała między innymi do Polski.
W branży eventowej, czyli w tym, co robię na co dzień - body sushi na imprezie to jedna z wielu atrakcji "do wynajęcia". Jak się okazuje również część knajp z japońskim jedzeniem oferuje takie usługi.
A dla mnie nie ma chyba bardziej upokarzającej formy prostytucji niż body sushi właśnie.
O ile jestem jeszcze w stanie wyobrazić sobie seks z mężczyzną za pieniądze, o tyle bycie korytem dla kilku facetów na raz, którzy dziobią mnie pałeczkami - wydaje mi się szczytem ubezwłasnowolnienia.

Co jest najgorsze?
Chyba to, że niewielu mężczyzn podziela mój pogląd.
Jakiś czas temu podniosłam alarm w firmie i wówczas większość facetów popukała się w czoło. Wiadomo - feministka, histeryzuje.
A ja po prostu jestem bardzo czuła na wszelkie nawet najmniejsze przejawy przemocy i dominacji. A body sushi to nic innego jak zbiorowy publiczny gwałt.
W Japonii już niepraktykowany, ale w Polsce owszem.
W kraju, gdzie prostytucja jest surowo wzbroniona.  



niedziela, 18 listopada 2012
Abstynencja ma pewne zalety. Więcej się dostrzega. Trudniej zadowolić się czymś płytkim i miałkim.
Napić się można niemal z każdym , ale spędzić wieczór na trzeźwo - tylko z nielicznymi. Bo alkohol zwiększa tolerancję - na ludzi przy stole, na rozmowy o niczym; alkohol odpręża, cudnie szumi w głowie, ale i stępia wrażliwość.
Abstynencja to otwarte oczy.

Ten weekend był doskonały - zaspokoił niemal wszystkie moje potrzeby - głód umysłu, serca i duszy.

Cieszę się z piątkowego spotkania literackiego  ze Szczuką i Gretkowską - niby nic, a inspiruje, baardzo! Fantastyczny był koncert Voo Voo w Andergrancie. Rzadko kiedy zachwycam się mężczyznami, ale Wojciech Waglewski wyglądał bosko. To jeden z piękniejszych mężczyzn, jakich znam. Ma w sobie klasę, naturalność, pasję i skromność. Jest delikatny i mocny zarazem. I ma fajnych synów:)

Wczoraj krótkie, ale ważne dla mnie spotkanie z Ramsikiem, dziś same leniwe przyjemności - począwszy od śniadania, a skończywszy na wieczornym filmie pod kołderką ("Na ratunek wielorybom").

Za chwilę książka na dobranoc, zamknę oczy i będzie poniedziałek.
Tygodnie lecą jak zwariowane. Byle do kolejnego piątku.

Dobrej nocy!
czwartek, 15 listopada 2012
Co porabiacie?
Bo ja właśnie przebimbałam totalnie wieczór na... szukaniu prezentów świątecznych.
Strasznie to lubię. Włóczenie się po internetowych sklepach, zwłaszcza tych mniej oczywistych, to całkiem niezła frajda, można wrzucać do koszyka, wyjmować, zaglądać tu, to tam, docierać do zaułków ogromnej fantazji.
Dzisiejsza włóczęga zakończyła się wyborem prezentu dla Antka - kieszeń mnie trochę boli, ale serce się cieszy:
http://trzymyszy.pl/zabawki/tekturowa-straz-pozarna


A jutro weekend! Zaczynam koncertem Voo Voo.
Divirtam-se!



środa, 14 listopada 2012
Późny wieczór. Leżę już w łóżku.
- Śpisz? - pyta Endrju.
- Nie! Czekam na ciebie, szybko!
- Czy Ty nawet czekać musisz szybko?


***
Rozmawiamy przed zaśnięciem:
- Wiesz Kochanie - zaczynam - mam świadomość, jak bardzo cenisz sobie komfort życia, czas na relaks i dlatego bardzo doceniam, że się tak starasz, tak dużo dla nas robisz, i sprzątasz, i pierzesz, i robisz zakupy, i ogarniasz Antka, i w ogóle muszę powiedzieć, że jesteś takim bohaterem codzienności.

- Bohater codzienności, marzenie każdego faceta - odzywa się Endrju z przekąsem.

- A mówię to wszystko po to, że  już niedługo ta codzienność dopadnie nas jeszcze bardziej i będziemy po pachy uwalani w prozie życia. Więc liczę, że dalej będziesz  tak świetnie
sobie radził i życzę Ci dalszych sukcesów w zmaganiach z szarą rzeczywistością - kończę, chichocząc w duchu.

- No tak
- wzdycha Endrju - ja jestem herosem zwyczajności, podczas gdy Ty fruniesz nad tą przyziemną prozą niczym radosny motylek. A my z Antolem utytłani w codzienności po kolana, wznosimy oczy ku niebu i patrzymy na ciebie z rozdziawionymi gębami, jak unosisz się wysoko i mkniesz wdzięcznie po obłoczkach. Więc i ja Tobie życzę, abyś nadchodzące trudy życia przeskoczyła jednym, pełnym gracji susem. Poetycko, lekko i z uśmiechem - Kończy Endrju, a jego trzewia rechoczą ze mnie, że hej.

wtorek, 13 listopada 2012
taka jestem dziś zmęczona
ledwo dowlekłam się do domu
i opadłam z sił
Dziś jestem niczym więcej niż
stertą kości, górą mięsa i litrami wody
( nawet czuję, że mój szkielet szykuje się do porodu i dokucza boleśnie - serio!)

ale moje serce...
moje serce to czysta poezja
a nad moją głową fruwają niebieskie jaskółki

jestem słaba i cichutko szczęśliwa
i taka kładę się spać,
zasnę wtulona w stukot pociągów odjeżdżających ze stacji Olsztyn Zachodni
uwielbiam ten dźwięk
dźwięk dzieciństwa, wakacji, przygody
 

dobrej nocy Kochani!


poniedziałek, 12 listopada 2012
- ty jesteś najpiękniejszą mamusią na całym śłiecie! - tymi słowami pożegnał się ze mną mój niespełna trzylatek, zasypiając w swoim łóżeczku.

Po takim wyznaniu aż nogi się uginają, a komplementy wszystkich innych mężczyzn tego świata bledną:)

A tu ja w obiektywie Antka:



Zaś moje drugie dziecko, które fika koziołki w brzuchu, nagradza mnie jeszcze przed swymi narodzinami. Z każdym jego kopniakiem, tak wzruszającym i radosnym, uświadamiam sobie, że to jemu właśnie zawdzięczam kilka miesięcy nieustającej euforii, spokój ducha, jakąś cudowną jasność, która mnie wypełnia od środka.
Jeszcze nie przyszło na świat, a już uwodzi.
Ciekawe, co będzie dalej?:)
niedziela, 11 listopada 2012
Istne błędne koło. Najpierw czekam na weekend i mam mnóstwo planów, tyle chciałabym zrobić i za każdym razem naiwnie wierzę, że się uda. Gdzieś między sobotą a niedzielą dopada  mnie znużenie pomieszane z frustracją, że już zaraz koniec weekendu, a ja mam jeszcze apetyt na więcej. Najlepsza jest niedziela popołudniu, bo wtedy uświadamiam sobie, że wśród rzeczy, które robiłam, tylko kilka sprawiło mi prawdziwą przyjemność, a było też sporo działań jałowych i bezsensowych.
Zaczynam oddzielać ziarno od plew i po raz kolejny czuję, że muszę bardziej ufać sobie -  temu, na co naprawdę mam ochotę. Bo wciąż żyję nawykami, starym rozpędem, a ja teraz potrzebuję czegoś zupełnie innego. Najbardziej mam ochotę być ze sobą, wtedy czuję się błogo i sprawia mi to ogromną frajdę, a jeśli już iść mam do ludzi, to tylko po to, co mocne i szczere. Nie chce mi się pływać po powierzchni, brodzić po płyciznach, bawić się w konwenanse i nudne pitu-pitu. Od ludzi potrzebuję dwóch rzeczy: albo solidnej relacji albo inspiracji. Inne kontakty powoli (może chwilowo?) przestają mnie interesować.

No dobra, ale miało być o weekendzie. Na pewno się kończy. Na pewno był za krótki. Na pewno dał mi kilka fajnych chwil. Oto i one:


Mężczyźni mojego życia: Endrju, Kris i Antek jak sardynki na tylnym siedzeniu almery. Drzwi domknęły się cudem, a ja mało nie popłakałam się ze śmiechu.


Niedzielne szwędanie się  Antkiem i Endriuszą - najpierw planetarium, a potem szarlotka w ZEN. Antek ma taką huśtawkę nastrojów, że po powrocie do chaty, najchętniej bym go zabiła. Albo uciekła z domu z Miedzianym Jeźdzcem pod pachą:))



domino w ZEN - niezła frajda dla trzylatka


koniec wystawy w Koszarach Dragonów. My w tym miejscu po raz pierwszy, a miejsce genialne i z potencjałem. Ja trzymam kciuki, żeby prędko nie umarło.






moja perełka tej wystawy - - autorką jest Jolanta Niedziela, siostra mojego pozytywkowego kumpla

a tu zdjęcie nocne - po sobotnim wyjściu na kolację z dziewczętami.
Poszłyśmy do Pepperoni, które  - zdaje się - zmieniło właściciela. Karta dań wprawdzie została bez zmian, ale nic więcej. 
Stare menu - nowy niesmak!
Oto hasło, jakie ukułyśmy po tej rozczarowującej kolacji, ale przynajmniej miałyśmy niezły ubaw i już wiemy, że wracać tam nie warto.
Potem przewłóczyłyśmy się miastem, osiadając w Browarii, ale ja - jak na Kopciuszka przystało - około północy byłam już w domu.
Zakopałam się w łóżku i pogalopowałam w noc ciemną na Jeźdźcu. Tego mi było trzeba!:)



czwartek, 08 listopada 2012
Melduję, że żyję.
Galopuję na Jeźdźcu.
Odezwę się w przerwie.
Może jutro?

***
Najgorszy news tej jesieni.
Z końcem tego roku zamyka się moja ukochana "Pozytywka". Olsztyniakom nie trzeba tłumaczyć przyczyn.

ja: Słyszałeś?! Zamykają Pozytywkę! Już nawet nie zdążę się w niej nawalić!
Endrju: (z przejęciem) Pogadaj z doktorkiem, może na ten jeden raz da się  zrobić wyjątek!
:))

***
"POCIESZENIE"
Połowa ciąży, blisko 5 kilogramów więcej.
- No i gdzie te kilogramy?!  - rozpaczam.
Endrju zasypiając, dotyka mnie i zadowolony mruczy pocieszająco:
- Nie przejmuj się, jak na mój gust, to przynajmniej pół kilo przypada na każdą pierś.
środa, 07 listopada 2012
Dawno, dawno temu dostałam od Babci trzytomową książkę Pauliny Simons zaczynającą się "Miedzianym jeźdźcem". Odłożyłam ją, bo to nie był wtedy czas na takie powieści. W międzyczasie kilka kobiet wokół mnie raz-dwa pożarło trzy opasłe tomiska. Moja Mama, bratowa, koleżanka w pracy, żona kolegi i tak dalej, i tak dalej.
Wreszcie i ja dojrzałam do momentu, aby dać się ponieść fabule i zarwać noc.
(Bo one zarwały!)
Więc czytam. I rzeczywiście trudno się oderwać.
Wracam zatem do książki, a Wam zostawiam kolorowy obrazek na ponurą jesień:)


wtorek, 06 listopada 2012
Jak słowo daję - sama już jestem sobą znudzona. Bo ile można cieszyć się z samego faktu istnienia? To już nudne. Przecież nie będę pisać, że cudnie spaceruje się z pracy w deszczu, z takich czy innych powodów. Bez powodu też cudnie.
Nie. Koniec. Dość tej euforii i nieuzasadnionej afirmacji życia.

Dziś napiszę o tym, czego się boję. Bo kilku rzeczy się boję, albo obawiam, albo przynajmniej nie mogę sobie wyobrazić.

Na przykład nie mogę uwierzyć, że jestem zdolna pokochać kogoś tak bardzo jak Antka. I kiedy myślę o moim nienarodzonym jeszcze dziecku, nie mam pojęcia, czy będę mogła obdarzyć go równie ogromnym uczuciem. Gdy pytam o to rodziców dwójki lub trójki dzieci - wszyscy zapewniają z uśmiechem, że akurat tę miłość można podzielić. Zaś dla mnie to abstrakcja. A może oni po prostu nie chcą się przyznać do tego, że kochają tylko jedno dziecko? :) I obiecałam sobie, że ja się przyznam. Jeśli moja miłość okaże się niepodzielna, powiem Wam o tym, a potem skasuję bloga:)

Czego się jeszcze boję?
Cierpienia. Ale nie własnego. Boję się, że nie zdołam (a to akurat jest pewne) w pełni uchronić moje dzieci przed złem, krzywdą, cierpieniem. Wczoraj obejrzałam "Salę samobójców" - mocny obrazek-przestroga dla rodziców. Okazuje się, że bycie rodzicem kilkulatka to bułka z masłem w porównaniu z tym, co nas czeka później. Wierzę jednak, że od nas bardzo wiele zależy.

To tyle poważnych tematów na dziś.
Teraz czas na lżejszą część programu.
Oto fragment mojego futerka i wyznanie Endriuszy:)



Endrju wraca z pierwszego w tym roku szkolnym  treningu aikido.

- No i mamy dwie dziewczyny w grupie.
- Młode? Stare?
- Nie wiem. Jak zdejmuję okulary, to nie widzę.
- A ładne?
- Coś ty, brzydkie!
- Jak zawsze wybierasz dyplomatyczną odpowiedź -
mówię podejrzliwie i z wyrzutem.
- No naprawdę.  Obie są jakieś takie rozmyte i niewyraźne.


poniedziałek, 05 listopada 2012
otulam Ciebie i siebie otulam
- własnymi ramionami, i ciepłą kołdrą, i światem całym otulam się jak jesiennym szalem. Przytulnie mi dziś.

Dobrej nocy!


rys. Jackie Winter



niedziela, 04 listopada 2012
Co za krótki długi weekend! Ja chcę jeszcze raz!
Nie zdążyłam przeczytać Wysokich Obcasów, nie dokończyłam "Poniedziałkowych dzieci", nie napisałam ani słowa, nie nacieszyłam się własnym dzieckiem, nie byłam w kinie i nie zrobiłam tysiąca innych rzeczy, na które mam ochotę. Ale za to...

...byłam na fajnym sobotnim śniadaniu z Tymisową (której oczy znów błyszczą, proszę Państwa, nareszcie!) i na fajnym sobotnim obiedzie u Tymisiowej (obiad z balastem, czyli dzieci, mężowie i konkubenci)

...wymieniłam opony i telefon.
ja: Wymieniamy telefony co dwa lata, a mnie się wydaje, że to co chwila.
Tata: Bo teraz czas odmierza się wymianami telefonów. Jeszcze cztery wymiany i będziesz miała czterdziechę.

...próbowałam zbudować dziecku domek nad łóżkiem (przy pełnym zaangażowaniu moich rodziców, narzędzi i innych specjalistycznych akcesoriów), ale skończyło się to straszną katastrofą, na szczęście bez ofiar. Wszyscy byli zawiedzeni i tylko ja popłakałam się ze śmiechu.

... ale wcześniej uroniłam cztery łzy smutku, zrobiłam kilka wyrzutów Endriuszy, a potem pogadaliśmy i  obejrzeliśmy razem "Kości"

... byłam na smacznym obiedzie w nowej knajpce co się "Fajferek" zowie (polecam!)

... a niedzielne popołudnie spędziłam po sąsiedzku na ciepłej herbacie i lekkim pitoleniu.

ale to wszystko pikuś, bo najważniejsze jest to, że mój brzuch nareszcie zaczął się ruszać. Nie jakieś tam łaskotki! Porządne kopnięcia, fikołki i wywroty. Jaka to frajda, gdy dość abstrakcyjna istota rosnąca w równie abstrakcyjnej macicy, kilka razy dziennie daje o sobie znać. Wtedy nie można się nie uśmiechać.
Więc uśmiecham się. I idę spać.

czwartek, 01 listopada 2012
Perspektywa długiego weekendu jest boska. Dla ciała, snu, dla głowy też. Ale gdy nie ma pośpiechu, pracy, kołowrotku codzienności, wtedy moje myśli schodzą na manowce, a ja je gonię, ja je zbieram. One zaś pasą się na bezkresnej łące wyobraźni, lenią się i próżnują.

Gdy mam więcej wolnego, dopada mnie niepokój. Muszę zacząć pisać, potrzebuję tego, żeby moje myśli nie rozpełzły się, nie rozlały.
Wolę gdy cwałują twórczo:)
Niestety sama nie wiem, czego chcę. Poszukuję w głowie odpowiedzi, tropię to, co najbardziej mnie nurtuje. Dziś potrzebuję magii.

Czytam "Poniedziałkowe dzieci" Patti Smith. Kiedy wczoraj w księgarni wzięłam tę książkę do ręki, wiedziałam, że muszę ją mieć. Lubię to uczucie całkowitej pewności - bez momentu wahania się, racjonalizowania, chłodnego kalkulowania. Z pisaniem jest podobnie - muszę wiedzieć na pewno. Na razie szukam, coś zaczynam, porzucam i czekam, choć czekać  nie umiem.

A to migawka ze przedpołudniowego spaceru