..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 30 listopada 2010

Spotkanie z Makłowiczem miałam wpisane w kalendarz od dawna, ale dziś wobec zimowego ataku już chciałam odpuścić, gdy nieoczekiwanie Krzysiek wysłał mi esemesa o tym, że wczoraj prowadził spotkanie z Makło w Wawie. W ten sposób pobudził mój apetyt i pojechałam.

Na miejscu spotkałam Iwo. Makłowicz na żywo okazał się jeszcze znakomitszym gawędziarzem niż w telewizji. Błyskotliwy, pełen humoru, refleksu i refleksji zelektryzował publikę i zostawił daleko w tyle sztywnego prowadzącego, który nie nadążał ani za jego tokiem myślowym, ani za dowcipem. Warszawski duet na pewno był lepszy:)

W pewnym momencie zeszło na potrawy narodowe i ktoś rzucił hasło pomidorowa i schabowy.
- Pomidorowa? - załamał się Makłowicz. -
Oto przepis na polską pomidorową, nasz flagowy przysmak: paczka ryżu, puszka przecieru pomidorowego i kostka rosołowa. Błagam! Przecież to pornografia!!!
- O jezu!
- wyszeptała mi do ucha Iwo. -
To ja co dzień pornografię uprawiam!
Po czym zreflektowała się:
- A nie! Przepraszam. Dodaję jeszcze liść laurowy.

Niestety za spotkania wyrwała mnie seria panicznych telefonów, że Antek rozbił głowę i mam natychmiast wracać. Zanim przybyłam, na miejscu zjawiła się babcia i pomogła Endriuszy zapanować nad sytuacją. Na szczęście niefortunny upadek skończył się tylko wielkim guzem, ale trochę strachu się najedliśmy.

***
"TORTU NIE BĘDZIE"

12 godzin wcześniej.

9.00 rano, imieniny Andrzeja.

ja:
Kochanie, nie mam pomysłu, co Ci sprawić na imieniny. Kupię Ci tę "Spowiedź Samuraja", którą sobie zażyczyłeś i może zrobię tort?
Endrju: A może lodzika?

12 godzin później.
9.00 wieczorem. W chacie nastrój grobowy. Endrju przybity wypadkiem Antka.

Endrju:
Nienawidzę moich imienin, zawsze coś się musi zdarzyć.
ja: Ale mam za to dla Ciebie obiecaną książkę. Cieszysz się?
Endrju: Tylko w połowie.
ja: Dlaczego?
Endrju: Bo to tylko pierwsza połowa prezentu. A na drugą z tego wszystkiego przeszła mi ochota.

:)

poniedziałek, 29 listopada 2010

Nie ułożę weekendowych puzzli w całość, bo zbyt dużo drobiazgów - ważnych i nieważnych. Ważne pewnie jeszcze wrócą, a nieważnym łaskawie pozwalam odejść w niepamięć. Poza tym weekend to już zamierzchła przeszłość - dziś jest poniedziałek, nowy tydzień zaczyna swoją zmianę, przechadza się w szlafroku po obejściu, rozmyślając, co zrobić z danym mu czasem. Do zagospodarowania całe 7 dni.

Na dobre rozpoczęcie tygodnia zdążyłam pokłócić się na śmierć i życie z Endriuszą, po czym w ciągu kwadransa przeprosić, ukorzyć się i złożyć samokrytykę, zaliczyć glebę, tłukąc sobie kość ogonową oraz wypić pysznego grzańca. Mogą to być czynniki determinujące resztę tygodnia, ale nie muszą.

Nie wiem, kiedy zrobił się wieczór. Łóżko już pościelone, za chwilę w Trójce benefis Marka Kondrata, resztki sobotniego wina oddychają pod ręką, nadgryziony romans aż prosi, abym pozwoliła mu dalej snuć opowieść, a ja leżę bardzo wygodnie i jest mi dobrze.

Za tydzień Antek idzie w ręce opiekunki, ja zaś szukam zajęć, na jakie mam apetyt i zanim znajdę pracę, zamierzam się trochę rozpieścić wszystkim tym, na co do tej pory nie miałam czasu.

Co byście zrobili, gdybym Wam dała 5 godzin dziennie tylko dla siebie?

***
- Cześć Korkofonie.
- Cześć Pacanie!
- A co Ty znów odwalasz na tym blogu?
- Co?
- Jajco! Co to za lans?
- Yyyy?
- Nie, yyy, tylko wiochę robisz heheh. Jak chcesz mieć zdjęcie to kogoś poproś, a nie sama sobie strzelasz foty jak te wszystkie wieśniaki na naszej klasie.

No więc jak rasowa wieśniara z NK, dwie poniższe foty dedykuję mojemu kochanemu braciszkowi, za którym już się nawet stęskniłam:)

RANO


WIECZÓR


piątek, 26 listopada 2010

Gdybym miała określić emocje, jakie wzbierają we mnie od pewnego czasu, to podsumowałabym je tak:

Mam ochotę zrobić wiele rzeczy, których zrobić nie chcę,
zaś inne rzeczy zrobić powinnam, ale nie mam na to ochoty. 

Dlatego w ramach polityki środka, czyli bezpiecznego kanalizowania energii poszłam dziś na spacer. Po wielu brudnych jak szmata dniach, spadł długo oczekiwany śnieg i wyjrzało słońce. Cuuudnie.








konik morski:)


zachód słońca o 15.18




autoportret I

autoportret II


czwartek, 25 listopada 2010

W Trójce Zygmunt Bauman. Musiałam wywalić Endriuszę do kuchni, bo szeleścił chipsami. Wino jest lepsze, bo nie szeleści:)
Przy okazji Baumana, przypomniała mi się pewna wesoła sytuacja jeszcze z poznańskich czasów:
http://pr0myczek.blox.pl/2007/03/Oblezenie-Zygmunta-Baumana.html

Ale dziś nie będzie o sztuce wysokiej.
Niestety.
Dziś będzie o tym, że odkryłam zabójczą stronę, która obudziła we mnie leniwego demona konsumpcji i od dobrego tygodnia niemal w każdej wolnej chwili konsumuję. Mojego największego wroga. Telewizję.
Owa strona to www.vod.onet.pl
Znajduje się na niej mnóstwo programów, co dla osoby od lat pozbawionej telewizji jest i gratką, i... pułapką. 

Pochłonęłam już wszystkie odcinki "Rewolucji kuchennych", a teraz oglądam "Świat według dziecka" i ryczę jak bóbr na co drugim odcinku. Jednocześnie gryzą mnie wyrzuty sumienia, że marnotrawię drogocenny czas.
Ale trudno. Nie mogę przecież odmawiać sobie wszystkiego. 
Agniesia Asceza to zawsze był oksymoron i niech tak zostanie:)

***
ja: (wzdycham) Mam ochotę zrobić coś niezwykłego!
Endrju: Drugie dziecko?

środa, 24 listopada 2010

Jesteśmy pokaleczeni od pokoleń. Niedokochane dzieci, przez niedokochanych rodziców, których niedokochali dziadkowie, bo pradziadkowie nie potrafili dokochać własnych dzieci. Dlatego tak trudno nam wyrażać miłość, okazywanie emocji mylimy ze słabością, wstydliwie skrywamy uczucia. 
A tajona, zawstydzona, wypierana miłość zamiast karmić, potęguje głód.

I właśnie o tym jest film "Pochowajcie mnie pod podłogą", na który wybrałam się dziś w ramach festiwalu filmów rosyjskich Sputnik. Pięknie opowiedziana historia ośmioletniego chłopca poniewieranego przez babkę, na pierwszy rzut oka koszmarną. Ale ta koszmarna babka, na każdym kroku mieszająca go z błotem, swoją bezgraniczną miłość wkłada w...kotlety i lekarstwa. Inaczej nie potrafi. Z kolei piękna matka, odsunięta od chłopca przez babkę, choć deklaruje wielką miłość i wydaje się dobra, niemal święta, w rzeczywistości jest pasywna i pozwala zabrałać sobie syna. Odwiedza go raz w roku - w jego urodziny. "Pochowajcie mnie pod podłogą" to przejmujący dramat babki, matki i dziecka, w którym nie ma podziału na dobrych i złych. Cała opowieść zachwyca datalem, znakomitymi ujęciami oraz świetnym balansem między humorem, groteską i tragifarsą. A przy tym wyrywa serce i słono zrasza policzki.
Przynajmniej moje.


wtorek, 23 listopada 2010

- Najpierw byłam głodna i zła, a teraz jestem najedzona i nieszczęśliwa! - wyskomlałam, kładąc się na kanapie.

Obfity posiłek po całym dniu głodówki to zabójstwo. Ciśnienie lawinowo idzie w dół, grawitacja ciągnie ciało do ziemi, a powieki pokrywają się ciężkim ołowiem. Obżarstwo to ulotna przyjemność, po której zawsze bardzo cierpię.

Dlatego dziś już nic mądrego nie napiszę, pójdę wcześnie spać i wyśnię sobie jakiś ładny sen.
Będzie się zaczynał tak:
"Za górami, za lasami, rzekami i wodospadami istniało czarodziejskie miejsce - poza czasem i kontekstem. Trafiali tam ci wszyscy Ci, którzy..."

Ciąg dalszy dopiszcie Wy:)

poniedziałek, 22 listopada 2010

Zawsze miałam poczucie, że jedno życie to dla mnie za mało.
Ale odkąd na świecie pojawił się Antek, kompletnie przestałam się mieścić we własnym życiu. W głowie, w sercu, w brzuchu toczy się nieustanna wojna emocji, o to, co ważne i ważniejsze. Tym razem nie jest to spór rozsądku z kaprysem duszy, ale walka uczucia z uczuciem.
Dziś pojechaliśmy obejrzeć pewien miniżłobek dla Antka -  bardzo fajne, przyjazne, bezpieczne miejsce, jednocześnie odezwała się przemiła starsza pani chętna zaopiekować się Groszkiem. I co? I wszystko wspaniale, poza pewnym drobiazgiem - pęka mi serce. Zamiast się cieszyć, ja płaczę. Cieszę się i rozpaczam jednocześnie. 
Ech, gdyby tak można było prowadzić kilka żyć równocześnie.

Zresztą najlepiej rzecz ujmują te oto słowa.
Niemoje.

"(...) kochasz swojego synka, ale chcesz od niego uciekać
chcesz pracy, ale jest Ci dobrze bez niej
jest Ci źle bez pracy, ale wiesz, że jak ją dostaniesz
to będzie Ci jeszcze gorzej
chcesz być z facetem, ale nie chcesz
aby ograniczał Twoją wolność
chcesz adrenaliny, ale jesteś do bólu rozsądna i odpowiedzialna
rozchwiana i perfekcyjnie zorganizowana
kura domowa i namiętna kochanka
namiętna kura i domowa kochanka
dwa w jednym
łąka w doniczce"

niedziela, 21 listopada 2010

I znów to samo. Znów familia zbojkotowała wybory i tylko ja wespół z moją ponadosiemdziesięcioletnią babcią ratowałyśmy honor rodziny.
- Mamo, czemu nie idziesz na wybory?
- A daj spokój! Ten jest cham, a skąd mam wiedzieć, czy inny nie będzie większym?

Gadam z Krisem:
- Byłeś na wyborach?
- Nie byłem
- odpowiada zadowolony. - To ty nie słyszałaś?
- O czym?
- Tylko durny chodzi do urny!

Najgorsze jednak jest to, że w głębi serca też tak uważam. I w gruncie rzeczy mam w nosie. Od kiedy przyznano mi prawo wyborcze, nigdy jeszcze nie głosowałam na nikogo z przekonaniem. Idę nie po to, aby ktoś wygrał, ale dlatego, aby ktoś przegrał. 

Dochodzi 22.00. Ja pracuję w łóżku, a Endrju w komisji wyborczej. Prawdopodobnie seks aferzysta przejdzie do drugiej tury. Jutro media będą piętnować olsztyniaków, a ja dziś przekonywałam Endriuszę, że tak wysokie poparcie dla niego, to jednak fenomen.  W kraju katolickich wartości i ogromnej hipokryzji wysoki wynik Czesława M. to zjawisko godne kulturoznawczej analizy.

Nie dał się przekonać.

sobota, 20 listopada 2010

Ten wpis jest przede wszystkim dla mnie, żebym po wielu, wielu latach mogła wrócić do tej historycznej daty.

Tajny prodżekt 2010 został dziś zainaugurowany.
Mam kilka zdjęć dokumentujących nasze dokonania, ale opublikujemy je dopiero na 30-lecie działalności Organizacji, czyli w 2040. Jeżeli polegniemy w akcji, to może będzie to już wydanie pośmiertne.  

Na razie zaś podzielę się tylko takim niusem, że przymierzałam dziś w sklepie kominiarki i w każdej wyglądam głupawo.

Tymczasem apeluję do ochrony banków i instytucji państwowych - miejcie się na baczności.
A sama idę spać.

Szczypta pikanterii na weekend:

OLEJEK
Endrju wchodzi do łazienki:
Endrju: Co tak ładnie pachnie?
ja: / podtykam mu włosy do powąchania/ Olejek migdałowy. Ten co mi kupiłeś w czasie ciąży.
Endrju: /zdezorientowany/: Wcierasz we włosy olejek do cipki???


AMERICAN PIE
Endrju:
Zapłaciłem za gumki trzy dychy. Ze względu na plany oszczędnościowe musimy coś zmienić. 
ja: Co proponujesz?
Endrju: / z szelmowskim uśmiechem/ Inne formy penetracji.
ja: Nie ma mowy! Dziś na pewno nie zdążę upiec szarlotki!

piątek, 19 listopada 2010

Endrju na treningu przygotowuje się na egzamin na któreś tam kyu, Antek ogląda pajaca, lecz zaraz wpakuję go pod prysznic i do łóżeczka. A potem wpadnie Tymisiowa z winem, zjemy kolację i się upijemy albo i nie.

Dlatego dziś lakonicznie.
Podzielę się z Wami mottem książki, którą teraz czytam. Oto ono:

Miłość do jednego tylko mężczyny
czy jednej tylko kobiety jest wyrzeczeniem [...]
Idealizm jest śmiercią ciała i wyobraźni.

Anais Nin, Dzienniki 1931-1934, t. I.

Zaintrygowało mnie szczególnie ostatnie zdanie...

czwartek, 18 listopada 2010

Opowiem dziś o maleńkich radosnych błyskach.
Maleńkich dlatego, że nic wielkiego nie dzieje się w moim życiu, a to, co się dzieje, nie jest ani duże, ani małe, ani radosne, ani smutne, a przede wszystkim trudne do zapisania.

Więc będzie o błyskach.

Pierwszy błysk - o północy. Groszek przebudził się i nie może zasnąć, zaczyna beczeć głośniej i głośniej. Przed pierwszą drze się już jakby go obdzierali ze skóry. Biegamy z Endriuszą po chacie - może czopek, może pogotowie, nigdy aż tak się nie darł. Antek cały w konwulsjach, szarpie się, kopie, rzuca - maskara. Przed drugą testowo włączam mu bajkę. Natychmiast przestaje płakać i jak zaczarowany wpatruje się w telewizor. Dochodzi trzecia nad ranem, Endrju śpi, ja leżę, a po środku siedzi Antek i z przeszczęśliwą miną ogląda przygody pajaca Noddego. Jestem padnięta, ale chce mi się śmiać.

Drugi błysk - rano. Przebudzają mnie uderzenia w parapet. Otwieram oczy. Ptaki zaglądają mi przez okno. Mam frajdę, bo umiem już rozpoznać sikorkę ubogą, bogatkę i modraszkę. Stołuje się u mnie również wróbel i kowalik. To poranne ptasie biesiadowanie od świtu wprawia mnie w dobry nastrój.

Trzeci błysk - wczoraj eksperymentalnie wtarłam we włosy olejek migdałowy, którym nacierałam ciało w czasie ciąży (pewna położna obiecywała, że regularne nacieranie olejkiem cipki uchroni od cięcia podczas porodu. Bujda!:) Rano umyłam włosy, a zapach pozostał. Słodki i kojący. Mmmm

Czwarty błysk -  ściany można myć! Wychowana w peerelowskiej erze tapet, pamiętałam, że ścian dotykać nie należy. Nie mogąc już patrzeć na upieprzoną ścianę w kuchni, przetarłam ją szmatką i okazało się, że działa!
Jak fajnie mieć czystą ścianę.

Piąty błysk - samochód, intuicyjny impuls, a potem zabawne poczucie, że na tej planecie krzyżują się tysiące ludzkich dróg, a świat czasem się tak bardzo kurczy. Chodzimy tymi samymi ulicami, oddychamy tym samym powietrzem, poznajemy się, rozstajemy i jesteśmy jak składniki wielkiego gulaszu. Gdzieś u góry siedzi anioł z diabłem, spoglądają z wysokości na ten wielki parujący emocjami gar i co jakiś czas zamieszają.

Więcej błysków nie pamiętam, za wszystkie bardzo dziękuję. 
A teraz  porzucam swoje życie i przenoszę się wgłąb "Nielegalnych związków" Grażyny Plebanek.

A poniżej:
Ewcia w roli głównej - pokłosie pewnej sesji.
Fotograf mnie nieznany. (jeszcze:))

środa, 17 listopada 2010

Gdybym przyznała się do tego, że dziś zdjęłam piżamę dopiero po szesnastej, większość pomyślałby: co za rozmemłanie i lenistwo!
Nic bardziej mylnego.
Piżama to doskonały strój do pieczenia ciast, podłogowych zabaw z dzieckiem oraz pisania. Pisanie jak zawsze spadło nieoczekiwanie i jak zwykle: na wczoraj albo jeszcze prędzej. Ale cieszę się - mam dużo roboty, nie myślę o bzdurach, nie koncentruję się na chimerach duszy, tylko raz-dwa zasuwam niczym pszczółka Maja - zawsze przejęta swoją rolą. Moja ulubiona postać wczesnego dzieciństwa.

Dziś również dzień dobrych wiadomości: dostałam mejla z wydawnictwa, że "Polowanie" się podoba, więc jeśli dopracujemy szczegóły, powieść wreszcie ujrzy światło dzienne. Rodziców nastolatek proszę o czytelniczą mobilizację:)

Cóż poza tym?
Czwarty dzień abstynencji nikotynowej w domu - atmosfera napięta, gradowe chmury wiszą tuż nad głowami, a przy okazji inni dostają rykoszetem. Na szczęście każdy dzień jest lepszy od poprzedniego.

a teraz zmykam.
Idę po prysznic i wskakuję w piżamę. Czas dokończyć rozgrzebane teksty.

W Trójce koncert Strachów!
kwintesencja radości, smutku, empatii, zaangażowania - urocza:)

wtorek, 16 listopada 2010

Dzisiejszy dzień sponsoruje hasło "kryzys męskości":)

Endrju jest niemożliwy, synek jak tajfun rozpieprza wszystko na swojej drodze, K. molestuje esemesami, inni też nie lepsi.

W ramach oderwania od realnych mężczyzn poszłam do kina popatrzeć na duet Karolak& Adamczyk. Twórcy polskich komedii od lat popełniają te same błędy i kręcą się wokół własnego ogona. Ale to nic. Nawet w kiepskich filmach znajdzie się coś, na co można z przyjemnością popatrzeć. Chociażby urocza szpara między zębami Karolaka:)

Dzień się kończy, w ramach kryzysu męskości wprowadzmy plan naprawczy. Synalek śpi, wino się chłodzi, Endrju pichci kurczaka w migdałowo-serowej panierce i jeśli nic nie pieprznie, jest spora szansa na:

Smakołyki, Sauvignon, Seks i Serial - w kolejności dowolnej:)

**************************************************
Dopisek przed 23.oo

Nie było Seksu, Smakołyków, Serialu i Sauvignon,  bo... nasz sąsiad  z parteru (mężczyzna!) majstrował coś przy korkach i siadł prąd. Tylko u nas:)

(dwa lata temu ów sąsiad niechcący wyrwał rurę od gazu i mało nas nie wysadził w powietrze)

Więc mieliśmy:
Smakołyki, Sauvignon, Świece i... Sąsiadkę, która wpadła do nas przerażona bijatyką na klatce. Oczekując na pogotowie energetyczne, zjedliśmy pyszną kolację, obaliliśmy butelkę wina i kilka piw, poplotkowaliśmy, pośmialiśmy się, a  przed chwilą pogotowie dotarło i orzekło, że korek był... niedokręcony.

To się nazywa Man Power;))

poniedziałek, 15 listopada 2010

moje doświadczenia z mężczyznami zaczęły się, gdy miałam piętnaście lat. Przez kolejne piętnaście poznałam rozmaitych chłopców, facetów, samców i rycerzy -  przerobiłam różne modele miłości.  I choć może nie do końca wiem, czego chcę, to jestem pewna, na co się nie zgadzam.

Nie zgadzam się na małostkowość na przykład. Nie cierpię szukania dziury w całym, roztrząsania błahostek, dąsania się z byle powodu. Lubię ludzi, którzy przymykają oko na szczegóły. Mogą być cholerykami, mogą być chłodni i zdystansowani, nawet złośliwi, ale niech nie będą drobiazgowi.
Ludzie drobiazgowi potrafią zatruć życie - nigdy nie wiadomo, do czego się przyczepią, z czego zrobią problem. Ludzie drobiazgowi uwielbiają rozdmuchiwać małe rzeczy.

Endrju taki nie jest. Palący Endrju.
Bo niepalący Endrju nie nadaje się do życia. 

Wczoraj doszło między nami do sprzeczki z absurdalnie drobnego powodu. Ale owa dyrdymała jak kula śniegowa obrasta w kolejne zarzuty:że nie kocham, nie lubię, nie szanuję, nie chcę, nie dbam, żartuję.

Nie pomaga ani bagatelizowanie, ani przymilanie, ani ignorowanie, ani żartowanie, ani nawet pyszne 
roladki z serem i ziołami w pomidorowym sosie, który wyszły mi dziś bajecznie. Nic!
  
- Musisz być wyrozumiała - pociesza mnie Kris, gdy gadamy przez telefon. - Kiedy ja rzucam palenie, też bywam nieznośny.
- I też się czepiasz detali?
- dopytuję.
- Czepiam się wszystkiego. 

W tej sytuacji zostaje mi jedno. Przeczekać. 
Albo mu przejdzie, albo.. sobie zapali.
I znów będzie jak dawniej;) 

niedziela, 14 listopada 2010

Pierwszy raz od blisko roku - wyspałam się bezgranicznie.
Nie mam kaca, nic mi się w środku nie telepie - jestem odprężona i leniwie przeciągam się w fotelu. Teraz mogę na spokojnie podsumować minione dni.

Czwartek
Najpierw Goście w domu, rogale marcińskie z "Pralinki" smakują tak jak powinny.
Potem Cafe Biba - gadamy z Ramzesem. Nie bawimy się we wstępy i small talki, od razu wchodzimy głęboko, do tego, co ważne. Dla niej. Dla mnie. Od spraw własnych wracamy do uogólnień, do istoty szczęścia i spełnienia. Kończymy konkluzją, że szczęście zwykle jest poza dopuszczalnym schematem, aby je złapać, trzeba coś przekroczyć i złamać. 

Piątek
Zaułek - fajne gadanie w fajnym towarzystwie. Tracę rachubę czasu, wypitego piwa i wypalonych papierosów, mimo że do końca zachowuję zadziwiającą jasność umysłu. W domu ląduję koło trzeciej nad ranem.

Sobota
Przedpołudnie wśród rodziców i dzieci.
Czuję się trochę jakbym była za szklaną szybą: obserwuję kolorowe, rozwrzeszczane kłębowisko i jest to widok radosny i przyjemny, ale ja odlatuję. Nie ogarniam tego chaosu. Gubię się w wątkach co rusz przerywanych dziecięcym gaworzeniem, płaczem czy podekscytowanym piskiem.

Odstawiamy Groszka na wieś i wieczór zaczynam od.. prysznica i drzemki.
Potem idziemy do kina na film z podstarzałym Clooneyem, stamtąd na wino i bałkańskie przysmaki do Werandy. Tam jest zawsze pysznie. Wreszcie Alchemia. Siadamy przy barze, a Endrju tęsknie wzdycha:
- Dziwnie tak siedzieć bez Antka.W miejscu, gdzie zdecydowaliśmy, aby go począć.
Przed północą lądujemy w Okopie. Pląsamy, ocierając się o roztańczoną młodzież. Na ścianach wiszą zdjęcia sanktuariuów i warmińskich kaplic. Piękny kontrast. Kolejna na szlaku jest Cafe Biba. Prawie wszystkie stoliki zajęte, ale kelnerka informuje nas, że skończyło się... piwo. Więc Antykwariat - gdzie już dogorywam. Ale jest fajnie, choć nie tak jak w przedantkowej erze. Gadamy o filmach, znajomych, życiu, ale kilkakrotnie zataczamy koło, aby wrócić do rozmowy o... Groszku. Z innymi nie lubię rozmawiać o moim dziecku, ale z Endriuszą mogę godzinami wyliczać zachwyt po zachwycie  moim boskim synalkiem.

Niedziela
Budzimy się przed jedenastą. Rozkosznie. Endrju robi śniadanie, ja czytam Wysokie Obcasy i artykuł o pisarce Rachel Cusk wyklętej za przełamywanie macierzyńskiego  tabu.
"Kiedy stajemy się matkami, to umieramy. wszystkie to wiemy, ale decydujemy, że nie będziemy na ten temat mówić" - brzmi lid artykułu. I ja pod tym artykułem się podpisuję.
(zanim ktoś się oburzy, zalecam uważną lekturę)

Przed chwilą wróciliśmy z rodzinnych spotkań. Groszek zasypia, kolacja się piecze, kolejne odcinki "Lostów" przed nami. 
Doskonały happy end udanego weekendu.
Może gdyby nie to, że Endrju od dziś rzuca palenie i jest cholernie nieznośny:)

Dobrej nocy Misie Pysie!

sobota, 13 listopada 2010

Zawsze popadałam w skrajności - i teraz, po smętnej nudzie - wessał mnie wir towarzyskich spotkań. Głowę mam dwa razy większą od rozmów, pogawędek, filozoficznych rozważań, od własnych i cudzych opowieści, serce mam syte (bo tak!) i tylko żołądek zniszczony ilością procentów, a przełyk przepalony na wiór. Ale! Od pojutrza obiecuję poprawę - to mój ostatni weekend ze szlugami, do wiosny palić nie będę. Pośpieszne łykanie dymu na mrozie, nie sprawia mi frajdy.

Za chwilę zmykam na dzieciową imprezkę do Natalii, a potem odstawiamy Groszka na wieś. Najwyższy czas mieć dla siebie nie tylko wieczór, ale i noc.
I poranek.

środa, 10 listopada 2010

Dziś jestem zmęczona, ale to rodzaj zmęczenia, jaki lubię.
W południe wpadła do mnie Alutka z prezentem dla Antka - pogadałyśmy o wyczerpaniu rutyną, planach zawodowych i  facetach. A raczej o tym, że Alutka jest kosmitką, bo poza Andrzejem żaden facet nie robi na niej wrażenia:
- Jeszcze kilka lat temu zdarzało mi się, że pomyślałam o kimś "fajny", ale teraz nawet na ulicy nie zwracam na facetów uwagi. 

Alę znam 15 lat i zawsze mnie zadziwiała:)

Popołudniu natomiast wybrałam się po rogale. Nie byle jakie, bo rogale marcińskie! Polska będzie jutro świętowała odzyskanie niepodległości, a Poznań i ja - imieniny ulicy św. Marcin. Jako ex-właścicielka najmniejszej magicznej kawalerki na tejże ulicy - czuję się obowiązku zjeść z tej okazji rogala. Co więcej - w południe zjem go w towarzystwie Asi, Marka i małego Michałka, a popołudniu pochłonę drugiego z byłymi poznaniakami -  Duchem i Ramzesem, aby potem porwać Ramzesa na miasto - strasznie się za nią stęskniłam.

Przed chwilą zaś wpadł mój kuzyn - znany z tego, że lubi się włóczyć po zmroku, więc dopiero teraz mam okazję, aby usiąść, coś zjeść, napić się i usłyszeć własne myśli.

Endrju w drodze powrotnej.
W mansardzie pachnie świeżą bazylią - jutro będę kręcić pesto.
Smacznych snów!

wtorek, 09 listopada 2010

Chciałabym napisać krótko o tym, że dziś się rozsypałam, że nie mieszczę się w jednej roli, że jestem sfrustrowana i psychicznie zmęczona monotonnią.
(Analiza strukturalna wewnętrznego konfliktu na antkowym blogu, czyli tu: www.kielkowanie.blox.pl)

Gdy już się wypłakałam, zaczęłam analizować, czego mi najbardziej brakuje i o czym marzę. I chyba wiem. Brakuje mi działania, czegoś co ma początek, rozwinięcie i koniec - tworzenia, realizowania i czerpania z tego satysfakcji. A marzę o tym, aby wyjść z domu bez zegarka, pojechać gdzieś daleko albo pójść nawet kilka ulic dalej i usiąść na nasypie kolejowym i gadać, i pić wino pod gwiazdami, i nigdzie się nie spieszyć.

Przepłakałam tylko pół dnia, bo potem wzięłam się w garść i zafundowałam sobie bardzo długi prysznic, a potem pojechałam w odwiedziny do babci, z którą zawsze można pogadać o polityce, książkach (aktualnie czyta Millenium) i na przykład o Michniku w programie Kuby Wojewódzkiego.
/polecam ten fragment:
http://www.youtube.com/watch?v=BIU9jkvI1LE/

Od babci teleportowałam się do Iwony i mojego 5-letniego bratanka, gdzie zjadłam pyszne ciasto (mam przepis i nie zawaham się go wypróbować:), pogawędziłam, podczas gdy Antek zachwycony starszym kuzynem chichrał jak zwariowany.

A teraz jest przytulny wieczór. Wczoraj zrobiłam sobie dzień dziecka, nie umyłam zębów i zasnęłam ze smakiem czekolady w ustach. Dziś pustkę zażeram sushi z Shanghaj Bistro i zapijam białym winem. Znów mam całe łóżko dla siebie.

Jutro będzie lepiej, a dziś dziękuję za ramię do wypłakania. 
Ciepłe i kochane, że można by w nim zasnąć.

poniedziałek, 08 listopada 2010

Co robicie o 20.40?
Bo ja już leżę w łóżku, zagrzebana w pościeli i wcinam kolację złożoną w miski dużych czarnych oliwek z pestkami i czerwonego wina. W razie niedosytu powędruję do lodówki po ser i czekoladę.

Znów czeka mnie noc w poprzek łóżka, bo Endrju bawi w Białymstoku i jeszcze jutro tam zabawi.

Dzisiejszy dzień upłynął mi na sprzątaniu (między 6.30 a 8.00), pieczeniu ciasta (9.30-10.30), fajnym gadaniu (11.00-15.00), wycieczce na zakupy (16.00-18.00), zabawach z dzieckiem, karmieniu, myciu i usypianiu(18.00-20.00)

A teraz posłucham radia, poczytam "Toksymię" Małgorzaty Rejmer, na noc wrzucę nową płytę Grzegorza Turnaua  i pójdę grzecznie spać, żeby przyśnić sobie jakiś ładny sen. Bo w snach jest wszystko możliwe, o czym przypomniał mi  mój ulubiony powieściopisarz takowym esemesem:

Grasujesz w mojej podświadomości:) Dziś znów mi się śniłaś. Ty i Magda Cielecka. Kryłem przed Tobą, że kręcę z Cielecką, a przed Cielecką, że kręcę z Tobą.

Odpisałam, że  na trójkąt z Cielecką reflektuję:)

Pozostaje mi więc życzyć Wam kolorowych snów - pozwólcie sobie na wszystko, czego na jawie Wam nie wolno, nie wypada i nie przystoi. Podświadomość tylko czeka na zielone światło:)

Dobranoc!

niedziela, 07 listopada 2010

Obudziłam się dzisiaj z cudownym poczuciem spełnienia, co zdarza mi się nader rzadko. Po raz piewszy od dawna przepajała mnie łagodna euforia i doznanie, że jestem kompletna, skończona i syta. Demony i bestie pokornie zwinęły sie w kłębek, przywracając mi lekkość.
A wszystko to dzięki wczorajszemu sabatowi.
W Alchemii spotkały się bowiem moje ukochane wiedźmy z liceum - Diana w rozkroku między Dubajem, a Chinami, Janiś między karmieniami, Zaśka w błogostanie i Natala z naręczem upominków dla Antka i Kai. Spotkania w tym gronie są zawsze niczym magiczna podróż wehikułem czasu. Kiedy gadam z dziewczynami, śmieje się, dyskutuję, mam wrażenie, że świat od lat stoi w miejscu. Niezależnie od dzielących nas szerokości geograficznych, liczby dzieci, małżeństw i romansów, rewolucji zawodowych, niezależnie od wszystkiego - gdy się spotykamy, zawsze jest między nami bliskość i świeżość. Czasem się kłócimy, miewamy lepsze i gorsze okresy, ale finalnie przyjaźń wygrywa. I - ważne! - z biegiem lat piękniejemy.

Wczoraj było cudnie, choć nic wielkiego się nie działo. Nawet nie potrafię opowiedzieć, o czym gawędziłyśmy, pamiętam krótkie strzępki, pamiętam, że dużo się śmiałam, a potem spotkałam Medyka oraz Szuwarka vel Żulczyka i przez chwilę nawet zapomniałam, że mam dziecko i że jestem bardzo stateczną poważną osobą. Czułam się jakbym w tej knajpie była wczoraj i przedwczoraj, i jakby mój świat sprowadzał się do towarzystkiego błąkania się między jedną a drugą imprezą.

Nie wiem, ile wczoraj wypiłam, ale takie ilości ostatni raz spożywałam w czerwcu 2009. Co więcej - obudziłam się w świetnej formie i bez kaca.
Niniejszym ogłaszam - po 5 miesiącach mozolnego alkoholowego treningu  - powrót do dawnej kondycji:)

sobota, 06 listopada 2010

Wczoraj był taki dzień, w którym pozornie nic się nie działo, a wydarzyło się bardzo wiele.
Tak jak na rybach - niby nudy, siedzisz w łódce, woda gładka, niebo czyste, cisza w uszach dzwoni. Aż tu nagle błyska w słońcu grzbiet ryby i słychać plusk, a wszystko dzieje się tak szybko, że nie wiadomo czy to jawa czy sen.

Tak właśnie było wczoraj. Bo wczoraj był dniem niuansów i sekretów. Mam nadzieję, że uda mi się niebawem jedną z tajemnic wyjawić, ale na razie nie mogę.

Również wczoraj przekonałam się, że gdy w grę wchodzą ludzkie emocje (a zawsze wchodzą), nie ma mowy o obiektywizmie. Ta sama sytuacja może być rozmaicie interpretowana, wzbudzać skrajne odczucia i nasuwać zupełnie inne wnioski.

Poznawczo - wszystko to bardzo ciekawe jest. Lubię czasem opuszczać własne ciało i przyglądać się sobie i innym z boku. Wtedy zawsze bywa zabawniej niż z głębi własnego futerału.


Zdjęcie z wczorajszego wernisażu malarstwa Mirosława Smerka, gdzie trafiliśmy zaproszeni przez Kubę.
Fot. Gipsy King

czwartek, 04 listopada 2010

Za oknem szaruga bezlistośnie smaga świat, a ja moszczę się w domu jak kot przy gorącym piecu. Dogadzam sobie kulinarnie, trochę pracuję, bawię się z Groszkiem i czekam na Endriuszę niczym Penelopa. Ciut uwspółcześniona:) Wróci dziś w nocy, a o świcie wyruszy znów. Swoje wyjazdy osładza mi czasem drobnymi upominkami. Tym razem wiezie mi coś na "h" i nie jest to hulajnoga, ani hak samobójcy, ani hula-hop. Nie może to być również chuj-wie-co, bo to przez "ch":)

Aby jednak nikt nie zarzucił mi, że zamknęłam się w czterech ścianach, wyszłam dziś z domu na chwilę. Na pocztę - po myszę i do sklepu - po karmę dla sikorek w postaci smalcu i ziaren słonecznika oraz karmę dla duszy, czyli wino.

Toteż rozpoczynam wieczór, racząc się jakimś podłym acz wspaniałym czerwonym winem, a już jutro - mam nadzieję - zjem śniadanie w ptasim towarzystwie.

Acha,  ubiegła noc minęła mi bosko - spałam w poprzek łóżka, Antek nie obudził się ani razu, duchy grzecznie przycupnęły w kącie, a mnie śniły się same łagodne pastelowe sny:)

Dobrej nocy Misie Pysie!

A oto listopadowa Mysza w moich ulubionych odcieniach.
Nie muszę dodawać, że uwielbiam moment, kiedy rozpakowuję małe szeleszczące zawiniątko od Norte?



fot. Norte.
Zdjęcia Myszy zawsze przychodzą do mnie po tym, jak już rozpakuję paczkę.
Jak niespodzianka to niespodzianka.

środa, 03 listopada 2010

Wierzycie w telepatię, energię i inne czary-mary? A może w przypadek, przeznaczenie? Czy po prostu tłumaczycie wszystko zbiegiem okoliczności?

Z niedzieli na poniedziałek śniło mi się, że zamieszkałam w przyczepie kampingowej, a następnego dnia usłyszałam od mamy, że właśnie w niedzielę - podczas rodzinnej debaty pt."Co z życiem Agnieszki" - moja familia wpadła na genialny pomysł, abym kupiła holenderski dom na kołach. 

Z poniedziałku na wtorek wyśniłam sobie piękną plażę nieopodal mojego domu - rozległą, z wydmami i mięciutkim białym piaskiem. Następnego dnia rano dostałam mejla od Krzyśka:
"Otóż śniłaś mi się dziś w nocy. Pojechałem Cię odwiedzić, tyle że nie do Olsztyna, ale nad morze, ponieważ mieszkałaś nad morzem, w dużym domu, tuż za wydmami (...)".

Wiele lat temu spotykałam się z pewnym chłopcem, który miał atrakcyjnego i młodego ojca o tym samym imieniu. Pamiętam, że było sobotnie popołudnie, drzemaliśmy u niego w domu i nagle oboje zerwaliśmy się na równe nogi.
- O rany! Ale miałem sen! - wykrzyknął Kuba. - Śniło mi się, że całowałaś się z moim ojcem.
- No coś Ty! - zaprzeczyłam gorąco, równie wstrząśnięta. Nie treścią snu, ale faktem, że  przed chwilą śniło mi się to samo.

 
Albo nieoczekiwane spotkania. Gdy o kimś myślisz, zaczynasz go przypadkowo spotykać. Baśka twierdziła, że to za sprawą tych myśli, które działają niczym magnes.   

Niby nie wierzę w czary-mary, ale czasem mój racjonalizm miewa dość chwiejne fundamenty.
Na przykład dziś
- dziś boję się duchów i najchętniej zastawiłabym drzwi wielką szafą. Nie będę się jednak wygłupiać - po prostu nie zgaszę na noc światła i nie wyłączę radia:)

wtorek, 02 listopada 2010

- Ile dni zajmowała łóżko? - zapytała oddziałowa. Najbardziej surowa z całego personelu oddziału IV.
- Dziesięć.
- Dawać 150 złotych, a jak się nie podoba, to na skargę do dyrekcji.
  

Jaką skargę?! - pomyślałam. - Znajdźcie mi równie tanie wakacje w stolicy Warmii i Mazur z całodobową opieką medyczną i pełnym wyżywieniem dla dziecka.

W ten sposób, opłaciwszy szpitalny hotel, pożegnawszy się ze wspaniałymi pielęgniarkami, salowymi i koleżankami z sąsiednich akwariów - wyszliśmy na WOLNOŚĆ.

W ramach zachłystywania się świeżym powietrzem powędrowałam z Antkiem na plażę miejską. Tam (nie)całkiem przypadkowo napotkałam doskonałego kompana do uczczenia zakończonej odsiatki. Z tej właśnie okazji wypaliliśmy o kilka szlugów za dużo, wdrapaliśmy się na sznurkową rakietę i gadaliśmy ot tak, podczas gdy słońce czerwieniło się za naszymi plecami, a zmierzch prawie niezauważalnie skradał się na paluszkach - ciiiiichutko.

Zanim wróciłam, świat tonął już w mroku, a ja z energią nowonarodzonego człowieka zabrałam się za przyrządzanie improwizowanego obiadu, rozpakowananie manatków i domowienie się w mansardzie.
- I jak ci się podoba powrót do domu? - zapytał mnie konkubent, zasiadając  łaskawie do obiadu. - Cieszysz się, że znów będziesz kurką domową?

Chwilowo się cieszę. Jutro z tej okazji upiekę nawet placek ze śliwkami i poukładam ubrania w kosteczkę - jak na stuprocentową kurę nioskę przystało. Zapraszam więc na herbatę. Szybko! Bo ten stan domowego upojenia długo nie potrwa.

A teraz otwieram zimne piweczko i zanurzam usta w boskiej piance.
10 dni abstynencji to o 9 dni za dużo!

 
1 , 2