..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009

Pyszny był ten weekend, bo dał mi wszystkiego po trochu: rozrywki, inspiracji, czasu na myślenie, smak wycieczki i rozkosz lenistwa.

PODZIEMNE PAŃSTWO KOBIET
W piątek wybraliśmy się na film o podziemiu aborcyjnym "Podziemne państwo kobiet" i spotkanie z Agnieszką Graff w ramach festiwalu BEZ TABU. Dopiero ten dokument uświadomił mi, że do 93. roku aborcja w Polsce była całkowice legalna, nie stanowiła mrocznego tematu i nie wiązała się z przestępstwem. Ustawa aborcyjna to jedna z rat niekończącego się długu, którą polski sejm do dziś spłaca Kościołowi - prawica za wsparcie w czasach PRL-u, lewica w ramach odkupienia win. Dla rządzących była to rata stosunkowo niska, bo kogo w gruncie rzeczy obchodzą kobiece brzuchy? Dokument o podziemiu aborcyjnym pokazuje perspektywę zgnojonych zastraszonych dziewczyn, które desperacko szukają pomocy, trafiają do piwnicznych gabinetów, gdzie przerywanie ciąży odbywa się partyzancką metodą bez uszanowania ich godności, a czasem i zdrowia.
- Przecież ciąża jest sprawą zarówno kobiety, jak i mężczyzny. Dlaczego w tym filmie nie ma mężczyzn? - zapytał ktoś z sali po projekcji.
- Bo kobiety w ciąży, które mają u boku wspierającego mężczyznę, prawie nigdy nie decydują się na zabieg. Aborcja dotyczy zwykle kobiet samotnych, pozostawionych samych sobie - padła odpowiedź, boleśnie prawdziwa.  
Agnieszka Graff przeczytała nam też fragmenty swojego tekstu: "Efekt magmy" (do ściągnięcia TU).

Mnie rozbawił ten fragment:
Jesteśmy krajem tak bardzo katolickim, że nawet ateiści są tu w większości katolikami. Co prawda, niewierzącymi, ale za to praktykującymi. Z badań wynika, że ogromna większość z nich bierze śluby kościelne (71%) i chrzci dzieci (74%). Taki klimat, taka aura, czy – jak mówi pewna moja znajoma katoliczka – taka karma. A skoro o karmie mowa, to warto przytoczyć inne ciekawe dane (z 2006 roku, ale zapewne aktualne) – otóż 28% polskich katolików wierzy w… reinkarnację.

Ładna tragifarsa, prawda?

Tak na marginesie, ze swoim wielkim brzuchem wyglądałam na tym spotkaniu dość groteskowo. Nie wiadomo było, czy przykleić mi gębę "obrończyni życia" czy może jestem ofiarą ustawy, a o aborcyjnym podziemiu dowiedziałam się za późno.

WYCIECZKA PO KSIĄŻKI
W sobotę pojechaliśmy z Endriuszą do Warszawy - na obiad i po książki. Przy okazji zahaczyliśmy też o Zachętę. Najbardziej rozbawił nas zakaz fotografowania "dzieła" Warhola - jednego szarego bezkształtnego kadru, na którym nie działo się kompletnie nic. Najwyraźniej sprowincjonalizowaliśmy się do tego stopnia, że straciliśmy wszelkie zrozumienie dla sztuki. Na szczęście została nam jeszcze literatura: Endrju zakupił kilka popularnonaukowych książek o kosmosie, historii Japonii i współczesnej kulturze, a ja poszłam w beletrystykę: Kopaczewski "Huta", Wielengowska "Zęby" - za jedyne 3 złote, "od Astrid do Lindrgren", "Podręcznik złej matki" i album miłości lesbijskiej "Kiedy kobieta kocha kobietę".

NIEDZIELNE NIC NIEROBIENIE
A wczoraj wyszłam z łóżka jakoś przed 14.00, bo zakopana w pościeli kończyłam czytać "Nocnych wędrowców" Jagielskiego, żałując, że nie trafiłam na tę pozycję przed obejrzeniem "Krwawego diamentu". Po popołudniu pojechaliśmy do rodziców, a wieczorem w domowym kinie wyświetliliśmy "Małą Moskwę". Nienajgorszy, ale bez szału. Od kiedy przestałam stosować taryfę ulgową wobec polskiego kina, rzadko wpadam w zachwyt.  
Teraz zbieram siły na "Dom zły", ale boję się.
Że się unurzam i pobrudzę. A ostatnio świat mi się podoba i niech  jeszcze tak chwilę zostanie.

sobota, 28 listopada 2009

Dziś za oknem taka ładna pastelowa aura, że aż się prosi o wycieczkę.
Kierunek - Warszawa.
Priorytety: Endrju chce się poszwędać po księgarniach, a ja mam ochotę na dobry obiad.

To chyba wystarczające powody, prawda?

piątek, 27 listopada 2009

Może gdybym nie słyszała tak wiele o filmie "Rewers", uznałabym go za dobry. Niestety reklama zrobiła swoje i oczekiwałam fajerwerków, które nie wytrzeliły.

Rewers okazał się ani dobry, ani zły - poprostu nijaki.
Bo o czym był ten film?
O epoce moralnego dualizmu?
O fatalnym zauroczeniu delikatnej intelektualistki?
O strachu dnia powszedniego? O dominacji matki i mądrości babki w kobiecym domu?

Nie wiem.
Na pewno Rewers był ładny. Ten film tworzyła scenografia, kostiumy, zdjęcia - stylowy anturaż i niewiele poza tym.

Nie ma tu zaskoczenia. Nie ma chwycenia za gardło.
Od początku wiemy, że Dorociński gra szuję, a krucha i naiwna Sabinka się na nim nie pozna. Nie posądzamy jej wprawdzie o zdolność do mordu, ale jak wiemy z innych filmów - mężczyźni każdą kobietę potrafią sprowokować do zabójstwa. S
łusznie zauważyła w komentarzu Misia, całkiem niedawno widzieliśmy ten motyw w Volverze, wcześniej był Basen Ozona.

Do mnie nie przemawia również postać wykreowana przez Buzkównkę. Jest przerysowana, a przez to karykaturalna. Jej przesadna ekpresja przy tak specyficznej urodzie i charakteryzacji zabiera bohaterce autentyczność. Sabinka zdaje się być patyczkowatą kukłą o szerokim wachlarzu niepotrzebnych grymasów.  Wolę grę oszczędną i zasadę "Im mniej, tym więcej".

Ten postulat świetnie realizuje Anna Polony w roli czujnej babki. Janda jak to Janda też  świetnie sobie radzi.
Ale nawet one nie obronią tego filmu.
Na razie dzielnie broni go reklama i zbiorowe peany na jego cześć.
Dopóki nie zweryfikujemy tego z rzeczywistością możemy nawet wierzyć, że w polskim morzu filmów złych i nijakich wyłowiono kolejną perełkę.

czwartek, 26 listopada 2009

Wczoraj na konferencji Kongresu Kobiet w Olsztynie nie było czczej gadaniny, ale dużo faktów. Momentami aż za dużo. I niezależnie od naszych osobistych poglądów, cyfry dowodzą, że kobiet u władzy jest niewiele, za to zasilają najbardziej mało dochodowe sektory, np. wolontariat. W wolontariacie naszego regionu kobiety to ponad 90%.
To, że jest nas więcej na uczelniach, to też nie wynik emancypacji, ale tego, że faceci wolą oddać naukowe stołki za marne 2 tysiące na rzecz dyrektorskich dwucyfrowych foteli.

Do ustawy o parytetach ostatecznie przekonał mnie jeden argument. Obecność kobiet zmienia krąg tematyczy debat, przesuwa punkt ciężkości na sprawy społeczne, codzienne, bliskie życia. I dlatego tak ważne jest, aby kobiet było coraz więcej. W przeciwnym razie euro 2012 wciąż będzie ważniejsze niż edukacja czy przeciwdziałanie przemocy, boiska dla orlików wyprą żłobki, a w sprawach macierzyństwa zamknie się nam usta becikowym.

Najgorsze, że takie konferencje skupiają babki już świadome, a życie dzieje  się obok: toczy się męska polityka i życie zwykłych Kowalskich, którzy nie zaprzątają sobie głowy sprawami kobiet.

W sobotę, w teatrze, gdy zbierano podpisy przed spektaklem, obojętny tłum przepływał koło stoiska Kongresu i nikt się nawet nie zatrzymał. Zero reakcji. Jakby ta kobieta z wielkim banerem "PARYTETY" pożyczyła pelerynę niewidkę od Harrego Pottera. Kiedy z Endrjuszą przedarliśmy się przez tłum teatromanów i oświadczyliśmy, że chcemy się podpisać, pani wykrzyknęła z ulgą:
- Jak miło! Stoję tu od godziny i Państwo są pierwsi.

Wyszłam, ciskając pioruny na prowincjonalną ciemnotę, a wczoraj zrobiłam małą ankietę w mojej rodzinie, która przecież posiada inteligenckie korzenie i można im lekko przyznać status Kowalski plus.
Co to są parytety? - zapytałam.

- Parytety, czyli coś ważnego - odpowiadali.
- Nie, priotytety tylko parytety - wyjaśniałam cierpliwie.
- A no tak, priotytety. A parytety to nie to samo?

Gadam z Krisem.
- Parytety? A wiesz obiło mi się o uszy.
- A z czym Ci się kojarzy?
- Hmm na pewno nie z jedzeniem. Choć pozornie by mogło, bo się rymuje parytety-kotlety.

Jedynie moja ponad 80-letnia babcia nie dała plamy i wyłuszczyła mi całą ideę ustawy. Uratowała honor rodziny.

Jaka konkluzja?
Ano taka, że możemy sobie robić konferencje, czytać statystyki, a nawet podejmować działania, ale dopóki idea nie trafi pod strzechy i nie dotrze do Kowalskiego i Nowaka, będzie ona zawsze postrzegana jako sztuczny twór, wymysł opętanych feministek.

Pociesza mnie jedynie to, że jak świat światem za postępową myślą nigdy nie stał tłum, lecz garstka oświeconych. A następne pokolenie przyjmowało to już jako oczywistość.

I tego życzę naszym córkom,
a sama idę pod prysznic.

Jutro napiszę, dlaczego nie podobał mi się zachwalany przez wszystkich "Rewers".

wtorek, 24 listopada 2009

Teraz dopiero widzę, że boska Natura pomyślała o wszystkim. Na przykład o tym, abym przestała się wysypiać - taki trening bezsenności przed pojawieniem się młodego mlekopijcy. Na brzuchu spać nie mogę, na plecach niewskazane, na bokach mnie tak coś ciągnie, że wolę wstać.
Dobrowolna pobudka o szóstej - cudownie:)

Na szczęście Endriusza zawsze potrafi mnie pocieszyć:

ja: Kochanie, ta ciąża tak mnie osłabia. Poszłabym na jakiś koncert, na imprezę, ale nie mam siły. Czuję się jak inwalidka przywiązana do domu.
Endrju: Eee, mogło być gorzej.
ja: Jakoś mnie to nie pociesza.
Endrju: Brzuch możesz wszędzie zabrać. A gdybyś tak musiała wysiadywać jajo?

Za oknem deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny, grypa i chandra szukają nowych ofiar, a ja po sobotnim chlipaniu znów odzyskałam siły i jest mi dobrze.

Jutro z Tymisiową idziemy na konferencję Kongresu Kobiet, a od czwartku zaczyna się w Olsztynie queerowy festiwal.

Poza tym nie dzieje się nic.
Zaczynam czytać "Nocnych wędrowców".

sobota, 21 listopada 2009

Wczorajsze spotkanie KGM, nie mylić z konglomeratem przemysłowym KGHM Polska Miedź, dowiodło, że dziewczyny z naszego nieformalnego Koła Gospodyń fantazję mają. Aż chce się rzec - ułańską!

Gospodynią wczorajszego wieczoru była Agata, która zaprosiła nas do świetnego minimalistycznego wnętrzna na starówce - doskonałego nie tylko na przedświąteczną sesję zdjęciową, ale i gadanie, i łasuchowanie.

W szczytowym porywie było nas 12 sztuk, włącznie z mamą gospodyni i jeszcze trzech innych córek - energiczną uśmiechniętą babeczką, która wpadła jak po ogień, nabyła kolczyki i świąteczne kartki, posmakowała sałatek, obróciła się jak piorun kulisty i już jej nie było.

Potem niczym Kopciuszek nawiała Magda, której Agata machnęła profesjonalny makijaż i aż żal było nie wypróbować go na jakimś obiekcie płci odmiennej.

Zostało nas dziesięć w składzie: 2 Marty, 2 Monie, 2 Agi, Iwona, Jagoda, Agata. To w sumie daje 9, czyli pomyliłam rachunki:)

A skoro mylę rachunki, na pewno nie jestem w stanie zachować chronologii zdarzeń.
Co było na pewno?
Boski chaos!
Poza tym: dużo smakołyków i sporo wina.
Agata przez cały wieczór niezmordowanie poprawiała nam urodę, Monia z Jagodą zajęły się ustawianiem sesji, reszta jadła i gadała w konfiguracjach rozmaitych.

- Laski? To prawda, że po porodzie wychodzą włosy? - zajęłam się sondą wśród matek.
- Phi! - prychnęła Aga tonem doświadczonej - wychodzące włosy to nic przy hemoroidach!

Potem pojawił się temat obecności mężów przy porodzie.
- Mój był i bardzo się cieszył, że jest.
- A mój się wzruszył!
- A mój...
M. podniosła głowę znad babeczki i rzekła z przekąsem:
- A mój czytał Automoto Świat.

Myli się jednak ten, kto pomyśli, że nasze rozmowy zdominowała ciąża i mamuśkowe problemy. Nic z tych rzeczy. Marta przedstawiła nam swoją filozofię gotowania "Bila dla debila", czyli sposób na dania szybkie i proste. Agata przekonywała nas o zaletach posiadania psa, ale spotkała się z wyraźną opozycją. Była też chwila o książkach, chwila o dzieciach, podczas której rykoszetem oberwały teściowe.

Tymczasem Iwona z Monią cudem odkryły, że urodziły się w tym samym szpitalu, dzień po dniu i że ich matki na pewno leżały na tej samej sali poporodowej. Mało tego. Ich mężowie też urodzili się dzień po dniu, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że ich teściowe również leżały na sąsiednich łóżkach.
Zdumione tym nadprzyrodzonym zbiegiem okoliczności kontynuowały konwersację:
- A mój Łukasz - gorączkowała się i tak już  rozpalona Iwo.
- A mój.. - próbowała wtrącić Monia.
- Twój też jest Łukasz?! - Oczy Iwo wyrażały niedowierzanie.
- Nie. Mój jest Bartek - rozczarowała ją Monia i usłyszała ciche zawiedzione "Acha".

Potem przestałam podsłuchiwać i nie wiem, co jeszcze dziewczyny odkryły ze sobą wspólnego.

- Zaraz, zaraz - podeszła do nas Aga jakoś chwilę przed północą. Stałyśmy w trójkę z Monią i Martą. - Wy chyba jesteście za trzeźwe!
- Aga jest w ciąży
- przypomniała Marta. - Monia jest autem. A ja?
Tu nastąpiła krótka pauza, po której Marta dorzuciła odkrywczo:
- A ja przecież jestem pijana!

Rozstałyśmy się jakoś po pierwszej w nocy, kiedy już zaczęłyśmy wpadać w tematy poważne i trudne, i zawisł nad nami ciężar lekkiego zmęczenia, jaki zwykle człowieka dopada, gdy się za mocno wyśmieje, tak aż do łez.
Dziewczyny, które przez całe spotkanie wielką atencją otaczały mój brzuch, odprowadziły mnie aż do samochodu, pilnując, abym wsiadła po właściwej stronie i nie zrobiła sobie krzywdy. Ja pojechałam do domu, a one poszły w miasto testować swoje makijaże.

- Kurczę - pomyślałam, jadąc przez uśpione miasto - jest jeszcze tyle pytań, które chciałabym zadać tym kobietom. Chciałabym poznać ich historie, poglądy, marzenia i lęki,  bo każda z tych kobiet jest zupełnie inna. A takie spotkania są jak odkrywanie wielkich skarbców. Wdzieramy się do nich na moment i możemy wynieść z nich tylko tyle, ile się zmieści w kieszeni. Za mało. Zdecydowanie za mało.


Kartki świąteczne


Marta


Iwo


Agata


Jagoda z Tequilą


i ja:)

Więcej fotek w albumie - tam gdzie zawsze.

czwartek, 19 listopada 2009

Strasznie pracowity tydzień już prawie za mną. Jeszcze machnę jedną chałturę, na którą ciągle nie mam pomysłu i zaczynam weekend.
Dziś pójdę na mały knajping z Monią, a jutro...
Jutro kolejny zlot Koła Gospodyń Wiejskich.
Tym razem wietrzymy kredensy, jemy smakołyki, a przy okazji planujemy anielsko-świąteczną sesję zdjęciową. Niezmiernie ciekawam efektów.  

Poza tym nie dzieje się nic wielkiego.
Czytam jakąś obyczajówkę Hanny Bakuły, w kolejce czekają "Nocni wędrowcy" Wojtka Jagielskiego, a mój książkowy apetyt wzbudza świeżynka na rynku: wspomnienia Jerzego Illga - redaktora Znaku - pod oczywistym tytułem "Mój znak".

Za dnia dłubię coś w kramiku, wieczorami piszę, czytam i oglądam z Endriuszą "Przystanek Alaska". Kończymy już trzeci sezon, a Maggie O'Conell wciąż nie bzyknęła się z doktorem Fleischmanem. A było tak blisko, cholera. 

Życie mi dziś służy, mam sporo energii i motyli w głowie.
Wróble ćwierkają, że jutro będzie słońce, a ja im wierzę.

środa, 18 listopada 2009

Formalnie nosi to nazwę uznanie dziecka w łonie.
Wczoraj - 17 listopada 2009 roku - mój konkubent Endriusza w obliczu prawa i przed obliczem Pani Kierownik USC w Olsztynie uznał Antola w mym łonie i zastrzegł (to już tylko w moim obliczu), że gorzko pożałuję jeśli Antek okaże się ciemnoskóry lub skośnooki:)


Fot. ja:)

Z innych radosnych nowin:
Uwaga!Na warmińskim niebie nieśmiało wychyla się słońce.
A ja dziś trochę popracuję, a potem zobaczę.
Udanego dnia!

wtorek, 17 listopada 2009

Rodzina to taki trudny twór, a czasem potwór.
Z jednej strony rodzina jest dla mnie wartością najwyższą, wartością bezwzględną i nieprzemijającą. Więzy rodzinne nie pryskają jak miłość, nie rozchodzą się jak przyjaźnie. To najtrwalszy i najgłębszy związek, w którym dawanie jest efektem instynktu, a nie racjonalnej analizy.

Ale jednocześnie rodzina to sieć cholernie skomplikowanych połączeń, to relacje, w których najboleśniej odczuwa się niesprawiedliwość. W rodzinie nasze postawy bywają roszczeniowe, bo przecież od rodziny mamy prawo oczekiwać tego czy owego. Po to w końcu jest rodzina.

Wreszcie rodzina to najbardziej toksyczna jednostka, bo rodzinę trudno porzucić, nie można się z niej wypisać albo chociaż rozstać się kulturalnie. Na rodzinę jesteśmy skazani.

A w rodzinie jak to w rodzinie. Są tacy, którzy manipulują i tacy, którzy dążą do władzy, są cholerycy i flegmatycy. Są też podporządkowani. Oni zwykle siedzą cicho i cicho hodują swoje poczucie krzywdy, które potem znajduje ujście w gabinecie psychoterapeuty. Rodzina to taki klosz, który chroni przed wrogim światem, a jednocześnie jest szklarnią dla wzajemnych żalów, niespełnionych obietnic, ran, które zadajemy sobie, nie zawsze świadomie.

Nie ma rodzin idealnych. Wszystkie są kalekie, choć stopień inwalidztwa bywa różny.

Ten przydługi wywód to wstęp do bardziej osobistych rozważań. Kiedy skończylam studia, porzuciłam T.-terrorystę, udało mi się z drobnych cegiełek zbudować niezależność. Miałam pracę, swoją kasę, mieszkanie i życie. Rodzinę widywałam rzadko i zawsze w świątecznych okolicznościach. Brakowało mi ich na co dzień, ale to była cena wolności.

Teraz z kolei mam świetny kontakt z rodziną  i zwykle jest fajnie, ale jednocześnie wiem, że powrót do Olsztyna był jednoczesnym pożegnaniem się z dotychczasowym dorobkiem i niezależnością. Na pewnej płaszczyźnie był krokiem w tył.
Czasem czuję jakbym znów wcisnęła się w sukienkę małej dziewczynki, znów potrzebuję pomocy i wsparcia.  Nie jestem samodzielna, co niestety czasem bywa argumentem w sprawie.

Może są i tacy, którzy bez skrupułów przyjmują pomoc od rodziców, może są rodzice, którzy nie dają tego dzieciom odczuć, ale mnie powoli to uwiązanie zaczyna wychodzić bokiem.
Szczególnie teraz -  w perspektywie narodzin dziecka - tym bardziej czuję, że najwyższy czas przeciąć pępowinę i stanąć na własnych nogach. Dzieci nie powinny mieć dzieci. 

Na własnych nogach znajcznie przyjemniej wraca się do domu rodziców.  

poniedziałek, 16 listopada 2009

W piątek jesień zrobiła wyjątek.
I podarowała nam odrobinę słońca.
Poza tym łaskawym ochłapem, od dwóch tygodni nurzamy się w szarości. Nie ma różnicy między porankiem a zmierzchem. Na szczęście trzydniowy weekend tak mnie doładował, że dzielnie znoszę sadystyczne zapędy tej pory roku. 

Teraz natomiast przywaliła mnie robota, więc jak znajdę chwilę, to może powrócę do tego wpisu, a jeśli nie, to widzimy się jutro.

Może będzie ciut luźniej.
Chciałam żyć z pisania, to mam.
Piszę i żyję. Niekoniecznie z pisania.
Ale z pisania mam na waciki i utrzymanie mojego najdroższego hobby, czyli kramiku:)

piątek, 13 listopada 2009
Po wczorajszej wizycie u doktorka zapamiętale trenuję mięśnie Kegla.

Endrju: A po co Ty właściwie ćwiczysz te mięśnie?
ja: Żebym nie miała po porodzie problemów z trzymaniem moczu, no i wiesz, żeby Twój penis nie latał w mojej pochwie.
Endrju: Tym się nie przejmuj. Znajdziemy jakieś nowe techniki. Na przykład pych boczny.

:)
czwartek, 12 listopada 2009
...a mamuśki malują brzuchy - hihihi!
:)



 
środa, 11 listopada 2009



Dziś w Poznaniu kolorowy dzień rogala - wesołe święto, na które Wielkopolanie od wielu dni zaostrzają apetyt. U nas natomiast dzień niepodległości. Święto smutnego patriotyzmu nierozerwalnie związane z kościołem jak każde  państwowe święto w tym kraju. Może poza 1 maja. Będą msze, przemarsze wojsk, flagi i sztandary. Będą kwiaty na pomnikach i nudne przemówienia.
Mądrzy ubolewają nad kryzysem patriotyzmu, a mnie kryzys dopada jak mam wyjść na oflagowane ulice w tak ponury dzień jak dziś i mijać tylko gości w sutannach i mundurach. Wolałabym zatańczyć i zjeść rogala, i widzieć wokół siebie uśmiechnięte twarze.
Ot co.

Wesołych świąt Wam życzę:)

Oto jak w święto niepodległości żyje poznański św. Marcin
źródło: www.poznan.pl




A mnie dziś się śniła moja Marcinka i był to ładny sen i z tej okazji odgrzebałam stare urocze fotki z boskich marcińskich czasów:





Sierpień 2007
Autorką zdjęć jest Jozi, która potem potajemnie nagrala mnie i Gruszkę. Jak się okazało wciąż mam te filmy, ale liczę, że nigdy nie dostaną się w niepowołane ręce:)

wtorek, 10 listopada 2009

Polskie kino ma przeciwników i zwolenników. Niektórzy stracili wiarę, że w polskim filmie możeprzydarzyć się  jeszcze coś dobrego.

Ja należę do tej drugiej grupy. Lubię rodzime obrazy. Może z wyjątkiem komedii, które polscy twórcy potrafią spieprzyć dokumentnie, mimo dobrego scenariusza i niezłej obsady. Ale to też pewnie sztuka:)

Wczoraj wybrałam się na debiut Pawła Borowskiego "Zero". Poszatkowana fabuła przywodzi na myśl filmy twórcy "Amores Perros" i "Babelu". Ramą czasową tego obrazu jest jedna doba, doba samotności w wielkim mieście, tym razem nie w Warszawie, ale we Wrocławiu. 24 godziny, podczas których otrzymujemy strzępki 24 ludzkich historii. Z tego patchworku dramatów i zwyczajności, dobra i zła, Paweł Borowski szyje przejmującą opowieść o niemożności wzajemnego zrozumienia. O przekazywanej z pokolenia na pokolenie ułomności emocjonalnej, przez którą obijamy się o siebie jak samotne bile, zadajemy sobie ciosy, a potem zamknięci w skorupie żalu i poczucia krzywdy  liżemy rany w samotności lub szukamy pocieszenia na zewątrz, choć osoba najbliższa sercu jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy się otworzyć. A otworzyć się jest tak trudno.
I każdy chce dobrze, a wychodzi jak zawsze.
Trudno się dziwić: bolesne lekcje braku zrozumienia otrzymujemy od najwcześniejszych lat. Rodzicom zwykle łatwiej było się wściekać, obrażać, szantażować niż przejąć punkt widzenia dziecka. Do niedawna nie poświęcało się tyle uwagi zagadce wychowania. Pradziad bił, dziadek bił, ojciec bije, bo to działa, skoro sam wyrósł na przyzwoitego człowieka. Prababka zakazywała, babka zakazywała, to skąd matka ma wiedzieć, że są lepsze sposoby od zakazów i nakazów?

I tak rosło niedokochane, niezrozumiane pokolenie, które nie potrafiło pokazać swoim dzieciom, że nie tędy chadza miłość. Bo miłość, aby przynosiła dobre owoce, musi wędrować ścieżkami zrozumienia, a kiedy te ścieżki gubi, wówczas rodzi się zło i krzywda.
Tak powstaje opowieść o tym, jak dobro i dobro pogubiło drogi. Czasem zdarza się dobra opowieść, na przyklad "Zero" Borowskiego.

niedziela, 08 listopada 2009

W piekarniku piecze się pizza, a ja - kurka domowa - wreszcie przysiadam na fotelu. Lubię i takie niedziele - ciepłe, domowe, kiedy można coś upichcić, poczytać, napisać kilka akapitów, leżeć i nic nie musieć.

Dobre dni za mną. Wypad z mamaszą na zakupy i jabłecznik w ZENie, telefon do Ewy i długie gadanie, tak bardzo mi potrzebne, bo w gruncie rzeczy ciężko mi się otworzyć, wolę słuchać o cudzych problemach niż zwierzać się z własnych. A z Ewą czasem potrafię i nikt tak jak ona nie umie zdejmować ciężarów z mojego serca. Z Ewą życie nabiera kolorów i lekkości. Zrzucamy sobie nawzajem bagaże smutku i wtedy można się już tylko śmiać.  

Po za tym leniwa poranna sobotnia kawa z Tymisiową i wczorajszy wieczór z Martą i Maksem - bez żadnych fajerwerków, po prostu przyjemne chwile, rozmowy. A ja lubię i gadać, i słuchać.

Teraz trochę się polenię, a wieczorem upiekę morelowe ciasto jogurtowe.
Poprzedni tydzień sponsorowała literka B jak brownie (specjalnie dla Endriuszy, który lubi wszystko, co czekoladowe), a zbliżający się tydzień należy do literki M.
M jak... morele:)

A zatem spadam, a na koniec mała anegdota z karmiku, którą opowiedziała mi pracująca w Diable Maga.
Klientka: Dzień dobry, macie państwo koronkowe szaliczki?
Maga: Niestety nie mamy nic takiego.
Klientka: Oj niedobrze, takie szaliczki przecież są bardzo praktyczne! Powinny być.
Maga: A do czego Pani taki szaliczek?
Klientka: Matkę chowam i chciałam jej w trumnie twarz przykryć.

****
postscriptum
od kilku dni chciałam napisać kilka słów o wyzwaniu jakim jest związek, bo związek to już nie sama miłość, ale również decyzja na miłość. Telepatycznym cudem Baśka zrobiła to za mnie. Dlatego wrzucam tu cytat z jej bloga, pod którym się podpisuję:

 Bycie z kimś to ustawiczna konfrontacja. To zmienność, zamykanie i otwieranie serca, przybliżanie i oddalanie się od siebie. Związek to papierek lakmusowy naszego wnętrza. Im silniejszy tym mocniej działa. Za jego sprawą ujawniają się wszystkie stare rany, problemy, lęki. Jak na gwizdek stają równo w szeregu. Tak bardzo tęsknimy za miłością idealną, która wypełni emocjonalne luki, nasyci i da spełnienie. Ale to niemożliwe. Jesteśmy już dorośli i wiemy, że symbioza między dwójką ludzi zdarza się raz - w łonie matki. Mimo to, boli  niemożność całkowitego przekroczenia własnej samotności i dzielenia ze sobą światów. To dlatego samotność doświadczana w związku boli po stokroć bardziej niż w pojedynkę. Dlatego tak wielu wybiera bycie singlem, niezmąconą ścieżkę spokoju, samostanowienia, a nawet oświecenia. Kiedy nikt nie rozprasza, można skoncentrować się i pracować tylko nad sobą.

Tak więc mono czy stereo? Wybór jest jak zwykle nasz. Może trzeba pożegnac się z marzeniami o doskonałej miłości i docenić tą, która nam się przydarza, że wszystkimi błędami, niezręcznościami, usterkami, ale jednak skierowaną do nas z czystej dobroci i tęsknoty serca? A może traktować to wszystko z przymrużeniem oka?

Basiastar

czwartek, 05 listopada 2009

jakiś miłośnik Junga lub inny psycho-fachowiec rozgryzłby to w sekudnę. Moje sny.

Od dobrego tygodnia noc w noc śni mi się zły sen. Za każdym razem jest to sen, w którym Endrju robi mi drobne i większe przykrości: umawia się i nie przyjeżdża, porzuca mnie w nieznanym miejscu, drwi ze mnie albo mizia się na moich oczach (!) z jakimiś cycatymi blondynami, no horror po prostu! Wczoraj nie dowiózł mi cytryn na laboratorium na badanie stężenia glukozy - a tak go o to prosiłam!
Budzę się w środku nocy wściekła na niego, a potem jeszcze rano jestem nadąsana, choć nie pamiętam dlaczego. Potem stukam się w czoło, bo przypominam sobie, że wciąż mnie trzyma złość na Endriuszę. Nie tego z jawy, ale tego ze snu.
A ten ze snu jest dokładnym przeciwieństwem tego na jawie.
- To jakiś koszmar - skarżę się Endriuszy - strasznie mi się śnisz i nie wiem, dlaczego.
- Projekcje
- wyjaśnia lakonicznie Endrju.
- Czyli, że co?
- Czyli, że na pewno się mną znudziłaś i chcesz mnie zostawić, ale nie masz obiektywnego powodu, więc twoj mózg projektuje sytuacje, które tłumaczyłyby twoje odejście.

No tak, zapomniałam, że Endrju to czarnowidz. Nic się nie może udać, a już na pewno nasz związek. Według niego wszystko jest kwestią czasu. Choć moim skromnym zdaniem to czysta kokietria. Im bardziej go poznaję, tym lepiej widzę, że on po prostu jest świetnym dyplomatą - wie, co i kiedy należy powiedzieć, aby kobiecie sprawić przyjemność, a jeszcze lepiej wie, o czym nie wspominać i do czego w życiu się nie przyznawać.
Mama Betki mawiała, że małżeństwo to teatr i myślę, że miała rację. Związek kobiety i mężczyzny to również pewna gra, ale o tym napiszę jutro.

A wracając do snów - męczę się z nimi okrutnie i nie wiem, czy to ciążowy lęk przed samotnością czy co?
Ale mimo wszystko wolę mieć kolorowe życie i koszmarne sny niż odwrotnie.

A poniżej letnie wspomnienie jako antidotum na jesienną szarość.
Dwie ciężarne oddające się ziemskim rozkoszom


Janiś & ja:)

środa, 04 listopada 2009

Ktoś w niebie myje podłogę i brudną ścierę wyżyma nam nad głową. Paskudnie jest. Za oknem zimno, w kramiku lodowato, w manasardzie... hmm.. rześko:)

Dziś zamiast do kramiku poszłam na spotkanie Stowarzyszenia Starówka Razem. Nawet nie wiedziałam, że działa u nas takie stowarzyszenie, wieść to budująca, bo czasem mam wrażenie jakbym na tej starówce była kompletnie sama i sama niczym Don Kichot toczyła walkę z  wiatrakami. A tu proszę, taka niespodzianka. Zobaczymy, co z dziejszych deklaracji (tym razem były to wizje Urzędu Miasta) ujrzy światło dzienne.

Za oknem wciąż buro i ponuro, dlatego....

tu miałam napisać, że
zakopuję się w domowych pieleszach i piszę powieść, ale właśnie padł mi laptop. Bosko! Dokańczam tę notkę na niewygodnym stacjonarnym Endriuszy i z drżeniem serca czekam na dalszy rozwój akcji. Mam nadzieję, że odzyskam dane, bez laptopa czuję się jak bez ręki.
Taka współczesna grupa inwalidzka.

wtorek, 03 listopada 2009

U nas w domu od dawien dawna zawsze tworzyły się koalicje. Ja z mamą kontra ojciec i Kris, ja z tatą kontra mamusia i jej syneczek, młodzi vs. starzy. W takim kontekście ciężko myśleć mi o rodzinnym modelu 2+1 , bo zawsze ktoś byłby sam. W naszym domu szukanie sojusznika  w każdej sprawie jest na porządku dziennym.

Sobota, rodzice wybierają się na cmenatrz, ja jestem w kramiku. Dzwoni tata:

Tata: Cześć, mam pewien pomysł, ale matka już mnie zrugała. No sama powiedz, kto ma rację.
ja: A o co chodzi?
Tata: Wpadłem na pomysł, żebyśmy pojechali na cmentarz we wtorek. Nie będzie już korków i tłumów, a przy okazji zrobimy porządek, posprzątamy wypalone znicze.
ja: Sorry tatuś, ale tradycja jest taka, że jedzie się w Święto Zmarłych. Wigilię też chcesz przesunąć, żeby nie stać w kolejce po karpia?
Tata: (zrezygnowany i wściekły) Jesteś taka sama jak Twoja matka!

***
Endriusza rozmawia ze swoim kumplem z pracy, który ma przyjechać do Olsztyna i coś odebrać z mojego kramiku.
Endrju kończy rozmowę.
Endrju: Klucze będą czekały w sklepie u mojej panny.
ja: (oburzona) U mojej panny? A co to za określenie?
Endrju: Nie mamy ślubu, więc nie mogę nazywać cię żoną. 
ja: Jak znam życie, po ślubie byś powiedział: klucze będą czekały w sklepie u mojej starej.

Endrju skwitował to śmiechem, a ja w akcie zemsty zaczęłam szukać równie beznadziejnego określenia na mojego chłopaka vel konkubenta.
Na razie stanęło  na "fagasie".
Za chwilę przyjdzie kumpel mojego fagasa, aby odebrać klucze:))

A może Wy macie jakiś lepszy pomysł?

poniedziałek, 02 listopada 2009

Śniło mi się, że robiłam zakupy w Starym Browarze w Poznaniu. Ilekroć probowałam zejść z ruchomych schodów, spadałam z nich i trudno było mi się podnieść.
Jak się okazało inwestorka - Grażyna Kulczyk - pani na Starym Browarze, w ramach przeciwdziałania kryzysowi, nakazała zwiększyć prędkość poruszania się schodów, aby klienci więcej czasu spędzali w sklepach zamiast na schodach.

Głupie-co-nie?

Dziś przyszłam do kramiku spacerkiem, bo słońce tak radośnie rozświetla jesienne pejzaże, że żal byłoby to przegapić.  

Weekend był spokojny, leniwy wręcz.

W sobotę wyskoczyliśmy do Werandy na małą kolację z Ramzesem i Duchem, potem dobił jeszcze Fruwak i jego kumpel, a mój ulubieniec - niejaki Gawciu. Gawciu to koleś, który wywołuje we mnie ostrą reakcję alergiczną od czasu pamiętnej wyprawy w góry. Dałam nogę przy pierwszej przesiadce w Krakowie, czego Ramsik nie mogła mi wybaczyć przez kilka długich tygodni. Niestety nie byłam w stanie znieść zbyt dużego stężenia błazenady i prostactwa. I choć Fruwak przekonuje, że od tamtego wyjazdu Gawciu przeszedł przemianę duchową, jakoś nie bardzo w to wierzę.

Wczoraj natomiast wylegiwałam się w łóżku aż do 14-tej, dopóki nie rozbolała mnie głowa od tej szokowej dawki lenistwa.
Po zmroku pojechaliśmy na grób dziadka i Cioci Haneczki - poza widokiem rozświetlonych pagórków, lubię zapach palących się zniczy oraz nastrój ciszy i skupienia. Lubię przyglądać się innym grobom - dziwnym nazwiskom, cudzym metrykom, kwiatowym kompozycjom, jakie rodzina układa na grobie zmarłego. Na jednych pomnikach panuje naturalny chaos, inne oświetlone są symetrycznie, w nieskazitelnym porządku. Bywają też groby poddane są rygorowi korystycznemu: np. tylko białe znicze, albo białe naprzemiennie z kolorowymi. Wyobrażam sobie zmarłych i ich rodziny. Czy małżeństwa, które leżą w tych samych grobowcach były szczęśliwe? Czy ich dzieci przychodzą tu z miłości czy z obowiązku? Projektuję własne umieranie i zastanawiam się, czy moim bliskim będzie się chciało spełnić moje ostatnie życzenie i sprzeniewierzyć się polskiemu prawu, rozsypując moje prochy w kilku ukochanych miejscach?
Lubię to ciche święto i mam nadzieję, że nie wyprze go krzykliwe Halloween.