..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 30 listopada 2008

- Tylko nie waż się pisać o mojej dupie – zastrzegła Baśka, ładując się już do pociągu.
- Jeśli nie od dupie, to o czym? – zaprotestowałam. – Przecież to motyw przewodni tego weekendu.
Ale że jestem przyjaciółką od serca, dodałam szybko:
- No dobrze, o dupie nie napiszę, ale wrzucę Twoją fotkę w lokach, gdzie wyglądasz jak dicho gwiazda z lat osiemdziesiątych.
- Nie gadam z Tobą – Basia strzeliła focha i oklapła na fotel w przedziale.

 A zatem jak tu na pisać relację z sabatu, jeśli nie można wspomnieć ani o dupie, ani o lokach, ani o fałdach, pryszczach, niuansach fizjologicznych i o innych rzeczach, którymi żyłyśmy przez ostatnie dwa dni.

- Boże, jakie to jest męczące – westchnęła Qqina, nakładając swój brokatowy cień – to golenie, pilingowanie, kremowanie, nacieranie, malowanie oczu, prostowanie włosów. I tak codziennie.
- I ledwo się z tym wszystkim obrobisz – dołączyła się Bacha – to przychodzi wieczór i trzeba to zmywać i ścierać, żeby nazajutrz od nowa się z tym pierdzielić.

 Na szczęście czasem świat docenia nasze nadludzkie wysiłki i kiedy w kwartecie: ja, Basia, Uparte (z nowym kolorem na głowie) i Qqina ruszamy na podbój Olsztyna, nie istnieje ryzyko porażki. Wczoraj po dwóch winkach zrobionych w mansardzie zaczęłyśmy od bałkańskiej knajpy Weranda, gdzie największe emocje wzbudziła potrawa Basi. Jeśli ktoś ma kłopot z odgadnięciem przyczyny, odsyłam do fotki niżej.

Z Werandy powędrowałyśmy do mojej ulubionej Alchemii, gdzie siedząc przy barze w tak doborowym składzie, wzbudzałyśmy powszechne zainteresowanie.

- E widzisz tego tam?
– zapytała Baśka. – Wygląda jak Żulczyk.
- Acha, rzeczywiście – odpowiedziałam.
- Tylko nie strzelaj oczami!
- Ja??? – tradycyjnie udałam zaskoczenie. – No wiesz?!

 Strzelać zaczął "Żulczyk", więc trudno się było bronić.
Jeszcze przed północą dziewczętom zaczęły chodzić nóżki i nadszedł czas, aby zmienić lokal. Wybór padł na Molotov Cafe – grungową knajpę dla młodych anarchistów, kontestatorów i wszystkich, którzy hołdują zasadzie: fuck the system. A tam...

Tam odbywało się prawdziwe szaleństwo. Trafiłyśmy powiem na Kicha Party i koncert grupy Skurcz, których twórczość opiera się na kilku motywach, a ten najważniejszy to oczywiście fekalia. Przekarczając próg Molotova, dałyśmy się zapieczątkować przez bramkarza stemplem „Sprawdzono pod względem merytoryczno-formalnym” i tym samym wkroczyłyśmy do siedliska szatana. Takiego zagęszczenia dziwaków, przebierańców i pojebów (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) już dawno nie widziałam. Coś pięknego. Istne szaleństwo – taneczna orgia wszelkich wynaturzeń.


Dziewczęta ruszyły na parkiet, a ja pogrążyłam się w rozmowie z „ Żulczykiem” i jego kumplem – Medykiem, czego Bacha nie omieszkała mi wypomnieć późną nocą, kiedy siedziałyśmy już w mansardzie. Uparte popijała wodę, a Bacha imputowała mi defekt psychiczny, opróżniając jednocześnie moją lodówkę. Bo nie wiem, czy wiecie, ale istnieje podejrzenie, że Baśce za młodu przeszczepiono żołądek hipopotama. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć apetytu kogoś, kto po imprezie potrafi zajść do McDonalda i zjeść 6 cheeseburgerów. A że wczoraj nie było McDonalda, ofiarą padła lodówka:- )

Po tak upojnej nocy wstałyśmy leniwym niedzielnym przedpołudniem i wyruszyłyśmy na spacer wokół Jeziora Długiego i podreptałyśmy na Przystań. Tam zaspokoiłyśmy nasze podniebienia i żołądki. Powoli nadchodził czas pożegnania. Odwiozłam panienki na dworzec i wsadziłam do pociągu, a teraz zanurzona w miękkiej pufie słucham w Trójce Kaczkowskiego i ledwo żyję.
To był pięknie wyczerpujący weekend.
Sabaty w tym składzie smakują wyśmienicie.


Basia w Werandzie z penisem na talerzu


W Alchemii panienki trzy

Tytuł zdjęcia: "Zawiść czyhająca w rogu"


Basia& Qqi. W tle "Natasza"


Trio superstars!


Orgia parkietu - tarzanka


Basia i ...?


Wokalista lubi opuszczone spodnie

A basista kalesony:)

 
Więcej fot z Molotov Cafe TU

piątek, 28 listopada 2008

Poszłam wczoraj na spotkanie z Marcinem Świetlickim, który promuje trzecią część kryminalnej trylogii "Jedenaście".
Nawalił im pociąg na trasie Wawa-Olsztyn, więc Chłopcy (Świetlicki& jego wydawca Irek Grin) przyjechali taksówką. Nie omieszkali zadrwić z naszych dróg, wrzucając kamyczek do ogródka innego twórcy kryminałów - niejakiego Pawła Jaszczuka, który w Olsztynie jest dyrektorem Zarządu Dróg Miejskich i Zieleni. Samo spotkanie - zabawne.
Świetlicki z bliska wygląda jak zafrasowany dyzio marzyciel na lekkim kacu.
Ale cel promocji osiągnięty: mimo że ostatnio mam problem z czytaniem fikcji, a kryminału nigdy nie wzięłam do rąk, zakupiłam pierwszą część cyklu, czyli "Dwanaście".

Aby jednak zrównoważyć ów zakup, poszybowałam zaraz do księgarni, gdzie nabyłam najnowszą część Jeżycjady: "Sprężynę." Patrzę z apetytem na okładkę książki i delektuję się świadomością, że jeszcze nie pochłonęłam tego rarytasu, że pyszne ciastko z kremem wciąż nietknięte, czeka na tę chwilę. Bo czytanie książek Musierowicz - które ukazują się coraz rzadziej - musi być odpowiednio celebrowane.
Dlatego na wieczorną lekturę wybrałam "Schodów się nie pali" Tochmana.
Jeśli macie ochotę na historie autentyczne i możecie sobie pozwolić na zarwanie połowy nocy - gorąco polecam.

czwartek, 27 listopada 2008

Początek...

- W takim stroju nigdzie nie wyjdziesz – mężczyzna zmarszczył gęste, krzaczaste brwi i po trzykroć zastukał laską w dębowy parkiet. – Nie chcę, aby twoja matka przewracała się w grobie na twój widok.
- Dziadek, wyluzuj proszę! Pokazać Ci zdjęcie mamy z czasów, kiedy  była w moim wieku.
- Ja nie muszę nic oglądać, aby wiedzieć, jaki strój winna założyć panienka z dobrego domu, gdy idzie do szkoły.
- Dobra, już dobra – Lola podbiegła do starca wtopionego w ogromny fotel, ucałowała go w czoło i kilkoma zwinnymi susami doskoczyła do drzwi sypialni. Tam pośpiesznie zdjęła kusą spódniczkę i obcisły top, zwinęła je niechlujnie i wrzuciła do torby. Otworzyła szafę, wybrała staromodną rozkloszowaną sukienkę w groszki  z okrągłym kołnierzykiem i raz dwa wciągnęła je na grzbiet. Pochwyciła torbę, wyszła z pokoju, dygnęła przed dziadkiem, który nieznacznym skinieniem zaaprobował jej wygląd, obróciła się na pięcie i już jej nie było.

- Widziałaś, jak jej iskrzy w oczach? – zapytał, podnosząc się z fotela, aby nakręcić zegar.
- Gdy miałam piętnaście lat i mnie się iskrzyły – odpowiedziała mu żona. Wchodziła właśnie do pokoju, niosąc tacę z parującą herbatą i talerzem herbatników. – Teodorze na miłość boską! Odsłoń te rolety! Jeszcze nie umieramy!
Teodor posłusznie podreptał w stronę okna.
- Lola się zakochała.
- Kiedyś to się musiało zdarzyć. Miejmy nadzieję, że jej absztyfikant to jakiś uczciwy młodzieniec.


Kto wie, co będzie dalej?
Ja jeszcze nie:)
No, może trochę:o)

środa, 26 listopada 2008
Za oknem czarna noc, a ja  uciekłam od demonów do rodziców na wieś. Mamulka  po trzeciej herbacie i szóstym papierosie popatrzyła na mnie badawczym wzrokiem i powiedziała:
- Tak być nie może. Musimy coś zmienić.
I zaczęłyśmy zmieniać.
Nikt nie umie świata wywracać do góry nogami tak jak moja Mama. Ona jest mistrzem rewolucji. Od słowa do słowa powstał nowy plan działania.
- Już to widzę! - zadrwił Tatulek, słysząc o nowych planach. - A kto na to wyłoży kasę?
- Ty się o to nie martw
- uspokoiła go Mama, która potrafi wyciągać pieniądze spod ziemi. Zwykle na duży procent.

Toteż powstał nowy prodżekt. Na razie tajny. Jak wszystkie prawdziwe prodżekty.
Czuję, że nim umrę, będę mogła powiedzieć, że w swoim życiu robiłam prawie wszystko.
Endriuszka mnie zabije. Albo wyśmieje.
Dlatego - błagam - cicho sza!
wtorek, 25 listopada 2008

Jakiś czas temu Endrju rozstał się z Matką Agorą, bo okazała się macochą niczym z baśni o Kopciuszku - nie dość że głodziła, to wiecznie kręciła nosem. Od grudnia zaczyna pracę w radio, co w obecnej sytuacji finansowej jest dla nas wybawieniem. A dla niego również interesującym wyzwaniem.
Z tejże właśnie okazji znowu zostałam sama - tym razem Endrju wyjechał na szkolenie - a ja ponownie w roli Penelopy: czekam i dziergam.
Nie sweter, ale nową powieść. Wydziergałam dziś początek. To najfajniejszy moment w pisaniu - kiedy stwarza się świat  i postacie.
- Co będziesz robiła przez te dwa tygodnie, kiedy mnie nie będzie? - zapytał wczoraj Endriuszka.
- Hmm zacznę wreszcie pisać powieść i schudnę sobie - odpowiedziałam po namyśle.

Teraz już wiem, że postanowienia zostaną zrealizowane co najwyżej w połowie, ponieważ dochodzi północ, a ja wcinam czekoladę z orzechami, zagryzam kozim serem, melonem i popijając wszystko białym winkiem, myślę o tej Penelopie i mimowolnie robię bilans:

Dobre strony bycia Penelopą
- mogę spać w poprzek materaca
- mogę owinąć się kołdrą
- nikt mi się nie wtrąca do muzyki
- śpię przy włączonym radiu
- jem, kiedy chcę i co chcę
- kładę się późno spać
- mogę w weekend urządzić sabat czarownic


Natomiast złe:
- Istnieje ryzyko nabycia choroby sierocej
- Boję się straszydeł i potworów, rabiusiów, psychopatów i seryjnych morderców
- Boję się chodzić nocą do toalety
- Nie mam komu śpiewać piosenek o małej biednej Agniesi porzuconej przez świat

Podejrzewam, że w miarę upływu czasu lista się powiększy.
Na razie tyle.
Dobranoc.
Idę spać.
W towarzystwie kota, zająca, z lunulą na szyi i z księżycem nad dachem mansardy zasnę jak niemowlę.

niedziela, 23 listopada 2008

I nadeszła zima. Krajobraz wokół baśniowy i czarodziejski. Świat zdaje się bezpieczny - otulony miękką kołderką, pod którą nie może się nic złego zdarzyć.
Pierwszy śnieg spadł wczoraj  w nocy. Wracając po północy z Carpentera, gdzie spotkaliśmy się z Markiem, Sylwią i Janką, skręciliśmy nad jezioro.
W ciszy wydeptywaliśmy ścieżkę w świeżutkiej pokrywie śniegu. Chmury pozłocone poświatą miasta wisały tuż nad naszymi głowami, a na czarnej tafli jeziora sunęły bieluśnieńkie, niemal fluorescencyjne, łabędzie. Bezgłośnie cięły wodę, co chwila nurkując, w poszukiwaniu podwodnych skarbów. Milczeliśmy, aby nie zakłócić ich nocnego tańca. Nawet trzciny oblepione srebrzącymi się płatkami śniegu falowały prawie bezgłośnie. 
Jakby ktoś pokręcił gałką i wyłączył dźwięk.  
Bo nocą - gdy wszyscy pogrążeni są w głębokim śnie - na świecie dzieją się cuda.
Ziemia się przepoczwarza.
Lecz robi to cicho.
Aby nikogo nie zbudzić. 

 
A to wspomnienie dzisiejszego spaceru. Więcej na olsztyńskim blogu.

piątek, 21 listopada 2008
Wczoraj poszliśmy z Endriuszką na koncert Dżudży do starej Jumy, a dziś piwiarni Warki.
Ostatni raz byłam w tej knajpie na poczatku studiów. Pamiętam, przyjechałam do Olsztyna na wakacje i z Basieńkami co weekend ruszałyśmy na podbój miasta, który zwykle kończył się właśnie w Jumie.
Pamiętam, że pewnego razu przetańczyłam pół nocy z jednym kolesiem, przystojnym zresztą jak cholera (nie pamiętam imienia) i następnego dnia rano, on zadzwonił na mój domowy numer i nagrał się na sekretarkę: Agnieszko, dziękuję Ci za tę wspaniałą noc.

Ja jeszcze smacznie spałam, podczas gdy cała moja familia zdążyła już odsłuchać wiadomość, po czym ruszyła pod drzwi pokoju, zapytać: co to do diabła znaczy?! Ich oburzenie potęgował fakt, że miałam wtedy chłopaka, który cieszył się ogromnymi względami rodziców.
Do dziś nie wiem, skąd on miał mój numer telefonu.
A z ulubionym chłopakiem rodziców rozstałam się rok później, za co Tatulek nie odzywał się do mnie  kilka dobrych miesięcy.
Dziś ulubiony chłopak rodziców ma już żonę i dwie córeczki, a ja wciąż się po tym świecie bujam, szukając swojej drogi.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
A do Jumy sentyment już zawsze będę miała, co wczorajszy wieczór tylko potwierdził.
czwartek, 20 listopada 2008
Z wczorajszego spotkania z Andrzejem Sapkowskim - cholernie błyskotliwym, ale zarazem aroganckim typkiem - na którym uśmiałam się do łez:

Pytanie z sali (nastoletni fan fantastyki):
Prosze Pana, co Panu osobiście się bardziej podoba: saga o Wiedźminie czy Saga Husycka?
Sapkowski: Kocham takie pytania! Z wszystkich Pana trzech brzydkich córek, która się panu najbardziej podoba? Wszystkie proszę pana! Robiłem najlepiej jak umiałem!  

Koleś koło trzydziestki: Proszę mi powiedzieć, kiedy Pan w pocie czoła tworzy swoje książki, to czuje pan, jak odsłaniają się przed panem jakieś metafizyczne przestrzenie?
Sapkowski (po chwili milczenia): Zastanawiam się, co powiedzieć, żeby odpowiedź nie była głupsza niż pytanie.
Sapkowski (kontynuuje): W języku jest kilka takich słów, pod którymi nic się nie kryje. Do tych słów należy metafizyka. Nie ma metafizyki.
Egzaltowana nauczycielka (która chodzi na wszystkie spotkania i chce zaistnieć): Pozwolę sobie na polemikę! Metafizyka istnieje!
Sapkowski: Tak? A ile ma nóżek?
Egzaltowana: Metafizyka, jako pewien niedostrzegalny aspekt...
Sapkowski: Bo widzi pani ja byty dzielę na takie, które można zjeść, które mogą mnie zjeść i którymi można kopulować.
środa, 19 listopada 2008

Kilka dni temu...

Mój młodszy braciszek - Kris, który robi karierę brokerską w Poznaniu i wiecznie jest zapracowany - przegląda moją ofertę. Oferta liczy, bagatela, trzydzieści stron.
- I jak Ci się podoba? - pytam.
- Nie, no fajna, jeśli jakikolwiek dyrektor ma czas, aby to przejrzeć, to chyba tylko w Olsztynie.

Wczoraj...
Dzwoni Kris z Poznania.
- Kurde, ale mnie przestraszyłaś.
- Czym?
- No tym wpisem na blogu o ciosach od rodziny.
- Dlaczego?
- Bo od razu pomyślałem, że to o mnie chodzi.
Że wiesz, że jak byłem teraz, to cały czas gadałem, że jesteś gruba i próbowałem Cię wepchać na wagę.
- Jestem nadwrażliwa, ale bez przesady.
- Jak tylko zobaczyłem ten wpis, to od razu zadzwoniłem do rodziców, zapytać się, czy to przeze mnie.  -
 Tu Kris zachichotał z nieskrywaną satysfakcją. - Na szczęście okazało się, że tym razem schrzaniła mamuśka.

wtorek, 18 listopada 2008

Wczorajszy dzień zakończył się wielką rodzinną awanturą - finalnie wszyscy na siebie nakrzyczeli, potem się poobrażali, a jeszcze potem się pogodzili.
Albo pogodzą się wkrótce.
Zdecydowanie wolę takie rozwiązania, nawet jeśli są bolesne i trudne, niż chowanie urazy albo udawanie, że nic się nie stało.
Były łzy, były krzyki, ale jak po każdej burzy, wkrótce nadejdzie słońce, a powietrze stanie się rześkie i przyjemne.

Natomiast wczoraj, kiedy było tak bardzo, bardzo źle, humor mógł mi poprawić tylko on.
On, czyli Doktor House.
A wszystko dzięki przesyłce od Qqiny, która wypaliła mi sezony House'a.
Zamiast iść na slam poetycki, łyknęłam cztery odcinki, popiłam herbatą z miodem i cytryną, i teraz już rozumiem, jak można przesiedzieć dzień i noc, oglądając cały sezon jakiegoś serialu.

Niebywały narkotyk. Ale kiedy przychodzi w trudnych chwilach, ma moc ocalania. 
A Doktor House, przyznajcie, uroczy typek, czyż nie?

poniedziałek, 17 listopada 2008
Od wczesnego dzieciństwa dręczy mnie pewien koszmar.
Ja płaczę, a ktoś bliski się ze mnie śmieje. Im głośniejszy jest mój szloch, tym donośniejszy staje się śmiech. Ten sen uporczywie wraca od ponad dwudziestu lat.

Nikt nie jest w stanie mnie zranić poza najbliższą rodziną.
Tylko po ich ciosach nie umiem się podnieść.
Nawet jeśli były niechcący. Bezmyślnie. Z braku refleksji.

Czuję się słaba, kaleka i niezdolna do niczego.
Jest mi zimno. Strasznie zimno.
Tak bardzo chciałabym zamknąć oczy.
Na baaardzo długo.

W piątek poszliśmy na świetne spotkanie z Wojciechem Tochmanem - reporterem Gazety Wyborczej i współzałożycielem fundacji ITAKA. Jego drastyczne książki dotykają największych dramatów współczesności - wstrząsają i wytrącają z równowagi. Jak twierdzi sam autor, pisze je po to, aby zepsuć nam dobry nastrój i wybić z samozadowolenia.
Tochman na żywo okazał się nie dość, że interesującym facetem, to również rozmowa, w jakiej wziął udział, pochłaniała i zmuszała do myślenia. Całemu spotkaniu przyświecało dobitne przekonanie:
Nasze bycie na ziemi uzsadnione jest tylko wtedy, kiedy pomagamy innym.

- Ale czy nie mógłby Pan -
zapytała jedna z pań na spotkaniu - pisać takich optymistycznych reportaży. Bo to, takie dołujące!
- Potraktuję to jako komplement -
odpowiedział Tochman.


No tak, ten wieczny głód happy endu. Niech będzie tragicznie, ale na końcu musi być zawsze: "żyli długo i szczęśliwie".
U Tochmana tak nie ma. A na pewno nie w tym najprostszym powierzchniowym przekazie.
I całe szczęście.

Dziś wędrujemy na slam poetycki "Kulturki" - 19.00 w starej Androbani na Żołnierskiej.
Reszta rozkładu jazdy na ten tydzień: TU.

piątek, 14 listopada 2008

Zaczęło się od spotkania z prof. Grzegorzem Kołodką, na które wybrałam się tylko dlatego, że prowadził je znajomy - Marek. Z trudem wytrzymałam 30 minut! Takiego megalomana - tfu! masturbatora nawet! - nie spotkałam w całym moim życiu. Nieustanny komunikat ja, ja, ja - jestem najlepszy, najmądrzejszy, mam monopol na prawdę. Wszyscy są głupkami. Poza mną oczywiście. Kiedy powiedział, że etap sokratejski, kiedy wiedział, że nic nie wiedział, już dawno ma za sobą, wymiękłam. I wyszłam. Do centrum handlowego.

Podczas godzinnego szwędania się po Alfie spotkałam piątkę znajomych i stwierdziłam, że wizyta w kompleksie handlowym to autentyczne remedium na samotność. Tam życie towarzyskie aż kipi:)

Po zakończonym spotkaniu z profesorem-onanistą skoczyliśmy jeszcze z Markiem i Sylwią do Alchemii, gdzie tak nam się dobrze gadało, że zostaliśmy do jakiejś szatańskiej pory. Tematem przewodnim były dopalacze.pl i sprzedawane tam legalne specyfiki, przy których trawka się chowa. Nie wiem, nie próbowałam, ale bawi mnie fakt, że olsztynskie dopalacze przylegają do Miejskiego Ośrodka Kultury i są vis a vis komendy Policji.

Wracając późną nocą alejką na starówce, natknęliśmy się na wstęgę krwi na chodniku, która ciągnęła się od parku, przez kilkaset metrów starego miasta. Zaczęliśmy tropić początek i koniec, ale z obu stron ślad się nagle urywał, a nikt z nas nie wykazał się ponadprzeciętną żyłką detektywistyczną, więc powędrowaliśmy wrzucić coś na ząb i rozeszliśmy się do domów.
Sprawa krwawej wstęgi do dziś nie została wyjaśniona.
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

środa, 12 listopada 2008

Tak jak zapowiadałam, Endrju sobie pojechał, a ja niczym Penelopa siedzę i czekam.
No dobra, dopiero usiadłam, bo poszłam dziś z Zaśką do Centrum Polsko-Francuskiego na spotkanie z bretońskim poetą, gdzie niespodziewanie ubawiłam się pewnym wątkiem pobocznym. (więcej...)

Potem powędrowałyśmy jeszcze do pewnej dziwnej knajpki na pół słabego piwka, bośmy obie zmotoryzowane. Jak zwykle sobie pofeminizowałyśmy i rozjechałyśmy się każda w swoją stronę.

A teraz siedzę i czekam. Mogłabym być prawdziwą Penelopą i coś dziergać na drutach, ale nie mam drutów ani trzeciej ręki, w której trzymałabym papierosa.
Siedzę i słucham Marii Awarii, na którą Endrju ma już alergię. A ja mogę słuchać jej na okrągło i za każdym razem wyłapuję nowe zachwycające frazy.

Kwadrans po 23.00 - za wcześnie, aby iść spać, za późno, żeby zacząć coś sensownego.
Dlatego chyba bezsensownie obejrzę sobie jakiś film.

A i mam przestrogę dla malarzy.
Nie malujcie niczego pastą do zebów!
Biała pasta na pierwszy rzut oka wygląda jak biała farba. Ale ma jeden poważny defekt - cholernie długo schnie.
Moje drzewko wciąż się klei od tej pasty niemiłosiernie!

wtorek, 11 listopada 2008

To był piękny dzień!
Takiego ciepłego i słonecznego przedpołudnia jeszcze nam  listopad w tym roku nie zafundował.
Dlatego zerwaliśmy się z samego rańca (o 11.00) i powędrowaliśmy nad Jezioro Długie - posiedzieć na moim ulubionym korzeniu i znaleźć gałąź, z której zrobię magiczne drzewko na parapet w biurze. Bo tak właśnie postanowiłam, że w oknie biura postawię drzewko z motylami.
Będzie ładne nawiązanie do logo.
Poza tym jesienią zawsze budzą się we mnie twórcze zapędy i muszę coś ciąć, kleić i malować. Niezależnie od efektu końcowego sprawia mi to dużo frajdy.

W tej chwili drzewko, pomalowane białą farbą i pastą do zębów (bo farby zabrakło), schnie sobie spokojnie na podłodze, czekając na brokatowanie.
Ja natomiast porzucam Was dla wywiadu rzeki z Żuławskim, który czyta się wyśmienicie, choć jak  stwierdził Krzysiek: rozmawiający klęczą przed Żuławskim i robią mu laskę, na co on łaskawie pozwala.
Niestety ma rację. 
I to ten rodzaj laski, która za grosz nie dodaje pikanterii, a mogłaby. 


Mój korzeń - idealne miejsce na relaks, kontemplację lub dobrą lekturę.





epilog, g.22.30:
porzuciłam Żuławskiego dla filmu "Smażone, zielone pomidory" - piękna wzruszająca opowieść o przyjaźni i znów zadziwienie, dlaczego dopiero teraz oglądam tak doskonały film?!
Bardzo, bardzo, bardzo polecam!

niedziela, 09 listopada 2008
Jeśli ktoś taki jak ja - wiecznie głodny i spragniony ludzi, kochający miejską włóczęgę oraz knajpiane życie - ma ochotę zabarykadować się w swoim mieszkaniu, owinąć kocem i czytać, czytać, czytać, to znaczy, że to był naprawdę mocny weekend.
Był.

Wszystkich drogi prowadzą do Teatralnej
Po środowych ekscesach w KŚT, piątek postanowiliśmy spędzić spokojnie. Wybraliśmy się więc na Scenę Margines, gdzie wystawiano monodram wg Elfride Jelinek, o którym piszę TU
Po godzinnej katuszy, jaką zafundowała nam pani reżyser, przy schodach sąsiadujących z wejściem do Teatralnej, napatoczyliśmy się na... Jacka i Pawła i tym sposobem zostaliśmy dłużej. Wkrótce dołączył do nas niejaki Metal, a jeszcze potem Iza z Tomkiem i Arturem. Olsztyńska bohema w pełnym składzie.
Chwilę później bufetowa - kochana Pani Jagoda - zwinęła dywan i rozpoczęły się tańce. Jacek z Pawłem królowali na parkiecie, Tomek dawał popis wokalny, a ja gadałam z Izką, o ile nie byłam porywana do tańca. Jak zawsze w tym towarzystwie panował chaos - ktoś spał, ktoś dyskutował, ktoś załapał doła, a jeszcze ktoś inny wyszedł z hukiem, trzaskając drzwiami.

Mistrzostwa pełzania
Czas zleciał nam szybko i zanim się obejrzeliśmy, zapalono światła i Pani Jagoda zaczęła nas przekonywać, że najwyższa pora stąd wyjść. Obudziła Artura, Tomkowi przyniosła okulary, które porzucił w tanecznym szale, a  Pawła zganiła, bo zawinął się w czerwoną kotarę i zaczął odgrywać szekspirowskie kawałki.
- Ale ja tu gram! - oburzył się Paweł.
- Jak chce grać, to zapraszam na scenę! - odgryzła się Pani Jagoda i kiedy wreszcie z ulgą zamknęła za nami drzwi, panowie wpadli na pomysł, aby zejść ze schodów głową w dół. Najlepiej pół nago. Bo co to za sztuka pełzać w dół po schodach w ubraniu??
Toteż zostaliśmy jeszcze na pokazie pełzania i w domu wylądowaliśmy o czwartej rano.

Baltazar?
- Dawno nie widzieliśmy się z Markiem i Sylwią - powiedział Endrju następnego dnia koło południa.
- No w sumie - stwierdziłam, choć wszystko we mnie błagało o litość, o jeden wieczór bez ludzi.
- To co?
- To spotkajmy się.
Więc się spotkaliśmy. Tym razem w Baltazarze - knajpie o przyjemnym przestronnym wnętrzu, ale niestety z marną zawartością. To jedno z tych miejsc, gdzie odbywa się wielki festiwal przeciętności, nie ma na kim oka zawiesić i wieje śmiertelną nudą.

Barykaduję się
Na szczęście z Baltazara powędrowaliśmy do Cafe Mołotov. Gdzie chwilę poskakaliśmy wśród licealistów do muzy Kazika, Strachów i Pidżamy Porno, a potem wsiedliśmy w taksówkę i z wielką ulgą dotarliśmy do Mansardy.
Jutro poniedziałek. W najbliższym tygodniu barykaduję się w naszych czterech ścianach i za żadne skarby nie dam się nigdzie wyciągnąć. Kupiłam dziś wywiad z Żuławskim, biografię Bukowskiego i "Wściekłego psa" Tochmana. I to jest mój program na najbliższe dni. Powieści nie mogę czytać. Jakoś mi  do nich  za daleko ostatnio.
czwartek, 06 listopada 2008

Po wczorajszym spotkaniu z Jackiem i Pawłem w Klubie Środowisk Twórczych, gdzie twórczo oddawaliśmy się grze w piłkarzyki, gorącej dyskusji pt. "teatr klasyczny vs. awangardowy" i gdzie na końcu doszło ni to do awantury, ni do pijackiego zgonu jednego z uczestników spotkania, dziś z wielką lubością zanurzam się w pufie i oddaję się rozkoszom samotnego wieczoru. Chwilowo mam po dziurki w nosie ludzi i zatapiam się w sobie, czytając rozprawę naukową o Jungu.
Już dawno nie obcowałam z tekstem, w którym przypisy zajmują 1/3 strony:)
Tak czy siak brnę przez tę lekturę dzielnie, zadziwiam się, rozmyślam, analizuję i wciąż nie mogę się nadziwić, jak niewiele o sobie wiemy.

Podczas gdy ja czytam, Endrju w pokoju obok zabija potwory. W następnym tygodniu wyjedzie na kilka dni, a ja zupełnie nie umiem sobie wyobrazić Mansardy bez Endrjuszki. Zawsze to ja wyjeżdżałam, a on był latarnikiem, który czekał u brzegu. Przygoda jest przecież moją domeną! I dlatego zamiana ról jakoś niespecjalnie mnie cieszy, ale próbuje odnaleźć w tym pozytywne strony.
Na razie lista jest krótka.
Mam jednak nadzieję, że do jego wyjazdu  powiększy się na tyle, abym z radością przywdziała na kilka dni kostium słomianej wdowy.
Macie jakieś pomysły?

Pewien znajomy działacz literacki oświecił mnie, że jest do wyjęcia z państwowej kasy coś takiego jak stypendium artystyczne w wysokości kilkudziesięciu tysięcy - na przykład na napisanie kolejnej powieści.

Endrju mnie bardzo namawia, żebym złożyła wniosek:

ja: Kochanie, przestań, naciągnęłam już urząd pracy, wyrwałam jedną dotację, nie mogę tak.
Endrju: Ależ możesz!
ja: Nie mogę tak okradać mojego kochanego Olsztyna i żerować na państwowej kasie.
Endrju: Ale kto mówi o żerowaniu?! Ty dajesz Olsztynowi znacznie więcej niż on Tobie. Pozwól mu się odwdzięczyć, za to, że w nim mieszkasz.
ja: Ale co ja niby daję Olsztynowi?
Endrju: Jak to co?! Jesteś gwiazdeczką, która opromienia go swoim blaskiem. Bez Ciebie to miasto nie miało by nawet jednej milionowej swojego uroku.
ja: I dlatego mam się starać o stypendium?
Endrju: Właśnie dlatego! no i może troszkę po to, aby Twój chłopak z czystym sumieniem i pełnym portfelem wreszcie mógł  zostać obibokiem:D

*************************************************
A to:
kolejna odsłona Igi - córeczki Jozi i Darka.  
To zdjęcie od rana wywołuje u mnie wielki uśmiech na twarzy

środa, 05 listopada 2008
Mój ukochany Braciszek - Kris - od kilku miesięcy szuka mieszkania. Co chwila dostaję od niego cynk, że już, już właśnie znalazł chatę swojego życia, przesyła mi zdjęcia, cała rodzina debatuje, jest ogólna podjara, po czym albo sprzedajacy się rozmyśla, albo rezygnuje Kris, bo jednak stwierdza, że: za duże, za małe, zbyt kręte lub zbyt centkowane.

Gadamy przez telefon:
ja: Pamiętasz jak kupowałam Marcinkę albo Mansardę? Jeśli czujesz, że to właśnie to, nie pytaj innych, bądź spontaniczny. Bo inaczej przekombinujesz!
Kris: No ja też tak czuję, że będę kombinował, wybrzydzał i w końcu wezmę jakąś totalną chałę.
ja: No właśnie! Trzeba być spontanicznym!
Kris: No właśnie, ale ja w przeciwieństwie do Ciebie nie jestem z natury spontaniczny. A wiesz, co się dzieje, gdy ktoś, kto nie jest spontaniczny, na siłę próbuje zrobić coś bardzo spontanicznego??!
ja: no?
Kris: (tonem mędrca) To się kończy kompletną katastrofą.

**************SPÓR O AUTO****************************************
Zasypiamy z Endriuszką i jak zawsze spieramy się, kto jutro poprowadzi samochód. W końcu Anrzej chce zażegnać temat i przytula mnie, po czym się cofa  i pyta:
- Hmm, a czemu Ty śpisz w bieliźnie???
- Bo czuję, że lada chwila mogę dostać okres.
Nastaje chwila milczenia, po czym Endrju odzywa się dramatycznym tonem:
- I Ty chcesz prowadzić, krwawiąc???
poniedziałek, 03 listopada 2008

Można...

spełniać wszystkie warunki do szczęścia, a jednak się niezakwalifikować

być szczęśliwą, lecz smutną zarazem

Można...

być smutną,
będąc wesołą.

Taki heroizm codzienności, poranny wysiłek,
żeby uśmiechać się do świata.
Mimo wszystko.

***
Dostałam dziś...
pięknego esemesa:
"byłem dziś w Delfach i wyrocznia  powiedziała mi, że będziesz szczęśliwa:) więc proszę niczego nie zepsuj - nie chce mi się jechać taki kawał i reklamować"

***
Obejrzałam...
uroczy babski ciepły film:"Bonneville."

***
Pomyślałam...
każdy moment dobry, aby sporządzić testament:
Po pierwsze... nie palcie pamiętników i korespondencji, ani elektronicznych zapisków. Wdzięczna będę, jak przeniesiecie je na papier, bo Internet ulotna rzecz.
Po drugie... zróbcie z tym coś sensownego w miarę możliwości.
Po trzecie... rozsypcie moje prochy nad jeziorem, w Beskidach, w Gorcach, w miastach moich trzech, w lasach mi drogich. (Wiem, że to nielegalne, ale ch..., do urny popiół z ogniska też dobry)
Po czwarte... bardzo Was proszę, niech do moich dokumentów dostęp ma: Endrjuszka (trudno - zszokuje się biedaczek gdzie niegdzie), Basieńka, Ania Ramsik i Ewa (niech one rozdysponują to zainteresowanym Basieńkom i innym ludziom wedle własnego uznania) plus moja najbliższa familia.
Po piąte... hasła do komputera i skrzynek pocztowych u mnie w portfelu są.
Mam nadzieję, że dacie radę.
Dużo Was, jakoś podzielicie się robotą.
Gdybym zmieniła zdanie, zaznaczę w późniejszych wpisach:)

No i samochód, kot oraz książki są dla Endriuszki oczywiście, nikt inny by się z tego nie ucieszył.
Niczego poza tym nie mam:)

niedziela, 02 listopada 2008
Wczoraj na cmentarzu: ja, Mamcia, Tato i Babcia.

Babcia z zapałem opowiada:
Babcia: A wiecie, wczoraj w telewizji przyłapali takiego jednego, który ukradł kwiaty z cudzego grobu i postawił na swoim.
Mama: No proszę...
Tato: Jak to??? Ducha złapali??
Babcia: Jakiego znów ducha?! Co Ty znów pleciesz! Złapali człowieka, jak ukradł kwiaty i na swój grób postawił.
Tato: No to musiał być Duch!
Babcia: (lekko poirytowana) Co Ty z tym duchem ciągle?!
Tato: (zadowolony, że wyszła mu prowokacja) No sama powiedziałaś, że stawiał na swój grób. A jak na swój to mógł być tylko duch!

********************************************************************************
Wieczorem sympatyczne spotkanie w Baltazarze.
My, Wojtule, Jacek S., Paweł&Marta i rodzeństwo. 
Mit prawie że oswojony, ale przede mną i moim animusem jeszcze długa droga.