..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 29 listopada 2007

Wymęczył mnie ten tydzień i nie mogę doczekać się jutra.

Piątki z Andrzejem mają zwykle ten sam cichy i uroczy charakter. Zostajemy w domu, pijemy wino, słuchamy muzyki i gadamy, palimy, całujemy się i przekomarzamy. Piątki są tylko dla nas - z dala od znajomych, zgiełku miasta, imprez i chaosu.

Potem leżymy jeszcze długo w wannie, bo mamy świadomość, że nigdzie nam się nie spieszy, nie musimy wstawać o świcie. Jeśli starcza nam sił, kochamy się jeszcze, zaczynając od leniwych pieszczot. Leżę odwrócona, a on całuje mój kark, pieści moje piersi i jest tak bardzo, bardzo blisko, że czuję jego przyspieszony oddech i mocne bicie serca. Każdym kolejnym dotykiem roznamiętania mnie i pobudza, aby kochać się ze mną mocno i żarliwie, dopiero kiedy już moje roztańczone pragnienia wariują z niedosytu.

Zasypiamy zmęczeni i szczęśliwi, najpierw on leży na wznak i obejmuje mnie ramieniem, a potem przekręcamy się i śpimy na moją ulubioną łyżeczkę...

...i nie dzwoni żaden budzik, i można spać, i spać, i  spać aż do... soboty:)

Nadejdź już Piątku Drogi!

środa, 28 listopada 2007

Od trzech tygodni udaje nam się chodzić na basen dwa razy w tygodniu. Po pół godzinie pływania, czuję się jak nowo narodzona - schodzi ze mnie całe napięcie, ciało jest bardziej sprężyste albo przynajmniej takie się wydaje.

No i tylko na basenie mam okazję pooglądać telewizję.
Dziś na przykład zadziwiła mnie reklama dezodorantu Fa o zapachu jogurtowym (sic!). Nie wiem, jaka przyświeca temu idea. Może jest dla dziewczyn, które są na diecie? Bo jeśli chodzi tylko o walory zapachowo-smakowo-skojarzeniowe, to ja na przykład bardzo lubię polędwiczki albo ser kozi. Już widzę te reklamy - najnowszy dezodorat:  
nowa linia Fa - "grillowane polędwiczki wieprzowe". 

To tyle, jeśli chodzi o reklamę, natomiast z innych moich ostatnich impresji to zamierzam sobie kupić jutro wreszcie komiks "Marzi". Słyszeliście o komiksowej małej dziewczynce wychowanej w PRL-u? Strasznie mam na niego ochotę, mimo że nigdy nie przeczytałam żadnego komiksu.

wtorek, 27 listopada 2007

A dziś będzie o ludzkiej zazdrości, tej złej i zawistnej:

Aby dać opór tym, którzy próbują mnie pogrążyć, wzbijam się jeszcze wyżej. Być może nie wznosiłbym się aż tak wysoko, gdyby nie ci, którzy usiłują przygnieść mnie do ziemi. Mądry człowiek zawsze idzie dalej: wykorzystuje oszczerstwa, by upiększyć swój portret. Tak oto zawistnik staje się współtwórcą twojego sukcesu.
Giovanni Papini

Kiedy myślę o sobie i analizuję swój pęd do osiągania wytyczonych celów, wiem, że robię to przede wszystkim dla siebie. Lecz gdy zastanowię się, kto dmucha w moje skrzydła, nie dostrzegam tych, którzy mnie kochają, ale wszystkich, którzy mnie nie znoszą i źle mi życzą.
Ciekawe, prawda?
Granie im na nosie przynosi mi tak wielką perwersyjną przyjemność, że w chwilach, kiedy mi się kompletnie nie chce, właśnie oni dają mi siłę, aby lecieć wyżej.

Pewnie to głupie, ale jakie ludzkie.
***
***
Na pusty żołądek

Andrzej ma taki zwyczaj, że kiedy wracamy z pracy, on zaczyna pochłaniać straszne ilości żarcia. Najpierw jemy obiad, potem on zjada czekoladę i chipsy i co mu podejdzie pod ręce. Dziś robiąc obiad, przyłapuję go na tym, że wcina chipsy:

ja:
Kochanie, chipsy przed obiadem?! Zwariowałeś?
Andrzej: No przecież nie będę jadł obiadu na pusty żołądek!

Wczoraj Andrzej był cały dzień w Pradze, a ja zostałam pozostawiona samej sobie, co oczywiście skończyło się tym, że nogi poniosły mnie... do Złotych Tarasów. (Musiałam wreszcie zaspokoić ten głód sklepowej rozpusty).
Po półtorej godziny dreptania i wypatrywania, wyniosłam:
torbę, sweter, bluzkę i... luźne gatki, na które miałam wielką ochotę, jak tylko zobaczyłam reklamę Heyah (he, he, twórcy rekamy liczyli, że kupię sobie telefon, a ja im taki numer wykręciłam:))

Potem wróciłam do domu i uświadomiłam sobie, że strasznie tęsknię za Andrzejem, choć widziałam go tak niedawno, bo o poranku. Na szczęście przed północą wrócił i przywiózł mi z Pragi  cudną marionetkę. Ci, którzy byli w Pradze, na pewno pamiętają, ile tam sklepów z marionetkami. A mnie przypomniał się cudny animowany film o kukłach, który widziałam na jakimś festiwalu... 


A propos kukieł, wieści głoszą, że w poznańskich Empikach "Klinika" już wyprzedana i znów trzeba zamawiać. No cóż Kochani, książka to nie pieczywo, nie ma jej na każdym rogu:)))

poniedziałek, 26 listopada 2007

Warszawa zaskakuje mnie na każdym kroku. Dziś na przykład na peronie metra klęczała kobieta, która modliła się do citylightu z reklamą kawy Arabica.

Macie jakieś interesujące interpretacje?

Bardzo uroczy weekend za mną...
Piątkowy wieczór spędziłam z Andrzejem w domu w związku z przełożonym głosowaniem nad wotum zaufania. Zrobiliśmy sobie pyszną kolacyjkę, piliśmy wino i gadaliśmy do bardzo późnej nocy.

Natomiast w sobotę zadzwonił Tatulek. W mojej rodzinie znów katastrofa! Spaliło się sprzęgło w Fordzie i Tatko załamany, bo salon chce go obciążyć kosztami naprawy. Ford ma przejechane 5 tysięcy kilometrów, ojciec jeździ samochodami od 35 lat i nigdy nie spalił sprzęgła, więc ewidentnie chcą go nabic w butelkę. I teraz cała rodzinka głowi się straszliwie, do kogo uderzyć, kogo zastraszyć, gdzie szukać sprawiedliwości. Ech dzieje się, dzieje - jak zawsze zresztą.

W sobotni wieczór - dla relaksu - odwiedziliśmy z Gibsonem Alana i Marzenę. Spędziliśmy u nich bardzo fajny wieczór, śmiechu było co nie miara, a Andrzej znów wyszedł zachwycony, skąd ja biorę takich świetnych ludzi wokół siebie.
Ano sami się zjawiają i naprawdę - jak mówi Gibson - są... "zarypiści"!

A wczoraj? Wczoraj był relaksik - w domu, na basenie i w centrum handlowym - jak na prawdziwego katolika przytało:)

Miłego poniedziałku Fistaszki!
piątek, 23 listopada 2007

Wczoraj pierwszy raz w tym wielkim mieście zrobiło mi się smutno. Nie był to co prawda smutek przygniatający, ale taki sobie smętny smuteczek, który przylgnął do mnie, przycupnął na sercu i nie chciał zejść.
A dlaczego?
Bo znów mi się przypomniało, że jestem strasznie samotna, a w tym mieście - oprócz Andrzeja - nie mam nikogo naprawdę bliskiego. A przecież my także musimy dać sobie oddech, spotykać innych ludzi, rozstawać się choć na chwilę, aby móc za sobą zatęsknić.  I ja tak naprawdę nie bardzo mam dokąd pójść, co więcej nie wiem, czy chcę gdzieś iść, czy potrzebuję nowych znajomości i relacji.

A do tego Ciocia Hanka wylądowała w szpitalu. W sobotę wiozą ją do Włocławka na operację. Miałam do niej jechać, do Łowicza, w niedzielę. Już nawet pociągi sprawdziłam. Natchnęło mnie tak po filmie "Pora umierać" i postanowiłam ją odwiedzić. Tym razem nie zdążyłam. "Śpieszmy się kochać ludzi.." to słowa, o których przypomniamy sobie zawsze za późno.
***
Dziś w związku z głosowaniem nad wotum zaufania dla nowego rządu, Andrzej pracuje w nocy , a ja mam wieczór dla siebie. Zamierzam rzucić się w konsumcyjny wir i zaspokoić wielki głód zakupów, a potem...
potem pójdę na basen, wypożyczę fajny film, wypiję butelkę wina i będę piątkową kobietą spełnioną:) 

czwartek, 22 listopada 2007

Wczoraj wieczorem poszliśmy do Teatru Polonia - dla niezorientowanych - prywatnego teatru Krystyny Jandy. Na  spektakl zaprosiło nas Towarzystwo Ubezpieczeniowe AXA. Natomiast przed spektaklem było jakieś wino, przekąski i wreszcie gospodyni wieczoru - Janda - zabrała głos.
A wiecie od czego zaczęła?
Jak się domyślam, Państwo jesteście w moim Teatrze po raz pierwszy, bo (i tu odrobinę zawoalowała), nie należycie pewnie Państwo do ludzi, którzy odwiedzają teatry.

Zaznaczę, że wśród gości byli i pracownicy AXA, i dziennikarze, i goście firmy, a ona potraktowała wszystkich jak wycieczkę z zakładów drobiarskich z Pszczyny. 

Zdumiewa mnie czasem ta kobieta. Tak samo jak zdumiała mnie ostatnio, kiedy przeczytałam z nią wywiad w "Polityce", w którym mało dyplomatycznie stwierdziła, że jej uśmiech podczas owacji na koniec spektaklu to część roli, a jej Teatr jest pierwszym teatrem prywatnym w Polsce.
Skromność i dyplomacja to dwie cechy, których Krystyna Janda nie przyswoiła sobie ani za grosz.

Niemniej, pozwólnie, że oddam cesarzowi to co cesarskie. Teatr Polonia to naprawdę rewelacyjna inicjatywa, a  spektakl "Wątpliwość" - świetny! 
O tym, jak łatwo bezpodstawnymi oszczerstwami zniszczyć drugiego człowieka i o tym, że ludzie, którzy mają zatruty umysł, wszędzie doszukują się spisku i zła. Nieufność i podejrzliwość rodzą się bowiem w tych, którzy sami niezasługują na zaufanie.
 

Dziś dla odmiany - zamierzam leżeć do góry brzuchem. O!

środa, 21 listopada 2007

Kiedy zaczyna się żyć na co dzień z drugą osobą i poznaje się jej różne nawyki i dziwactwa, to jedne z nich są nie do zniesienia, a inne bardzo rozczulające - tak czy siak ta osoba na pewno staje się jeszcze bliższa.

I tak mój Najdroższy na przykład:

  • każdego poranka parzy sobie kawę, potem pół godziny czyta, a dopiero po lekturze idzie się myć i to jest porządek, którego nie wolno nikomu zaburzyć. (Kto normalny nie wolałby pospać pół godziny dłużej?!)
  • kiedy zasypia i jest mu dobrze, zawsze stopami kręci młynka , co pierwszej nocy wprawiło mnie w osłupienie
  • każdego ranka, kiedy A. miesza sobie kawę, wpada w trans i potrafi dzwonić łyżeczką dobre kilka minut, dopóki nie krzyknę z sypialni, że na pewno cukier się już rozpuścił.
  • gdy wracamy z pracy, zawsze jakieś 200 m przed domem Andrzej zapala papierosa i oczywiście nie zdąża go dopalić zanim dojdziemy i stoimy pod blokiem, marznąc, bo on musi skończyć.

A jakie cudne nawyki Wy posiadacie, Robaczki? Albo Wasi współlokatorzy, kochankowie, mężowie czy żony?
Można się przyzwyczaić?
Mnie się to podoba - może dlatego, że sama mam znacznie więcej osobistych świrów:

  • wieczorne i poranne kołysanie się w łóżku,
  • obowiązkowa kąpiel po pracy,
  • herbata po obiedzie,
  • zakaz czytania moich gazet i książek dopóki sama ich nie przeczytam,
  • szczelne zawijanie się kołdrą, żeby węże nie weszły
  • układanie piosenek i śpiewanie ich w każdym miejscu i czasie, które zawsze zaczynają się od słów: "Biedna mała Agniesia..."
  • nieustanne wyobrażanie sobie, że jestem księżniczką albo przybyszem z innej planety i nie mogę żyć tak jak wszyscy i  w ogóle ten świat mnie nie dotyczy
  • no i regularne pisanie bloga. To jest największe dziwactwo.

    Miłego dnia Kochani.
    JUŻ ŚRODA.
    Wieczorem idę do Polonii na "Wątpliwość" - nie mogę się doczekać.

www.fizgal.blox.pl

poniedziałek, 19 listopada 2007

Co robicie wieczorową porą?
Bo ja na przykład pracuję. I to nie nad "Matyldą" bynajmniej.
Siedzę na konferencji i pilnuję, żeby nasi klineci ładnie i grzecznie się bawili.

Oczy mi się same zamykają, a jeszcze pewnie do północy tu posiedzę.

Dlatego wybaczcie, że dziś nie błysnę ani intelektem, ani humorem.
Ale na jedno nie mogę narzekać - nakramili mnie tutaj wybornie. Przed chwilą zjadłam pyszniasty kaloryczny deser, natomiast moim ulubionym rarytaskiem był kozi ser z winogronami - pyychota!

Z innych nowinek: wczoraj obejrzeliśmy "Jedna ręka nie klaszcze" - czeski film twórcy Samotnych - trochę głupawy, ale jak ktoś lubi czeskie kino i ma sentyment do Samotnych, to powinien się dobrze bawić.

A teraz coś dla warszawiaków i nie tylko:
internetowa gra o Pradze (dzielnicy), w której Bronek wybiera się po brylantynę dla wuja.
Całkiem zabawna, choć ja utkwiłam moim Bronkiem w tramwaju i nie mogłam się z niego wydostać. Ciekawa jestem jak Wam pójdzie. Oto adres:
www.infopraga.com.pl/gra

Dobrej nocy Fistaszki! 

niedziela, 18 listopada 2007
Byliśmy wczoraj na pięknym filmie...

Pora umierać
to kolejne dzieło Kędzierzawskiej obok Wron, Nic i Jestem, o którym nie sposób zapomnieć po wyjściu z kina. To film tak wzruszający, że łzy nie zasychają z momentem zapalenia świateł w kinowej sali, lecz płyną jeszcze długo, kiedy się idzie na tramwaj i gdy się wraca długą zimną nocą. Pora umierać to ciepła i jednocześnie bardzo smutna opowieść, w której nadzieja idzie w ramię w ramię z beznadzieją, a my przeglądamy się w tym filmie i znajdujemy tam nasze babcie. A jeśli przyjrzymy się głębiej, znajdziemy tam również siebie - za jakiś czas.

Pora umierać
to film, po którym jeszcze teraz duszę w środku niewypłakany szloch, a jednocześnie uświadamiam sobie, że oprócz miłości i bliskości, cała reszta na tym świecie jest zupełenie nieważna.



***

Dziś natomiast podczas drogi na basen:
ja: Ech kochanie, ale nam ze sobą cudownie, prawda?
Andrzej: Nooo.
ja: I w ogóle się nie kłócimy, nie?
Andrzej: Nie kłócimy się, bo ci zawsze przytakuję.
ja: (zaniepokojona) Jak to przytakujesz? Co to znaczy????
Andrzej: No, że nawet jak nie myślę tak jak Ty, to potem Ci przytakuję.
ja: (dociekam) Czyli że co? Wychodzi, że Cię ustawiam?!
Andrzej: Nie, kochanie, po prostu czasem nie zgadzam się z Tobą, ale Ty to tak przetłumaczysz, że muszę się z Tobą zgodzić.
Ja: (zrozpaczona) Czyli wychodzi, że Cię ustawiam!
Andrzej: Nie kochanie, Ty mnie... oświecasz!
czwartek, 15 listopada 2007

Jestem Zwierzęciem Internetowym - to na pewno. I lubię różne internetowe społeczności.

Jakiś czas temu zaczęłam się udzielać na
www.goldenline.pl - gdzie bywa naprawdę rozrywkowo, bo można pogadać o sprawach czysto zawodowych, dowiedzieć się, co, gdzie, kiedy, pośmiać się albo nawet podyskutować o tym, czy połknąć czy wypluć? (Grupa dyskusyjna  "Prowokacja-kontrowersja:))

Ostatnio natomiast swoje triumfy przeżywa kolejny portal
www.nasza-klasa.pl gdzie można odnaleźć swoich znajomych ze szkoły i nie tylko. Kurczę, fajne to!
Jeśli ktoś nie był, gorąco polecam!

Natomiast ostatnio na blogu www.banana.blox.pl , wyczytałam, że w Jadłodajni Filozoficznej na ul. Dobrej w sobotę 17.11  między g. 12 a 17 odbędzie się Targowisko Rękodzielnicze, czyli klimaty Wylęgarni.

Przyjdziecie?

Ech i co ja bym zrobiła bez sieci i bez Was Fistaszki zaglądające tu od czasu do czasu?
No?

Acha, mam jeszcze dwa niusy.
- Znalazł się kupiec chętny przejąć w swoje posiadanie "Marcinkę.
- Zawodowo: mam pierwszą imprezkę. W poniedziałek organizuję konferencję 20 panów z pewnej paliwowej korporacji. Oj będzie się działo!

środa, 14 listopada 2007

Jak już większość z Was wie, mój Ukochany to taki typ trochę lenia, trochę dekadenta, a trochę flegmatyka.
Jego ulubione słowo to "ale nędza", ideologia zaś sprowadzona jest do stwierdzenia, że świat jest zły. 
Cecha, Andrzeja,  która najbardziej doprowadza mnie do szału to opieszałość. We wszystkim, co robi. (no może z jednym maleńkim wyjątkiem:))

A oto nasze dzisiejsze rozmowy:

Ja: wiesz kochanie, niektórzy naukowcy twierdzą, że zakochanie trwa rok.
Andrzej: No i?
Ja: Niedługo minie rok, od kiedy się poznaliśmy! I już nie będziemy w sobie zakochani!
Andrzej: Spokojnie, z tego co pamiętam, Ty zakochałaś się we mnie dopiero po jakimś czasie.
Ja: No tak! A Ty od razu, więc za chwilę minie rok i się odkochasz!
Andrzej: Eee nie martw się, znając moją opieszałość trochę się to przeciągnie.

***
Andrzej: A wiesz co? Dali mi dzisiaj praktykanta.
Ja: i co?
Andrzej: Tragedia! Wiesz, taki typ optymisty, wiecznie uśmiechnięty, ciągle mu się chce i ma wrażenie, że wszystko da się zrobić.
Ja: No to rzeczywiście kiepsko.
Andrzej: Ale spoko. Po 4 godzinach spędzonych ze mną, kiedy wbijałem mu do głowy, że nie wszystko da się zrobić, trochę mu mina zrzedła . Niby dalej się uśmiechał, ale było to znacznie mniej wiarygodne.

wtorek, 13 listopada 2007

ja: A wiesz, w sumie podoba mi się moja praca.
Andrzej:
Tak, zauważyłem, że im bliżej weekendu, tym bardziej Ci się podoba.
ja:
No wiem, wiem, w poniedziałek jakoś ciężko mi w to uwierzyć.
Andrzej: Zaobserwowałem już, że we wtorek zaczyna Ci się podobać praca, w środę ludzie z firmy są świetni, a w czwartek stwierdzasz, że jesteś stworzona do pracy i praca to Twój żywioł.

No dobra, dobra, jest w tym trochę prawdy, ale tylko trochę!
Zauważyłam natomiast, że w związku ze skurczoną dobą, tak się spinam, że po pracy mam czas na obiadek, kwadrans na angielski (trzeci tom Harrego w oryginale się czyta, bo to taki poziom dla których języki obce są dość obce), czas na trochę wysiłku (dziś był basen), chwilka na pisanie (dziś tylko GG i blog) oraz na lekturę (Po słowiczej podłodze Lian Hearn). No i tu jest klops, bo w związku z faktem, że jestem utrzymanką Andrzeja, musimy trochę zacisnąć pasa i nie mogę sobie nic kupić do czytania, tylko muszę korzystać z jego biblioteczki. A tam: sf i fantastyka do woli, czyli coś, czego nie nawykłam czytać.

Szczerze mówiąc bycie czyjąś utrzymanką, nawet gdy Pan i Władca nie wylicza kasy, jest mało komfortowe i trudno mi zrozumieć kobiety, które tak funkcjonują całe życie. Mnie osobiście to męczy, jeszcze trochę, a będę miała senne fantazje, że chodzę po centrum handlowym i szastam własnymi pieniędzmi:)

Na szczęście mój Ukochany nie stawa mi żadnych żądań.
Nie to, co Facet Jozi, który obiecał ją sponsorować w zamian za dzienną porcję loda. (Nie, nie lodów:)))
Zresztą sami posłuchajcie:

Ja (18-10-2007 15:50)
co słychac swinko?
Jozanka (18-10-2007 15:51)
a w porzadku, tylko kasa mi sie juz skonczyla, wiec od dzis bede utrzymanka henryka :)
Ja (18-10-2007 15:51)
niezle, niezle, utrzymanka brzmi dobrze
Jozanka (18-10-2007 15:52)
zgodzil sie tylko powiedzial,ze musze mu robic loda :D
Ja (18-10-2007 15:52)
hahhahah:)
teraz robisz loda tylko za kase?
Jozanka (18-10-2007 15:53)
nie, loda robie permanentnie, a za kase to tylko teraz, przejsciowo ;)

poniedziałek, 12 listopada 2007

W Warszawie doba kurczy się do 16 godzin chyba. Wracamy z pracy koło 19-tej i mamy raptem 3 godziny na jakiekolwiek aktywności.
Obiad jem przed ósmą. Przed 23 jestem już nieprzytomna.

Żeby jakoś przetrwać, wdrażam w życie słowa Scarlett O'Hara "pomyślę o tym jutro".
Tak robię w pracy, kiedy asertywnie zwijam o 17.30 moje manatki i tak samo robię w domu. Na przykład przyszło dziś upomnienie z IDEI, że mam niezapłacony rachunek.

Andrzej: Kochanie, może jutro po pracy pojedziemy i zapłacimy?
Ja: Nie chce mi się, może poczekajmy do weekendu i jakoś  samo się to rozwiąże?
Andrzej: Samo się nie zapłaci.
Ja: Ale może jutro odnajdzie mnie mój prawdziwy Tato - jakiś oligarcha dysponujący wielką fortuną i będę bardzo bogata?
Andrzej: A co z Twoim obecnym tatą?
Ja: Powieszą go za zbrodnię uzurpacji.
Andrzej: A jeśli twój prawdziwy Tato Cię nie odnajdzie, warto by jednak zapłacić za ten telefon.
Ja: Poczekajmy, może jutro terroryści wysadzą Ideę w powietrze i znikną wszystkie nasze dane?

A może Mama Andrzeja wygra w Totka, albo IPN przyśle mi pismo, że odnaleziono moje papiery i jestem księżniczką, a może dziś zasnę i jutro się nie obudzę, a może, może, może...

dlatego sami rozumiecie, nie ma co się spieszyć z pochopnymi decyzjami:)
***
A na razie wracam do "Matyldy". W dzisiejszym gry planie jest jeszcze chwila na bazgroły, chwila na brzuszki, kąpiel i pieszczotki. A wszystko jak przystało na Warszawę - w pośpiechu. Najlepiej z zegrakiem w ręku:)

niedziela, 11 listopada 2007

No i dlaczego te weekendy są takie krótkie?
Jeszcze tyle chciałabym zrobić, a już poniedziałek za pasem.

Ale i tak udało nam się sprawić sobie kilka drobnych przyjemności.

PIĄTEK

W piątek poszliśmy na Noc Reklamożerców, bo reklamy to jest coś, co Tygrysy lubią najbardziej. Zawsze tak było. Od dziecka. Pamiętam, że z Krisem zawsze graliśmy,  kto pierwszy odgadnie nazwę produktu, który jest reklamowany.

SOBOTA

Sobotni poranek, dla odmiany, okazał się mniej rozrywkowy, ponieważ zarządziłam sprzątanie mieszkania. Nie powiem, było ciężko. Ja postanowiłam wziąć się za łazienkę i kuchnię, a Andrzej miał się zająć pokojami. Jako nieufna z natury, co jakiś czas kątem oka sprawdzałam, jak sobie radzi. No dobra, przyznam się - łaziłam za nim krok w krok tak, że czuł mój oddech na plecach. Ale jak tu nie łazić, kiedy na przykład widzę, że on kurze z mebli ściera maleńką gąbeczką.
- Kochanie rozmazujesz tylko, weź na Boga szmatę.
Wziął. Nawet potulnie. Pięć minut później patrzę, a on ściera jakiś fragment, po czym drepcze do łazienki, płucze szmatę i powolny krokiem wraca, aby dokończyć dzieła. I tak co chwilę.
- A może byś wziął miskę. Tak będzie Ci łatwiej - zaproponowałam tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- A ja wolę tak. - Stanął okoniem i dreptał dalej.
No więc ja zaczęłam za nim dreptać, uświadamiając mu, że co jak co, ale na sprzątaniu to ja się znam, a tym jego drepczącym systemem, będziemy ścierać kurze do wieczora. Andrzej, jak na prawdziwego stoika przystało, nie dał nic po sobie poznać, tylko mu skronie jakoś dziwnie chodziły. Oj było ciężko, ale przeżyliśmy. Potem musiałam go trochę udobruchać, a że znam niezawodne sposoby, szybko mi się to udało.

Wieczorem pojechaliśmy do Arkadii, gdzie Andrzej kupił w Empiku moją książkę, ja zaś kupiłam rękawiczki i kota. Takiego do pracy, żeby spał sobie na moim biurku, dodawał mi otuchy i strzegł mnie przed złymi ludźmi. To mój zawodowy rytuał. Zawsze sprawiam sobie kota. Raz zapomniałam, a było to w Galerii MM i skończyło się szybko i marnie.
A potem wylądowaliśmy na piwku na Freta i było fajniucho.

NIEDZIELA

Natomiast dziś – w niedzielę – cały dzień się błogo obijamy. Byliśmy na basenie i przypomniałam sobie, jaką odświeżającą moc posiada woda, a popołudniu skończyłam czytać „Nigdziebądź”, a Andrzej „Klinikę”.
- Twoi bohaterowie są straszni – powiedział, kiedy przeczytał ostatnią stronę.
- Słabi są i pokręceni, jak każdy.
- Nie. Oni są źli. Nie chciałbym ich poznać. Ale książka mi się podobała – i język, i fabuła, i gładkość czytania.

Tak przynajmniej twierdzi, choć bardzo celnie zauważył, że popełniłam typowy błąd debiutanta, czyli włożyłam tam tysiące przemyśleń, jakie kłębiły się w mojej głowie. Nie zawsze potrzebnych. A kłębiły się nieźle, bo wtedy pisałam pracę magisterską i byłam naszpikowana mądrą literaturą, że aż ze mnie parowało. No to wyparowało... do „Kliniki”: )
Uspokoiłam go jednak, że „Matylda”, którą obecnie pisze, będzie książką pozbawioną akademickich dywagacji. Tam musi być przede wszystkim wesoło. Przynajmniej tak bym chciała.

czwartek, 08 listopada 2007
Dziś z pracy wróciłam po 21.00 i ledwo patrzę na oczka. 
Dlatego wrzucam tylko niusa.
A nius jest taki, że jak powiedział mi dziś wydawca, o Klinikę Kukieł w Empikach trzeba walczyć. Nie, nie chodzi mi bynajmniej o te tłumy czytelników, które pragną nabyć moje dzieło. Nie. Trzeba walczyć z obsługą, żeby raczyli wreszcie wnieść to z magazynu. Dziś zrobiłam mały rekonesans po Empikach i na razie tylko Wrocław, Kraków i Gdańsk, i mniejsze miasta południa  spisały się na medal.

Jutro w olsztyńskiej Wyborce ma być zapowiedź książki, więc drodzy olsztyniacy... ruszajcie do kiosków:)
(od razu zaznaczam, że Wyborczą zawdzięczam Betce, która stwierdziła, że nie potrafię zadbać o własne interesy).

Jestem zrąbana, więc kończę i dorzucam jeszcze tylko fotki:

JA Z BETKĄ - DUBLINER


BETKA, moja przyszła agentka zamyślona:)


I JA - PODPISUJĘ KLINIKĘ
środa, 07 listopada 2007

Cześć i czołem!
I co ja mam pisać, jak nic się nie dzieje.
Bo co ma się dziać, kiedy w domciu lądujemy o 19-tej?

Ale wiecie, jakie to nic-nie-dzianie- się jest przyjemne?
Jemy razem kolację, potem sobie czytamy, leżąc na kanapie ze splecionymi nogami - moimi i jego.
A później ja piszę "Matyldę" (dziś powstał rozdział o tym, jak tato Matyldy chciał zostać piratem), a Andrzej przeistacza się w alchemika i wkracza w świat swoich gier. A ja, choć on jest w innym wymiarze, czuję jego obecność i widzę kątem oka, jego bezmyślny słodki grymas komputerowego maniaka:)

Natomiast w pracy - no cóż temperatura się podnosi i roboty robi się niebezpiecznie duuużo. Jutro do później nocy jestem w Sheratonie na jakiejś konferencji kwadratogłowych.
Tak, tak moi kochani, trzeba teraz odpokutować minione dni słodkiego lenistwa.

Ale żyję i mam się dobrze. I nieoczekiwanie dla mnie samej - nawet mi się chce.

wtorek, 06 listopada 2007

Jedziemy rano Metrem i tuż przed Placem Wilsona pociąg jakoś tak zwalnia i się strasznie wlecze:
Ja: Ty, a dlaczego to Metro tak strasznie się wlecze?
Andrzej: Nie wiem, czasami tak ma.
Ja: Zawsze?
Andrzej: Nie zawsze. Mam podejrzenie, że zwalnia wtedy, kiedy motorniczy złapie zasięg i zaczyna wysyłać esemesy.
***
A drugi dzień w robocie fajny, choć jeszcze troszku leniwy.
Atmosfera i styl pracy bardzo podobny do tego, co miałam w Poznaniu, więc czuję się dobrze.
No i mam pewne postanowienie.
Zamiast ciągle narzekać na robotę, zamierzam odnaleźć w niej wartość, bo tak naprawdę to ja lubię pracować i czerpię z tego dużo satysfakcji. Więc skoro i tak nie mogę być rentierką, która żyłaby z rodzinnej fortuny, to chyba lepiej jeżeli pogodzę się z moim marnym losem i zacznę dostrzegać również jasne strony etatowego pracownika.
Szczególnie, że zgodnie z obietnicą złożoną samej sobie, będę na etacie jeszcze trzy lata.
A potem?
Potem się zobaczy.
***
Wracamy z pracy tramwajem i Andrzej przysypia:
Andrzej: Dziś musimy położyć się wcześniej spać.
Ja: Jeszcze wcześniej?! Przecież wczoraj położyliśmy się o jedenastej!
Andrzej: No niby tak, ale potem jeszcze nam trochę czasu zajęło.. no...  wiesz co:)
Ja: No to dzisiaj też położymy się o jedenastej i po prostu zrezygnujemy z seksiku.
Andrzej: Możemy zrezygnować, ale... na wszelki wypadek połóżmy się o dziesiątej trzydzieści.

poniedziałek, 05 listopada 2007

Nie będzie żadnej sensacji, oprócz tego ża padam na ryjek, choć dziś z pracy wyszłam wyjątkowo wcześnie.
Pierwsze wrażenie pozytywne. Nikt nie zostawił mnie samej sobie, zaopiekowano się mną profesjonalnie i powieziono na jakąś konferencję, aby zobaczyła jak wygląda impreza od kuchni. Poza tym nic się nie działo.

Ale i tak nie mam siły.
Może dlatego, że niechcący wstąpiłam jeszcze do Tarasów, gdzie znów pękła mi mała sumka, bo  mimochodem kupiłam sobie pasek i sweterek. A potem, zupełnie przez przypadek zaszłam do Empiku, gdzie wciąż nie ma "Kliniki", co trochę mnie wkurza, bo codziennie dostaje sms-a od zniecierpliwionych: kiedy wreszcie?!

Po 18-tej natomiast zamieniłam się w kurkę domową i zrobiłam mojemu ukochanemu na obiad wątróbkę z cebulką i jabłkiem z ziemniakami i kapustą kiszoną. Mniam, mniam.
A jeszcze później napisałam rozdział "Matyldy", żeby nie było, że aż tak wpadłam w wir nowej pracy:)
Teraz zaś zamierzam jeszcze chwilkę poczytać i chyba pójdę lulu.
Pieszczot dziś nie obiecuję, choć znając temperament pana redaktora, pewnie skończy się jak zawsze.


niedziela, 04 listopada 2007

No to jestem w Warszawie. A do tego za 12 godzin kończy się mój słodki urlop!
Nie wiem, kiedy mi ten miesiąc zleciał, a gdy robię bilans ostatnich pięciu tygodni, to oczywiście wyrzucam sobie, że:
- nie biegałam, a przecież miałam ku temu doskonałe warunki ;
- za mało czytałam, a przecież jest tyle porywających lektur;
- za mało pisałam, a teraz nie będę już miała tyle czasu na "Matyldę"

i właściwie gdyby nie to, że odpoczęłam, popchnęłam trochę akcję powieści i napisałam teksty na dwa konkursy i zrobiłam dwa wywiady, wyremontowałam chatkę Andrzeja, to można by uznać, że zmarnowałam ten czas:))

***
Dziś z Andrzejem wybraliśmy się do wypożyczalni, żeby jakoś oderwać się w ten smutny, żeby nie powiedzieć żałobny ostatni wieczór mego urlopu. Kiedy wróciliśmy, Andrzej runął na kanapę z bolesnym wyrazem zmęczenia.

Andrzej: Ale jestem wykończony.
Ja: Kochanie, musisz nauczyć się myśleć tak jak Pollyanna (tu wykładam opowieść o Pollyannie). Pomyśl, jak byłoby strasznie, gdybyśmy teraz wrócili do chaty z naszymi dziećmi, które by się darły i rozrabiały. Wtedy dopiero byłbyś zmęczony. 

jakiś czas później

Ja: Kochanie, jakoś mi zimno w tym mieszkaniu.
Andrzej: A pomyśl, jak byłoby ci zimno, gdybym otworzył okna.

piątek, 02 listopada 2007

Jakie czyste niebo! Noc. Wśród gwiezdnych piegów iskrzy się Wielki Wóz i Kasjopea, a wokół mnie przytulna gęsta czerń, że własnej ręki nie widać. Wracam piechotą przez wieś ze spotkania z dziewczynkami: Ewcią-rozbójnicą, Zaśką-chichotką i Natalką- z błyskiem w oku. Kiedy je widzę, zawsze odnoszę to samo wrażenie: jakbyśmy wciąż były w liceum i wciąż miały po 16 lat. A do tego te napady śmiechu! Pod tym względem się nie starzejemy.

A dziś...
dziś był piękny słoneczny dzień. Przyjechał do mnie Frr - nacieszył się psami i kotami, a potem poszliśmy na spacer i było tak błogo. Mam do niego tak wielką słabość i bardzo lubię się z nim śmiać i go słuchać, a od czasu do czasu zmierzwić mu czuprynę i złapać za rękę.

Wierzę, że to jakaś odmiana miłości, choć tak inna od uczucia, którym darzę Andrzeja.
Spacerowaliśmy, wiatr czesał nam włosy, słońce szczypało w policzki, a dokoła było tak złoto i rdzawo. Szłam i żegnałam się z tymi miejscami i z cudnym czasem urlopu. Gadaliśmy o miłości, dążeniu do szczęścia i spełnienia, i wtedy Frr powiedział ładne zdanie, ponoć za Leo Beenhakkerem, że samotność to stan ducha.
Samotność, o której wczoraj pisałam, w dużej mierze właśnie taka jest. Poczucie samotności to wewnętrzna dolegliwość i ludzie tego nie zmienią. Trzeba nauczyć się z nią żyć.


Jutro wyjeżadżam do Warszawy.
Tym razem na dobre.
Od poniedziałku zaczynam pracę.

A to magiczne miejsce mojego urlopu


I widok z balkonu, na którym się wygrzewałam w słoneczne dni

czwartek, 01 listopada 2007

Człowiek rodzi się i umiera w samotności.

Czasem sobie o tym przypominam. Zwykle wtedy, gdy dostrzegam przepaść dzielącą mnie od ludzi. Szczególnie tych najbliższych, bo od nich oczekuje się więcej. I mimo że ich kocham, to bardzo często uświadamiam sobie, że oni są daleko, że mówimy innymi językami i mamy tak bardzo różne potrzeby.
W takich dniach jak ten - spokojnych, mglistych, spowolnionych świętem, po raz kolejny uczę się zgody na to, że samotność wpisana jest w nasze życie.

Nie jest to dla mnie proste, bo nie potrafię uwolnić się od pragnienia, aby ktoś wszedł do mojego wnętrza, spojrzał na świat moimi oczami i przytulił mnie tak mocno od środka.

Duszę w sobie rozczarowanie i żal, że przy każdej okazji słyszę: "jesteś egoistką", że każdy mój sukces opatrzony jest lakonicznym komentarzem "a nie mogło być lepiej?", że ostatnio przestaliśmy sobie mówić, co nas boli i że znacznie więcej ciepła otrzymuję od ludzi, z którymi nie łączą mnie więzy krwi.

Rodzina  coraz częściej wydaje mi się dość przereklamowanym wynalazkiem. Bo choć sprawdza się w sytuacjach podbramkowych tj. choroba, to w zwyczajnej codzienności nie zawsze zdaje egzamin.

Oto moje dzisiejsze niepoprawne refleksje w Święto Zmarłych.