..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 30 listopada 2006

Dziś z rana pobiegłam sobie do mojej starej pracy odebrać świadectwo (niestety bez czerwonego paska) i zobaczyłam te wszystkie mordki i tak mi się jakoś fajnie zrobiło. A z drugiej strony miałam wrażenie, że minęły wieki i że moją przygodę z wydawnictwem można datować na ubiegłe stulecia. Z trzeciej zaś strony nic się przecież nie zmieniło jakbym jeszcze wczoraj siedziała przy jednym ze 100 identycznych biurek.

Tak czy siak super spotkać  ludzi, z którymi przeżyło się naprawdę dobry rok.
I równie piękne jest to, że życie nieustannie obdarza nas niespodziankami i dziś mogę być już w innym miejscu, w innym czasie i nie wiedzieć, co podaruje mi następny dzień.

A nie. Przepraszam. Następnego dnia, czyli jutro jadę na plener fotograficzny z galerią.
I chyba się cieszę na ten wyjazd:)

środa, 29 listopada 2006
Przyznaję, mam skłonności do ulegania wpływom, filozofiom, gusłom, czarom i innym przesądom. Wystarczy sugestywny obraz, a zaraz uwierzę, połknę i przywoję.

I tak się stało jakiś czas temu, chyba na koncercie Aduni, kiedy Ela powiedziała jedno zdanie: jesteś tym, co jesz.

Zapadło mi to w pamięć tak, że przez następny tydzień cokolwiek jadłam, powracało do mnie to zdanie niczym głos z zaświatów: jesteś tym co jesz, jesteś tym co jesz!

No i wreszcie obudziła się we mnie taka refleksja, że ja rzeczywiście jestem tym, co jem!
Jestem jak gorący kubek z torebki.
Szybki, byle jaki, zaspokający pierwszy głód, smaczny tylko przy pierwszym łyku, a z każdym następnym - nie do zniesienia.

I właśnie taka jestem ja: niecierpliwa, łapiąca się tysiąca rzeczy na raz, podążająca w jakimś chaosie i stąpająca ciągle po powierzchni.

Oczywiście oprócz tego, że jem byle co, to jeszcze palę tuziny fajek, pije hektolitry alkoholu, a wszystko to zgrabnie tłumaczę sobie moją trudną sytuacją.

Więc tak naprawdę chcąc uchronić siebie, siebie właśnie zabijam. Bo nie dość, że nerwy, tęsknoty i stresy to jeszcze ładunek trucizny wszelkiej maści.

I wtedy zrobiło mi się bardzo żal mojego ciała i duszyczki, które tak stopniowo w sobie maltretuję i niszczę, i postanowiłam, że o nie zadbam, aby pomimo wszelkich zawirowań w moim życiu były wypielęgnowane, syte i zdrowe. Żeby moje ciało było wysportowane, umysł wyspany i odżywiony, duszyczka nakarmiona książką, muzyką czy filmem, a pragnienia zaspokojone pisaniem, rozmową i kontaktem z ludźmi.

W końcu kochanie trzeba zacząć od siebie, czyż nie tak?

wtorek, 28 listopada 2006
No wczoraj to był już tak koszmarny dzień, że szkoda gadać.
Wszystko nie tak.
Nie tak z Wilkiem, którego de facto nie ma, a jego wirtualna miłość zamiast mnie grzać to bardziej ziębi i boli.
Nie tak z pracą, bo najpierw dobili mnie w jednej robocie, potem w drugiej poprawili.
Nie tak w rodzinie, gdyż okazało się, że budowa domu stanęła w miejscu, bo rodzice nie mają kasy z banku.

Przez pół dnia nie mogłam się za nic zabrać, nie mogłam się na niczym skoncentrować, wybuchałam płaczem mniej więcej z częstotliwością 2 razy w ciągu godziny.
I tak naprawdę nie chciało mi się nic, ani się uśmiechać, ani walczyć, ani żyć. Dzwoniła moja Mama, mój Tata, brat nawet dzwonił, a ja mazgałam się jak małe dziecko. Beznadzieja.

I kiedy wreszcie wyszłam z mojej piwnicy, byłam tak zdruzgotana i zmęczona  własną rozsypką, że wróciłam do domu, spojrzałam w lustro na tę swoją nieszczęśliwą gębę i powiedziałam: dość!

Najpierw zrobiłam sobie godzinę gimnastyki i porządnego fizycznego wycisku, po którym zeszło ze mnie całe napięcie i wszystkie smutki. Potem przyrządziłam kolację, otworzyłam wino - trochę pisałam, obejrzałam Teatr Telewizji, skończyłam czytać "Powieść dla kobiet" i przed północą położyłam się spać. Nie byłam może najszczęśliwszą osobą na tej planecie, ale obiecałam sobie jedno - nie poddam się, będę silna, będę o walczyć o siebie i swoje szczęście.
Koniec, kropka.

A nad ranem obudził mnie sygnał domofonu i z ciemnej jeszcze niezbudzonej nocy wyłonił się Wilk przywiedziony swoim wilczym instynktem. Kocham go, może tak bardzo jak nigdy nikogo, ale to mój ostatni kredyt cierpliwości z bardzo konkretnym terminem spłaty.
Potem odcinam wszystko niezależnie jak bardzo będzie mnie to bolało.
poniedziałek, 27 listopada 2006

Betka wreszcie raczyła przesłać mi fotki z sierpniowego pobytu w Poznaniu. Oczywiście zrobiła selekcję i dostałam tylko jedno zdjęcie jej ryjka.

 Ja i Betka na mojej kanapie:)

 w cafe Bordo


 W Sorelli na Slusarskiej na moich ulubionych sałatkach:)

Miałam przepyszny filmowy weekend, ale powiem szczerze, że na jakiś czas dosyć mi twardych krzeseł i ambitnego kina. Teraz chętnie wybiorę się do Multi na smaczną i niezobowiązującą holywoodzką papkę.
Fajne były te ostatnie dwa dni - lubię atmosferę festiwalu i nieustannego "dziania się", lubię być z ludźmi, z którymi łączą mnie podobne zainteresowania, lubię, kiedy film zabiera mnie ze sobą w odległą podróż.
Gdzieś w międzyczasie wyskakiwaliśmy na szybki obiad albo piwko i dalej z powrotem do kina. Wczoraj natomiast, wyjałowiona nieustanną ciemnością kinowej sali, zapragnęłam odrobiny słońca i wyciągnęłam M. na spacer do Sołackiego Parku. Już w połowie drogi zaczął mi działać na nerwy i  żałowałam, że nie mogę zrobić "delete" i go wykasować, ale potem napłynęła jakaś taka ciepła jesienna błogość i tak sobie wędrowaliśmy, gadaliśmy, milczeliśmy i było mi z nim dobrze.

Ale choć minione dni były naprawdę wesołe, radosne i pełne pozytywnej energii, gdzieś we mnie, gdzieś w środku, coś powoli umiera.

piątek, 24 listopada 2006

Wczoraj na otwarciu gali z okazji 110-lecia kina wyświetlono film z 1928 r. pt. "Wicher".
Jeśli chodzi o arcydzieła kina, to zawsze towarzyszy mi obawa, że wynudzę się na tym jak mops, bo cały film będą jechać pociągiem albo coś w tym stylu i potem wszyscy wyjdą z sali i zaczną dzielić się swoim entuzjazmem, a ja jak zwykle nie będę wiedziała, dlaczego. No bo jak zachwyca, skoro nie zachwyca, że tak sobie powiem za Grombrowiczem.

Ale tym razem kochani obejrzałam coś absolutnie rewelacyjnego - z wartką akcją, dowcipem, prawdą psychologiczą i boską przedwojenną grą aktorów. No i ten poryw namiętności na koniec oraz cudnie wielkie i wymowne oczy głównej aktorki Lilliany Gish. Bomba, po prostu bomba!
***
W Zamku spotkałam kilka znajomych mordek, wśród których była również Adunia i...
powiedziała mi,
że
moja piosenka:  "..jestem do Pana dyspozycji.."
wchodzi do najbliższego repertuaru kabaretu Zenka Laskowika.
Ale się cieszę!
Jak nic muszę się zapisać do ZAiKSu i ściągać tantiemy:)

A o to link do fotek z poniedziałkowego recitalu:
http://nakoneczny.pl/adar/index.html
Czyż nie śliczne to dziewczę na scenie?
A ten kontrabasista...
jak on ją pożerał wzrokiem!
I tak rodzą się plotki...:)

czwartek, 23 listopada 2006
Perełką wczorajszego wieczoru na Off Cinema był film pt. "Warszawiacy" Anny Gajewskiej o Wietnamczykach w naszej stolicy. Wzruszający i zabawny dokument o wietnamskich imigrantach w Polsce. O tym, że ci ludzie sprzedający "majty na bazarach", którzy przez Polaków często traktowani z lekceważeniem, to w dużej mierze elita intelektualna Wietnamu - to ludzie wyształceni, wśród których są profesorowie akademiccy, artyści, reżyserzy itp. Dlaczego emigrują do Polski? Dlatego, że Polska kojarzy im się z Solidarnością, z wyzwoleniem od komunizmu, jest dla nich pewnym niedoścignionym wzorem odzyskanej demokracji. Tutaj tworzą podziemne pisma, krzewią alternatywną kulturę i kształcą się.

Strasznie lubię takie uczucie, kiedy jeden obraz, książka, film oprócz tego, że jest przeżyciem estetycznym czy duchowym, równocześnie otwiera mi na coś oczy, o czym albo nie wiedziałam, albo nigdy nawet nie pomyślałam.
Fajnie. I za to też lubię te cztery offowe dni.
***
A w nocy...
w nocy przyszedł Wilk z wilczym apetytem. Na mnie również:)
I nawet nie wiem, kiedy tak szybko zleciał czas. Gdzieś w rozmowie, śmiechu, przekomarzaniu, obrażaniu, gdzieś w czułości, nagości, pieszczocie i ... pieprzocie.
Zagubił się czas, a mnie było tak miękko w jego mocnym objęciu, pod kochanym spojrzeniem, pod dotykiem dłoni, pod pocałunkami. Delikatnymi, namiętnymi, pod pazernymi wilczymi pocałunkami.
A potem rozmył się w nocy, a ja zasnęłam błogo i obudziło mnie dopiero śliczne jesienne słońce.

środa, 22 listopada 2006

Kochani! Jutro rozpoczyna się mój najulubieńszy ze wszystkich festiwal kina niezależnego - Off Cinema!
Cztery dni w kinie od świtu do nocy! Ech...już się nie mogę doczekać - tej różnorodności, energetycznej atmosfery, kolorowych zakręconych ludzi i tego, co wydarzy się na ekranie!


A co poza tym?
Poza tym toczą się losy Matyldy, poza tym tęsknię za czymś, czego już nie potrafię nazwać, poza tym gdzieś jest Wilk, ale raczej dalej niż bliżej, poza tym marzę o błogim leniuchowaniu, czytaniu, leżeniu i wcinaniu łakoci.
Poza tym jakoś leci i nie jest źle. 
Dobrze mi tu gdzie jestem, dobrze mi samej, dobrze mi wczoraj i dobrze mi dziś.
A reszta jak jest to jest, a jak jej nie ma, to też dobrze.
Taki mam dziś tu-mi-wisi-styczny nastrój.  
O!

ps. właśnie wróciłam z Zamku, gdzie poszłam po wejściówki. Przy kasie złapała mnie telewizja i musiałam ładnie mówić do kamery, dlaczego lubię Off'a. Więc dziś proszę grzecznie zasiąść przed telewizorami i oglądać Agnieszkę. Chyba, że mnie wytną.
Za dykcję:)

wtorek, 21 listopada 2006
coś się zepsuło w wyglądzie tego bloga, cholera.
Powoli dochodzę do siebie, bo kiedy dziś rano otworzyłam oczy, to miałam wrażenie, że nie ruszę ani ręką, ani nogą i w ogóle już nigdy nie podniosę się z łóżka.
Mój wspaniały Braciszek zwykł mawiać, że każde cierpienie jest skutkiem uprzedniej przyjemności.
A przyjemność niewątpliwie była!

    Wczoraj mianowicie odbył się premierowy recital mojej Aduni pod tytułem "13 i pół kobiety, czyli Ada to nie wypada." Rzecz działa się "Pod pretekstem", gdzie Adrianna Biernacka zaśpiewała nam piosenki polskiego filmu w świetnej aranżacji Piotra Kałużnego. Koncert poprowadził Grzegorz Tomczak, dodając występowi Ady humoru i pikanterii.
A na widowni...

A na widowni byli wszyscy Ci, którzy Aduni towarzyszą, Adunię dopingują i którzy wspólnymi siłami do tego koncertu doprowadzili. Ktoś zrobił projekt graficzny, ktoś uszył scenografię, ktoś wydrukował plakaty, ktoś zajął się organizacją, ktoś inny (ja) napisał tekst do prasy i całość wypadła znakomicie!
A po koncercie...

A po koncercie opadły emocje i nerwy i zaczęło się świętowanie.
Niesamowitą furorę zrobił mój pierścionek, dzięki któremu poznałam świetną dziewczynę zajmującą się wytwarzaniem artystycznej biżuterii oraz niejakiego Jacka, z którym wdałam się w dyskusję, czy film jest sztuką czy nie. Potem okazało się, że mamy kilka wspólnych obszarów, a potem to już pamiętam wszystko przez mgłę, gdyż szanowny kolega dbał o to, by moja szklanka nigdy nie była pusta.


Pamiętam jednak, że jeszcze przed, Ela-czarodziejka, pasjonatka gwiazd, alternatywnej medycyny i innych dziwów zajęła się moją numerologią i stwierdziła, że po raz pierwszy widzi tak harmonijny i  przyjazny układ  cyfr.  Wg niej jestem 9,  pod silnym wpływem trójki i szóstki.  Co te cyfry mówią o moim życiu?
Powiem krótko - do 28 roku życia będę walczyć, wspinać się pod górkę, ale potem aż do późnej starości przede mną wybuch życia twórczego, pełnego pasji, sukcesów i miłości. Ela z głęboką wiarą przekonywała mnie, żetaka konfiguracja cyfr jasno pokazuje, iż moim powołaniem jest tworzenie i tylko wtedy będę szczęśliwa, jeżeli pozostanę temu wierna. Piekne, prawda? I niezależnie czy to prawda czy nie, siła sugestii może być ogromna.

Szczególnie, że napisałam już początek nowej powieści. I mam wrażenie, że tym razem dobrnę do końca, bo nie będzie żadnej traumy, głębi i metafizyki, lecz prosta, humorystyczna i lekka historyjka o Matyldzie i jej szczurze imieniem Duchamp.
Dlaczego Duchamp?
Trzeba będzie zajrzeć do środka:)

poniedziałek, 20 listopada 2006
Przyjemniasty był ten weekendzik z kilku względów.
Chociażby z takiego, że Wilk spędził ze mną całą sobotę i nic wielkiego się nie działo, ale było mi z nim dobrze i spokojnie.

Jednocześnie tak się jakoś staje, że powoli uczę się żyć własnym życiem, nie chodzę z kąta w kąt rozsypana na kawałki i potrafię cieszyć się swoim czasem. Mam jakiś luz i dystans - co ma być, to będzie, a ja muszę żyć i chcę iść swoją własną drogą.

Natomiast w sobotkę wieczorem poszłyśmy z M. na miły jazzowy koncercik z okazji 3 urodzin Starego Browaru i przez pierwszą godzinę zaśmiewałyśmy się z tekstów, jakimi raczyła nas świta z orszaku poznańskiej Pani na Starym Browarze. Jeden z nich to na przykład:


naszym życiowym mottem jest 100 procent design!


Tragikomedia jak ta lala:)

Z kolei wczorajszy dzień przepłynął mi jakoś przez palce - miałam dość dużo roboty z tekstami, a w międzyczasie przyjechał Frr i udaliśmy się na wycieczkę po centrach handlowych w poszukiwaniu kurtki. Oczywiście dla niego, bo ja do swoich zakupów nie potrzebuję
pomocników. W którymś ze sklepów z męską garderobą po raz kolejny usłyszałam wzdychanie, jaką on ma ochotę na krawat typu śledzik i dopiero wtedy się uspokoił, gdy obiecałam, że w zamian za wypożyczenie laptopa, kupię mu czarnego śledzika.

Bo nasza znajomość to nieustanna transakcja.

Gotowanie za zmywanie, kuchnia za zakupy, transport za pranie, pranie za laptopa, laptop za krawat itd.

Każdy, kto nas widzi razem, twierdzi, że zachowujemy się jak stare małżeństwo.
Może i tak, bo na pewno nie łączy nas ani chemia, ani fascynacja, ani bliskość czy wyrozumiałość, czasem nie wiem nawet, czy łączy nas przyjaźń, ale z całą pewnością - osiadło między nami przyzwyczajenie. I tak sobie jakoś zostało - w rozdeptanych kapciach i starym wygodnym fotelu.
A ponoć przyzwyczajenie, to największa siła, która trzyma facetów przy kobiecie.
Czy tak Panowie?

piątek, 17 listopada 2006
No i nadszedł piątek - nie mogę się już doczekać gorącego prysznica, kapci i kanapy. Jestem tak niedospana, że piątkowy wieczór w domu wydaje mi się największą z rozkoszy.
Przed chwilą wyskoczyłam z galerii na obiad i znów po drodze kupiłam sobie dwie książki - tym razem na szczęście z antykwariatu.
Dopóki chodziłam po bibliotekach, mój nałóg nabywania książek sprowadzał się do pożyczania wszystkiego na tony. Teraz jednak, kiedy już jakoś nie po drodze mi z biblioteką, kupuję namiętnie i całkiem poza kontrolą. Wynik z ostatnich trzech tygodni to:

Apetyt na kobiety
- album fotografii,

Czas kobiet Majewskiej
Wspomnienia Chałturzystki Stefanii Grodzieńskiej
Urodził go niebieski ptak tej samej
Mała encyklopedia fotografii
Historia fotografii polskiej
4 książki Viewegha
no i dziś:
piosenki Osieckiej oraz jej pierwsza powieść Zabiłam ptaka w locie.

Czyli 12 sztuk, to więcej niż jedna na dwa dni.

Oprócz książek, tak nałogowo kupuję jeszcze wszelkiej maści nakrycia głowy, które zakładam zwykle raz;)

Więc jak stracę robotę, to najpierw pożrę wszystkie książki, a potem kapelusze:)))

A Wy Misie macie jakieś zakupowe nałogi?
Nooo, przyznajcie się:)

Wczoraj to mi nawet wodospad nie pomógł. Rozstrzygnięcia, na których mi zależało, przesunęły się na grudzień, zaś w swojej zajebistej piwniczce pokłóciłam się z moim szefem. Właściwie to nie była nawet kłótnia - on się darł, a ja patrzyłam na niego jak na idiotę. Oczywiście jak już wyszedł, to moją kipiącą wściekłość przelałam na łzy. Biedny Karol, który pracuje tu ze mną i zupełnie się nie wzrusza takimi historiami, doszczętnie zbaraniał na ten mój płacz i stał taki bezradny, powtarzając: no co Ty Agniecha, no co Ty.

Po szybkim obiedzie w "Ptasim Radio" znów zasiadłam do tekstów, ale trzecia nocka z głowy to było już dla mnie za dużo. Dlatego wstałam o świcie i pracowałam dalej.

Padam na ryjek, nie mam czasu na nic, ale:
a) odczuwam satysfakcję b) nie mam czasu tęsknić c) z każdym dniem dochodzę do większej wprawy

I tak sobie myślę, że super byłoby mieć takiego powera do pracy bez toporu nad głową, bez kata, który przypomina o terminach. Gdybym miała taki zapał, moje pisanie wyglądałoby dużo, dużo lepiej. I może mogłabym wreszcie żyć tak jak chcę, w zgodzie ze sobą i mogłabym się wreszcie wyzwolić z tych wszystkich więzów o imieniu: muszę i powinnam.

I wiem, że to chodzi tylko o wewnętrzną dyscyplinę.
Wydaje się proste?
A dla mnie jest niemożliwe.

środa, 15 listopada 2006
Spałam dziś zaledwie 4 godziny, bo do późna w nocy robiłam zlecenia, które może pozwolą mi przetrwać nadchodzące nieubłaganie 7 chudych lat. (Oby skończyło się najwyżej na 7 tygodniach).
Potem, po robocie, jakoś o drugiej w nocy postanowiłam jeszcze sprzątnąć moją "Marcinkę", bo dziś wpada do mnie na kolację Droga Pani B., której ostrego języczka moje mieszkanie i tak nie uniknie. Więc niech chociaż będzie czysto!
Kiedy wreszcie przyłożyłam głowę do poduszki, w ogóle odechciało mi się spać..i jeszcze chwilę poczytałam "Powieść dla kobiet" Viewegha. Lekkie, absurdalne i
całkiem smakowite .

A jeszcze wcześniej...
a jeszcze wcześniej wieczorem był u mnie Wilk.
I najpierw było nieswojo, bo każde z nas pielęgnowało w sobie jakiś żal i jakąś złość, potem było gadanie o wszystkim i o niczym, czyli coś z cyklu " udajemy, że jest ok", potem było trochę złości, zgrzytania zębami, ale i śmiechu przez łzy, a potem kiedy się tak mocno, mocno przytuliłam, nie miałam ochoty już nigdy
się z nim rozstawać.


Tak bardzo mam już dość tych wyszarpywanych w pośpiechu chwil...

wtorek, 14 listopada 2006
Powiem tak: padam na buźkę. Naprawdę.

Primo - moja sytuacja zawodowa jest z dnia na dzień mniej klarowna, a przy tym na brak pracy nie narzekam, wręcz przeciwnie zasypuje mnie lawina roboty - absurd pierwszy

Secudno - mam dość szarpaniny z Wilkiem i tego, że od x czasu stoimy w martwym punkcie i z jednej strony mam ochotę przyłożyć mu w ucho i odwrócić się na pięcie, a z drugiej o niczym nie marzę jak o tym, aby mnie mocno, mocniutko przytulił - absurd drugi

Tertio - odczuwam w sobie ogromną chęć działania, ale działania, które ma sens, które jest inspirujące, które nie będzie kolejnym konfliktem wewnętrznym i pójściem na bolesny kompromis, lecz jednocześnie mam ochotę wyłączyć się z życia, zdać się na bieg losu, wejść pod kołdrę i powiedzieć: niech się dzieje co chce, pierdolę! - absurd trzeci

Tak więc przytłoczona absurdami mojego życia - mało jem, dużo palę, pije tyle co zawsze, czyli za często i czuję się totalnie zagubiona w tym moim świecie, który przecież sama tworzę.

Jestem zagubiona i rozlatana,
rozsypana na drobinki pragnień,
frustracji,
tęsknot
i lęków.

Szukam nauczyciela i mistrza

niech przywróci mi ...

bo ja już własnej wojny sama chyba nie wygram.



poniedziałek, 13 listopada 2006
Po raz pierwszy od dawien dawna spędziłam naprawdę fajny pełny weekend. I gdyby nie beznadziejny incydent na koniec niedzieli, uznałabym, minione dwa dni za najprzyjemniejsze w ostatnich czasach.

W piąteczek wreszcie odwiedziła moją "Marcinkę" Ramzes i została u mnie na noc tak, że mogłyśmy pogadać sobie o wszystkim, co się nazbierało przez ostatnie tygodnie. Paliłyśmy więc fajeczki, piłyśmy winko i gadałyśmy po siostrzanemu, dopóki nie zmorzył nas sen.

Przed południem w sobotę wyjrzałam na moją ulicę, na której odbywały się uroczystości z okazji Imienin św. Marcina i tłumy ludzi opychały się rogalami, a potem poszłam do babeczek z Teatru, aby za chwilę wylądować z nimi Pod Pretekstem.
Po raz kolejny tłukły mi do głowy, że powinnam pisać i że się marnuję w tych wszystkich pracach.

I pamiętam, że ostatnio mówiła mi to samo p. Bogusia i nawet Paula B. zdążyła mi to wypomnieć w 30-sekundowej rozmowie telefonicznej, ale mnie się wciąż wydaje, że składanie słów w zdania nie jest żadną specjalną umięjętnością. Ale może rzeczywiście powinnam się wziąć w garść?

Wieczorem natomiast wybrałam się z M. na rewelacyny film pt"Mężczyzna idealny" na podstawie powieści czeskiego pisarza Viewegh'a. Bombowa komedia pełna absurdalnego humoru i nieoczekiwanych, totalnie zaskakujących rozwiązań. Ostatnio tak dobrze w kinie bawiłam się na "Zwyczajnych szaleństwach" chyba. Albo i nie.

Tak się zapaliłam, że od soboty do dziś zakupiłam już 4 książki Viewegh'a.
Potem poszliśmy jeszcze na piwko do Dramatu i wróciłam do domku jakoś grubo po drugiej w nocy, z rozkoszą padając na łóżko.

Zaś w niedzielkę najpierw wpadła do mnie na obiadek Adusia, która 20 listopada "Pod Pretekstem" ma swój recital piosenki filmowej.
(jako jej nieformalna agentka i tekściara zapraszam wszystkich gorąco!!!).

Jak zwykle ponarzekała na swojego faceta i jak zwykle powiedziała, że jeśli zdarza jej się jakikolwiek sercowy problem to albo czyta poradnik pt" Mężczyźni kochają zołzy" albo... dzwoni do mnie!

Bo ja niby jestem wzorcowy przykład zołzy. Wyobrażacie sobie?!

Potem wpadł Frr, skoczyliśmy na kolację - trochę się pośmialiśmy, trochę pokłóciliśmy
(o laptopa, którego chciałam od niego pożyczyć, a on twierdził, że zamiast poprosić, oznajmiłam mu, że pożyczam bezterminowo), ale było całkiem miło i sympatycznie.

I pewnie tak skończyłaby się niedziela, gdyby nie idiotyczny incydent z udziałem mojego Wilka. Tak żałosny, że aż się nie da opowiadać. Ale tak sobie myślę, że gdyby go wyabstrahować z mojej osobistej sytuacji, to nadawałby się na pewno na komiczny literacki motyw.
Bo dorośli potrafią być czasem tak niedojrzali, że aż śmieszni.
Wreszcie dostałam kilka fotek z wieczoru panieńskiego i weselicha Janiś. I postanowiłam, że zamieszczę dwie z nich. Jesteśmy na nich My, czyli Basieński z jednej licealnej klasy.
Mam nadzieję, że Basieńki mi wybaczą, że rozpowszechniam ich twarzyczki w necie. W razie czego dorobię czarne paski tu i ówdzie.


1. Basieński po wieczorze panieńskim w stanie dość, powiedziałabym, nieświeżym.
2. Basieński przed weselem - wypięknione i strojne.

A zatem proszę odnaleźć 10 szczegółów, którymi różnią sie dwa obrazki:)))



Dianka, Ja, Monia zwana Zaśką, Ania zwana Ramzesem, Natala, Janiś i Ewcia



Zaśka, Ja, Ewcia i Ramzes - reszta panienek, gdzies się zawieruszyła.

Mam nadzieję, że niebawem spłynie do mnie jakaś profesjonalna fotka młodej pary!
piątek, 10 listopada 2006

Fajnie wczoraj było.
Ludzie dopisali - były rozmowy, tańce i swawole. Dużo śmiechu, trochę zaciętych polemik - naprawdę dawno nie bawiłam się tak świetnie.
Jednakże hiciorem wieczoru okazało się to, że mój były szef był na spotkaniu u szefa obecnego i chcą nas wykupić!!!!!

Dowiedziałam się tego na wczorajszej imprezie i tego wieczoru nic już nie mogło bardziej wszystkich rozbawić.
Z wyjątkiem mnie.
Choć szczerze mówiąc, mnie również to rozbawiło i czuję się teraz jak bohaterka filmu Ośmiornica. Macki korporacji znajdą mnie wszędzie:)))

Z imprezki wróciłam do domciu po 2 w nocy i padłam bez tchu, a z samiutkiego rana wpadł do mnie Wilk i było mi z nim tak dobrze dobrzutko, że najchetniej pieprznęłabym tę galerię juz dziś i została z Wilkiem cały dzień.
Ale żem duża odpowiedzialna dziewczynka - powędrowałam dzielnie do piwnicy, ocierając z policzka wymyśloną łzę :)

czwartek, 09 listopada 2006

Już jestem i obiecuję, że będę pisać wiecej.
Ostatnie dni przemieliły mnie jak magiel, a wszystko przez wodospad.
Bo nie wiem, czy wiecie, że wodospad gwarantuje zawodowe sukcesy i przypływ kasy.
Co akurat w moim przypadku sprawdza się dość połowicznie.
A było tak.
W poniedziałek po pierwszym dniu pracy poszłam z Mamą do Empiku i przypomniało nam się, że jest taki przesąd, że wodospady, powieszone nad łóżkiem,  przynoszą powodzenie w pracy.
Zawiesiłyśmy go na szafie w poniedziałek wieczorem i już we wtorek dostałam maila i telefon z pewną propozycją, a wczoraj i dziś jakieś drobne, aczkolwiek czasochłonne, zlecenia.
Więc nie dość, żem wykończona nową pracą, to jeszcze robię naraz tysiąc rzeczy.
W domu nie mam sieci, ani nawet kompa, więc ze wszystkim muszę zdążyć w godzinach pracy i to już w ogóle jest totalną katastrofą.

A zatem oferty sponsoringu laptopa są bardzo mile widziane!
Mogą być bez zdjęcia:)


Co poza tym?
W pracy robię rekonesans.
Przejrzałam służbową korespondencję szefostwa z moją poprzedniczką i powiem krótko:
mobbing, zamordyzm i tortura,
więc radzę wszystkim albo modlić za mnie do najświętszej panienki albo przynajmniej drżeć całym sercem w obawie o moją przyszłość.

Jak wygląda moje życie prywatne?
Ano nie wyglada.
Nie mamy dla siebie czasu i jakoś nam nie po drodze.
Co prawda wtorkowego wieczora zostałam dotulona i dopieszczona za wszystkie czasy, ale Wilk jeszcze nie zniknął w drzwiach, a już za nim tęskniłam i było mi mało, mało, mało.

Dziś natomiast śniło mi się dziecko.
Urodziłam taką słodką kruszynkę i byłam najszczęśliwsza na świecie.
Najgorsze jednak było to, że wciąż ją gdzieś zostawiałam i gubiłam i w rezultacie strasznie mnnie ten sen zmęczył.
Zaznaczam, że oczywiście senny scenariusz nie przewidział roli dla ojca dziecka, więc ze wszystkim musiałam uporać się sama.
Ot życie.

Tyle u mnie.
Dziś w ZAKU moje pożeganie dla ludzi z byłej pracy.



Jedyne, na co mi nie spada ochota przy takim nawale pracy, to zimne piwko i gorący...:)))

środa, 08 listopada 2006
Jutro się poprawię - obiecuję. Dziś padam na ryjek!
wtorek, 07 listopada 2006

co dziś zdążyłam zrobić schowana w piwnicznej Galerii?

- umyłam podłogi - z sukcesem
- zadzwoniłam do fotografa - co zakończyło się może nie karczemną awanturą, ale poważnym kwasem i ryzykiem odwołania wernisażu.  

Drugi dzień pracy i jakiś gnój.
Pewne rzeczy wychodzą mi po mistrzowsku!
Wystarczy, że tylko się dotknę:)

Ale jakoś minęły mi stresy.
Raz kozie śmierdź:)
O!

poniedziałek, 06 listopada 2006

Uff, pierwszy dzień za mną, zwijam się do domu. Nie było najgorzej, ale i niewiele zrobiłam.
Ech...

Właśnie przyszedł chłopiec, z którym będę na co dzień pracować w Galerii
- piekielnie przystojny, pełen werwy i bardzo otwarty.
Od razu poprawił mi humor i jakoś mi raźniej.
Tak to już bywa jak się jest zwierzęciem stadnym:)
No to wracam po urlopie do świata żywych.
Od czwartku jestem w Poznaniu z Mamulką i nie robimy nic szczególnego poza nieustanną konsumpcją. Kino, lody, zakupy, kawa, obiad, piwo i tak na okrągło. Ja już ledwo żyję i centrów handlowych mam po dziurki w nosie.
Ale radości  też przy tym jest dużo, bo Mamasza zawsze coś głupiego wymyśli i jest z czego się pośmiać.
Niemniej pewnie z ulgą odprawię ja jutroz powrotem do Olsztyna.

***
Dziś mój pierwszy dzień pracy.
Po kilkunastu dniach cholernego stresu, siadłam w tej dziwnej piwnicy przy kompie i nic mi się nie chce. I nie wiem od czego zacząć. I w ogóle życie jest straszne. I najchętniej wypisałabym się z całego istnienia albo zakopałabym się pod kołdrą i tam poczekała do śmierci.
Ale wiem, że trzeba iść do przodu.
Dlatego kończę i biorę się do pracy. 
Choć i tak mi smutno, ale to już pewnie z innego powodu.