..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 27 lutego 2014
Książka "Włącz się do gry" Sheryl Sandberg - prezeski Facebooka - trafiła w moje ręce w idealnym momencie.

Czytam w niej:
"Klasyczny scenariusz wygląda następująco: ambitna kobieta z sukcesem kroczy ścieżką kariery, nieśmiało myśląc o tym, że chciałaby mieć dzieci.(...)Wtedy kobieta uświadamia sobie jak ciężko pracuje i dochodzi do wniosku, że jeśli w jej życiu ma się znaleźć miejsce dla dziecka, będzie musiała trochę zwolnić tempo. Często nawet nie zdając sobie z tego sprawy, kobieta z czasem przestaje sięgać po nowe możliwości. Jeśli otrzymuje jakieś propozycje, to albo odmawia, albo mówi "tak" bez przekonania i w rezultacie ktoś inny przejmuje to zadanie. (...) Zanim dziecko przyjedzie na świat kobieta znajduje się w zupełnie innym punkcie swojej kariery, niż mogłaby być, gdyby się wcześniej nie wycofywała"

Ten fragment dotyka mnie szczególnie, bo właśnie myśl o macierzyństwie skłoniła mnie do porzucenia pracy i wyjazdu z Warszawy,a kiedy wróciłam, 
schowałam ambicję w kieszeń na kilka dobrych lat. Szukałam pracy przyjaznej i bezpiecznej. Rozwój był dla mnie wartością dodaną, ale nie priorytetową. 

Teraz natomiast, kiedy w mojej głowie powoli odhaczam zadanie "ciąża - poród - niańczenie", niespodziewanie zaczyna mnie nosić. Mam apetyt i chcę sięgać po więcej. Chcę się też uczyć, próbować nowych rzeczy, wreszcie łamać schematy i ryzykować. 

Sheryl Sandberg zdobywa się na niebywałą szczerość: swoje osobiste historie pełne zwątpień, niepewności i wpadek, przeplata twardymi danymi na temat kobiet w biznesie oraz radami swoich mentorów. To książka pełna humoru, lekka, zabawna, a przede wszystkim diabelsko inspirująca. 

"Włącz się do gry" to moim zdaniem pozycja obowiązkowa w kobiecej biblioteczce - i nieważne, czy pracujesz w korporacji, czy w urzędzie. Nawet jeśli dziergasz szaliki na osiedlowy bazarek albo niańczysz cudze dzieci - przeczytać trzeba.

***
A to kulisy sesji do mojego kobiecego projektu, który jest moim zawodowym diamencikiem. Na razie wciąż jeszcze w fazie szlifowania.




środa, 26 lutego 2014
Pisarzowi nie łatwo jest zachować skromność. W końcu władza demoralizuje, a pisarz tę władzę ma: tworzy i niszczy światy, daje i odbiera życie, jednym zdaniem może wrzucić człowieka w sidła miłości, wpędzić w tarapaty lub ocalić zbawiennym happy endem. 

Pisarskiej mocy dorównać może tylko moc grafika komputerowego. 
Dziś na drugiej lekcji photoshopa nauczyłam się klonować. 
A tak przy okazji zlikwidowałam Empire State Building w Nowym Jorku i zmieniłam trasy lisbońskich tramwajów. Drobiazg!

A tu moja dzisiejsza praca domowa:


wtorek, 25 lutego 2014
Alcatraz zamienia się w szkołę. Ja chodzę na portugalski i angielski, Dorka ma konsultacje biegowe, a dziś udało mi się namówić naszego art dyrektora na indywidualny kurs photoshopa. Pierwsza lekcja za mną.

Oto moja wieczorna praca domowa.


poniedziałek, 24 lutego 2014
Wracam z pracy - w domu czysto, zakupy zrobione, pranie się suszy, obiad wjeżdża na stół, a mężczyzna zrelaksowany (bo i biegał, i japońskiego się zdążył pouczyć, i poczytał) i uśmiechnięty.
Nie mówię już o wzroście libido.

Siedzimy wieczorem, gadamy, a mężczyzna mimochodem wspomina, że opowiadanie napisał. 
- Jak to napisałeś opowiadanie? - pytam zaskoczona. 
- Chodziły mi po głowie pomysły, więc napisałem. 
- Ale kiedy?? - niedowierzam. 
- Nie pamiętam, dwa albo trzy dni temu. 

On usiadł i napisał. 
Ja przeczytałam i się wzruszyłam.
Piękne. 

Zaimponował mi Endrju tym spontanicznym pisarstwem. 
Oto blaski męskiego bezrobocia. 
Na cienie z drżeniem serca czekam. Mam nadzieję, że się nie doczekam. 


Ojciec z córką 


A tu urodzinowy zestaw do kaligrafii w użyciu - Endrju maluje krzaki:)


niedziela, 23 lutego 2014
Miałam napisać o przyjemnym weekendzie - o słońcu, o degustacji nalewek u wujka, o dzieciakach i wdychaniu wiosny, ale zamiast tego obejrzałam czeski film polecony przez Tymi.
"Święta czwórca". 
Nie wiem, jak wy, ale ja - jak tylko dzieci podrosną - jadę z przyjaciółmi na wakacje?:)

Kto reflektuje?:D


piątek, 21 lutego 2014
Dziś po raz pierwszy poczułam zapach wiosny. Nie te zdradzieckie promienie słońca, które czasem w lutym wodzą na pokuszenie, ale autentyczny oddech wiosny zbliżającej się wielkimi krokami.

Ogłaszam, że zimy w tym roku już nie będzie! 
Tak twierdzi mój osobisty spiritus movens. 

Jak mi się chce działać, ruszać, kochać!
Wpływać na losy świata i rzucać się z motyką na księżyc. 
Kijem rzekę zawrócić też mogę. 

***
A tu poranny spacer do alcatraz i przedszkola

czwartek, 20 lutego 2014
Jeszcze w południe oglądałam zdjęcia z Majdanu jak kadry z filmu science fiction - typowa sceneria: zgliszcza, ludzie w maskach, w oddali dym i ruiny. Nie czułam grozy sytuacji.
Ale siła mediów jest wielka. 
Obejrzałam wieczorem  relację "Faktów" i nie mogę napisać o niczym innym. 
Bo tuż obok nas toczy się wojna. Dotąd pojęcie abstrakcja.
A tutaj abstrakcja zupełnie znienacka stała się konkretem. 



Wracając z przedszkola opowiadam Antkowi o Ukrainie:
ja: ...I w tym kraju, na Ukrainie jest zły prezydent, który nie dba o swoich ludzi i oni protestują pod jego pałacem. A on jest tak zły, że kazał do nich strzelać. 
Antek: A nasz prezydent jest miły i grzeczny, prawda?
ja: Nasz jest bardzo miły.
Antek (po chwili namysłu): Mamo, ale nie opowiadaj o tym Poli, bo ona jest za mała i może nie zrozumieć, a wtedy będzie się bała, że to my mamy tego złego prezydenta.
ja: Nie opowiem.
Antek: Nigdy jej o tym nie opowiadaj! Aż do śmierci, dobrze? 


wtorek, 18 lutego 2014
Wszystkie kobiety, z którymi się kumpluję, są feministkami, choć mało która tak o sobie mówi. A przecież feminizm w swojej postawie to nic innego jak przekonanie i dążenie do równego dla kobiet i mężczyzn dostępu do: edukacji, kultury, władzy, biznesu, pieniędzy, czasu wolnego (sic!), a także  równoważony podział obowiązków w rodzinach.
To możliwość dokonania wyboru. 

Tylko tyle. Reszta to nurty, z którymi część feministek płynie, a część nie.

Czy ten, kto wierzy w Chrystusa, odżegnuje się od chrześcijaństwa tylko dlatego, że nie identyfikuje się z Rydzykiem? Nie. 

Toteż nie trzeba być fanem polskich i światowych twarzy feminizmu, żeby być feministką. 
Kiedy więc słyszę, jak moja koleżanka żarliwie się wzbrania przez łatką feministki,  mam ochotę zapytać:
- A czy chcesz, aby twoja córka miała takie same szanse na uczelni, jak jej koledzy? Czy życzysz jej, aby zarabiała tyle samo, co mężczyźni na podobnych stanowiskach? Czy oczekujesz, że kiedy ona urodzi twojego wnuka, jej mąż będzie aktywnie uczestniczył w opiece nad dzieckiem?

Jeśli na choć jedno pytanie odpowiedziałaś twierdząco, jesteś feministką i basta!

Nie muszę jednak drążyć zbyt głęboko, aby dotrzeć do źródła kobiecego lęku przed feministyczną etykietką. 
Otóż w moim środowisku zawodowym, zdominowanym przez testosteron  uchodzę za feministkę absolutną. A jednak co jakiś czas słyszę westchnienia:
- Jaka tam z Ciebie feministka! Ty za ładna jesteś!
(i do tego lubię mężczyzn, o czym oni doskonale wiedzą, więc im się to wszystko zupełnie nie składa w całość:)


A to dlatego, że powszechna definicja feministki brzmi:

FEMINISTKA - kobieta, która nienawidzi mężczyzn (dlatego, że nikt jej nie przeleciał), nie goli nóg, ma pryszcze, jest za gruba, za chuda. Gdyby mogła,  wykastrowałaby wszystkich facetów. Zazdrości udomowionym mężatkom, bo sama męża nie ma, nie ma dla kogo gotować. Nienawidzi matek na urlopach, dlatego chce je 
wysłać do przymusowej pracy, a ich dzieci unieszczęśliwić żłobkiem. Nie ma co robić (bo co ma  robić kobieta, bez męża i dzieci???), więc albo ogląda Seksmisję, albo ubiera się jaskrawo i zdziera gardło na manifach. Może po to, żeby ktoś ją usłyszał i przeleciał wreszcie?

Zdawałoby się, że to opis wyciągnięty z lamusa.  Ale to przecież królowa wszelkich definicji! Nie tylko wśród mężczyzn, ale przede wszystkim wśród  znanych mi kryptofeministek. 

Dziewczęta - czas wyjść z szafy.
Jesteśmy feministkami. I golimy nogi. 
Nieprawdopodobne, a jednak!


Dawid Sala
poniedziałek, 17 lutego 2014
Lubię, gdy czuję, że w moim mózgu iskrzy:)
Dla absolutnego spełnienia musi jeszcze iskrzyć w duszy, w ciele i pod pępkiem. Tam też iskrzy, więc znak - WIOSNA IDZIE. 

Ale dziś nie o wiośnie. 
Dziś o tym, że czytam świetną powieść poleconą przez Bernadettę Darską "Gołębiarki" Alice Hoffman i porzuconą Sheryl Sandberg "Włącz się do gry" i czuję jak rozdaję kęsy - raz dla duszy, raz dla głowy. 

Piszę.
Poprawiam powieść (serce się cieszy) i stukam pracę domową z portugalskiego (szare komórki aż podskakują z radości)

Gadam.
Dwa razy w tygodniu będę gadać po angielsku, co w połączeniu z portugalskim, daje cztery razy w tygodniu językową gimnastykę głowy. 

Mam nadzieję, że niebawem ruszę i z gimnastyką ciała, więc gdy tylko z jezior zejdą lody, wskoczę na pierwsze wiosenne nurzanie. 

Tymczasem cieszę się tym iskrzeniem umysłu, bo z głową jest jak z bieganiem. Kiedy mózg się ciut zmęczy i wypoci, to głowie od razu lżej.

A ja lubię chodzić z głową lekką jak obłoki. 
niedziela, 16 lutego 2014
Napisać coś na blogu po tylu dniach, to tak jak spotkać się z kochankiem po miesiącach rozłąki:
tyle by się chciało powiedzieć, że w rezultacie gada się o pogodzie. 

Dziś będzie podobnie - pobieżnie i w kronikarskim skrócie. 

W czwartek miałam tak podłe popołudnie, że byłam gotowa zamordować i dzieciaki, i Endriuszę, ale zamiast przelewać krew, zdezerterowałam na piwo z Jolene, którą do tej pory znałam tylko z widzenia i z bloga. Przeczucia mnie nie zawiodły - dobrą energię zwęszę nawet wirtualnie.
Potem dobiła do nas jeszcze Tymi i spędziłyśmy wieczór w Highlanderze - zaczynając wysokimi lotami, czyli rozmową o literaturze, a kończąc na infekcjach cipki.
Mogłabym jeszcze poszybować wysoko i nisko, bo gadało się super, ale musiałam pamiętać, że jestem Kopciuszkiem, a zresztą jak tu gadać, gdy przy drugim piwie plączę się już język (ewidentny brak treningu!).

Piątek upłynął mi Walentynkowo - czyli najpierw zbierałam owoce miłości od mego synka, a potem delektowałam się miłosnymi akcentami dla nieco starszych dzieci. 

Sobota i niedziela domowo-rodzinna - było wylegiwanie się w łóżku, spacery w słońcu, babcie, dziadki i obiadki oraz wieczorny chillout przy winie. 

Wydawało by się, że przez cztery dni niewiele się może zdarzyć, ale Proszę Państwa, nie powiedziałam najważniejszego:
w środę był trzeci ząb, a dziś jest już szósty. 
Prawdziwy zębowy armagedon!


Pola pierwszy raz w sukience... i kapeluszu!
środa, 12 lutego 2014
Dziś krótki komunikat blogowy ku pamięci:

- wyrósł trzeci ząb
- pierwsze trzy samodzielne kroki postawione

moja wspaniała Pollyanna za tydzień kończy jedenaście miesięcy:) 
wtorek, 11 lutego 2014
 "Dobra znajomość języka to podstawowa kompetencja cywilizacyjna. Język jest przecież głównym narzędziem myślenia, komunikacji z ludźmi i zdobywania wiedzy. Jeśli więc dzieci, przychodząc do szkoły, słabo znają język, to przerabianie z nimi programu jest fikcją. Nie rozumieją, co się do nich mówi, nie potrafią się skupić, bo ich mózgi są uformowane przez szybkie media"

"Korzyści z czytania są naprawę imponujące: swoboda językowa, umiejętność koncentracji, głębsza wiedza, zdolność do refleksji, motywacja do nauki, lepsze umiejętności społeczne."


Irena Koźmińska, fantastyczny wywiad w Wysokich Obcasach, do przeczytania TU 


Był rok 86., a ja miałam wtedy sześć lat. Wyjechaliśmy z rodzicami do Grecji na okrągły miesiąc. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby spakować dla mnie książkę, szczególnie, że w świat literatury wprowadzała mnie wówczas babcia. 
Rany, jak mi tam brakowało czytania! Błagałam rodziców o cokolwiek po polsku, aż wreszcie dorwałam jakąś starą walającą się w aucie gazetę i zaczęłam czytać. Niewiele z niej rozumiałam, ale mogłam przynajmniej zaspokoić potrzebę dotykania słów. 

Tamtą potrzebę dotykania słów czuję do dziś. Czytam nieustannie - pochłaniam uliczne reklamy, szyldy, rejestracje samochodów, ulotki, wreszcie gazety i książki. Nie dbam o komfort lektury, nie muszę mieć trzech godzin, pustego domu, wygodnego fotela i kubka z gorącą herbatą. Gdy dzieci pluskają się w wannie - jednym okiem łypię, czy nie toną, drugim pochłaniam akapity powieści, czytam w knajpie, czytam rytualnie przez snem, nawet gdy bawię się z dziećmi, to chyłkiem wertuję strony sobotnich WO.
Nie ma tego czasu wiele, to raczej strzępy, okruchy, którymi trudno się nasycić, ale świat słów to mój świat i nie umiem z niego zrezygnować. 


Dziś piszę na prośbę Anuli, która także czyta na potęgę, wprawiając wszystkich w osłupienie: "Kiedy Ty znajdujesz czas na czytanie!?" 

Ale pytający, chyba w głębi duszy wiedzą, że brak czasu to pretekst.
To zawsze kwestia priorytetów:)


poniedziałek, 10 lutego 2014
Po tym jak zrobiłam Endrju awanturę, że codziennie pożera czipsy, zainstalował sobie aplikację na telefonie, która liczy mu kalorie. 
(mi chodziło o to, że czipsy to szajs, a nie że kaloryczne, ale dobra:)

A wiadomo - jak się facet do czegoś zabiera, to musi być precyzyjnie i najlepiej z wykorzystaniem najnowszych technologii, smartfonów, GPS-ów i tylko noktowizora jeszcze tu brakuje. 

Owa aplikacja obliczyła, że Endrju może zjeść dziennie 2300 kalorii. Endrju co posiłek wpisywał  więc skrupulatnie, co zjadł i za ile. Niestety w niedzielę już o 17.00 dobił do 2300 kalorii. 

Wieczorem położyliśmy dzieci spać, Endriuszę nosi, spaceruje od lodówki do fotela, ręce mu się trzęsą, dusza się telepie, intensywnie przegląda coś w swoim smartfonie, aż nareszcie wzdycha z ulgą:
- Pogrzebałem trochę w tej aplikacji dietetycznej i wiesz co się okazało?
- No co?
- Okazało się, że jestem kobietą! Jako mężczyzna mogę sobie zwiększyć limit do 2700 kalorii!

Gdybyście widzieli to szczęście wymalowane na twarzy:)


niedziela, 09 lutego 2014
Sobota. Słońce jeszcze nie wstało, ale Pola tak.  Skoro świt robię niespodziankę Antkowi i szykuję dla niego naleśniki z czekoladą, bo uwielbia, gdy budzi go słodki zapach.
Wtedy już z łóżka krzyczy podekscytowany:
- Mamoo! Czuję zapach naleśników!

Najpierw wstaje Antek, potem Endrju, jemy śniadanie. Cała sobota przed nami i żadnych planów. Jedyny plan to spędzić razem dzień. Do mansardy wlewa się wiosenne słońce, idealne na długi spacer. Jest więc i długi spacer nad Długim, i zabawa z dzieciakami, i smaczny obiad, szczypta lenistwa oraz filmowy wieczór  z Endriuszą. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego - same oczywistości. 

A jednak od jakiegoś czasu, coraz mniej rzeczy jest dla mnie takich oczywistych. 
Co jakiś czas zalewają mnie fale wdzięczności, po tym jak przebudzam się ze złego snu, albo tulę do siebie dzieciaki, albo śmieję się razem z Endrju. Bo ani zdrowie, ani dostatek, ani spokój nie muszą być dane na zawsze. Dlatego coraz częściej słyszę w swoim sercu głos bardzo starej kobiety, która ceni w życiu to, co bezcenne - i wdzięczna jest za pierwsze wiosenne słońce, mokry niemowlęcy pocałunek, oddech kochanego człowieka i prosty smak rosołu. 

Ale tak jak pisze Safak, każda z nas ma w sobie chór współbrzmiących miniaturowych kobietek o sprzecznych pragnieniach. Dlatego poza wdzięczną staruszką, noszę w sobie również nienasyconą muzę młodopolską.

A jej najbardziej się marzy zapomnieć o bożym świecie i pójść w tango:)



Niedzielny poranek. Dzieci skaczą nam po głowach, a Endrju obdarza mnie niedwuznacznymi czułościami. 
- Nie mógłbyś tego libido przytrzymać do wieczora? - pytam. 
- No coś Ty! Po całym dniu  spędzonym z owocami naszej namiętności zwyczajnie będę się bał!

 
piątek, 07 lutego 2014
Poproszę o więcej takich festiwali.
Prawie trzy godziny pisania - nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam dla siebie niczym niezmącone trzy godziny.
Wietrzenie głowy spacerowym tempem.
I obiad z Endriuszą. 

To był dobry dzień. 
Dopijam wino i idę spać. 
Dobrze mi dziś na świecie. 


oferta śniadaniowa w Chilli jak zawsze godna polecenia


Jak chce się znaleźć lustro, znajdzie się nawet we własnym kompie:)

Po wielkim śniadaniu, wielki obiad. Dlatego na kolację już tylko wino




czwartek, 06 lutego 2014
A jutro robię sobie Ego Fest, czyli Dzień Egoistki - dezerteruję z roboty. 

Mogłabym zostać w domu, ale jest ryzyko, że obecność Endriuszy mogłaby mi ów Ego Fest nieco zaburzyć. 

Dlatego, biorę pod pachę laptopa (c.d. uwybitniania:), świeżutkie gazety (dzisiejszy DF, Tygodnik Powszechny) oraz książkę ("Fotoplastykon Siesickiej - potem zdradzę dlaczego to) i zamierzam od samego rana uprawiać olsztyński knajping.

Od śniadania aż do obiadu, z kilkoma latte pomiędzy.

Mam nadzieję, że nikt mi nie pokrzyżuje planów. 


Jutro pierwsza edycja Ego Fest. 
Mam nadzieję, że w przyszłości będzie ich więcej:)

Udanego piątku!

Śniła mi się dziś śmierć, stała bywalczyni moich snów. 
Wykorzystując duże mrozy, ludzie odgrzebali bliskich umarłych, aby się z nimi po raz ostatni spotkać. Ja z kolei musiałam się rozstać z Polą. Brnęłam przez śnieg z malutką w ramionach, a obok nas na szerokiej Bałtyckiej 
(otwarta niedawno czteropasmówka to kolejny częsty leitmotiv moich snów:) sunęły tysiące sań, na których leżeli umarli. 
Ich sine upiorne twarze rozciągały się w uśmiechu, a niektórzy wyciągali ręce do Poli, jakby chcieli mi ją zabrać i posadzić sobie na saniach. 
Wiał złowrogi wiatr, a ja szłam i szłam. Przedzierałam się przez mgłę, przyciskając ją mocno do piersi, a ona śmiała się do mnie i gaworzyła, nie zdając sobie zupełnie sprawy, dokąd zmierzamy. 

Pobudka w takich okolicznościach jest największym prezentem świata. 
Szczególnie, gdy budzi wesoły szczebiot wyspanego niemowlaka. 
Druga w całości przespana noc naszej Kruszyny. 

wtorek, 04 lutego 2014
W Czarnym mleku jest ładne, bardzo bliskie mi zdanie:

"Sądzę, że pisarki zawsze są rozdarte między przeżywaniem własnego życia, a obserwowaniem siebie, gdy je przeżywają"
Elif Safak, s. 277.

Doskonale czuję to rozdarcie, bo jakaś część mnie, zawsze gapi się na mnie z dystansu. Wytyka mi kiczowatość scen, osłabia dramatyzm sytuacji albo odziera ze złudzeń, podczas gdy ja sama tym złudzeniom ulegam.
To chyba też trochę wyjaśnia dlaczego od tylu lat, konsekwentnie, dzień po dniu, piszę bloga. Przyglądam się sobie i cały świat filtruję sitem własnej wrażliwości. 

Kilka dni temu Tata zapytał:
- Piszesz coś?
- Mam napisaną powieść, której nie mogę wydać tam, gdzie chcę.
- A czemu nie możesz?
- Bo jest za mało komercyjna, aby się dobrze sprzedać i za mało wybitna, aby krytyka padła na kolana. 

Ojciec zamyślił się, po czym spytał:
- A nie możesz tak dodać gdzieniegdzie coś wybitnego?

:))

Zainspirowana przez rodzonego ojca, po raz kolejny siadłam do "uwibitniania" powieści, a tak naprawdę, po raz kolejny zasiadam do rzetelnej, a zarazem ostatniej redakcji. Dopóki tego nie skończę, nie umiem zacząć nic nowego - a głód pisania rośnie (gorzej z czasem i energią).
Na razie jestem na 24 stronie, przede mną jeszcze 140.

***
A to moja pierwsza pisarska idolka, którą poznałam, będąc licealistką. 
Pamiętacie ją? Jo z Małych Kobietek.


poniedziałek, 03 lutego 2014
Igę poznałam na spotkaniu blogerek - uśmiechnięta,  zaskakująco szczera i otwarta. Opowiedziała mi wzruszającą historię Żunia i skradła moje serce. A potem odwiedziłam jej bloga:
to blog o chłopcu z achondroplazją, to blog o wspaniałej twórczej pogodnej i dzielnej mamie Achondroplazjaka. 

Dziś namawiam Was do odwiedzin oraz głosowania na bloga roku 2013. 

http://www.achondroplazjak.pl/

Fanów Tyriona Lannistera z Gry o tron namawiać chyba nie muszę?:)




niedziela, 02 lutego 2014
Weekend upłynął nam domowo, przeziębieniowo, urodzinowo, filmowo i wizytowo. 

Dzieciaki chore, więc dwa dni przewalaliśmy się w domu, a ja co jakiś czas czmychałam z chaty, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Dzięki temu wyskoczyłam do kina na "Sierpień w Hrabstwie Osage", który to film pozamiatał mnie równo.
I do tej pory sceny z "Idealnych Matek" miksują mi się w głowie z fragmentami "Sierpnia" - i myślę, i przeżywam, i rozgrzebuję słowa, obrazy obracam w palcach wyobraźni, odkładam i do nich wracam. Doskonałe kino. 

Sobotni piżamowy poranek, kończymy oglądać "Idealne matki"

Wyrwałam się też do Ewy, zobaczyć na własne oczy miesięcznego Felka. Ewa uwalona po łokcie w macierzyństwie, ze wzrokiem lekko zamglonym oksytocyną, zmęczona, piękna i szczęśliwa, czyli wszystko dokładnie tak jak być powinno. A Feluś słodki. 

A urodzinowo było dlatego, że Endrju dobił do lat 34.
Antek w ramach prezentu zrobił Ojcu obrazek - z kolorowych kształtów utworzył komodę:



- Tatusiu to na pamiatkę!
- Oo, piękna komoda!

- To na pamiątkę dla Ciebie! Gdybyś wyjechał gdzieś daleko, daleko. - chwila namysłu - na jakieś imieniny gdybyś wyjechał, to wtedy weźmiesz na pamiątkę ten obrazek. Żebyś nie zapomniał, że tutaj - znów pauza - że tutaj, że tutaj w domu są... meble.