..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 27 lutego 2011

Taki fajny weekend za mną, a ja już ledwo na oczka patrzę i nie mam siły pisać.

Wczoraj po ślubie Zaśki towarzystwo wpadło do nas na kawę i ciacho, zaś wieczorem ruszyłyśmy z dziewczętami na szlak.
A na szlaku jak zawsze - najpierw była Pozytywka ze stałymi bywalcami tej knajpy, potem Alchemia, którą zamykano o północy, Okop - jedynie u bram - bo Ramsik wdała się z dyskusję z bramkarzem i szybko wzięłyśmy nogi za pas. Ostateczny zgon nastąpił w Carpenterze, gdzie nawet nie chciało nam się rozbierać i przysiadłyśmy tylko na jednego drinka, na ławeczce. W głupawej wesołości, która towarzyszyła nam od kilku godzin, wyobraziłyśmy sobie, że siedzimy w przedziale kolejowym.


a dziś był fajny wieczór.
To dlatego, że najpierw odwiedziliśmy dziadków Antka, gdzie po wielu namowach Endrju usiadł do pianina i tak jak przypuszczałam, Groszek jego graniem się zachwycił i tańczył w rytm że hej.
Na fali sukcesu, Endrju usiadł przy pianie po powrocie do domu i grał, i grał, i grał. A ja coś pichciłam i słuchałam koncertu Endriusza Live:)
Gdy tylko przestawał, krzyczałam z kuchni:
- Graj! To jest lepsze niż drapanie po plecach!
Bo było.
Klawiatura pianina jest znacznie bardziej seksowna niż komputerowa;)

Chciałabym jeszcze napisać o niespodziewanych przyjemnych kilkunastu sekundach, o pysznej drzemce w słońcu i o nowej sukience, ale takam senna, że nie napiszę już nic.

Dziś na blogu ponad 4 tysiące wizyt. Ach ta siła gazety pe-el.

sobota, 26 lutego 2011

Działam z opóźnionym zapłonem. Mam to po Mamie. Emocje docierają do mnie jak grzmoty w stosunku do błyskawic.
Po pewnym czasie. 
 

Jestem:
dumna z  moich dziewcząt, że mimo dzielących nas odległości i natłoku obowiązków, potrafią się zmoblizować i puścić wodze fantazji. Są kochane i fantastyczne.

Jestem:
zawiedziona brakiem równowagi w relacjach między ludźmi.

Jestem:
i lubię być niepoprawna politycznie.

Dzisiejsze przedpołudnie spędzam w domu z Antkiem - napiszę felieton, upiekę brownie, może jakieś ktosie wpadną na kawę?

A wieczorem pójdziemy z pannami w świat;) 

piątek, 25 lutego 2011
ja: Ale przyznaj, że żyje Ci się ze mną jak w bajce.
Endrju: Tak. Braci Grimm.
czwartek, 24 lutego 2011

Czy to, co dobre dla mnie, jest dobre w ogóle?

Żyję dla siebie czy dla kogoś?

Gdzie jest granica pomiędzy zdrowym egoizmem a samolubnością?

Czy ciało może kłamać?

Jak odróżnić prawdę od złudzenia?


Czy jest jedna prawidłowa odpowiedź na powyższe pytania?
Nie.

wyrywam się
do
wywracam wnętrze na lewą stronę
na wierzchu mam ukrwioną skórę
czuję wszystko

przyjemność i ból jednocześnie
To chyba sadomaso, prawda?:)

Koję się winem i pracą - muszę skrobnąć felieton do "Kulturki".

środa, 23 lutego 2011

Od kilku dni drogi konkubent wścieka się o moje bałaganiarstwo. Wczoraj doszło niemal do spektakularnego rozstania z powodu kilku drobiazgów rzuconych byle jak, a nie położonych na swoje miejsce.

- To się wyprowadź! - warknęłam.
- Ty się wyprowadź, to moje mieszkanie. - usłyszałam w odpowiedzi.
- Dobrze. Wyprowdzę się na wieś.
- I weź ze sobą Antka.
- Pewnie, że wezmę.
- I kota.
- Wezmę Antka i kota
- zgodziłam się.
- I jeszcze tę cholerną fotografię Marii Awarii.

Wyobraziłam siebie stojącą pod domem moich rodziców z Antkiem, kotem i obrazem pod pachą i aż zapragnęłam zrobić sobie zdjęcie:)

Aby nikt nie powiedział, że nie przyjmuję krytyki, dziś od razu po pracy wzięłam się za porządki - wypucowałam wszystkie nietuzinkowe, zwykle omijane miejsca: umyłam drzwi, lodówkę i kuchenkę oraz piekarnik. A chcąc dosięgnąć ideału, postanowiłam zrobić placuszki serowe ze wszystkich resztek serów leżących w lodówce. I to był błąd. Nie dość, że dokumentnie upieprzyłam kuchnię wraz z kuchenką, to jeszcze zmiast rumianych pysznych placuszków wykreowałam słoną, lepką i tłustą breję. 
- Kurczę, nie wyszło mi, a chciałam dobrze - westchnęłam, zacierając ślady kulinarnej katastrofy.
Na co mój konkubent, z wrodzoną subtelnością, odpowiedział:
- Nie przejmuj się kochanie. Najważniejsze, że choć raz chciałaś dobrze:)

Tym samym, na kolację wcinam mozarellę, zagryzam kaparami, piję pyszne wino i cieszę się, że nie jestem jedyną osobą na świecie, której nie wszystko wychodzi za pierwszym razem:)

Amen.

wtorek, 22 lutego 2011

Siedzę z termoforem między nogami i kapturem na głowie, sutki mam w szpic i lodowaty nos. Grzeją mnie gorące myśli i chłodne piwo.
Na termostacie całe 17 stopni.
Nie będę się bawić w eufemizmy: zimno jak chuj!

a to coś dla fanów Myths Busters:)

poniedziałek, 21 lutego 2011

Dobrze, że Matka Polka ma siedzącą pracę, bo od kiedy z tej pracy wróciła, to usiadła dopiero teraz.
Rodzinny pressing, jaki mi fundują wszyscy dookoła, skłonił mnie, aby wyruszyć w poszukiwania doktora, który osłucha kaszlącego Antka, a znaleźć doktora o 19.00 wieczorem niełatwa sprawa. Od czego jednak są ojcowie przyjaciółek, jeśli nie od medycznych awarii.
Oczywiście okazało się, że Antek ma po prostu katar i kaszel, i że popularne medykamenty, to raczej leki uspokajające rodzicielskie sumienie:) Dowiedziałm się również po raz kolejny, że młody do szczupłych nie należy, a doktor dyplomatycznie nazwał go małym Herkulesem - hihi!
No dobra, zmykam lulu.

W necie pojawił się kolejny sezon rewolucji  kuchennych Magdy Gessler, więc dziś małe, przyjemne odmóżdżenie na dobranoc. Uwielbiam tę wiedźmę.

niedziela, 20 lutego 2011

Moje ciało chce lata
Moje ciało chce latać

Dobranoc!

sobota, 19 lutego 2011

A wczoraj było fajnie, choć chwilami niełatwo.
Ale napiszę o tym, co fajnie.

Antek poszybował przez śniegi i zaspy do dziadków, żebyśmy mogli  wyjść na trochę z roli supermatki i ojca-Polaka i gdzieś się wybrać, i poskakać, i napić się jak ludzie.

Więc wyszliśmy do Andergrantu na koncert "Dezertera".
Taki koncert jest lepszy niż lifting. Już po kwadransie czułam się o dekadę młodsza- przepychanki przy wejściu, walka o piwo jak o ogień, falujący tłum, to wszystko cofnęło mnie do błogich czasów liceum.
Chociaż nie tylko to - jednym z supportów była kapela starych znajomych z LO2 (Utopia), w której gra na gitarze niejaki Kret przypominający mi ulubionego boahtera "Samotnych". Poza tym w tłumie wyłowiłam naszego profesora od P.O.(pamiętacie chudego łysego i fajnego faceta, który na przerwach ćwiczył na boisku tai chi?)Nie widziałam go 15 lat, a pamiętam głównie z tego, że tępił moje krótkie spódniczki i nie wiem, kto był bardziej  onieśmielony moimi minimalistyczny kreacjami: ja czy on. Podeszłam więc do niego i przypomniałam mu zamierzchłe czasy, które - jak się okazało - on doskonale pamiętał. Chwilę później spotkaliśmy się znów pod sceną, położył mi ręce na ramionach i pocałował mnie w głowę. Ładne to było.

Zanim "Dezerter" wszedł na scenę, ja już zdążyłam się wytańczyć i zmęczyć, więc mniej więcej od drugiej połowy grania czekaliśmy na koniec, żeby tłum się trochę przerzedził i można było klapnąć na tyłek i w cywilizowanych warunkach napić się piwa. Tak też zrobiliśmy i koło północy, gdy w klubie zostały same niedobitki, osunęliśmy się na kanapy, zamówiliśmy wstrętne zapiekanki, które w tym kontekście smakowały wybornie i piliśmy, i paliliśmy potajemnie, i gadaliśmy nie wiem o czym. Słodka Ania pobiegła po autografy i zniknęła, Monia jak zwykle tryskała energią, Roberto mówił mało, a Endrju zaliczał zgon.
- Jestem Krzysztof - przedstawił się koleś, który dosiadł się do nas. 
- Aga. 
- Ty Aga uważaj
- powiedział. 
- Na co?
- Uważaj na życie.

 

środa, 16 lutego 2011

Gadamy.
O pisaniu i czytaniu
ja:
Dopóki Antek nie zaśnie, nie mam szans siąść do kompa, to może chociaż spróbuję coś poczytać.
Endrju: Czytaj, czytaj, pisarki muszą czytać.
ja: Grochola twierdzi, że nie czyta.
Endrju: A ty wolisz być pisarką czy tłuczkinią bestsellerów?
ja: No pewnie, że tłuczkinią!
Endrju: Na razie tłuczenie ci nie wychodzi, więc lepiej zostań przy pisarstwie.

***
O obronie ginącego kina studyjnego.
ja:
No i co zamierza zrobić właściciel kina?
Endrju: Będzie zbierał głosy poparcia różnych instytucji miejskich.
ja: To może ja też się gdzieś podpiszę, w końcu jakby nie było jestem elementem lokalnej kultury.
Endrju: O tak! Można by nawet rzec, że jesteś elementem lokalnego folkloru!

***
Zasłyszane w knajpie
- "Czarny łabędź", świetny film, widziałeś?
- Kojarzę, ona chorowała na anoreksję?
- Nie, nie. To nie anoreksja, to była pasja do tańca.


***

wtorek, 15 lutego 2011

Obudził się szuja.
Znów będziemy spać razem. 
1:0 dla Antka.

Dobrej nocy Fistaszki!

ps. A wpisy te sprowokował pewien drobny fakt... Groszek dziś pierwszy raz baardzo wyraźnie i świadomie powiedział: MAMA!!!

Dziecko znów wyje za ścianą, a my po drugiej stronie - Endrju przy gazecie, ja przy kompie, konsultujemy:
- Ile?
- 6 minut.
- Iść do niego?
- Poczekaj chwilę, chyba się uspokaja.
Minęło 8 minut - płacze z przerwami. Może uśnie, a może my pękniemy.

Dziś będzie o macierzyństwie.
Moim. 
Bo to chyba jedyny temat, z którym nie mogę się uporać, a emocje, jakie mną targają, są krańcowo różne.
 

Macierzyństwo otworzyło mi drzwi do świata bezwarunkowej miłości, a jednocześnie zaprowadziło w ślepy zaułek rodzicielskiej miłości.  
Dopóki Groszek nie zjawił się na świecie, nie znałam tego wymiaru uczuć, nie doznałam tak ogromnych wzruszeń, nie sądziłam, że dziecko da mi tyle siły, aby wyjść poza własne ego.

Ale ego upomina się o swoje. Są dni, kiedy czuję potworne wyczerpanie. To spływa ze mnie zmęczenie pierwszych miesięcy. Przytłacza mnie ciężar troski o jego zdrowie, o samopoczucie i odpowiedzialność za tę małą istotę, którą mogę skrzywdzić bezpowrotnie. Tęsknię za dawną lekkością, kiedy można  było pierdolnąć wszystko i każdego dnia zacząć żyć od nowa. Dziecko to rozdział na całe życie. Nie można go zamknąć.

Targają mną sprzeczne uczucia: tkliwość i zniecierpliwienie, czułość i znużenie, miłość do niego i własne umiłowanie.

Ponoć są kobiety i matki, które mają jasny drogowskaz: dziecko.
Może są lepszymi matkami.
Ale ja mimo wszystko lubię bogatą kolorystykę mojego macierzyństwa i  plątaninę sprzecznych myśli:
"żadnych dzieci więcej" oraz "cóż może być piekniejszego w życiu niż macierzyństwo".
Podpisuję się pod obiema tezami i kończę optymistycznym akcentem:
Groszek zasnął po 12 minutach!

1:0 dla nas:)

poniedziałek, 14 lutego 2011

Endrju wrócił z Białegostoku i powiedział:
- Z okazji Walentynek zapraszam Cię na pizzę - po czym wyjął z plecaka mrożoną pizzę.
- Zapraszam Cię też do kina - dodał i wyciągnął czwarty sezon "Lostów".

No co? Że mało romantycznie? Wczoraj w ramach prezentu z okazji Dnia Zakochanych zatankował mi auto i powiedział, że nie muszę mu oddawać kasy:)

Ciężko się piszę bloga, gdy dziecko za ścianą wyje.
A wyje strasznie. Od trzech dni moje błogie boskie wieczory przetykane są awanturami Antka, który nie chce spać. Nie wiem, czy to zasługa niani, która usypia go na kanapie, drapiąc po plecach, czy może jakiś przejściowy okres.
Wyjące dziecko za ścianą jest gorsze od bólu zęba.
Jeździ po unerwionej tkance i rozdziera serce.

A chciałam napisać o świetnym albumie Mikołaja Grynberga "Kobiety", o fajnej wystawie w BWA "Nadzwyczaj (nie)udane dzieło" Jabłońskiej (znanej głównie z projektu supermatka), chciałam też napisać o kilku innych impresjach ostatnich dni, niepokojach i drganiach.

Nic z tego, nie mam siły.

Zamiast tego wrzucam dwie fotki w weekendowych spacerów i zabawnego esemesa od K.

Z walentynkowym Kopernikiem


fot. Roberto

Cykl "Przypadkowa przyjemność".
Dopiero po kilku minutach dostrzegłam, co jest na tych zdjeciach:)


Esemes:

Właśnie koresponduję z moją serbską tłumaczką. Napisała mi, że Polacy mówią "czuję się jak pączek w maśle", a Serbowie "czuję się jak nerki wieprzowe w łoju"
:))))

niedziela, 13 lutego 2011

Ten weekend znów zapisze się w dziejach historii. I wcale nie dlatego, że znów gęsto w nim od wrażeń, ale z powodu udanej odsłony numer dwa tajnego prodżektu.
Kto czujny, ten wie. Kto nie, to nie;)

Poza tajnym prodżektem, zdarzyła się również bardzo udana piątkowa noc. Przewłóczyliśmy się po kilku knajpach, spotykając dalszych i bliższych znajomych, dotarliśmy wreszcie do browarni na starej warszawskiej, którą polubiłam od pierwszego wejrzenia, a skończyliśmy - nietrudno przewidzieć - na bałkańskim fastfudzie, gdzie dają supermięcho. Duet Tomek&Tymisiowa kilka razy doprowadził mnie do łez ze śmiechu, więc było pysznie i dobrze.
Bardzo żałuję, że nie mogę tu przytoczyć niektórych dialogów, ale nie zrobię im tego:)

Następnego dnia, pod pretekstem Walentynek, zorganizowaliśmy sesję foto na moście zakochanych. Udało mi się nawet namówić Tymisiową na pocałunek w ramach wspierania mniejszości:



Popołudniu pojechaliśmy do Ali i Andrzeja na urodziny Amelki. Dawno nie widziałam tylu dzieci w jednym miejscu. Groszek chyba nigdy, więc najpierw zdziczał, a potem niczym mały nieokrzesany ogr zaczął wszystko rozwalać. Wsadził łapy do tortu, przestawił meble, próbował zrzucić dziewczynkę z krzesła i wypieprzył dzieciom wszystko ze stolika, na którym układały figurki z ciastoliny.
Mówiąc krótko - maskara. Na koniec dnia, odmówił pójścia spać i do 22.00 oglądał z nami "Lostów".

Teraz Młody padł, a ja wygrzewam się na słońcu, które wpada do mansardy i trochę pracuję, trochę rozmyślam, trochę się lenię i powoli zbieram się pod prysznic. Słonecznej niedzieli!

czwartek, 10 lutego 2011

Endrju wrócił z treningu i moje rozpustne leżenie szybko się skończyło, bo szybko mnie czymś wnerwił.

- Osłabiasz mnie! - powiedziałam na koniec jakieś bezsensownej dyskusji.
- Skoro tak, to nie rozmawiajmy w ogóle - naburmuszył się.   
- Ale o co ty się teraz obrażasz?
- Powiedziałaś, żebym spierdalał i że masz mnie w dupie.
- Słucham??????? Powiedziałam tylko: "osłabiasz mnie".
- A to nie znaczy to samo?!!

Kilka minut później, zagajam ja:
- Wiesz, mimo że jesteś podłym gnomem, to i tak cię kocham.
- Najwyraźniej to bardzo dyskretna miłość-
usłyszałam pełną wyrzutu odpowiedź i nie powiedziałam już nic. A co pomyślałam?
- Osłabiasz mnie! - oczywiście.

Dopijam i idę leżeć dalej. 
Tym razem w objęciach Morfeusza.

Słodkich snów!

Obłożyłam się smakołykami - chlebek z pastą z kurczaka i suszonych pomidorów plus kapary (mniam, mniam), ser, oliwki nadziewane rokpolem oraz winko. Jem, piję i leżę.

I nie jest to leżenie intelektualne, ani twórcze, ani refleksyjne nawet.
Nic z tego. Leżę leniwie, bezmyślnie i rozpustnie i dobrze mi z tym.

Wystarczająco dużo się działo zanim się położyłam.
I wczoraj, i dzisiaj, i jutro też może coś się zdarzy. A każdy dzień smakuje zupełnie inaczej.

Prace nad tajnym prodżektem - odsłona druga - powoli się finalizują, więc...
Bądźcie czujni!

Idę poszwędać się po sieci, jak znajdę coś fajnego, to podzielę się.
Miłego!

wtorek, 08 lutego 2011
Oglądamy Lostów. W retrospekcji sprzed kilku lat jedna z bohaterek - blondynka Claire - występuje w ciemnych włosach. 

-  Ale dlaczego ona ma czarne włosy? - docieka Endrju.

- Bo istnieją farby do włosów, a ludzie się zmieniają. - odpowiadam zniecierpliwiona i po chwili dodaję: - Ty też kiedyś byłeś chudy.

Endrju spogląda na mnie uważnie, a przez jego twarz przemyka szatański uśmiech.  
- Faktycznie. Ty też.
poniedziałek, 07 lutego 2011

Od czasu do czasu, zupełnie niespodziewanie łapie mnie za gardło strach przed jutrem.
Jest to strach dziecka, które idzie we mgle i dziecka, które zbiło rodzinną porcelanę, zamiatając skorupy pod szafę, jest to również strach dziecka, które boi się porzucenia przez mamę i strach dziecka, które wie, że nie można podpalać gazety w umywalce, a mimo wszystko to robi.

Jak widać dziecięce strachy niewiele różnią się do tych dorosłych.

Dziś nic więcej nie mam do powiedzenia.
Muszę się wyspać.
Jutro obudzę się dzielna i nieustraszona.
Strzeżcie się!

niedziela, 06 lutego 2011

Gdzie byliście dziś w nocy??
Bo ja byłam nad morzem! Na Openerze! Konkretnie na koncercie Coldplaya. Przez sen czułam zapach świeżej trawy i szum morza. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nigdy nawet mi przez głowę nie przeszło, aby wybrać się na Heinekena. Jakoś tego nie czułam. Do wczoraj.
Wczoraj panienki z KGM niemal jednogłośnie przekonywały mnie, że festwial jest zajebisty i jechać trzeba.
- Super klimat, przyjeżdżają całe rodziny! - jarała się Tymisiowa.
- Ludzie z małymi dziećmi są! - wtórowała jej Iwo.
- Hmm.. jak miałabym jechać, to bez dziecka - odparłam.
- No pewnie, że bez dziecka! - zapaliła się Tymiś.
- Moje zawsze zostaje z babcią - zadeklarowała Iwo.

Nie wiem, jak to zrobiły, ale przekonały mnie. A Coldplay gra akurat w moje urodziny, więc trudno nie zrobić sobie takiego prezentu:)

Ale do brzegu...

Nie miało być o Openerze, ale o spotkaniu KGM - winnym, choć niewinnym:)
Spiłam się trochę, więc pamiętam strzępki z naszego gadania, ale było coś o gotowaniu, rozpadach związków, wzorcach z domu, było też o pracy, olsztyńskich radnych i obowiązkowo o świecących pałach pod ratuszem. Było też  oczywiście o dzieciach. 
Przy okazji spotkania zaopatrzyłam się w kilka ciuchów za bezcen i 
 nakarmiłam nie tylko łakomą duszę, ale i ciało. Bo na stole jak zawsze pełen wypas.

Dokumentacji foto brak, poza jedną uroczą witryną na ulicy naszych spotkań:


Poza zlotemKGM-u, weekend upłynął nam na spotkaniach rodzinno-towarzyskich, oglądaniu Lostów i graniu w..."Anioła Śmierci". Żeby nie było - przy kooperacji też się kłócimy:)

Zdarzyło się jeszcze kilka przyjemnych papierosów pod gwiazdami, wypad solo na zakupy i sama nie wiem, kiedy te dwa dni przemknęły, ale cieszę się na nadchodzącą noc i smaczny sen.

Wam też tego życzę!

Adieu!

A to fotka z wczorajszego popołudnia u Michasiów.

sobota, 05 lutego 2011

Kiedy miałam dwadzieścia lat leżałam na łóżku z moim chłopakiem i szeptaliśmy sobie wyznania.
- Ale jeśli mnie zdradzisz, to powiedz mi o tym.
- Ciebie nigdy nie zdradzę!
- Jeśli jednak to się zdarzy, obiecaj, że mi powiesz. Chcę znać prawdę.

Dziś uprzedzam Endriuszę:
- Jeśli będziesz miał romans, nie chcę o tym wiedzieć.

Ciekawe, co powiem za dziesięć lat...
- Kochanie, jak mnie zdradzisz, to mi opowiedz, żebyśmy mogli się z tego razem pośmiać?

a może wręcz przeciwnie?

A piszę o tym dlatego, że wkraczamy w gorący czas. Jeszcze rok, dwa i będzie się działo. Niech no tylko skończy się euforia małymi dziećmi.
Są tacy, którzy już nie mieszczą się w słodkim rodzinnym schemacie, są tacy, którzy wytrwają w nim do śmierci, deklarując pełnię szczęścia lub na odwrót. Ale boom dopiero się zacznie.

A ja nie myślę o jutrze. Dziś jest mi dobrze.  
Słucham "Złodziei Zapalniczek" - jednej z moich najukochańszych płyt - i wiem, że będzie jak ma być.
Nie pomoże ani profilaktyka, ani rozdzieranie szat.


w wolnym tłumaczeniu: CARPE DIEM!:)



autor: Paweł Kowzan

piątek, 04 lutego 2011
Za godzinę zaczynam weekend.
Pierwszy raz tak mam, że co piątek cieszę się na weekend,
a co niedziela cieszę się na nadchodzący tydzień.
W pracy odpoczywam od Groszka, w domu od pracy.
Bosko?
Bosko.
Zobaczymy jak długo:)

Ten weekend zapowiada się gęsto i bardzo towarzysko, więc z niecierpliwością przebieram nóżkami.
Dziś wieczór domowy. Kupię wino, upichcę coś dobrego do jedzenia (może jakiś debiut tarty? bo nigdy nie robiłam) i będziemy oglądać Lostów albo grać w karcianą grę s-f, którą Endrju kupił sobie ode mnie na urodziny.
Gra kooperacyjna, czyli we dwójkę pokonujemy potwory. Graliśmy kilka dni temu i było super.

Chyba że się pokłócimy, ale zazwyczaj kłócimy się do południa. Wieczorem nie:)

O planach na jutro i pojutrze nie napiszę nic, żeby przypadkiem się nie posypało.

A wy co będziecie robić Misie Pysie?

środa, 02 lutego 2011

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz czytałam "Ogniem i mieczem", porzuciłam lekturę w momencie, gdy Bohun zginął w pojedynku z Wołodyjowskim. Obraziłam się wtedy na Sienkiewicza, bo Bohun był moim ukochanym bohaterem - nieokiełznanym i pełnym namiętności. Kryształowy Skrzetuski bladł przy porywczym, żywiołowym i temperamentnym Kozaku.
Jakież było moje zdziwienie i radość, gdy kilka lat później poszliśmy z klasą na ekranizację "Ogniem i Mieczem" do nieistniejącego już kina "Kopernik" i... okazało się, że Bohun przeżył.
Wystarczyło przerzucić kilka stron.
A dlaczego o tym piszę?
Bo lubię ten moment, gdy Bohun porywa Helenę.
Sienkiewicz uwielbiał porwania. I ja też je lubię. 
Bo porwanie wyrywa z codzienności, z kontekstu, z roli. Do tego cała odpowiedzialność spoczywa na porywaczu. Jak dla mnie - idealna sytuacja.

Przypomina mi się inna historia. 
Wiele, wiele lat temu jechałam z Ewką i Zuzią na stopa. Wsiadłyśmy do samochodu i nagle Ewka wypaliła:
- Proszę pana, a mógłby Pan nas porwać? Bo nam się marzy takie porwanie...

Jak zareagował koleś?
Zaczął się nerwowo jąkać, że jest już spóźniony, że nie jedzie daleko i wysadził nas kilka kilometrów dalej.

Jak widać, nie każdy ma duszę porywacza i nie każdy może być Bohunem.
Ale Drogie Panie, bądźcie czujne, Bohunowie są wśród nas.
Może i dobrze, że niekoniecznie wśród kierowców zabierających autostopowiczki:)

wtorek, 01 lutego 2011

Tak to jest jak się nie napisze nic wieczorem.
Potem idzie się do pracy, a tam dupa blada. Awaria sieci i przez cały boży dzień człowiek odcięty od świata.

Wczoraj było bardzo fajnie.
Najpierw okazało się, że w Olsztynie istnieją podziemne galerie, a potem pewna przypadkowa grupa artystów i humanistów spotkała się w Alchemii, aby zawiązać tajne stowarzyszenie i zrobić rewolucję. Niestety w pierwszym kwadransie dyskusji, wąskie grono podzieliło się na dwa obozy: anarchistyczny i zachowawczy, więc jest ryzyko, że będzie jak zawsze i na gadaniu się skończy. Ale to nic. 
Grunt, że wczorajsze spotkanie dostarczyło mi wiele radości - wieczorne Polaków rozmowy to drobne rarytasy, którymi się karmię. 
Karmię się też innym gadaniem, ale to osobny temat. 

Zresztą dziś nie mam czasu na pochylanie się nad drobinkami moich radości, bo muszę szybko coś wymyślić, a jak nie wymyślę, to jutro nie będzie tak fajnym jutrem jak wczoraj:)

Słucham więc Wagli moich kochanych, piję Vraneca (jak ja dawno nie piłam wina! Mmm!) i wracam do pracy.

A tę fotki odgrzebałam dziś przypadkiem zupełnie, szukając jakiegoś starego pliku...