..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 28 lutego 2010

- W tym kraju strach umierać - stwierdziłam, czytając sobotnią Wyborczą, a w niej o aferze, jaka rozpętała się wokół Kapuścińskiego.

Gdy umarł Miłosz, nagle okazało się, że nie był aż tak wielki, a już na pewno nie Polak, więc jakim prawem chować go na Skałce.
Teraz obrywa się Kapuścińskiemu.
Wygląda na to, że trzeba żyć i mieć wszystko pod kontrolą.

Czytam opinie różnych osób i targają mną mieszane uczucia.
Bo - z jednej strony autor biografii nadużył zaufania rodziny, nie ujawniając im prawdziwego celu swojej pracy, z drugiej natomiast, z tego co zrozumiałam, pokusił się o rzetelny życiorys, w którym jest również miejsce na słabości bohatera. Nie widzę nic złego w tym, że demaskuje konfabulacje Kapuścińskiego, co dla mnie zresztą nie ma żadnego znaczenia, bo jego książki nadal pozostają genialne i fascynujące. Że pisze o romansach i sprawach osobistych mistrza? Też nic nowego, choć można było z tym poczekać aż wszyscy zainteresowani odejdą z tego świata. Ale wówczas pewnie nie byłoby i samego biografa, czyli Domosławskiego. 
Sprawa gorąca i kontrowersyjna. Im więcej szumu, tym lepiej dla książki. Gwarantowany bestseller. I w tym kontekście, chylę czoła przed szefem Znaku - Jerzym Illgiem, że mimo pewnego sukcesu wydawniczego, przez szacunek do Kapuścińskiego i jego żony, odmówił publikacji. 
Na ten łakomy kąsek skusił się Świat Książki.
Książka "Kapuściński non-fiction" jest już w księgarniach.
Nie byłam przyjaciółką Mistrza, nie mam wobec niego żadnych zobowiązań, dlatego z czystej ciekawości przeczytam tę książkę. Ale cieszę się, że ci, którzy byli z nim blisko, są wobec niego lojalni nawet po śmierci.  

Sprawa z Kapuścińskim sprowokowała mnie do osobistej refleksji.
Zastanawiam się, czy lepiej za życia zutylizować sekrety, zniszczyć wszelkie dowody naszych małych zbrodni, czy może pozwolić, aby po śmierci bliscy odkryli wszystkie nasze karty?

sobota, 27 lutego 2010

W naszej mansardzie wszyscy lubią spać. Antoszek też. Dlatego zwykle śpimy do 9.00-10.00.
Ale nie wczoraj.
Wczoraj wstałam o 8.00, zebraliśmy się szybko, bo w dwie godziny, i pojechaliśmy z Antkiem do Janiś.
A tam istny punkt przedszkolny. Janiś z córką Kają, Natala z małym Boryskiem, Zaśka - jedyna bez balastu - i wreszcie my.

Śmiesznie wyglądamy dzieciakami na rękach.
Przecież jeszcze wczoraj zdawałyśmy maturę, a teraz mamy trzy dychy na karku i potomstwo, choć nadal czujemy się bardziej jak "dziewczynki" niż jak "panie".
Pogadałyśmy trochę o dzieciakach, trochę o pracy, ponabijałyśmy się z tego, że palma odbija świeżo upieczonym babciom i trudno je czasem znieść, poplotkowałyśmy ciut o nieobecnych i tak minęło nam piątkowe przedpołudnie.

Wieczorem natomiast zrobiliśmy z Endriuszą wypad do media marktu, żeby kupić pakiet dobranocek dla dorosłych. I nie chodzi mi wcale o porno:)
Po pierwszym i jedynym w Polsce sezonie "Battlestar galactica", nadszedł czas na kolejny trzymający w napięciu serial "Prison breake".
Na podtrzymanie dobrego nastroju wzięłam sobie jeszcze rosyjski film "Rusałka". 
I tak oto spędzam ten weekend przed telewizorem. Całe szczęście, że to taki telewizor, w którym nie ma  telewizji (poza TVP2,  śnieżącą jedynką), bo inaczej już na nic nie miałabym czasu.

czwartek, 25 lutego 2010

Przedwczoraj odwiedziłam Alutkę, od której wyszłam obładowana podarunkami dla Antola, m.in. karuzelą. Dzięki darom od przyjaciół, istnieje szansa, że Antolo jednak nie będzie rósł w ascezie oraz ryzyko, że my niebawem nie będziemy mieli gdzie postawić nogi w naszej skrzaciej mansardzie.

Alutka ma dwie małe córeczki, co nie przeszkodziło jej zaoferować się z pomocą:
- O 20.00 kładę dzieci spać. Młodsza na karmienie budzi się dopiero po 23.00, więc gdybyś chciała wieczorem wyjść gdzieś z Andrzejem, daj znać, to przyjadę i popilnuję Antka.

Czyż nie mówiłam, że otaczają mnie wspaniali ludzie? Zapomniałam dodać, że święci:)

Natomiast wczoraj  wpadła na herbatę Tymisiowa i wręczyła mi filcową kurkę własnej roboty. Kurka dla domowej kury. Ten wdzięczny upominek wprawia mnie w dobry nastrój, ilekroć na niego spojrzę.

Jutro minie pierwszy roboczy tydzień, od kiedy Endrju pracuje, a ja jestem sama z Antoszkiem. Całkiem nieźle sobie radzimy, choć czasem nawet zwykłe pójście pod prysznic wymaga niezłej gimnastyki.
Mimo to wychodzimy na spacery, jeździmy samochodem, prowadzimy życie towarzyskie, gotujemy, czytamy, oglądamy filmy (ostatnio wzruszający stary obyczaj "Indochiny"), a nawet piszemy zlecenia.

- Jest pani bardzo fajną mamą - powiedziała wczoraj sąsiadka, wręczając mi bukiet różowo-fioletowych tulipanów.

Może dlatego, że jako mama fajnie się czuję - uśmiechnęłam się do własnych myśli i pocałowałam Antoszka w czuprynkę. A on westchnął przez sen i śnił dalej.  

środa, 24 lutego 2010

Nie doczytałam do końca.
Plugawość, brud, smród i ohyda nigdy mnie nie podniecały - ani w kinie, ani w literaturze. A w Polsce od jakiegoś czasu dominujący krajobraz literacki jest szary, cuchnący i budzi odrazę. To już nawet nie hiperrealizm. 

Nie doczytałam do końca "Dzidzi" Sylwii Chutnik, mimo że światopoglądowo blisko mi do autorki, podoba mi się styl pisania i podziwiam jej działalność społeczną. 

Lubię prawdę - również tę brzydką. Ale wystarczy mi lektura reportaży, kino dokumentalne, sąsiedzkie historie i mijane na co dzień uliczne obrazki.
Dlaczego tak trudno o głęboką i poruszającą fabułę, która nie będzie umaczana w fekaliach, rzygowinach i wszelkich innych wynaturzeniach?

Byłam dziś w kinie.
Z okazji pierwszego miesiąca mojego Syna, wybrałam się na rosyjski "Tlen".  Nie wiem, o czym był ten film - wyławiałam z niego skrawki, zaskakujące metafory, dotkliwe prawdy, inspirujące zdania i obrazy.
I muzyka.
I włosy Karoliny Gruszki falujące w jej rytm.
Ładne impresyjne kino. Idealne do smakowania - niespiesznego cieszenia się każdym ujęciem. 

Doskonały dowód na to, że nie trzeba się pławić w brudzie, aby mówić o rzeczach ważnych. A "Dzidzi" z przykrością nie polecam.

 

poniedziałek, 22 lutego 2010

Jestem wkurzona aż mi się chce płakać z bezsilności.
Zadzwoniła E.
Po trzech dniach próbnych wywalili ją z pracy.
Okazała się zbyt otwarta i szczera - tak powiedzieli.
Opiniowała ją dziewczyna, która już odchodzi i miała się zająć wdrożeniem E. do pracy. Zamiast tego, całymi dniami skanowała swoje prywatne zdjęcia i załatawiała własne sprawy. Na pytania odpowiadała półgębkiem. Własne pomyłki usprawiedliwiała przed szefową tym, że instruuje E. i ma mało czasu.
Nie dali E. żadnej szansy. Posłuchali jednej opinii, i to z ust osoby, która już wszystko ma w nosie, poza tym, aby zdążyć wykorzystać skaner i służbowy telefon.  

Jestem wściekła, bo wiem, jak w takich chwilach spada poczucie własnej wartości. Szczególnie, że to miała być pierwsza prawdziwa praca.

Jestem zła, bo tak się cieszyłyśmy z tej roboty, a teraz brakuje mi słów, aby przekonać E., że nie zawsze należy w sobie szukać przyczyn porażki. Czasem to splot okoliczności, czasem ludzka zawiść, czasem brak sprzyjających warunków. Chciałabym, aby E. uwierzyła kiedyś w swoją wyjątkowość.
Wiara w siebie dodaje skrzydeł i jest w stanie zdziałać cuda, lecz wokół nas wciąż za mało tej wiary. Większość ludzi zmaga się z kompleksami, które - zaszczepione w dzieciństwie - żrą ich od środka jak najgorsze pasożyty. 

W tej dzisiejszej złości apeluję do każdego, kto czyta te słowa:

Powiedzmy naszym kompleksom "do widzenia", skoncentrujmy się na tym, co w nas dobre, piękne i wyjątkowe. Jesteśmy niepotarzalni, jedyni w swoim rodzaju, jesteśmy sobie najbliżsi. Okażmy więc sobie miłość, a siła i satysfakcja wkrótce pojawią się na horyzoncie.
Obiecuję.

niedziela, 21 lutego 2010

Dopiero wczoraj zorientowałam się, że nie pisałam od środy.
Dni z dzieckiem pędzą w zawrotnym tempie - rytuały karmienia, usypiania i zabawiania regulują mój dzień i zanim się obejrzę, jest wieczór.

Jeśli całe życie będzie mi mijało w takim tempie, jutro stanę się staruszką.

Nie dzieje się zbyt wiele, ale nie narzekam na nudę. Dałam sobie przyzwolenie na to, aby cieszyć się Antolem i nie myśleć o tysiącu spraw, które mogłabym zrobić, lecz nie mam kiedy.
W piątek pojechaliśmy do przychodni na pierwszy przegląd techniczny malutkiego. W poczekali były dzieci kilkumiesięczne. Wydały mi się takie ogromne. Uświadomiłam sobie, że trzeba każdego dnia sycić się dzieckiem, bo ono zmienia się w oczach, a to co przegapimy, nigdy już nie powróci.

Cóż poza tym?
Nowa fala gości przelewa się przez mansardę. I jest to bardzo miłe. Wczoraj od kuzyna i jego żony dostaliśmy wielki tort z pieluch i... - specjalnie z myślą o  Endriuszy - czarne ochroniarskie wdzianko dla Antka. 
Antolo od urodzenia wie, co to jest pijar. I przy gościach zawsze zachowuje się wzorowo.
- Jaki aniołeczek! - roztkliwiają się wszyscy  i dopiero, kiedy za gośćmi zamkną się drzwi. Aniołeczek pokazuje rogi.

Dziś jedziemy do babci pra na faworki, a teraz...oho, młody właśnie zaczyna koncert, więc kończę, wkładam wdzianko Matki Polki i biegusiem do wyjącego dziedzica:)

środa, 17 lutego 2010

Kilka dni temu Tygrys zdetronizował Bawołu i wreszcie skończył się fatalny rok. Bo jak wynika z przyjacielskich pogawędek, bawole rządy dla wielu okazały się niepomyślne.

Co przyniósł mi Tygrys?

Tygrys przyniósł mi leniwą radość. 
Prozaiczna z pozoru - a emocjonalnie całkiem poetycka - codzienność zagłuszyła wątpliwości i pozwoliła mi delektować się przebywaniem w domowych pieleszach. 
Uczę się malutkiego, dużo czytam, oglądam filmy, a chwile, gdy śpi, wykorzystuję tak konstruktywnie jak nigdy wcześniej.

Poza tym przez nasz dom nieustannie przetaczają się goście, choć jeszcze oficjalnie nie otworzyłam sezonu towarzyskiego. 
Dziś odwiedziła nas Asia z Markiem.
Do tej pory była już Tymiś, Ania z Duchem, Paweł z Agą, mój kuzyn oraz dziadkowie.

Odkryłam kilka paradoksów macierzyństwa, m.in:

1. Bezgraniczna miłość wcale nie wyklucza jednoczesnej pokusy, aby obiekt tejże miłości wyrzucić za okno.

2. Gdy Antoszek nie śpi i marudzi - marzę, aby zasnął. 
A kiedy zaśnie, z tęsknotą wyczekuję chwili aż otworzy oczy.

Gdybym miała dać jakąś radę początkującym rodzicom, to na pierwszym miejscu postawiłabym na poczucie humoru. Ono naprawdę koloruje rzeczywistość i daję frajdę nawet w trudnych sytuacjach. A czarny humor Endriuszy sprawdza się jak nigdy wcześniej:)

Antkowy kolaż


wtorek, 16 lutego 2010

Moja Ewa słynie z tego, że mówi dużo i szybko, że język wyprzedza myśl. Czasami skutkuje to boskimi przejęzyczeniami.
Rozmawiam z Ewką przez skajpa.

-
Jest śmiesznie, bo śpimy w czwórkę pod jedną kołdrą: ja, Antek, kot i Endrju.  

- O rany! Gdyby  inne młode matki usłyszały, że dziecko śpi z kotem - Ewka aż się przeżegnuje - zaraz zaczęłyby odmawiać marysieńki!

:))) 

niedziela, 14 lutego 2010

Dla tych, którzy zimę kochają:






 

I coś dla tych, którzy zimy nienawidzą:)


źródło:
www.huhuha.pl
ps. link do tego obrazka dostałam od mojej ex-szefowej, która choć jest już w emerytalnym "stanie młodości stabilnej", nigdy nie traci fantazji:)

***
Dziś Antek po raz pierwszy został sam z dziadkami. Wykorzystaliśmy tę cudną chwilę na zakupy w Empiku.
- Są miejsca parkingowe dla inwalidów, a nikt nie pomyślał o miejscach dla rodziców niemowlaków, którzy wyrwali się z chaty pomiędzy karmieniami - zauważyłam odkrywczo, kiedy szukaliśmy wolnego miejsca.

Z Empiku wyniosłam nową powieść Sylwi Chutnik pt. "Dzidzia", drugą część komiksu "Baby blues" i ostatni numer pisma "Portret" (ostatni, nie w znaczeniu "aktualny", ale ostatni ostatni).
Endrju w kuchni walczy z walentynkowym ciastem na pizze, dziedzic  śpi, a ja spróbuję spełnić daną sobie obietnicę sprzed tygodnia i napisać początek moich szpitalnych wspomnień w ramach szczytnej idei "Rodzić po ludzku".

piątek, 12 lutego 2010

Antonio przybiera na wadze, co zaowocowało nowym przydomkiem: "łysa klucha". Tak nazywa go szanowny Pan Tatuś.

Rozmawiam z bratem:

ja: I wyobraź sobie, Andrzej nazywa Antka łysą kluchą.
Kris: Jeśli Antek to zapamięta, nadejdzie dzień, w którym on tak powie do Andrzeja.
ja: I pomyśleć, że w obu przypadkach będzie to zgodne z prawdą.

;))

Dziś jest dobry dzień. Mały ładnie śpi, je co 2-3 godziny, w związku z czym zdążyłam:

- przyjąć położną środowiskową
- upiec ciasto
- posprzątać chatę (przy pomocy Endriuszy)
- ugotować obiad
- obejrzeć kawałek filmu "Fanny i Aleksander" Bergmana
- pogadać przez telefon z: Mamą (razy 2), Asią, która ma depresję przedporodową oraz Janiś i Natalą, które otaczają mnie wielką troską i są strasznie kochane.
a!
i jeszcze dziadkowie nas odwiedzili. 

A teraz, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z pobożnym życzeniem, obejrzymy ostatnie odcinki pierwszego sezonu "Battle Star Galactica."
Nie jestem wielką fanką gatunku s-f, ale to naprawdę nieźle nakręcony serial.

Ps. Jeśli chodzi o szydełkowanie, to zdradzę coś w sekrecie: na razie jestem na etapie nauki słupków, półsłupków, pikotek i muszelek. Do ery czapek, szalików i innych cudów jeszcze długa droga, ale uprę się i dojdę. 

czwartek, 11 lutego 2010

Dziś po raz pierwszy wyszłam z domu, do społemowskiego "Bławatka" po drugiej stronie ulicy:)
Zapomniałam jak pachnie powietrze.
A potem rozpętała się straszna śnieżyca i z wielką przyjemnością obserwowałam ją z okien naszej przytulnej mansardy.

Karmiąc, obejrzałam film. "Hanami Kwiat Wiśni" - jak na europejskie kino przystało, poetycki i nostalgiczny.
Pamiętam, jak Magda mówiła mi, że kiedy przystawia małą do piersi, w pierwszej chwili odczuwa głęboki smutek.
Mam podobnie.
Tyle, że u mnie to nie smutek, ale dotkliwa świadomość upływającego czasu. Jakby dopiero dziecko przypieczętowało fakt przemijania. Karmiąc Antka, czuję nieuchronną dziejową prawidłowość, zmieniające się ogniwa: dzieci, rodzice, dziadkowie.
Narodziny Antka to cezura oddzielająca mnie-dziecko, ode mnie-rodzica. 
To wielki krok w stronę cienia. 

Te wszystkie myśli przebiegają mi przez głowę i serce, a potem mkną dalej.

Ja zaś wracam do rzeczywistości i zapominam o przemijaniu, bo teraźniejszość jest zbyt głośna i absorbująca. Dziś kolejny dzień eksperymentów z "dziedzicem" - jak Antka nazywa Endriusza. 

Próbujemy zerwać z karmieniem na żądanie i wprowadzamy codwugodzinny reżim. Poza tym dziś był dzień chustowania. Ćwiczyliśmy na młodym wiązanie chusty. 
Teraz dziecię śpi, Endrju podbija galaktykę, a ja - nie uwierzycie - ja zajmę się... szydełkowaniem:)

Zaskoczka?
Mnie też odebrało mowę;))

środa, 10 lutego 2010

Dziś wpadła do nas Tymiś z przesyłką od dziewcząt z Koła Gospodyń Miejskich. Jak się okazało, kobietki skompletowały wyprawkę dla Antola.
Kiedy pomyślę, jak dużo życzliwości i ciepła płynie do mnie, do nas, ze wszech stron, nie mogę się nadziwić.

Babeczki z mojej orbity dzwonią, piszą, oferują pomoc, albo po prostu wspierają mnie ciepłymi słowami. Bardzo, bardzo Wam za to dziękuję.

Bo to czas szczególny. Chwiejny. Od euforii do przygnębienia.
Są chwile, kiedy nie można się napatrzeć na własne dziecię i chwile kosmicznego osamotnienia.
Od czasu do czasu wpadam w czarną dziurę smutku, bo wydaje mi się, że Antek wraz z mlekiem wysysa ze mnie życie.
- A jeśli już nigdy niczego nie dokonam? - wewnętrzne strachy pokazują wielkie oczy. - Jeśli zawsze będę już tylko matką?
Boję się redukcji do jednej życiowej roli, zgnuśnienia i izolacji.

- Kochanie, a co jeśli zostanę kurą domową? - żalę się Endriuszy.
- Ty?! Nie zostaniesz - pociesza mnie Endrju. - A nawet jeśli, to będzie to twój zawód wykonywany, nigdy stan ducha.

Odpędzam strachy na lachy i wracam na naszą kanapę, na której wylegujemy się w trójkę: on z "Polityką", ja z Sofiją Andruchowycz, a młody z mlekiem na ustach:) 

wtorek, 09 lutego 2010

Dziś u nas w domu Dzień Naleśnika, czyli Endrju robi naleśniki na obiad. A jak Endrju gotuje, a robi to częściej niż ja, to ta prozaiczna - wydawałoby się - czynność zamienia się w rytuał.

Zaczęło się od pytania:
- Jak się robi ciasto na naleśniki?
- Mieszasz mąkę, wodę, jajko, sól i cukier i jeszcze olej.
- A ile tej mąki i wody?
- Na oko.

Endrju spojrzał na mnie lekceważąco i zadzwonił do babci:
- Babciu, jak się robi naleśniki?

Zadaje się, że babcia powiedziała to, co ja, ale jej wersja została poparta babcinym autorytetem.
- A jakby dodać dwa jajka? - zastanawiał się głośno Endrju.

Zaczęło się smażenie.
- Spróbuj. - Endrju przynosi mi kawałek pierwszego naleśnika.
- Smaczny - mówię. -
Tylko ciut za gruby.
- Za gruby, za gruby
- przedrzeźnia urażony. -
To jest naleśnik, nie modelka!

Chwilę później słyszę z kuchni:
- Nie wyszedł mi!
- Nie przejmuj się -
uspokajam. -
Pierwszy testowy naleśnik nigdy nie wychodzi.
- Ale to już mój piąty testowy naleśnik!
- skarży się Endrju.

Minęło kilka godzin. Endrju poszedł do "Bławatka" po twaróg na farsz, a teraz siedzi załamany, bo jego naleśniki w niczym nie przypominają tych od babci. Są koślawe i chropowate.
- Mnie się podobają - pocieszam. -
Są artystyczne. Fajniejsze od takich równiutkich.
- Jasne
- ironizuje Endrju. -
Mnie pociesza tylko to,  że babcia ma 60-letnią praktykę.

Naleśniki wylądowały już na patelni, więc zmykam jeść. 

ps. Były pyszne! Jak widać: najsmaczniejsze to, co niewidoczne dla oczu:) 

ja: Postanowiłam, że obejrzę całą kolekcję filmów, jakie mamy.
Endrju: A czytać coś będziesz?
ja: O tak, będę  czytać i oglądać filmy.
Endrju: Ciekawe kiedy, skoro zdecydowałaś, że od 15 lutego znów przyjmujesz zlecenia.
ja: Tak, ale moje zlecenia głównie opierają się na myśleniu, pisanie zajmuje mi chwilę. Więc będę karmić i myśleć.
Endrju: A potrafisz myśleć podczas karmienia?
ja: Cholera, nie wiem, nie próbowałam.

:) 

Film na dziś - pierwszy od lewej - "Pulp Fiction".

poniedziałek, 08 lutego 2010

Patrzę na drobne wtulone we mnie ciałko, które uśmiecha się do swoich snów i nie mogę uwierzyć, że jestem mamą, że ten mały człowieczek to moje własne dziecko, owoc mojej miłości do Endriuszy. Sycę się zapachem jego snu i z radością witam go, gdy przeciera oczy i otwiera je zaspany i za każdym razem zdziwiony światem, na którym się znalazł. Gdy płacze, śpiewam mu wymyślone na poczekaniu piosenki. Lubi to.  

I ja to lubię. Choć czasem mam też ochotę wcisnąć "pauzę". Pójść do kina na komedię z Meryl Streep "To skomplikowane", zjeść pizzę z sosem czosnkowym i popić winem, wyskoczyć na tańce do zadymionej "Teatralnej" albo po prostu owinąć się kołdrą i zasnąć na brzuchu, zapominając o bożym świecie.
A potem wrócić, nacisnąć "play" i znów zasłuchać się w oddech Antka, w melodię jego cichych westchnień i zamknąć oczy, wciąż nie dowierzając:
jestem mamą.

sobota, 06 lutego 2010

Pierwsza noc w domu. Wreszcie razem, w trójkę, pod jedną kołdrą.
(tak, tak, już legło jedno z ciążowych postanowień: żadnego spania w trójkę:)

Na razie oboje jesteśmy ciut zdezorientowani i stopniowo staramy się ogarnąć sytuację pomiędzy rykiem i karmieniem.

Endrju kręci nosem, bo nie zawsze potrafi tak skutecznie jak ja uspokoić Antola:
- Nigdy nie wygram z Twoim cyckiem - mówi urażony albo tylko urażonego udaje. 

Jest śmiesznie.
Oswajamy się wzajemnie, kocica krąży niespokojna, ale unika konfrontacji z nowo przybyłym.  

Dzięki Wam za tyle ciepłych słów, za komentarze, telefony, esemesy. Nie spodziewałam się tak szerokiego odzewu - jak widać, warto przez 5 lat prowadzić bloga:)

Jesteście kochani!

A teraz wracam do rzeczywistości, w której ratujemy się boskim komiksem. Obowiązkowa lektura wszystkich rodziców.

czwartek, 04 lutego 2010

Przez pierwsze dwa dni wystarczało mi kilkanaście minut snu na dobę, potem dwie godziny, dziś już siadają mi baterie i potrzebuję chwili wytchnienia.

Żmudne godziny czuwania przy naświetlaniu, potem półsen przy karmieniu, wyrywane chwile na jedzenie, toaletę. Ledwo żyję, a niestety od mojej wytrwałości zależy, kiedy wyjdziemy do domu. Antolo podnosi bunt - nie lubi lampy, pod którą każę mu leżeć i za nic w świecie nie kuma, że ta lampa do wrota do normalnego świata, świata poza szpitalnym aresztem.

Wczoraj mieliśmy prawdziwy kryzys, bo malutki nie dał się naświetlać - więc ani nie pospaliśmy, ani nie leczyliśmy się. Usypiałam go, wkładałam pod lampę, a on podnosił bunt i darł się wniebogłosy. Więc znów go usypiałam, kładłam pod lampę i tak w koło Macieju. Zmarnowana doba.

- Ciagle te same twarze - rzekł mój nieulubiony doktor na wieczornym obchodzie - Jak samopoczucie?
- W miarę
- odrzekłam nieprzekonująco.
- Depresja - zawyrokował i poszedł dalej.

Sam jesteś depresja, palancie, pomyślałam. Ciekawe, jakbyś się czuł po tylu zarwanych nocach w areszcie. I to nie zarwanych, bo dziecko się urodziło, ale dlatego, że przepisano mu upiorną fototerapię, która akurat w naszym przypadku chyba niewiele daje.   

Próbuję coś czytać, ale marnie mi idzie. Specjalnie wyszukuję jakieś lekkie banalne lektury, dzięki którym zabiję czas bez intelektualnego wysiłku. Lektury dla ledwie żyjących zombies, bo taki jest teraz mój status ontologiczny:)

"Złoty notes" Lessing mnie znudził, "180 dni i
 nocy", czyli epistolografia Domagalik z Wiśniewskim dołączone do lutowej "Pani" poirytowały (Domagalik ujdzie, ale Wiśniewski jest pretensjonalny do bólu), "Historia Lisey" Kinga przyniesiona przez Endriuszę też okazała się niewypałem, bo nic z tego nie rozumiem. W czytelniczej desperacji poprosiłam Endrju, aby kupił mi coś NAPRAWDĘ lekkiego, bo po 10 bezsennych nocach mam problem z ogarnianiem rzeczywistości.

Przyniósł mi zbiór humorystycznyh felietonów "Talki z resztą" i na moją prośbę bestseller Giffin "Coś pożyczonego". Tę ostatnią pozycję wręczył mi z prawdziwym obrzydzeniem.
- Nie patrz tak - zaczęłam się tłumaczyć - muszę się odmóżdżyć, ledwo żyję, na normalną literaturę nie mam siły. Poza tym na okładce widnieje napis 100 000 egzemplarzy sprzedanych w Polsce, to chyba o czymś świadczy?

Finał jest taki, że zostały mi do czytania tylko Talki. Besteller Gifin okazał się gniotem potwornym, kliszowym, stereotypowym, ale przede wszytkim bez wciągającej akcji.
Skoro jest tak, że ludzie lubią to, co znają, może nie powinna mnie dziwić popularność Giffin, lecz mimo wszystko nie mogę wyjść ze zdumienia, jak taka miernota osiąga te fenomenalne wyniki.

Dochodzi 5.21 - zjem śniadanie, bo nie wiadomo, co zafunduje nadchodzący dzień.
Miłego Fistaszki!

wtorek, 02 lutego 2010
Rozmawiam z Mamą przez telefon:

Mama: No i zrobiliśmy małe przemeblowanie w salonie. Przesunęliśmy kanapy bliżej balkonu.
ja: To macie trochę daleko do telewizora. Widzicie z takiej odległości?
Mama: No właśnie nie bardzo. Może kiedyś uzbieramy na plazmę, a na razie ojciec siedzi w fotelu i ogląda telewizję... przez lornetkę.

:)))
Śniło mi się, że do sali weszła  położna i powiedziała:

- Bilirubina małego w normie, ale nie może Pani wyjść ze szpitala.
- Dlaczego?
- Stwierdziliśmy u Pani schizofrenię, a poza tym odkryliśmy, że rodziła Pani w soczewkach kontaktowych. To spowodowało podwyższony poziom glukozy. Prędko Pani stąd nie wyjdzie.

Brrrr!
Tagi: sen
06:38, leelooo , Codzienność
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 lutego 2010

Antek ma już tydzień, a my wciąż w szpitalnym areszcie.
Chwilowo mój świat zawęził się do zbijania poziomu bilirubiny i poza tym mało co mnie obchodzi.
Nasz pobyt tutaj przypomina górski trekking. Szybko zdobyliśmy szczyt, ale zejście nieznanym zboczem jest żmudne, choć łagodne. Co zakręt, rośnie w nas nadzieja, że jesteśmy już blisko. A potem z zakrętu wyłania się kolejny i kolejny.
W wersji optymistycznej wyjdę na koniec tygodnia.
W wersji pesymistycznej może być i dwa, i dłużej. Masakra. Nawet personel sprzątający użala się nade mną. A pani wciąż na synka czeka? Ano czekam.

Plusem tej sytuacji jest fakt, że instrukcję obsługi małego człowieka mam już opanowaną. Raz nawet - w sytuacji awaryjnej - musiałam sama umyć go pod umywalką. Dziecko drze się w niebogłosy, zwisając bezwładnie na twojej lewej dłoni pod bieżącą wodą. (Za zimną, bo nie udało się wyregulować). Aż serce się kraje na ten widok, ale nie było innego wyjścia:)
Poza tym fajnie jest w nocy przytulić do piersi małe ciało, które ciuchutko wzdycha pomiędzy jednym a drugim zasysem.

Inne drobne radości?

Znów mi uda nie ocierają się o siebie. 
Mam szczupłe łydki i smukłe stopy.
I wreszcie - po kilku miesiącach - widzę swoją cipkę. 

Płaczę tylko wtedy, gdy rozmawiam z Mamą lub Endriuszą.
Poza tym jestem dzielna, chwytam się drobiazgów jak promyków słońca, ciesząc się, że Antek cały i zdrów.
Taka ze mnie Pollyanna:)