..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 27 lutego 2009

Wesoło jest.
Kramik "Diabeł tkwi w dodatkach" budzi wielki entuzjazm klientek.
Sama lubuję się w przezroczystych nienachalnych ekspedientkach i tak też starałam się zachowywać w stosunku do moich gości. Ale gdzie tam! Nie ma szans. Dopytują się, wyrażają głośne zachwyty, nawiązują kontakt, opowiadają o mężach, dzieciach, zagubionych naszyjnikach, które darzyły wielkim sentymentem.
- Pani z tym diabłem na przeciwko katedry - chichoczą, puszczając poufne oko - Świetny pomysł!

Patrzą, dotykają, a na ich twarzach rysuje się radość małych dziewczynek, które wchodzą do krainy barwnych bibelotów, promienieją uśmiechami jakby otwierały kufer ze skarbami. 
I wszystko można tu dotknąć, przymierzyć, a nawet przytulić na własność.

Spoglądam na nie dyskretnie i jest mi bardzo miło.
Jak przyjemnie jest sprawiać innym przyjemność.

Dziś po 18.00 zapraszam do Diabła na inauguracyjną lampkę wina.

***
O! A na Onecie piszą, że dziś można z każdym i do woli... całować się.
No proszę, a ja tu siedzę jak ta klasztorna sierotka:)

czwartek, 26 lutego 2009

Ktoś ewidentnie na mnie dybie.
Ktoś chce mnie sprzątnąć i wymyśla coraz to nowe sposoby.
Wczoraj w naszej kamienicy ulatniał się gaz.
Perfidia zdarzenia polegała na tym, że osobiście dałam palantowi z parteru klucze od piwnicy. A on przeciął rurę od gazu.

Była ewakuacja i wietrzenie budynku. Odcięto nam gaz zupełnie, więc teraz w mansardzie zamiast osiemnastu stopni, mamy dwanaście, a w kranie lodowatą wodę.
Wczoraj weszłam pod zimny prysznic i darłam się w niebogłosy.

Kolejny zamach na moje życiu zrekompensowała bardzo smaczna i miła kolacja u Alutki i Andrzeja. Ala okazała się perfekcyjną Panią domu - stworzyła atmosferę, przyrządziła smakołyki i dbała o to, abyśmy mieli pełne kieliszki. Zaś Pan domu, jak na pana domu przystało, bawił nas rozmową, a mnie chwilami ubawiał do łez.
Bardzo sympatyczny wieczór.

Wciąż żyje.
Co nastepnego wymyśli mój prześladowca?

środa, 25 lutego 2009

Zadzwonił do mnie wczoraj mój stary znajomy. Nazwijmy go..., albo nie. Nie nazywajmy go.
Ów znajomy od lat żyje ze swoim partnerem i ma się dobrze. Wczoraj jednak wyjawił mi rewelację, która zaprząta moje myśli i niemal spędza sen z powiek.
Otóż w ich związku pojawił się ktoś trzeci.
Standard - powiecie. Trójkąty rzecz codzienna, tyle że skrzetnie ukrywana.
Tymczasem trójkąt mojego kumpla jest trójkątem doskonałym i w pełni jawnym. Oni po prostu kochają się (w duchowym i fizycznym znaczeniu) we trójkę. Poważnie rozważają plan zamieszkania razem.
- Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi sie coś takiego - wzdychał kumpel do słuchawki - Kocham ich obu i oni się kochają, i oni mnie kochają. Taka synergia zdarza się raz na tysiąc lat. To jest magiczne, boskie. I...
- I przez naszą kulturę totalnie odrzucone.

- Kiedy wyznałem to mojej psychoterapeutce, była głęboko zniesmaczona.

Zniesmaczona.
Właściwie czym?
I tutaj znów kłania się nam kulturowy balast.
Trójkąt to chyba ostatni bastion społecznych zahamowań. Pomijam tu pornografię, bo ona koncentruje się jedynie na seksualnym wycinku. Seks w troje - ok, ale życie w trójkę? To się po prostu nie mieści w głowie!
A przecież rzecz wcale nie nowa. Pamiętam, że jeszcze w podstawówce czytałam bardzo zmysłową powieść Hemingwaya "Rajski ogród". Ich dwie, on jeden. Trójkąt równoboczny  - każdy wierzchołek jest tak samo blisko dwóch pozostałych; kocha i jest kochany. Nie pamiętam co prawda jak się skończyła.
Mój drogi znajomy polecił mi książkę B. Foster, M. Foster, L. Hadady "Milość we troje" wydaną przez Santorskiego. Niestety nakład wyczerpany i nigdzie nie można jej dorwać.

A opis wydawcy brzmi intrygująco:

"Książka przedstawia historyczną analizę trójkątów miłosnych m. in. Moliera, J.J. Rousseau, Markiza de Sade, A. Dumasa, W. Hugo, Z. Freuda, S. Dali, H. Millera i innych. Lektura tej książki powinna być wyzwaniem dla wszystkich zainteresowanych problematyką obyczajową, seksualnością, etyką, i przyszłością podstawowych relacji międzyludzkich. Autorzy tej książki od kilku lat żyją w związku trójkątnym."

No i co?
Nie macie ochoty?
Bo ja mam.

wtorek, 24 lutego 2009
Endrju wyciągnął mnie na kolację z okazji otwarcia sklepu. Trafiliśmy do Bohemy na naleśnik i makaron, a potem zjawiła się Monia ze swoją ekipą i znów nie wrócilismy do domu równym krokiem.
Dlatego dopiero jutro napiszę Wam o mojej nowej filozoficznej zagwostce, której clu można by ująć w łacińskim zdaniu zaserwowanym mi niegdyś przez Basieńkę.

Omne tertium perfectum

Amen.

Czym jest Kreativ Blogger?

 
To wyróżnienie przyznawane przez blogerów najciekawszym ich zdaniem blogom. Ta niezwykle sympatyczna promocja działa - niczym łańcuszek szczęścia - wg dość prostych zasad:


1. Umieszczamy logo na swoim blogu
2. Wrzucamy namiar na blog osoby, od której otrzymaliśmy nagrodę
3. Nominujemy co najmniej 7 innych blogów
4. Podajemy linki do owych blogów
5. Nominowanym osobom zostawiamy komentarze z informacją o nominacji.



Wywołana przez
CoolKidStaff, która nominowała mnie do nagrody Kreativ Blogger, ogłaszam swoje nominacje:

LIFESTYLE
ZAZIE

MINIMALIZM
DEPRESKA

FACET NAD KLAWIATURĄ
VENOMIK

MISTRZ RYMU I RYTMU
DEBERGERAC

SZCZYPTA EROTYZMU
FIZGAL

KOMIKS EROTYCZNY
BOLI

MODA INACZEJ
SZTYWNIARA

MOJA BRANŻA
REKLAMA OD KUCHNI

SZYBKA MIGAWKA
MACIEJ NOWACZYK

MIASTO W OBIEKTYWIE
WARSZAWIARNIA

Ufff, wykończyła mnie ta zabawa, szczególnie realizacja punktu 5.

poniedziałek, 23 lutego 2009
A dziś mi smutno, ale to dobry smutek.
Refleksyjny.
Jest w nim szczypta tęsknoty i żal, że wszystko się zawsze kończy. Gdy smutek sobie pójdzie, będę się tym cieszyć, bo każdy koniec jest początkiem czegoś.
Ale dziś się smucę i płaczę w środku.
Nie mam siły na dramaty i rozdzieranie szat, więc tylko kwilę sobie cichutko nad światem dziwnym, w którym przyszło mi żyć i błądzić. Wiecznie błądzić w poszukiwaniu właściwej drogi. Lecz na cóż mi ta właściwa droga? Gdyby nie zakazane i zwodnicze  ścieżki, nigdy nie dotknęłabym otwartej rany istnienia. Rany, która boli, ale wcześniej rozkosznie kusi, aby spróbować i pójść inaczej niż nakazują wszystkie drogowskazy tego świata.
Dlatego idę, a potem płaczę nad czegoś końcem.
Wiem jednak, że pójdę dalej i znów będę dotykać, cieszyć się, a potem cierpieć, i tak w kółko.
Taka moja karma.
Jutro otwarcie sklepu. 

O  "Matyldzie" ponownie. Wygrzebane w sieci - TU.


niedziela, 22 lutego 2009

Kiedy gąska ma już w czubie, to nie czuje, kto ją skubie - tak rozpoczął imprezę w Wiśle niejaki Irek  - mój ulubiony konferansjer.
Ludziska ruszyły w tany, a ja opadłam na krzesełko wyczerpana całodniową konferencją.
A wszystko dlatego, że porzucił nas niejaki Dyzio, który jest konferencyjnym wymiataczem,  zostawiając mnie samą ze swoimi chłopcami. Trochę się najedliśmy strachu , ale wszystko poszło sprawnie i gładko. I trzeba było za to wypić.
Więc piliśmy.

LUBIĘ TAKIE TAJEMNICZE KOBIETY
Potem "jak anioła głos, usłyszałam go", na scenę wszedł wokalista, a panny oszalały z podniecenia. Tymczasem do mnie przysiadł się niejaki J., z którym widuje się czasem na eventach i zaczął mi coś gadać i gadać, i gadać. I było to strasznie nudne, więc przytakiwałam z grzeczności i myślałam o niebieskich migdałach. Wreszcie on powiedział:
- Ty jesteś ten typ kobiety, który lubię. Taka tajemnicza, zamknięta w sobie i małomówna.
W środku pękłam ze śmiechu, ale jako kobieta tajemnicza niczego po sobie nie dałam poznać.
- Słyszałem, że piszesz książki.
- Piszę.
- To niesamowite! Strasznie mi to zaimponowało, wiesz? Ja uwielbiam książki. To znaczy, nie czytam ich, bo rozumiesz, człowiek zapracowany. Ale gdybym miał czas i warunki, czytałbym na pewno.
Pękłam ze śmiechu po raz drugi.
- Bardzo lubię brunetki, a Ty masz taką francuską urodę. Tylko, proszę, nie posądzaj mnie o złe intencje.
- Ależ skąd! Przecież w życiu nie posądzałabym Cię o to, że chcesz mnie poderwać.
- A to źle! O to mnie posądzaj. Rozumiesz, my faceci tak mamy. Tak już jesteśmy zaprogramowani.

Pękłam po raz trzeci i wzięłam nogi za pas.

CZARNOKSIĘŻNIK I JEGO ŚWITA
Trochę popląsałyśmy z Monią przy Michaelu Jacksonie, wypiłam kolejną lampkę wina i do stołu dosiedli się z chłopcy techniczni pod wodzą swojego szefa. Szef  - postać owiana w branży legendą - niekoniecznie najlepszą - mnie zachwycił wielce. Wygląda bowiem jak czarnoksiężnik z bajki. Persona nietuzinkowa i bezpretensjonalna. Może dlatego tak wkurza innych, bo wymyka się wszystkim prostym kategoryzacjom.
Wśród świty Czarnoksiężnika był niejaki chłopiec o pseudonimie Bałagan. Urocze małoletnie ciacho, a jednocześnie sztukmistrz uwodzenia. Do perfekcji opanował proste acz skuteczne chwyty: kilka strzałów oczami, niewinny uśmiech, trzy celne pytania i ofiara jest jego.
Na szczęście trafił swój na swego, więc poflirtowaliśmy do świtu, a potem zmyłam się do pokoiku. W końcu lepsze dwie godziny snu niż nic.

LUKSUS WOLNEGO ZAWODU
Następny dzień upłynął nam w podróży.
Opuściliśmy kołchoźniczy hotel Gołębiewski i wyruszyliśmy z zasypanych śniegiem gór na północ, gdzie świeciło słońce, a zima nie sparaliżowała ruchu drogowego.
Do domu wróciłam ledwo żywa, ale usatysfakcjonowana.
Odwaliłam kawał dobrej i nikomu niepotrzebnej roboty, a jednocześnie świetnie się bawiłam.
Wolny zawód, który dostarcza radości, to naprawdę luksus.
A że dziś niedziela, kończę pisać relację, biorę lekturkę do ręki i wracam, aby ponownie zakopać się w pościeli.
W końcu pracuję, żeby żyć.
Nigdy odwrotnie:) 

wtorek, 17 lutego 2009

Znów rozwinę pawi ogon - wybaczcie:)

Zadzwonił telefon.
Pan z Wydawnictwa Literackiego:
- Dzień dobry, chcielibyśmy wydać "Matyldę".
- Prószyński Państwa wyprzedził -
odpowiedziałam, przeprosiłam, dygnęłam, a moja próżność aż zaskowyczała z radości. Yes, yes, yes. Telefon  spod tego numeru to jeden z najlepszych komplementów.

***************************
Ze spraw innych:
Betka wysyła mi esemesa z Nowego Jorku:
"New York jest super, właśnie prawie wpadłam na Cameron Diaz wysiadającą z taksówki"
Rozmawiam ze Śliwką:
- Betka napisała, że prawie wpadła na Cameron Diaz wysiadającą z taksówki.
- O, no proszę!
- Ciekawe, co znaczy to "prawie". Że widziała ją z daleka czy co?
- Pewnie wpadła na telewizor, w którym Cameron Diaz wysiadała z taksówki.
**************************
Kochani,
jutro rano jadę do Wisły na konferencję - wracam w weekend.
Bądźcie grzeczni i nie wypisujcie żadnych prowokacji w komentarzach, bo nie będę miała sposobności dementować.
Ściskam,
i do niedzieli.

poniedziałek, 16 lutego 2009

W najnowszym Portrecie on-line trochę o mnie, o Matyldzie i o Klinice:

http://www.portret.org.pl/tyminski/online49.pdf



Zachęcam do lektury i zmykam zakończyć dzień na hardrockowym koncercie w Grawitacji. Monia ciągnie, odmówić nie można:)

- Pojedźmy Walentynkową wycieczkę - zaproponował Endrju poprzedniego wieczoru.
Siedzieliśmy w Carpenterze i snuliśmy plany na sobotę.
- Nad Zalew? - zapytałam.
- Niech będzie nad Zalew, zobaczymy morze.

No i pojechaliśmy. Nie zniechęciła nas szarobura pogoda, ani trasa wojewódzkimi drogami.
W pierwszą stronę prowadziłam ja.
- Boże jak tu wąsko! Przecież tu się mieści tylko jeden samochód! - dziwiłam  się, mknąć krętymi ścieżynkami.
- A ja lubię takie drogi - wyznał Endrju - są takie przytulne, wszyscy tak blisko siebie.

Więc jechaliśmy malowniczymi terenami, gdzie na odcinku 100 kilometrów nie ma ani jednej stacji benzynowej, a samochód mija się nie częściej niż co kwadrans.
- Boże jak tu pięknie! - nie mogłam się nazachwycać wzgórzami, lasami, warmińskimi kapliczkami i starymi chatami ukrytymi na głębokiej prowincji.

Do Fromborka dotarliśmy w śniegu.
Zwiedziliśmy zamek, poszliśmy do portu i zdecydowaliśmy, że czas wracać, bo uparłam się, aby być w domu przed zmrokiem. 
I wtedy zaczął się horror - bo śnieg sypał jak zwariowany, zima znów zaskoczyła drogowców, a żeby szybciej wrócić, wybraliśmy krajową siódemkę. Obiektywnie warunki wcale nie były tak straszne, ale kiedy zobaczyłam światła samochodów z naprzeciwka, wariatów wyprzedzających na żyletkę, wielkie masywy tirów, wpadłam w histerię.
Krzyczałam na Edriuszę, że jest bezmyślny, nieodpowiedzilany i że przecież wiedział o mojej traumie, ale ją zlekceważył.
To były upiorne dwie godziny w moim życiu  -  nie boję się śmierci, ale tych oślepiających  świateł tuż przed wypadkiem, zderzenia, dymu, bólu i krwi. Nawet tej cudzej. Boję się kalectwa.
Kiedy dojechaliśmy, byłam strzępem mięsa. Bolała mnie głowa, twarz miałam spuchniętą od płaczu, a mięśnie spięte od kilkugodzinnego oczekiwania na wyrok.

W ramach rozluzowania udaliśmy na kolację do Cornera, a potem powędrowaliśmy na  antywalentynkową imprezkę do Marka i Sylwi, gdzie była Kinga z Andrzejem, Piotr z Kamilą, Krysia i Jarek oraz Monika i Krzysztof.

Karne wściekłe pieski na powitanie sprawiły, że o wszystkim prawie zapomniałam i znów poczułam, że żyję.
A potem po raz kolejnny musiałam tłumaczyć, dlaczego nie zamierzam brać ślubu.
I po tym wszystkim - nieoczekiwanie - sprawiło mi to wielką przyjemność.
Bo przyjemnie jest żyć i być całym.
Cholernie przyjemnie.

piątek, 13 lutego 2009

Mama: Była u mnie Ewka, ale mnie wkurzyła.
ja: Co się stało?
Mama: Matylda jej się nie podobała.
ja: Zdarza się. A co mówiła?
Mama: Że czytadło.  
ja: Mamcia, no bo to miało być czytadło. Co się przejmujesz?
Mama:  To jeszcze był przełknęła, ale ona dodała, że aż dziw, że to ta sama osoba pisała, co Klinikę.
ja: To akurat komplement.
Mama: Ona nie uznała tego za komplement.
ja: Eee tam, daj spokój.

Mama: Pewnie, że dam spokój. Po prostu kolejna znajoma idzie w odstawkę, nie zamierzam się z nią więcej zadawać.
ja: (ze śmiechem): Mamo przestań!
Mama: (z determinacją) Prawdziwa cnota krytyki się nie boi, ale..  ale jej nie lubi!

czwartek, 12 lutego 2009

Nie wiem jak u Was, ale tu za oknem zima w pełnej krasie. O ile śnieg w grudniu cieszy i wywołuje entuzjazm, o tyle w lutym tak bardzo pragnę wiosny, że mam ochotę jak najszybciej wykurzyć królową lodu .
Ale ona, gdy już się rozgości, to zostaje do końca imprezy,  gasi światła i wychodzi ostatnia.

Wczoraj przespacerowaliśmy się na spotkanie z Miecugowem. Promował swój drugi tom wywiadów. Zawsze go lubiłam, ale wczoraj dało się wyczuć jakieś wizerunkowe pęknięcie. Gdzieś pod tym empatycznym dziennikarzem, który "robił" śmierć papieża, Kapuścińskiego, prowadził osobiste rozmowy ze współczesnymi i deklaruje, że nigdy nie przeklina, przebijał się korpoludek, który ma parcie na szkło. Stanowi trzon TVN-u nie tylko dlatego, że jest dobry, ale dlatego, że ma ciśnienie na karierę.
Na szczęście publika - głównie emerytowane fanki Szkiełka - wzdychała zachwycona.  A my, razem z Sylwią i Markiem, który prowadził owe spotkanie, przenieśliśmy się do Alchemii, gdzie było znacznie fajniej.

Ach, nie mówiłam Wam jeszcze - dwa dni temu wraz z Monią miałyśmy turnee po olsztyńskich ciucholandach, bo szukałyśmy przebrań na disco event. I pomiędzy dresikami z kreszu i cekiowymi bluzeczkami, znalazłam... zajebistą zamszową spódniczkę.
Cud, miód, malina.
Jedyne 10 złotych.

wtorek, 10 lutego 2009

Epilog do sprawozdania z ceremonii zawieszenia szyldu wygląda tak, że:
wysłałam zdjęcie szyldu Mamie. Nie minęło 5 minut. Telefon.
Mama krzyczy z trwogą:
- Tak nie może być! To się za bardzo rzuca w oczy!
- A ma się nie rzucać?!
- Musimy zdjąć ten szyld! Jest za bardzo wyraczasty! Ludzie nas przeklną!
- Mamo, jest widoczny, a nie wyraczasty! Ale jeśli tak, to ja to pieprzę, rób sobie sama ten sklep, mam wszystkiego dosyć...

Tu nastąpiła histeryczna wiązka przekleństw z mojej strony, którą przerwała konstatacja, że chyba właśnie rysuję bokiem samochodu o ścianę kamienicy (rozmawiałam, cofając), więc rzuciłam telefonem, wystartowałam autem i zaniosłam się płaczem. Nie to nie był płacz. To był szloch. Pomyślałam, że w takim razie, rzucam wszystko, pakuję plecak i wyruszam w świat. Bez grosza przy duszy, bo wszystko poszło na kramik, ale co mi tam.
Świat mnie przygarnie.

Niestety z planu nici, bo 5 minut później, zadzwoniła znów Mama i...
....i się pogodziłyśmy.

Więc na razie nigdzie nie jadę, szyld wisi, a ja zostaję tu i otwieram kramik.
Za 13 dni.
Fotki w swoim czasie - co ma wisieć, nie utonie;)

Dziś zawisł szyld - rzuca się w oczy z daleka.

Jeszcze tylko pojadę na konferencję do Wisły, zdzieram szaty wolnego ptaka i zasiadam w moim kramiku.

Poszukiwaczki niecodziennych kobiecych dodatków - zapraszam już za dwa tygodnie.


Jeszcze przedwczoraj, kiedy wracałam z Warszawy, tyle chciałam napisać, ale codzienność i pęd życia, każe mi porzucić wczoraj dla dzisiaj.

A dzisiaj jest sporo roboty. Dlatego zmykam.



niedziela, 08 lutego 2009

- Bo widzisz - powiedziała Ewa, szykując mi niedzielne śniadanie na warszawskim Gocławiu - ludzie dzielą się na niebieskich i zielonych. Ty należysz do zielonych.

Zielona jest również ona, i Baśka jest zielona i Uparte też, i Zaśka.
Zieloni są w mniejszości, zielonych nie łatwo omamić słodkościami codzienności, zieloni stawiają pytania i przekraczają granice.
Niebieskim żyje się łatwiej. Ale ja do życia potrzebuję zielonych.

I dlatego spędziłam  cudne trzy dni w Warszawie wśród zielonych osób, które kocham, z którymi mogę wyruszać na poszukiwania, odkrywać nowe lądy i poznawać nieznane mi smaki.

Była nasiadówka w Czułym Barbarzyńcy, fetysz party w Saturatorze, śniadanie w knajpce Fisza  (znów bez Fisza), był wieczór w Szparkach i Szpulkach, piwko w Browarmii, chwila w Zaklętych Rewirach, były nocne spacery i inne takie tam.

A przy okazji działy się rzeczy, które przypomniały, że życie cholernie mi smakuje, a jednocześnie jest upiornie smutne, bo polega na zażeraniu pustki i oszukiwniu śmierci.

Ale jest w tym coś niebywale pięknego.


Z Basieńką przed sobotnim śniadaniem


Masala też idzie na śniadanie


U Ewy

wtorek, 03 lutego 2009

Czytam powieść biograficzną o Coco Chanel.
Jakoś tak już na tym świecie jest, że sukces wybiera kobiety nieznośne.
A może one wybierają sukces?
Kobiety nieznośne wybiera też miłość.
Bo w nieznośności jest jakiś fetysz, który wabi i przyciąga.

Kiedy oglądam się ze siebie, widzę mężczyzn, których uwiodłam nieznośnością, oraz kilku, których uwieść nie zdołałam.
Za każdym razem, gdy starałam się być lepsza niż jestem.



Jutro o świcie - projekt Warszawa.
Wrócę dopiero w niedzielę.
Dobranoc.

Nie mam ani chwili - wpadłam w jakiś kołowrotek i nie mogę się zatrzymać.
Więc krótko - wczoraj z Mamą zakasałyśmy rękawy, sharowałyśmy się jak stachanowcy i sklep wygląda już prawie jak sklep.
Trzeba tylko bibeloty dowieźć.
Już nie mogę doczekać się otwarcia.

Z kolei jutro jadę do Józefowa na konferencję i nie wiadomo, kiedy wrócę, ale nie prędko.
Ale cieszę się na ten wyjazd.
Mam dużo energii i życia.
Wreszcie mi się chce.
I pomysły same do głowy przyfruwają.

Tylko nocą wciąż trauma powypadkowa.
Nie było dnia, aby nie śniły mi się jakieś akcje samochodowe:
- że wyciekł płyn hamulcowy i nie mogę się zatrzymać,
- że śnieg spadł mi na przednią szybę i mam zero widoczności,
- że złapałam na stopa auto, które prowadził pięciolatek,
- że mama wiozła mnie samochodem i czytała książkę na kierownicy,
- że moje auto samo pojechało na miejsce wypadku, a ja musiałam po nie pojechać,
- że prowadzę rangera Taty, a że ranger jest strasznie długi, nie umiem wykręcić, więc jadę tyłem

Zastanawiam się, na ile jeszcze straczy mojej wyobraźni, aby produkować kolejne filge samochodowe.
Jestem już nieco zmęczona, choć z drugiej strony i pełna podziwu dla wytrwałości mej podświadomości:)
poniedziałek, 02 lutego 2009

W sobotę bardzo sympatyczne spotkanie z okazji trzech:
- urodzin Endriuszy
- wydania Matyldy
- i faktu, że żyjemy

Miejsce: Pub Sarmata - moje nowe odkrycie.
Bardzo sympatyczny lokal z lekką nutą klimatu mordowni i fajną muzą.
Ludzie: mocno rockowi i często upadli.
Czyli coś co Tygrysy lubią najbardziej:))

Stawili się goście w składzie: Ewka, Zasinka z Szymonem, Anais ze współlokatorką, Emila i Łukasz, Piotr B., Sylwia z Markiem.
Rozmawialiśmy m.in. o:
- hipokryzji polskiego feminizmu w związku z nagonką na Martynę Wojciechowską za to, że pojechała na biegun
- po raz kolejny o tym, dlaczego niektórzy nie chcą ślubu, czego Ci - już po ślubie - nie bardzo rozumieją
- o tym, że Paulo Coehlo to obraza inteligencji
- o pomyśle Ewy na serię felietonów z Rzymu
- o tym, że w pewnym wieku tylko wpadka może sprawić, że staniemy się rodzicami
- o stereotypach, wypadkach, pracy, remontach, planach i marzeniach.

Potem powędrowaliśmy jeść, a stamtąd do Molotova i następnie do Alchemii. A później?
Później byłam już bardzo śpiąca.

A teraz nadszedł słoneczny poniedziałek, więc rzucam się w wir pracy.
Trochę się jej nazbierało.
Dlatego zmykam.
Wrócę jak będę.