..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 29 lutego 2008

W marcowym "Zwierciadle" jest świetna rozmowa o tym, jak współczesność zagubiła pojęcie wolnego czasu.  Katarzyna Miller przytacza w niej pewną przypowieść.

Rybak siedzi oparty o przewróconą łódź i patrzy na morze. Idzie bogaty pan obwieszony złotem:
- Rybaku, dopiero południe, dlaczego tak siedzisz i nic nie robisz?
- Już łowiłem
- odpowiada Rybak.
- Ale gdybyś jeszcze raz wypłynął, miałbyś więcej ryb.
- A po co?
- Miałbyś więcej pieniędzy.
- A po co?
- Za jakiś czas kupiłbyś drugą łódź.
- A po co?
- Żeby łowić więcej ryb.
- A po co?
- Miałbyś dużo więcej pieniędzy i na starość mógłbyś tak jak ja patrzeć w morz
e i nic nie robić.
- A co ja innego robię?
***
Przeczytałam ten fragment Andrzejowi, a on się zamyślił i rzekł po chwili:

- Może więc zamiast zakładać firmę, kupimy sobie przewrócną łódź?

środa, 27 lutego 2008

Wyrosłam w domu, gdzie pieniądze zawsze stanowiły kłopot. W PRL-u - jak pamiętam - z kasą dość krucho było, potem przyszedł złoty bum lat 90., kiedy Mamcia kręciła biznesy rozmaite i zgarniała niezłe sumy, ale że nie mieliśmy natury ciułaczy, wszystko przebimbaliśmy. Potem zaś nastapił krach: trudności, aby utrzymać się na rynku, narastające długi, niezapłacone podatki oraz nieuczciwi wspólnicy, którzy kołowali Tatulka. Dziecko przedsiębiorców nie ma najlepiej, bo żyje - tak jak i oni - w wiecznej niepewności, co przyniesie jutro.

Ja jednak radziłam sobie z tym całkiem nieźle. W liceum jeździłam za pół darmo na obozy i rajdy harcerskie, ubierałam się w barwne szmatki z ciucholandu za 5 złotych, z kosmetyków używałam tylko mydła, szamponu, kremu Nivea i tuszu do rzęs... i jakoś się żyło. Ba! Żyło się bombowo!

Potem były studia i 800 złotych od rodziców co miesiąc, z czego 300 trzeba było zapłacić za pokój w mieszkaniu studenckim. Zostawało 500 na życie i też było fajnie: książki pożyczałam, na DKF można było zaoszczędzić, a jedzenie? Kto tam myślał wtedy o jedzeniu? Byle starczyło na piwko wniesione do pubu i dolewane do kufla spod stolika.  Ech.. fajnie było!

A teraz?
A teraz mam więcej niż potrzebuję. Stresy w robocie próbuję odreagowywać zakupami, ale w sumie - nie podniecają mnie już ciuchy, buty czy kosmetyki.
I dlatego...postanowiłam...
 inwestować już tylko w książki i płyty.
To nic, że nie mam czasu ich konsumować. Może gdy po latach tłustych, przyjdą te chude, wówczas będę się cieszyć moją obszerną biblioteczką.
Dlatego dziś zakupiłam II tom PERSEPOLIS (I tom łyknęłam wczoraj i wciąż o nim myślę. Jest rewelacyjny!), a także płytę trzech panów Waglewskich, w których jestem absolutnie platonicznie zakochana (szczególnie w środkowym).
Natomiast Andrzej - bo jemu też udzielił się mój konsumpcjonizm - kupił na chude lata grę komputerową oraz piękną płytę estońskiego kompozytora Arvo Parta Alina.
Cudna, spokojna i wzniosła muzyka - idealna, aby koić nerwy i leczyć  rany. Po prostu piękna. 

Dlatego wybaczcie, ale rzucam się w objęcia Arvo Parta i idę sobie stąd. Zresztą nic tu po mnie. Przeżywam dziś kolejny powszedni popracowy zjazd. Najważniejsze, aby było miękko i spokojnie. Niczego więcej nie pragnę. 

***
A to fragment lektury absolutnie obowiązkowej

 

wtorek, 26 lutego 2008

Wchodzimy do domu z Andrzejem, a ja już od progu słyszę kuszące wołanie wanny,  kanapy i kocyka. Zalecana pozycja horyzontalna. Wyjmuję z szafy domowe ciuchy, żeby po kąpieli się przebrać, ale wpada mi do głowy lepszy pomysł: "a może by tak od razu w piżamkę?". A to już znak, że nie wszystko ze mną dobrze, bo nienawidzę snucia się za dnia w piżamach, szlafrokach i innych powłóczystych, rozmemłanych kreacjach. (Moja mamulka zawsze łaziła taka rozkrochmalona i chyba mam traumę:)))

Ja: Kochanie, a co byś powiedział, gdybym się dziś rozmemłała po kąpieli i wskoczyła od razu w szlafrok?
Andrzej: Rozmemłała?! Ty nawet w motylowym szlafroku wyglądasz wytwornie!

I to w nim lubię - niczym nieuzasadnione zachwyty moją osobą:))) Choćbym była w jutowym worku po kartoflach i wysypką na ciele - dla niego zawsze jestem kwintesencją piękna. Przynajmniej na razie:)

A poniżej motylowy szlafrok we własnej osobie i zakochany facet.

 
Jeżeli przyłapujecie czasem swoich mężczyzn na takim spojrzeniu, to znaczy, że nie jest źle moje Panie:)


***
Dziś na osłodę mojego ciężkiego życia wreszcie przejrzałam zaległe blogi i kupiłam sobie komiks - pierwszą cześć "Persepolis", dlatego zaraz zawijam się w koc i biorę się pożerania. 
Ciao Bambini!

poniedziałek, 25 lutego 2008

Powiem Wam tyle, że nic nie mam Wam do powiedzenia. I tu wcale nie chodzi o moją nieuprzejmość czy arogancję. W moim życiu po prostu nic się nie dzieje. Co rano nogi, serce i głowa odmawiają mi posłuszeństwa i krzyczą we mnie, że tak nie można żyć, że przecież życie trzeba smakować: jest jeszcze tyle książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, ludzi do pokochania i miejsc do odwiedzenia.  I jeszcze tyle we mnie pomysłów i energii, którą muszę pielęgnować, aby rozkwitła.

Tak krzyczy mój organizm i krzyczą też moje sny. Dziś na przykład śniło mi się, że dostałam od rodziców piękną klacz o imieniu Fidel i uczyłam się na niej jeździć. Na oklep. Jakie to było przyjemne unosić się na galopującym koniu, trzymać go za grzywę i przemierzać puste dzikie pola rozciągnięte aż po horyzont.

A potem zadzwonił budzik i przywołał do rzeczywistości.
O!
***
Skończyłam "Nagrobek z lastryko" - świetna powieść. Naprawdę. Warto przeczytać, chociażby dlatego, aby sobie uświadomić, że kręcimy się wokół własnego ogona, a goniąc życie, docieramy do hiperabsurdów. 

"Wyrzuty sumienia były u wszystkich bardzo częste z wyjątkiem złodziei, gwałcicieli, morderców, dyrektorów zarządzających i dyrektorów kreatywnych. Ale ponieważ zbrodniarze stanowili wtedy tylko 1% społeczeństwa, wyrzuty sumienia były masowe (...) Ludzie mieli potworne wyrzuty sumienia, że spędzają swój czas w pracy zamiast z rodziną, ale kiedy siedzieli z rodziną, czuli, że przecież mogliby zrobić coś twórczego, zamiast tylko gotować obiad, potem go jeść, a na końcu wydalać, no i słuchać rodziny, patrzeć na rodzinę, mówić do rodziny, dla której po prostu szkoda słów. Gdy zabierali się do czegoś twórczego, szybko docierała do nich świadomość, że to jednak idiotyczna strata czasu, który można przeznaczyć na coś sensownego, jak na przykład zakupy na cały tydzień, aby nie biegać codziennie do sklepu, a to po mleko, a to po słoik przecieru pomidorowego, choć i tak zawsze się okazuje, że czegoś zabrakło lub czegoś się zapomniało..."
Krzysztof Varga "Nagrobek z lastryko", s. 83.
***
A ta fotka, w ramach nadrabiania zaległości w pięknych kobietach. 

niedziela, 24 lutego 2008


Dziś w ramach cyklu "Spacery po osiedlowych knajpach" wylądowaliśmy w żeglarskiej knajpie - "Fregata" na Pradze. Całkiem klimatyczny lokal z herbatą w metalowym sitku, nóżkami w galarecie, ale i całkiem nowoczesnymi daniami jak choćby grilowany kurczak na sałacie lodowej. Choć największym folklorem byli sami goście - mocna, krwista praska gawiedź uliczna:)
Mimo wczesnej godziny, Andrzej od razu zamówił piwo, bo jak stwierdził:
"Na trzeźwo tu nie da rady"
Po obiedzie - całkiem zjadliwym - przenieśliśmy się do mieszkania Emilki i Łukasza, gdzie wypiliśmy herbatę, pogadaliśmy i zanim się obejrzeliśmy, był już wieczór.

A jutro poniedziałek. Rany, jak mi się nie chceeeee!!!

Myśl o nadchodzącym tygodniu odbiera mi całą chęć życia.

Dlatego zamierzam jeszcze podelektować się ostatnimi godzinami wolności. Tym razem lektura "Zadry", którą pożyczyłam od mojej kuzynki socjolożki. Jakoś nigdy nie mogłam się przekonać do tego pisma, ale może?
sobota, 23 lutego 2008

Wczoraj Basia zaprosiła nas do siebie na wieczór z kuchnią hinduską. Co prawda mam zwyczaj bojkotować imprezy, na które zapraszana jestem 5 minut przed, ale wiedząc, że na Basię-Tyranizatora trzeba brać poprawkę, w końcu się skusiłam.

Wylądowaliśmy z Andrzejem na Ursynowie w superfajowskim mieszkanku, gdzie szczególnie zachwyciła mnie podłoga i... boska różowa mięciutka i wygodniasta PUFA!

Spędziliśmy tam uroczy wieczór z Basią i jej znajomymi - bardzo sympatyczną gromadką chłopaków, którzy urządzili life cooking i upichcili jakiś hinduski przysmak. Wyglądał i pachniał pysznie, lecz my - świeżo po Chińczyku "CO TU" - poprzestaliśmy na wrażeniach węchowych.

Jakoś w okolicach pierwszej w nocy ruszyliśmy w miasto - Baśka z ludźmi do klubu, a my - do domku, bo klubowe parkiety nie są tym, co Tygrysy lubią najbardziej. Zanim dojechaliśmy, zdążyliśmy okropnie zgłodnieć, co skończyło się zamówieniem pizzy o drugiej nad ranem. Natomiast ostateczny finał  był taki, że nad tą pizzą... zasnęliśmy. W ubraniu, butach i pełnym rynsztunku.
Szkoda, że nie było trzeciego, aby zrobił nam zdjęcie.

Basia tymczasem uprawiała warszawski clubing - Klubokawiarnia, Przekąski i Jadłodajnia F. , który - jak dowiedziałam się dziś z relacji telefonicznej - zakończył się spektakularnym pawiem.

Tak oto moi Drodzy wyglądają noce z piątku na sobotę z życia stołecznej elity intelektualnej. Lecz przecież hedonizm -  wynalazek stary - więc bez wyrzutów proszę:)

piątek, 22 lutego 2008

Wróciłam od Cioci ze szpitala i od razu wskoczyłam do łóżka.
- tak bym chciała spać teraz na chmurze - żeby było mi miękko, lekko i kołysząco - powiedziałam do Andrzeja, a on poklepał się po brzuchu i rzekł:
- połóż głowę na moim brzuchu, a będzie jak na chmurce.

I zasnęliśmy.

A dziś jest Dzień Myśli Braterskiej - takie harcerskie święto. W najnowszej "Polityce" jest fajny artykuł o ZHP. Wprawdzie nam - harcerzom on nic nowego nie mówi, ale Ci, którzy o współczesnym harcerstwie niewiele wiedzą lub znają jedynie obiegowe opinie, powinni go przeczytać.

Tutaj znajdziecie jeden z archiwalnych numerów naszej harcerskiej gazetki
http://www.zhp.olsztyn.pl/gazeta/PDF/NR_11.PDF
i mój artykuł pt. "Z pamiętnika Fruzi" - strona 15.
Ech kiedy to było...

środa, 20 lutego 2008

Dziś przedpołudniem do Warszawy przyjechała Ciocia Hanka. Drobna, siwiutka, zgarbiona, a jednak wciąż żywa, serdeczna i roześmiana. Odebrałam ją z dworca i odwiozłam do szpitala na operację. Tak bardzo chciałam jej okazać, jak bardzo jest dla mnie ważna i jak bardzo się cieszę, że mogę przy niej być. A Ciocia mimo wieku, jest bardzo sprawna - dużo czyta, ma niesamowitą wrażliwość na drugiego człowieka i wielki dar słuchania.

I kiedy tak siedziałyśmy w szpitalnej poczekalni, gdzie tłoczyli się chorzy, a ja trzymałam Ciocię za rękę, czując jak mój służbowy telefon rozgrzewa się od nieodebranych połączeń, zrozumiałam, że wszystko, co robię w mojej pracy, nie ma żadnej wartości.
Poza nabijaniem kasy mojemu szefostwu oczywiście:)

Siedziałam, słuchałam Cioci, która opowiadała, o tym jak pradziadek uciekał z ukraińskiej niewoli, jak prababcia uczyła dziedziczki z dworu, żeby mieć na chleb i czułam ten cholerny wibrujący telefon, przez który klienci gorączkowo próbowali mi powiedzieć,  że:
- nie chcą w menu na marcową imprezę polędwiczek w sosie borowikowym i natychmiast żądają zmiany i jest to sprawa pilna!!!
- zamiast herbacianych róż na konferencje, jednak chcą czerwone!!! Proszą o zdjęcia!
- nie odpowiada im format zaproszenia i już-teraz-natychmiast chcą inny
- zaproponowana (już czwarta) lista 10 gadżetów upominkowych ich nie satysfakcjonuje, proszę zaproponować kolejne
- interesują ich hostessy tylko blond, z długimi prostymi włosami, kręcone absoulutnie odpadają!!!


I tak co pięć minut. Od ósmej do dwudziestej - rozgrzany do czerwoności telefon komórkowy, stacjonarny i poczta mejlowa. I za każdym razem ton jakby chodziło o sprawę życia i śmierci. "Pani Agnieszko, ale ja tego potrzebuję natychmiast!!!"

A ja tymczasem siedzę sobie z Ciocią na szpitalnym łóżku, dotykam jej miękkich włosów, delikatnych pergaminowych dłoni i wiem, że nie chcę tracić życia na spełnianie menadżerkich kaprysów i robieniu biesiad dla sfrustrowanych karierowiczów i byle mi straczyło siły, żeby jeszcze chwilę, chwileczkę wytrzymać.

Podpisano,

dzisiejsza frustratka - Agnieszka.

wtorek, 19 lutego 2008

Powoli przygotowuję się do realizacji mojego tajnego planu. Tajny plan właściwie nie jest aż tak tajny, bo klepie o nim na prawo i lewo w myśl zasady, że o planach i marzeniach należy mówić głośno, tak aby usłyszały i do nas przyszły. Poradę "Nie mów, bo zapeszysz" osobiście włożyłabym między bajki. I dlatego ja mówię. Wam również.

Wracając do mojego planu, za jakiś czas nadejdzie dzień, kiedy wyzwolę się spod jarzma Wiedźmy Etaty, a także pociągnę za sobą ukochanego. I wówczas każde jutro będzie za sobą niosło wielką niewiadomą. Pełna lęku przed tym jutrem, bo co by nie mówić, za piecem Wiedźmy Etaty choć wiedzie się żywot smutny, to jednak dostatni i spokojny, wciąż się łapię na tym, że instynktownie gromadzę zapasy. Otworzyłam spiżarnię na nieznane jutro. Na przykład kupiłam sobie trzy takie same kremy, bo myślę sobie "eee kupię trzy - za jakiś czas może nie będzie mnie na nie stać". Albo jadę tramwajem i rozmyślam: "dobrze by było zrobić zapas rajstop, bielizny, kosmetyków i soczewki kupić już na rok, bo kto wie? Może będę żyła na granicy ubóstwa, a wyglądać przecież jakoś muszę."

Bo nie ukrywam, mam stracha, choć to głównie lęk przed brakiem możliwości przyjemnego rozpieprzania kasy. 
I  tak naprawdę jedyne, czego będzie mi szkoda, porzucając Wiedźmę E., to świadomość, że  nie będę już co rano spotykać dwóch wspaniałych kobietek, które pojawiły się w moim życiu zupełnie nieoczekiwanie i zupełenie nieoczekiwanie stały mi się bardzo bliskie. 
Bo jak  kiedyś pisała Depreska dobre znajomości znajdą swoją drogę, inne nie są nam potrzebne.
Mam nadzieję, że drogi tej znajomości szybko nam się nie rozejdą. 

 Ja z Basią podczas kuchennego wieczoru

A jeśli chcecie zobaczyć trzecią osóbkę, która kryje się pod drugiej stronie obiektywu, wejdźcie tu:
http://www.flickr.com/photos/hania/

poniedziałek, 18 lutego 2008

Miałam iść z Basią na Lirykożerców do Teatru Narodowego - widowisko multimedialne poświęcone Herbertowi, o którym trąbili od tygodni -  ale mi trochę  nie wyszło.

Bo najpierw po drodze zaszłam do Arkadii, z której wyczłapałam się po godzinie  z dwiema parami butów wściekła, że zamiast poświęcać się wysokiej kulturze, marnotrawię czas na cholerne zakupy. Potem dotarłam do domu, wzięłam kąpiel i postanowiłam porozkoszować się pustym mieszkaniem, bo to rzadki rarytas w moim życiu. (Andrzej dziś pije na mieście z kumplami)
Z przyjemnością puściłam sobie Trójeczkę zamiast strzelaniny, która dochodzi z Andrzejowych głośników komputera i usiadłam do Matyldy, mając pod ręką mój najukochańszy smakołyk, czyli ser kozi z winogronami. I w ten sposób dobrnęłam do później nocy i do końca kolejnego rozdziału, w którym rodzina Matyldy wylądowała na lodzie. Teraz zaczynam pisać drugą część, aby familiję jakoś z tych tarapatów wyciągnąć, bo w końcu miała być komedia, no nie?

No właśnie, dlatego uciekam i wracam do pisania.
A wam Fistaszki, życzę przyjmnej nocy.
Ciao!

niedziela, 17 lutego 2008

Wczoraj w Łazienkach mieliśmy niezłą frajdę, bo postanowiliśmy, że nie będziemy jak wszyscy fotografować pawi, wiewiórek i kaczuszek, tylko zrobimy sekwencję klatek do filmu szpiegowskiego. W skrócie mówiąc, jak byłam szpiegiem i czatowałam w Łazienkach na Andrzeja, żeby go zabić. Gdzieś w międzyczasie pojawiło się pożądanie, ale jednak obowiązek morderczyni ostatecznie zwyciężył.

Oto kilka kadrów z naszego filmu:

Niczego nieświadom A. wybrał się na sobotnią przechadzkę


Ona niepostrzeżenie podążała jego śladem




Chowając się za pobliskie drzewa, nie spuszczała go z oka


Usiadł na ławce, aby podziwiać piękną architekturę pałacu

Przyczaiła się za najbliższym posągiem


To był dla Niej doskonały moment

Z zimną krwią wpakowała mu kulkę w potylicę - morderczyni spełniła swój obowiązek .

THE END!

sobota, 16 lutego 2008
Plan na weekend był taki:  leżę, czytam Vargę i oglądam filmy, które wypożyczyłam:
Grbavica, Malowany welon i 300 - ten ostatni to gest łaski wobec Andrzeja.

Ale że na dworze jest tak pięknie i słonecznie - biorę aparat i zmykamy do Łazienek.

Przyjemnej soboty Kochani!
piątek, 15 lutego 2008

Choć do Walentynek mam stosunek luźny, wczoraj bardzo przypadkiem spędziliśmy świetny wieczór.

Najpierw poszliśmy na "Pokutę" do Kinoteki i po raz kolejny przekonałam się, że hollywoodzkie kino genialnie zaspokaja potrzebę obcowania z ładnymi obrazkami. Amerykanie tworzą filmy, których nadrzędnym celem jest sprawianie widzowi przyjemności. I rzeczywiście film był przyjemny - piękna aktorka, piękna miłość, wielki dramat i wielka przyjemność wzruszenia. Bo wzruszenie musi być, więc "Pokuta" również -  jak na hollywoodzkie produkcje przystało - ściskała za gardło i wyciskała łzy.

Po kinie wybraliśmy się na świetną kolacyjkę do Oberży na Chmielnej i wtedy dopiero naprawdę się wzruszyłam, bo Andrzej wręczył mi bajkę. Spisane dzieje "Piskliwych Głosików", które wędrowały po górach, były z Mózgiem na spływie kajakowym, a teraz borykają się z Wiedźmą Etatą. Piekne!

I właśnie przez to, że wczoraj po północy chłonęłam jeszcze bajkę, dziś ledwo żyję i przeżywam prawdziwy kryzys, z którego ratuje mnie tylko piękne poranne słońce.

***
DESPERATKA
W mojej firmie jest pewna boska osóbka - pracuje na recepcji, jest o dekadę młodsza i gdyby bardzo w skrócie ją podsumować nasza S. jest taką troszkę Dodą o gołębim sercu.

S: Aga, dziś są Walentynki, a ja nie mam chłopaka! I co ma zrobić?
Ja: Kochanie, daj spokój, ja na przykład idę sobie do kina.
S: No tak, ale Ty idziesz do kina z chłopakiem.
Ja: No tym razem idę z chłopakiem, ale często też chodzę sama.
S: Sama?! O nie, ja aż taką desperatką nie jestem.

czwartek, 14 lutego 2008

Ostatnio z warszawskimi babeczkami dość często przerabiamy temat wewnętrznej małej dziewczynki, którą każda z nas w sobie nosi. Moje mądre koleżanki już wiedzą, że najważniejsze, aby tę małą dziewczynkę zaakceptować, dopieścić i dotulić. Bo gdy mała dziewczynka poczuje się spełniona i szczęśliwa, wówczas duża dziewczynka, czyli kobieta, będzie bardziej spójna, a nie rozdarta pomiędzy tym, co chce mała, a czego pragnie duża.

Nie pogubiliście się jeszcze?
Bo ja trochę:)

W każdym razie myślę sobie o tej mojej małej dziewczynce i wydaje mi się, że daje jej wszystko, co mogę dać. Z drugiej jednak strony odnoszę wrażenie jakby  moja dziewczynka była strasznym rozbójnikiem, który jest wiecznie nienasycony i żądny przygód. I choć właściwie na co dzień się dogadujemy, to od czasu do czasu przychodzi taka chwila, że mała dziewczynka zaczyna mi się wyrywać spod kontroli, tupie nogą i widzę jak jej się oczy świecą, żeby pójść w nieznane, zaczerpnąć czegoś nowego, znów pobalansować na krawędzi.
I może mi powiecie, co ja mam wtedy zrobić?
Bo przecież nie posadzę jej przed telewizorem, ani nie kupię malinowych lodów na pocieszenie. Ta mała wewnętrzna rozbójnica nie da się tak łatwo oszukać. Ona naprawdę wie, czego chce, a ja... duża dziewczynka wiem na pewno, że to ani mądre, ani rozsądne.
I póki co jeszcze ja tu mam ostatnie zdanie.

I jak tu osiągnąć wewnętrzną spójność moje Panie?

***
Elokwentna filolożka
Leżę na kanapie i czytam "Nagrobek z lastryko". W pewnym momencie bezwiednie rzucam w przestrzeń:
- Ten Varga jest genialny! Niby nic się nie dzieje, a wciąga jak cholera.


***
Zauważyliście już pierwsze zielone pąki?

Tylkowski

środa, 13 lutego 2008

A dziś poszłam do pracy na piechotę - z placu Narutowicza do Teatru Komedia na Żoliborzu, z muzyką w uszach, wcale jest aż tak daleko - jakieś 70 minut marszu. I można się poprzyglądać Warszawie, wejść w uliczki, które na co dzień się omija, popatrzeć na piękne kamienice. Fajne to jest. Poza tym szybki spacer wprawia w niczym nieuzasadnioną, ale bardzo przyjemną euforię.

No dobra, ale ja tu gadu, gadu, ale nic nie wspominam o tym, że wczoraj Hanka zaciągnęła mnie i Basię na Chłodną, gdzie chwilę posiedziałyśmy, zjadłyśmy tosty i Basia - od wczoraj ochrzczona Tyranizatorem - zapragnęła już-natychmiast-albo jeszcze prędzej - pokazać nam swój film pt. Amerikan drim, o tym jak cztery panny wybrały się za wielką wodę w poszukiwaniu przygody.
Pojechałyśmy więc do Haneczki, która znalazła jakieś resztki whisky i wina, zrobiła nam herbatkę, wyszperała delicje i  usiadłyśmy w klimatycznej kuchni, gdzie...

najpierw obejrzałyśmy film, który przypomniał mi moją londyńską eskapadę z Ramzesem, potem obrobiłyśmy tyłki znajomym z pracy, a jeszcze później rozgadałyśmy się o facetach i o tym, czego chcemy, a czego nie chcemy i jaki jest związek między marzeniem a rzeczywistością oraz jak się mają ideały do stanu faktycznego. 

Fajnie było jak to zwykle bywa z interesującymi kobietkami, a nasiadówy w kuchni - wiadomo - rzecz boska! 


A to ściągnięte od mojego ulubieńca - www.fizgal.blox.pl

poniedziałek, 11 lutego 2008

Miało być o męskim erotyzmie i będzie.
Gdybym miała spróbować skategoryzować mężczyzn pod względem podejścia do kobiet i seksu, podzieliłabym ich na dwie grupy. Ten podział jest o tyle ważny, że choć pozornie dotyczy seksu, w gruncie rzeczy dotyczyć może w ogóle podejścia do życia.

MĘŻCZYZNA NATURALNY
Pierwszy typ mężczyny to taki, którzy raczej nie wygląda na kobieciarza, choć kobiety go lubią - za naturalność, nienachalność i możliwość prowadzenia rozmowy bez podtekstów. Taki facet jeżeli podrywa, robi to zwykle dyskretnie i z taktem. Natomiast kiedy poczuje się pewnie, bywa odważny i pełen fantazji. Seks z nimi jest często namiętny i bardzo spontaniczny. Tacy mężczyźni rozkoszują się kobiecością samą w sobie - nie potrzebują gadżetów i dodatkowych atrakcji. Kobieta w swojej naturalności jest dla nich największą podnietą, dlatego zbliżenie z takim mężyczną wyczerpuje. Zostaje po nim pot i łzy - rozkoszy oczywiście. I uwaga! Mężczyzna Naturalny jeżeli dotyka, to po to, aby sprawić przyjemność kobiecie, ponieważ jej satysfakcja stoi na pierwszym miejscu i jest świadectwem jego sprawności seksualnej.

PLAYBOY FETYSZYSTA
Drugi typ mężczyzny to Playboy Fetyszysta, czyli kolo, który kobiety lubi i lubi im to okazywać. Zwykle miewa też duże powodzenie. Taki facet szybko przechodzi do akcji, bywa bezczelny, ale co najważniejsze - kobiety traktuje przedmiotowo. Uwielbia im sugerować, jak się mają malować, w jakich sukienkach chodzić i że najchętniej szpilki i pończoszki. Seks z takim mężczyną jest zawsze wyważony i sprowadza się do wykonywania jego poleceń. Teraz się wygnij, wypnij, wypręż, potem na boczku, później brzuszku, nóżka w górę, nóżka w dół, w bok, w przód. Taki mężczyna nie ma ochoty Cię rozebrać, bo bardziej go podniecasz w bieliźnie, a wszelkie inne formy gadżeciarstwa są mile widziane. Jest jedna korzyść - na pewno się nie spocisz, bo on będzie daleko. Playboy Fetyszysta jest 100-procentowym wzrokowcem i najważniejsze dla niego, abyś się dobrze prezentowała. Taki facet jeśli dotyka, a tutaj bardziej pasuje słowo "obmacuje", to zwykle przypomina to ugniatanie ciasta do pierogów i w przeciwnieństwie do Mężczyzny Naturalnego - na pewno zwróci uwagę, że odrastają Ci włoski w okolicach bikini i chyba na Twoich pośladkach pojawił się cellulistis.
***

Wybór Drogie Panie zależy od nas.
A dlaczego o tym piszę?
Bo miałam okazję poznać pewnego playboya i nie trzeba mi było zbliżenia, żeby przyporządkować go do jednej z powyższych kategorii. Nie trzeba mi było również zbliżenia, żeby się przy nim poczuć apetycznym kąskiem i niczym więcej. Ale wiecie, co mnie najbardziej wkurza w tego typu facetach? Że zachowują się tak jakby wszystkie kobiety były ich własnościami.

niedziela, 10 lutego 2008

Dzięki wizycie Walerki i Szymona spędziłam naprawdę kulturalny weekend - wszystkiego było akurat.

W sobotę wybraliśmy się na nieoczekiwanie świetny spektakl "Gardenia" do Laboratorium Dramatu. A rzecz była o toksycznych kobiecych relacjach w rodzinie. W rodzinie, w której mężczyźni są nieobecni, a kobiety z pokolenia na pokolenie przekazują sobie skazy. Cztery kobiety: babka, matka, córka i wnuczka - każda inna, ale każda zdeterminowana chęcią odróżnienia się do własnej matki. Ciężki, ale doskonale ujęty temat, a do tego - nie ma możliwości, abyśmy nie odnaleźli tam fraz, które słyszeliśmy od matek, babek czy ciotek. Naprawdę gorąco polecam.

Po spektaklu natomiast wylądowaliśmy w jazzowej części Tygmontu, a potem jeszcze były Zakąski i piwko w Browarmii, ale że Szymon przysypiał, a reszta też już ledwo na oczy patrzyła, zawinęliśmy się do domu.

I dziś - świtem koło południa - wyruszyliśmy do CSW na wystawę Borowczyka. Pomijając wysoki poziom abstrakcji,  można było tam znaleźć kilka perełek. Najlepiej jednak zacząć od obejrzenia projekcji jego filmów. Miał chłop fantazję, a i temperametu też mu nie brakowało.

Uwieńczeniem wizyty był Chińczyk CO TU w pawilonach, gdzie zderzyliśmy się ze słynną i śliczną pogodynką Omeną. A zatem poznańskie towarzystwo dostało od nas Warszawę w pigułce - było trochę kultury i trochę rozrywki, i nawet celebrities przypadkiem się napatoczyło. A w ogóle to strasznie fajnie mi było ich zobaczyć i móc sobie gadać i gadać, i gadać, a czasem móc milczeć, tak jak się milczy tylko z najbliższymi.

I w ten sposób opisałam minione dwa dni, a tak naprawdę chciałabym podzielić się z Wami pewną refleksją na temat męskiego erotyzmu. Ale w takim razie przesunę ten temat na jutro.

Dobranoc.

piątek, 08 lutego 2008

Jeśli nie piszę to zawsze z dwóch powodów:
albo nie piszę, bo pracuję,
albo nie piszę, bo nie pracuję.

Proste, prawda?

Dziś na przykład wzięłam urlop i spędziałam całkiem urocze przedpołudnie - w łóżku i popołudnie - gdzieś indziej. Ale to zachowam w tajemnicy, żeby nie było, że o wszystkim mówię.

Teraz natomiast biorę się do pracy, ponieważ dostałam ekstra zlecenie od jednego z klientów. Napisać kilkanaście wierszy o jego koleżankach z działu. Nieźle co? Nie widziałam kobiet na oczy, a mam o nich pisać. I do tego hurtowo. To się nazywa szczyt chałturzenia, ale jakoś nie potrafiłam odmówić.

Wieczorem wypijemy sobie winko, a jutro przyjedzie Walerka z Szymonem i będzie fajnie. Stęskniłam się już za nimi i za wieściami z Poznania.

Miłego weekendu Smyki!

 

środa, 06 lutego 2008

Słowo na P

Spisuję wywiad z Krzysztofem Vargą i mam na końcu języka słowo, które idealnie by mi pasowało. To słowo chyba na "p". Nie "priorytet", ale też o czymś, co jest ważne. W końcu dzwonię do Baśki, bo kojarzę, że ona często tego słowa używa:

ja: Hej Basiu, jest takie słowo, mam na końcu języka, takie słowo dla określenia, że masz na coś ciśnienie. To słowo jest chyba na "p", a może nie na "p", cholera nie pamiętam.
Andrzej:(wtrąca się)  "parcie"?
Baśka: (w słuchawce)  "imperatyw"?

Nie muszę chyba mówić, kto zgadł?

***
Pomocnik psychologiczny

Dziś w "Polityce" ukazał się dodatek, który bardzo lubię: "Pomocnik psychologiczny", więc siedzę i czytam, i co jakiś czas komentuję. Andrzej - wylądował na zwolnieniu lekarskim i od rana gra w Wiedźmina i ogólnie jest tak jak co dzień - żadnych fajerwerków.

Ja: wiesz kochanie, tutaj napisali, że aby w związku nie wygasła iskra i namiętność, trzeba robić wspólnie jak najwięcej ekscytujących rzeczy.
Andrzej: (znad komuptera) uhmm... my przecież robimy... wieczorami

jakiś czas później - przed snem - wypalmy rytualnego papierosa na balkonie

Ja: ledwo żyję
 Andrzej: ja też słabo się czuję, nawet nie mam siły,  żeby Cię bzyknąć
Ja:ja też nie mam ochoty. W dzień miałam, ale mi przeszło.
Andrzej: Mi też przeszło. To, co? Darujemy sobie?
Ja: No to sobie darujmy.

Po czym powlekliśmy się do łóżka i prawie do północy chichraliśmy się z bajki, którą opowiadał Andrzej. A było jak zawsze o dwóch Piskliwych Głosikach i o tym, że drugi Piskliwy Głosik zapadł na ciężką chorobę, ale wiedźma Etata choć zwykle jest zła, sporządziła dla niego czarodziejski wywar, dzięki któremu można stworzyć artefakt o nazwie L4 i wtedy jest fajnie. Lecz wkrótce ów dobrobyt się skończy, bo skończą się rządy Wiedźmy Etaty i Piskliwe Głosiki zostaną poddane zaklęciu "własna działalność gospodarcza", a wówczas nie będzie magicznego wywaru i przyjemnego L4.

wtorek, 05 lutego 2008

Niektórym facetom to się wydaje, że jeżeli coś osiągnęli, a jeszcze w dodatku są idolami młodzieży i małolaty sikają na ich widok, to teraz im wszystko wolno.
Na przykład, wydaje im się, że mają prawo składać bezczelne propozycje nie do odrzucenia, które zelektryzują każdą kobietę.

Ale wiecie, co jest w tym najgorsze?

Że im się wcale nie wydaje. Tak po prostu jest.

Nawet moje bardzo rozsądne koleżanki odradzały pójście na niewinne spotkanie tylko do momentu, w którym dowiedziały się, z kim miałabym się spotkać.

Kobieto puchu marny!
I to jedynie dla tych motyli - tak złudnych przecież, a jakże przyjemnych.

***

Z innych wieści: byłam niedawno na wystawie Sasnala z Zachęcie. Uwiodły mnie dwa obrazy: "Patryk i Paulina" oraz "Perkusista". 
Chociażby dla tych dwóch - warto!


***
Z jeszcze innych spraw:
dramatycznie potrzebuję samotności - choćby na dzień, choćby na noc. Wczorajsze wypisywanki poniżej bardzo mi to uświadomiły.

Dobranoc Dzieciaczki,
idę spać i śnić.

Tak się jakoś utarło, że samotne kobiety marzą o dzieleniu z kimś życia, a te, które już swoje życie z kimś dzielą, bardzo rzadko przyznają się, że tęsknią za błogim byciem w pojedynkę.

A przecież każdy kij ma dwa końce i nawet jeśli się spotkają dwie połówki jabłka, pomarańczy czy arbuza, to zawsze gdzieś pojawi się szczypta żalu za utraconą wolnością.
Dlaczego o tym piszę?
Bo niedawno poznałam pewną fantastyczną kobietę (mam szczęście do super ludzi - wiem, wiem:), która uwikłała się w toksyczną miłość, niemalże kropka w kropkę taką jak moja sprzed kilku lat. Ale owa Osóbka okazała się mądrzejsza ode mnie, bo odeszła po roku, nie tak jak ja - po trzech. Niestety jak to z nami kobietami bywa - Osóbka dopiero rozpościera swoje przyklapłe skrzydełka, ale zamiast je w pełni rozwinąć, kuli je trochę z lęku, a trochę z samotności.
Dlatego wpadłam na pomysł, abyśmy spróbowali wypisać wszystko, czego brakuje tym, którzy są w związkach i wszystko, czym sycą się wolne ptaki.

Ja zaczynam:

Brakuje mi:

1.Wieczornego słuchania klubu "Trójki", bo Andrzej gra w Wiedźmina i muszę słuchać celtyckich przygrywek albo dialogów wiedźmina z krasnoludami i czarodziejkami, które go co rusz uwodzą.
2. Poczucia, że wracam do domu, o której chcę i mogę spontanicznie reagować na okazje, jakie daje mi kolejny dzień. 
3. Słuchania radia albo płyt do snu. Andrzej jako prawdziwy muzyk, najbardziej kocha ciszę:)
4. Całowania się pod bramą z kimś, kogo się poznało tego samego wieczora. (Nawet jeśli się nie całowałam, lubiłam mieć świadomość, że w każdej chwili mogę:)
5. Mobilizacji, aby wziąć się w garść i z dnia na dzień spakować plecak i gdzieś wyjechać.
6. Kołysania się przed zaśnięciem.
7. Wieczornego oglądania zaległych filmów z butelką wina. (Jak jest facet w chacie, to zanim się zje coś, zanim się pogada, zanim co - nie ma już czasu na filmy)
8. Świadomości, że nie znam jutra i że w każdej chwili mogę diametralnie zmienić swoje życie - na przykład wyjechać na misję do Afryki (i tak bym nie wyjechała, ale lubię mieć furtkę)

Jak mi przyjdzie coś jeszcze to dopiszę?
Teraz czekam na Was!

niedziela, 03 lutego 2008

Trzeci weekend pod rząd na imprezie, na której nie masz możliwości się bawić, nie możesz nic wypić i latasz jak ten frajer między garderobą a sceną, sceną a reżyserką, między klientem a podwykonawcą, podczas gdy Twoi bliscy popijają sobie wesoło piwko w miłym gronie i relaksują się przy chillaoutowej muzyczce.

Ale właśnie Ci bliscy popijając wesołe piwko, stracili niepowtarzalną szansę, aby zrobić rekonesans pt."jakie kreacje nosi współczesna bankowość". A momentami było na co popatrzeć - królowały loki, cekiny, brokaty niczym wprost z odpustowego bazarku. Pijąc piwko w zaciszu domowym, nie zobaczyliście również didżeja w masce sado-maso, który niczym weselny wodzirej co chwila wykrzykuje: ręce do góry i bawimy się, bawimy!".

A na pewno już nie mogliście przeżyć małej spinki pod sceną tuż przed koncertem gwiazdy. Ale nie przejmujcie się - ja wam opowiem.
Wybija 22.30, klientka wchodzi, aby zapowiedzieć wejście zespołu, zespół już czeka za sceną, ludzie skandują na parkiecie, a nagle okazuje się, że zaginął jeden z muzyków. Jak to zaginął? Normalnie. Poszedł siku i nie wrócił. Nie odbiera telefonu, zapadł się jak kamień w wodę. Prowadząca nerwowo podryguje, menadżer grupy wzrusza ramionami, bo co ma zrobić, tłum zniecierpliwiony szaleje. Zespół bez kompletu nie zacznie koncertu. Więc czekamy. Klientka na scenie, my za sceną. Pełna konsternacja, ale co począć? 
Tymczasem po 10 minutach okazuje się, że muzyk jest i był od dawna.  Stał i czekał na zapowiedź.
Tyle, że po drugiej stronie sceny.

Lecz najważniejsze co straciliście, oddając się wczoraj sobotnim relaksom, to sposobność namówienia Muńka na mały wywiad, podczas którego Muniek - jak na prawdziwego muzyka przystało - szybko porzucił sprawy merytoryczne na rzecz flirtu. Wśród kilku sprawdzownych i starych jak świat pytań-podrywów, padło na przykład:
"A jaki jesteś znak zodiaku?"

Bardzo uroczy facet - uwierzcie na słowo.

I jedyne, co zyskaliście, bawiąc się wczoraj w najlepsze, to fakt, że może się wyspaliście.
Lecz jest też prawdopodobieństwo, że macie również kaca.
A ja nie - bo w pracy nie pijam.

No i co? Chyba Was przekonałam, że nie ma nic lepszego niż praca w sobotni wieczór:)


A to ja, wczoraj po północy, w obiektywie Hanki.
Hanka za jakiś czas będzie bohaterką wystawy fotograficznej, którą zorganizuję dla niej w Olsztynie. Ale to za jakiś czas.

piątek, 01 lutego 2008

W moich konsumpcyjnych wojażach, które w gruncie rzeczy są dość miałke  i przynoszą jedynie chwilowe zadowolenie (ulotne jak przyjemność pierwszych dwóch kęsów Macburgera) od czasu do czasu zdarza się strzał w dziesiątkę. Do moich rąk trafia rzecz, którą cieszę się jeszcze przez następne dni, miesiące, a nawet lata.

Zwykle odbywa się to tak:

1. wchodzę do sklepu i nieoczekiwanie COŚ wpada mi w oko
2. przymierzam COSIA i utwierdzam się w przekonaniu, że to jest to. Tymczasem w głowie głos sumienia już mi szepcze, że właściwie rzecz jest mi zbędna i na pewno nie uczyni mnie szczęśliwszą
3. W odpowiedzi, sprawdzam cenę, łudząc się, że jeśli będzie tanio, przekonam sumienie o wyjątkowej okazji, jaka się nadarzyła
4. Cena okazuje się kilkakrotnie wyższa niż tolerancja zdrowego rozsądku
5. Odkładam grzecznie COSIA na półkę, wychodzę ze sklepu i przekonana o słuszności wyboru,  idę do księgarni, aby w nagrodzie pocieszenia kupić dobrą książkę.
6. Wracam do domu dumna ze swojej postawy i wyższa o moje wyższe potrzeby.

Dwa do trzech tygodni później...

Budzę się pewnego dnia i mówię sobie:
"pieprzę to! W końcu raz się żyje!"
I jeszcze tego samego dnia udaję się po COSIA i bez namysłu wykładam należność w kasie i wychodzę z upatrzonym COSIEM.

Kilka dni temu do elitarnej grupki COSIÓW, w której są już moje kowbojki, czerwona skórka sprzed roku, okulary i aparat, dołączyła czarna skórzana kurteczka. Cieplucha, wygodna i w ogóle... zajefajna!
Fotki niebawem.

A Wy Fistaszki? Jakie są Wasze COSIE?