..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 28 lutego 2007

Żeby nie było tak fajnie - musi być również niefajnie.

Od wczoraj prawie cały czas płaczę i pęka mi głowa.
No dobra, nie cały czas, bo widziałam się z Adusią, byłam na przedpremierze "Testosteronu" i na spotkaniu z Baumanem w Teatrze Ósmego Dnia, ale generalnie czuję się chujowo i gdy tylko mam okazję - leję łzy.

Dlaczego?

Ano dlatego, że miałam rozmowę z szefem podsumowującą miesiąc pracy i dowiedziałam się, że wejście w firmę super, zaangażowanie też, pisanie ok, ale redagowanie cudzych tekstów mówiąc krótko - po chuju. Że nie mam doświadczenia, że robię to nieprofesjonalnie, no i że go nie powalam na kolana.
Obiecał, że podpisze ze mną umowę na kolejne 3 miesiące, ale z dużym, bardzo dużym zastrzeżeniem. Co zabrzmiało: daję ci ostatnią szansę.
Po prostu.

A dla mnie to dramat.
Dramat dlatego, że to pierwsza praca, która mi się podoba tak naprawdę. Dramat dlatego, że w końcu udało mi się pracować w dziedzinie, którą kocham, czyli w języku i co się okazuje?  
Że lepiej szedł mi marketing, o którym nie miałam pojęcia, babranie się w ekonomii czy pozyskiwanie sponsorów, czego nie cierpiałam.
I dotychczas w robotach, które mi wisiały, potrafiłam się sprawdzić, a jak mi zależy to nagle kanał.
I jak się nie załamać?
To się porozkoszowałam dobrą passą, nie ma co. 

Jak dorwę tego, kto wymyślił, że raz na wozie, raz pod wozem to normalnie utłukę - obiecuję!
A potem utłukę Elkę -czarodziejkę, która mi przewidziała, że dobra passa dopiero od 28 roku życia. 
Jak ja wytrzymam jeszcze1,5 roku nieustannej szarpaniny? 


wtorek, 27 lutego 2007

Uparte Zwierzę www.aselniczka.blox.pl

Wmanewrowała mnie w łańcuszkową zabawę, w której każdy blogowicz publikuje 5 swoich sekretów.
Oto one:
Lecimy chronologicznie:

1. Gdy byłam mała straszliwie bałam się morderców i złodziei, dlatego gdy zasypiałam, kładłam się na brzuchu, wkładałam ręce pod poduszkę i waliłam w nią głową, wierząc, że to przestraszy morderców i potwory. Tak mi zostało do studiów, a i teraz też czasami się zdarza:)

2. Kiedy miałam 7 lat z moją starszą o 3 lata koleżanką bawiłyśmy się nago w lekarza – głaskałyśmy się tu i tam i było to bardzo przyjemne.

3. To było jeszcze w podstawówce - moja kuzynka powiedziała mi, że jej babcia nie lubi zwierząt, tak mnie to wkurzyło, że zadzwoniłam do niej i przez chusteczkę powiedziałam: „nie lubisz zwierząt, więc zginiesz, zamorduję Cię!” Chwilę później owa babcia zadzwoniła do mojej mamy i musiałam ją przeprosić.

4.Byłam na trzecim roku studiów i pojechałam jako opiekunka na obóz harcerski i tam zakochałam się w 16-latku. Pewnej nocy zabawialiśmy się w dużym wojskowym namiocie, leżąc nago na ziemi, a tu nagle włażą dzieciaki, które stały na warcie, świecą nam po oczach latarkami i krzyczą: co się tu dzieje!!!
Myślałam, że umrę ze wstydu, a z 16-latkiem byłam jeszcze cały następny rok:)

5. Kilka miesięcy temu pojechałam do Tesco po zakupy i przy okazji kupiłam sobie torbę podróżną. Babka przy kasie od początku myślała chyba, że ta torba to jest moja prywatna i mi za nią nie policzyła, a ja się nie przyznałam. Więc jak przekroczyłam wszystkie bramki i wyszłam z Tesco to dumna ze swego wyczynu zaraz obdzwoniłam wszystkich znajomych.

A ja do zabawy nawołuję:
Kroolevnę – www.kroolevnashnieskha.blox.pl

Depreskę – www.depresjonistka.blox.pl

Wiolinkę – www.wiolinka9.blox.pl

I Franicee – www.menelek.blox.pl

A może jeszcze ktoś ma ochotę?


poniedziałek, 26 lutego 2007
Znów wróciłam późno z pracy- do środy musimy zamknąć numer.
Jedyna moja nagroda to sałatka, którą zrobiłam w 8 minut, winko - mniam, mniam, Teatr Tv o ojcu Górze, który właśnie oglądam, no i najnowsza powieść Gretkowskiej "Kobieta i mężczyźni".
Dlatego zaraz wskakuję do łóżeczka i zapominam o bożym świecie!

A za cztery dni przytulę się do A. i wtedy dopiero naprawdę zapomnę:)

niedziela, 25 lutego 2007

Wyleniłam się za wszystkie czasy!
Przez całą sobotę i niedzielę z nikim się nie spotkałam, nigdzie nie byłam, z wyjątkiem wczorajszego wieczoru, kiedy sąsiedzi - w ramach integracji - zaprosili mnie do siebie na kolację i drinka. Wróciłam po północy z poważnym szumem w głowie.

Co poza tym?
Obejrzałam sobie "Diabeł ubiera się u Prady" i "Gnijącą pannę młodą", przeczytałam najnowszą "Lampę", "Zwierciadło" i "A4",
postepowałam na steperku całe 50 minut,

zrobiłam porządek w rachunkach
i posprzątałam "Marcinkę" tak, jak nie robiłam tego od czasu jej kupna. Nawet lodówkę odmroziłam.
***
To chyba mój pierwszy weekend, kiedy byłam sama na własne życzenie i było mi z tym super.
Mam w sobie całkowity spokój i poczucie spełnienia. Tęsknię za A., ale wiem, że on jest, nawet jeśli daleko - to bardzo blisko. Wiem, że myśli, że tęskni, że jestem dla niego ważna. To daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Mam pracę, która mi się podoba i choć jeszcze wiele muszę się nauczuć, wiem, że tego chcę i że chcę tam być.
Po raz pierwszy od dawna - czuję się szczęśliwa i spokojna.
Nie telepie mnie, nie rozsadza, nie nosi.
Mam spokojne sny.
Dobranoc kochani.
Szczęście przychodzi zawsze z zaskoczenia, a czekając na nie, warto pamiętać, że
*jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś tam nie było:))

*to z jakiegoś sobotniego polskiego serialu:) ale ładne

sobota, 24 lutego 2007

Nie pojechałam w ten weekend do Warszawy, bo muszę warować pod telefonem. Naczelna zatwierdza magazyn i trzeba być na wyciągniecie ręki. Poszłam wczoraj z Jozi do ZAKa na imprezkę mojej ex-roboty. Sympatycznie było zobaczyć niektóre buźki, ale czuję, że domatorska filozofia A. zaczyna mi się udzielać.
Nie chce mi się ostatnio wychodzić z domu - tu mam wszystko, a jeśli już wychodzić to najchętniej do kina, spotkanie literackie, ewentualnie jakieś spokojne, przytulne piwko - żadnych szaleństw i tańców. Może te efekt zimy, a może poprzednich 5 dni pracy, kiedy zasuwałam do 20.00.  
Niemniej - warto czasem wyjść, aby usłyszeć takie dialogi. Najlepsze - jak zwykle w damskiej toalecie:

Dwie panny zamknięte w sąsiednich kabinach:
- Ty, ale co ona w nim widzi?
- Jak to co? Kutasa w nim widzi.
- Eeee.. no coś Ty, jeszcze nie poznała go od tej strony.
- Ale na pewno wyczuła ręką
.

***
Wracamy z Jozi:
Jozi: Bo ja Agnieszka to nie mam zwyczaju przed każdym rozkładać nóg.
Ja: Jasne, rozkładasz tylko wtedy, kiedy masz okazję.
Jozi: Nie moja droga. Rozkładam wtedy, kiedy kiedy mam ochotę. A że ochotę mam zawsze, kiedy mam okazję to już inna sprawa.  

czwartek, 22 lutego 2007

Niedawno dowiedziałam się od znajomych, że mój ex, z którym byłam kilka dobrych lat, jeżeli rozmawia o mnie, nigdy nie używa mojego imienia, ale wyraża się per "dziwka".
Zaszokowało.
Na tyle, aby zadać sobie pytanie, co ja z tym człowiekiem robiłam tyle czasu?
Choć w sumie nie powinno mnie to zdziwić, bo nigdy mnie nie szanował.
Najgorsze jednak jest to, że tak trudno komukolwiek wytłumaczyć traumę, jaką mi zgotował. Bo to, że ma swoje wady - wie każdy.
Lecz nie każdy zdaję sobie sprawę, jak wielką przemoc psychiczną można zastosować na innym człowieku, o siniakach po szarpaninie nie wspominając.

Teraz, kiedy o nim myślę, już z perspektywy i dystansu, widzę wszystko bardzo wyraźnie. Tysiące słów, które podcinają skrzydła, ranią i rujnują poczucie własnej wartości. 
I największym absurdem tej sytuacji jest fakt, że nie uderzał w czułe punkty, ale krytykował wszystko i podważał wszystko, co ja uważałam za piękne.

"Nie jesteś kobieca",
"Spójrz na tamtą dziewczynę, szkoda, że nie jesteś taka zgrabna",
"Moja była kobieta chodziła na solarium, zacznij też"
"Wiem, że lubisz swoją pracę, ale zobacz, jak nędzne pieniądze zarabiasz",
"Dobrze się bawisz w Londynie? No tak, ale jesteś tam tylko zwykłym robolem"

Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale nie chcę powracać do tamtych koszmarów. Ale mimo to, nie potrafię go nienawidzić, bo wiem, że wychodziły jego kompleksy i słabości, że przelewał na mnie swoje zgorzknienie i poczucie niższości.

Wiem i potrafię zrozumieć, dlatego nie będę mówić o nim per "chuj", choć to pewnie byłoby najbardziej adekwatne.
Nie, on ma swoje imię.
I bardzo mu współczuję, że musi ze sobą żyć.


środa, 21 lutego 2007

No i zajebiście - to sobie poszłam na Manię.
Nie, nie poszłam, bo wróciłam z pracy o 20.30.!!!!!!
Dobra, fajnie było, już wiem, co to znaczy pracować po godzinach w agencji, zasmakowałam, ale dziękuję, to nie moja cup of tea.
Nie, żeby było źle - bardzo mi się podoba, ale jeszcze bardziej podoba mi się wychodzenie z pracy o 16.30 i tego się trzymajmy.

Padam na buźkę więc dziś załączam dwa komiksy ze świetnych świeżoodkrytych blogów graficznych:


www.porysunki.blox.pl

i trochę ostrzej, bo za tym baaardzo mi sie tęskni:)
www.boli.blog.pl

wtorek, 20 lutego 2007

Wreszcie czuję, że pracuję w agencji reklamowej. Wyszłam z pracy o 19.40. To się nazywa prawdziwa praca. W tym tygodniu zamykamy designersko-lifestylowy magazyn i dziś cały dzień pisałam o jakichś snobistycznych gadżetach, trendach i nurtach i prawie sama uwierzyłam, że jeśli się im nie poddam, nie będę wystarczająco fajna. A mówiąc serio - to świetne doświadczenie pisać o czymś, o czym się nie ma pojęcia i przekonywać innych, że muszą to mieć:))
***
Jest 22.22 i właśnie wyszli ode mnie goście, więc zamierzam chociaż dziś położyć spać przed północą. Nie mogę napisać, kto u mnie był, ale spędziliśmy całkiem miły i wesoły wieczór. A dlaczego nie mogę napisać???
Bo szpiedzy są wśród nas. A to było bardzo konspiracyjne spotkanie:))
***
Kompletuję listę osób na jutrzejszą Manuelę:
Ja,
Ramzes,
Walerka,
Gruszka??
Jozi??
Kto jeszcze?

Wyższa Szkoła Dziennikarstwa, ul. Kutrzeby, Poznań, godzina 19.00

poniedziałek, 19 lutego 2007

Byłam dziś na spotkaniu z Pawłem Huelle - uroczy facet, choć muszę ze skruchą przyznać, że trochę odwykłam od monologów i z lekka mi sennie było.
W ogóle złapałam chyba lenia, bo po intensywnych weekendach z A., w tygodniu nie mam ochoty nigdzie się szwędać, co oczywiście wychodzi mi średnio, żeby nie powiedzieć - do dupy.

Wreszcie przysłano mój steperek, więc już nawet nie muszę opuszczać chaty, żeby poćwiczyć. W ogóle mam coraz mniej powodów do opuszczania domu. Dzięki gg, komórce i stacjonarnemu mam kontakt z ludźmi, kablówka dostarcza mi informacji i rozrywki, filmy ściągam osiołkiem, ćwiczę na steperku, uhodowałam stos nieprzeczytanych książek i mam zapas żarcia. Dlatego jutro - goście przychodzą do mnie, a ja nawet nie wychylam nosa. A co.  

A w środę...
W środę podobno przyjeżdża do Poznania Manuela i będzie spotkanie Partii Kobiet. Czy pójdę? Toć ba. Dla Manueli zostawię nawet moją "Marcinkę", a co!:)

ps. Frr umówił się z M. Przysięgam, że nie przyłożyłam do tego ręki. Jedyne, co zrobiłam, to powiedziałam jej przed imprezą, że pasują do siebie i na pewno wpadną sobie w oko. I wpadli.
Jeszcze chwila, a otrzymam dyplom czarowicy. Jak słowo daję.

***
A teraz, włączam Yukimi Nagano, w której się zakochałam i idę spatki - bo w pracy mamy kosmiczny zapieprz. 
Dobranoc Fisataszki Moje Poniedziałkowe!
 


Yukimi Nagano - Koop
www.koncert.net.pl

No i po weekendzie.
Dorosłe życie to życie weekendowe. Tydzień jest po to, aby przetrwać. Szczególnie, gdy ktoś za kim się tęskni, jest gdzieś daleko.
Ale to nic.
Po prostu trzeba się w poniedziałek rozpędzić, aby szybko dotrzeć do piątku:)

Dochodzi godzina 8.04 - uciekam do pracy.
Buziaki na dobry początek tygodnia!

ps. w sobotę byliśmy z A. na imieniowej imprezce Frr. Walerka w kółko powtarzała, że podziwia A., że się tam zjawił. Nikt nie może (ja również:)) pojąć, jak to jest, że mamy z Frr tak dobre relacje i że naprawdę nas nic nie łączy. Ale spokojnie. Na imieninach były wszystkie byłe jego dziewczyny i kiedy ktoś w końcu wyraził jakąś swoją wątpliwość na ten temat. Frr spojrzał tylko, bezradnie rozłożył ręce i powiedział:
- co mam zrobić, że ja je wszystkie lubię?

piątek, 16 lutego 2007

tak jak myślałam - jestem opuchnięta i wyglądam jak kalafior...:)

czwartek, 15 lutego 2007

Byłam dziś na pięknym i bardzo wzruszającym filmie pt. I'm Sam z Michelle Pfeifrer i Seanem Pennem o upośledzonym ojcu wychowującym samotnie córeczkę.
Cudne kino, ale spłakałam się na nim tak okrutnie, że jutro będę wyglądać jak napuchnięta dynia.
Ponoć film będzie w weekend w TV. Obejrzyjcie koniecznie!

Dzisiejszy seans odbywał się u S. w mieszkaniu, gdzie mieści się jego fundacja i studio filmowe. Strasznie fajny klimacik, zbieranina sympatycznych ludzi, którzy przyszli za sprawą poczty pantoflowej. Herbatka, piwko, przyjazny klimat, aż chce się tam zostać dłużej i siedzieć, gadać, pić herbatę i czekać na świt.

Ale niestety - dochodzi północ i odpowiedzialni dorośli idą spać.
Dobranoc! 

środa, 14 lutego 2007

Tak się zastanawiam, ile pada teraz czułych słówek, ile pocałunków i wyznań, bo ja siedzę sobie w chatce z moim kotem i... oglądam "Zakochanych".
Przyznaję - mam słabość do tego filmu, bo to chyba jedna z najlepszych polskich komedii romantycznych, a jak wiadomo - nasze kino nie jest w tym mocne. Jest coś w tym filmie, co mnie rozwala. Nie wiem co. A może wiem:)  No i rewelacyjna Beatka Tyszkiewicz!
Ale obiecuję, że zaraz, jak się skończy - poczytam - dla wyrównania poziomów:))
***
Z okazji Walentynek przytoczę pewną sytuację, jaka całkiem niedawno przydarzyła mi się z Dusią. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek o tym już wspominałam.

Pewnego dnia pewien artysta, w którym podkochiwała się Dusia przyjechał do Poznania i jakoś w rozmowie telefonicznej zaprosił ją do siebie do hotelu. Było to chyba ich pierwsze spotkanie tetate. No i Dusia mi relacjonuje:

- Wiedziałam, że jak zostanę z nim sam na sam, to w życiu mu się nie oprę, a pewnie sama prędzej się na niego rzucę. I wiesz co zrobiłam? Po prostu poszłam do niego nieoglona. Dzięki temu, wiedziałam, że nawet gdybym była na maxa napalona, pijana i zamroczona - w życiu się przed nim nie rozbiorę. I on mnie trzymał za rękę, a ja miałam na niego taką ochotę, a mimo wszystko nic się nie wydarzyło. Mówię ci - to najlepszy środek antykoncepcyjny.

I powiedzcie, że kobietki nie są najsłodszymi istotami tego świata?

Dziś w pracy miałam mega zakręcony dzień, a zaraz jak wróciłam, otuliłam się szczelnie ciepłkiem, próbując leczyć się domowymi sposobami. Potem przyszła Karola i ubawiła mnie opowieścią o 5 facetach, z którymi się spotyka równolegle i którzy nie widzą poza nią świata. Powiem szczerze, kiedy słuchałam jej opowieści musiałam mieć wyraz twarzy podobny do pyszczka wigilijnego karpia. Bo co ta kobieta robi z mężczyznami to się w mojej głowie zupełnie nie mieści!

Ale wróćmy na chwilę do pracy - miałam dziś kilka spotkań i dzień był wyjątkowo intensywny. I kiedy tak słuchałam rozmów, które toczą się w mojej obecności, doszłam do jednego wniosku - totalny brak konkretu. Każdy gada w innym języku, nadają na różnych falach i gdzieś zupełenie się rozmijają w toku myślenia, nigdy nie dochodząc do ostatecznego wniosku.  
I kiedy tak sobie myślałam o tym braku konkretu, to wreszcie uchwyciłam, dlaczego m.in. tak mi dobrze z A.
Powiecie, że powód banalny, ale dla mnie jednak bardzo istotny.
A. jest konkretny. Jeśli obiecuje, to obiecuje. Jeśli ma zadzwonić to dzwoni, napisać - pisze i co więcej - nigdy nie porzuca kontaktu bez konkretnego ustalenia, kiedy następny raz się zdzwonimy, kiedy napiszemy, kiedy się spotkamy. Niby taki detal - ale daje niesamowite poczucie bezpieczeństwa!

A w ogóle to ja, mimo że humanistka, konkret kocham namiętnie - w rozmowie, pracy, filozofii i sztuce. Bo konkret to wartość, o którą można się zaczepić, która jest namacalna i można ją naprawdę poczuć. Reszta zdaje mi się li i jedynie bełkotem.

Dlatego - konkretnie kończę. Już północ. Zaczyna się Dzień Zakochanych. Dobranoc:)

ps.
Acha - dziś cały dzień obżerałam się bezkarnie, bo mówię sobie, co tam, przecież dziś będę miała steper, więc luz.
A tu co?
Nie doszedł jeszcze!!!

poniedziałek, 12 lutego 2007

No i było za dobrze - siadł mi pęcherz.
Kobietki, czy Wy też macie ten problem - po udanym weekendzie na przykład? Bo ja permanentnie i już zaczyna mnie to poważnie wkurzać.

Ale ok. Wybaczcie tę fizjologię.
Co prawda takich tematów na blogu nie przewidziałam, ale jak widać życie to nie tylko spotkania towarzyskie, doznania artystyczne i damsko-męskie rozkosze. Czasem zdarzają się również mniej wzniosłe skutki tych ostatnich:))

Ale nie o tym. Zamówiłam dziś w internecie steperek i jutro powinnam go mieć za jedyne 220 złotych. Normalnie w życiu bym się na taki wydatek nie szarpnęła, ale sprawdziłam stan konta i się okazało, że przejadłam w tym miesiącu straszną kasę i aby nie przejeść tej niewielkiej reszty, która mi została, postanowiłam zainwestować ją w coś pożytecznego:)

Ot taka kobieca logika:)

Z innych zdarzeń - moi rodzice pojechali wczoraj po szczeniaki - foxterriery - Bolka i Lolka, bo im się zamarzyło dużo psów. Dlatego w tej chwili nasz inwetntarz wiejski to pies Leon oraz Bolek i Lolek. Na wiosnę do wesołego grona dołączy jakiś pies ze schroniska. Jak zapowiedziała moja Mama: najbardziej  stary, niedołężny i chory, czyli taki, którego już nikt nie zechce.
A teraz co chwilę dzwonią do mnie i zdają mi relację, że Bolek to urwis, a Lolek agresor i tyle z tego radości, że głowa mała.
Lecz, kiedy im mówię, że w ten sposób rekompensują sobie brak wnuków, to jakoś dziwnie się złoszczą:))

niedziela, 11 lutego 2007

I pojechał...
Te kilka minut, kiedy idziemy razem na dworzec mają w sobie taki ładunek smutku!

A ostatni pocałunek, ostatnie spojrzenie, gwizdek konduktora - choć pewnie kiczowate - są tak rozdzierające, że czuje jak pętla zaciska mi się na gardle i mam ochotę rozpłakać się na znak sprzeciwu.

Na szczęście - to trwa tylko jakiś czas, a potem sobie uświadamiam, że niedługo spotkamy się znowu, że on jest - tylko trochę dalej, że świat jest cudny, a ja szczęśliwa.

I wtedy z kolei ta dobra passa - fajny facet, super robota, zdrowie, rodzina i przyjaciele - jest tak dobra, że nie ma mowy - za chwilę coś pierdolnie.

A może jednak nie? W końcu mi też należy się odrobina spokoju:))

Idę spać. Dobranoc:)

ps. Jutro jadę kupić sobie steper - w ramach przygotowań do wiosny:)

Za pięć dni będzie piątek:)

sobota, 10 lutego 2007

Witam w ten sobotni poranek - słoneczno-pastelowy!

Jozi właśnie napisała mi zajebisty kawał o agencji reklamowej:

Był sobie gość, który pracował w agencji reklamowej.
Pewnego dnia po 8 godzinach pracy, równo o 16-tej gość zbiera się do domu. Wszyscy zdziwieni patrzą na niego. Następnego dnia to samo, wybija godzina 16-ta, a on się pakuje i idzie do domu. Ludzie zaczynają między sobą szeptać. Trzeciego dnia sytuacja się powtarza, gość o 16-tej zbiera się do chaty i ktoś wreszcie nie wytrzymuje i mówi:
-
ee, co ty odpierdalasz? My tu wszyscy zapierdalamy do nocy, a Ty sobie o 16-tej wychodzisz?!
A gość na to:
- no tak chłopaki, ale ja jestem na urlopie.

czwartek, 08 lutego 2007

Dochodzi północ, wróciłam właśnie z winka z Panią Bogusią i Walerką. Nad starym rynkiem cudnie rozpostarła się noc, a w powietrzu wirują płatki śniegu i jest tak spokojnie i bajecznie, że wcale nie miałam ochoty wracać do domu.
Na spotkanku oczywiście zostałam postawiona w stan oskarżenia albo przynajmniej wzięta pod lupę i zaczeło się dochodzenie:
czemu ja nie potrafię sobie ułożyć relacji z mężczyznami, co robię, że ich tak zwodzę, uwodzę i doprowadzam do rozpaczy i dlaczego tak łatwo otwieram się przed nieznajomymi.

I na nic się zdały moje tłumaczenia, że ja nikogo (przysięgam!!!) nie uwodzę z premedytacją, nie mam żadnych tajnych kodów dostępu, ani nie znam magicznych sztuczek. Czasem kokietuję jak każda z nas. A że ufam, że się otwieram? Nie wiem. Tak mam. Taka jestem.

Nie bawiłam się nigdy żadnym facetem, z którym byłam, wchodziłam na serio i dawałam z siebie dużo i przysięgam, nie mam pojęcia, czemu to wszystko zawsze się gdzieś rozłaziło między palcami, czemu tak łatwo otrząsałam się z jednej relacji, aby wejść natychmiast w następną. Też mi się to wydaje niezdrowe i bardzo dziwne, ale nie mam na to wielkiego wpływu.

Dobra kończę ten bełkot, bo miało być o czym innym, a znów popłynęłam bez sensu.

Na koniec niezłe zdanie z jakiegoś dennego filmu z Keanu Reeves i Cameron Diaz:

- kochasz ją? ... no tak,  dobre obciąganie można czasem pomylić z miłością.

Samo życie.
I jak tu w miłość wierzyć:)
 

środa, 07 lutego 2007

Oj się narobiło - generalnie od jakiegoś czasu nawarstwiają się różne historie - trafiają tu  ludzie z przypadku, których znam, ale których nigdy tu nie zapraszałam i nagle jest dym, bo ktoś się poczuł urażony, ktoś jest zbulwersowany, bo to wcale nie tak, bo siak czy owak.

I każdego dnia dowiaduję się, że ktoś kolejny tu zajrzał i teraz niemalże dybie pod moim domem, żeby mi w łeb siekierką przyłożyć.

I cóż ja kochani mogę powiedzieć?

Może tylko tyle, że
świat, który tu opisuję niekoniecznie taki jest, ale ja go takim widzę
.
A ten blog jest moją osobistą, subiektywną platformą wyrażenia myśli i każdy, kto tu wchodzi, powinien to uszanować. A jak się nie podoba zawsze można kliknąć "Esc".
Tym samym uważam temat za zakończony i nie chcę do tego wracać. 

Do polemiki, wyrazów oburzenia i krytyki służą komentarze.

***
a na zakończenie milszy akcent, świetne zdanie Twardowskiego, które usłyszałam dziś od Aduni:

"w życiu jest dobrze, gdy jest dobrze i źle, bo gdy jest tylko dobrze to niedobrze"

Rewelacja, co???

wtorek, 06 lutego 2007

Ech,  ex-roboty ciąg dalszy, bo ktoś z kim prawie nie mam kontaktu, usilnie starał się ze mną dziś umówić. Rozkoszne. Czuję się prawie jak posiadaczka tajnych informacji. Szkoda tylko, że wciąż nie wiem jakich, choć dochodzą mnie wieści, że tu i ówdzie pada moje nazwisko w najróżniejszych kontekstach. Dziiiiiwne, ale w sumie mam to w pompie.

Dziś w Poznaniu spadły gwiazdki śniegu, kupiłam sobie fajnego czerwonego kota - na szczęście i już jutro powędruje on ze mną do mojej pracy. W innej agencji pokonałam 5 etap rekrutacji i jestem w dwuosobowym finale na stanowisko "copywritera", ale powiem szczerze - nie mam najmniejszego zmiaru łasić się na żadne nowe propozycje. Jest mi dobrze tam, gdzie jestem:) I jedynie czuję satysfakcję, że moje pomysły tworzone ostatnio już od niechcenia i na kolanie zyskały takie uznanie. Milutko.

Co poza tym?
Mam szereg watpliwości i pytań dotyczących moich chwiejnych emocji. Kołyszę się na huśtawce łez i euforii, no i muszę przyznać, że tęsknię za nim coraz bardziej. Już niedługo, choć  znów na chwilę.

Ech te figle życia.

Acha, no i zaczęłam łykać, więc Mamą nie będę.
A że jednak Mamą chcę kiedyś być, to trochę mnie to stresuje.
No i nie powinnam palić, bo już mnie nastarszono, że to wywołuje zakrzepy, raka i inne cuda. Kurcze, dlaczego w XXI wieku antykoncepcja jest taka prymitywna? I dlaczego ja za młodu muszę się przejmowac takimi rzeczami???

Wczoraj drzwi mojej Marcinki chodziły jak wahadło. Lecz najgorsze jest to, że wszyscy goście pochodzili z mojej ex-roboty i chcąc nie chcąc skala tematów była dość zawężona. Bo niby nie mają ochoty gadać o pracy, ale o niej gadają. A potem oczywiście wszyscy się dziwią, jak to jest, że ja tam nie pracuję, a wszystko wiem. Tylko, że ja już wcale nie chcę wiedzieć i w ogóle mam swoje życie, własne problemy, radości, smuteczki i jestem szczerze zmęczona słuchaniem – kto kogo podpierdala, kto kim manipuluje, kto komu wchodzi w tyłek. Ble.

Jestem w fajnym miejscu, gdzie nie muszę się porozumiewać z ludźmi za pośrednictwem mejla, gdzie nikt na nikogo nie patrzy z zawiścią i są czyste reguły gry. A jednocześnie, nie znaczy, że wszyscy się kochają, że nie ma ploteczek i takich rzeczy, bo to normalne wszędzie tam, gdzie są ludzie.

Po prostu chodzi o to, aby mieć zdrowe podejście i dystans – spotykamy się tutaj na 8 godzin dziennie, aby wykonać wspólną pracę i to jest najważniejsze. I tego zawsze brakowało ex-robocie, gdzie wszyscy zużywali energię na wzajemne podgryzanie.

I jak się potem nie dziwić, że wykluwają się z tej firmy albo ludzie tak nieufni, że przypominają zaszczute zwierzęta, albo śliscy konformiści, którzy nie potrafią już grać wg zasad fair play.

Spadajcie stamtąd, póki jeszcze nie zaszły w Was nieodwracalne zmiany.

poniedziałek, 05 lutego 2007

Ech... powroty do Poznania – miasta, które przecież uwielbiam – są cholernie trudne. Szczególnie powroty z domu.
Bo tam...
Tam jest bajecznie! A kiedy jeszcze świeci słońce i oblewa blaskiem nasz dom ukryty między pagórkami, kiedy jego promienie odbija tafla jeziora, drzewa kołyszą się na lekkim wietrze i kiedy słychać tę ciszę, która aż dzwoni w uszach, wówczas można zapomnieć się całkowicie i już nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Ojciec rąbie drewno do kominka, mama gotuje pyszny domowy obiad, Krzysiek się ze mną przekomarza – wieczorem pijemy wódeczkę, w dzień strzelamy z wiatrówki, gadamy, śmiejemy się, droczymy i jest super.

***

Kilka miesięcy temu ojciec kupił wiatrówkę, mówiąc, że to na sroki. Oczywiście do dziś strzelamy jedynie do tarczy, bo mój tatulek to ten typ co muchy nie skrzywdzi, ale kreować się lubi.  Dlatego codziennie mówi, że jutro rano idzie polować na sroki.

W piątek wieczorem siedzimy w domku, pijemy wódeczkę, gadamy i ja mówię:

Ja: słuchajcie, ale musimy jakoś nazwać naszą posiadłość. Pamiętacie w każdej amerykańskiej powieści domy miały swoje nazwy  np. Zielone Wzgórze w Ani z Zielonego Wzgórza.

Mama: To jak nazwiemy nasz dom?

Tata: Wzgórze Zamordowanych Srok!

piątek, 02 lutego 2007

Fajny dzień dziś był.
Fajny w pracy, bo siedziałam sobie w sekretariacie, dzięki temu mogłam poznać wszystkich ludzi, a wiadomo, że sekretariat to krzyżówka dróg wszelakich. Więc było śmiesznie i wreszcie znam imiona osób, z którymi pracuję.

Potem poszłam na ostatni etap pewnej rekrutacji - nie wiem właściwie po co, bo nie mam ani szczypty chęci niczego zmieniać i jest mi tak dobrze, jak nigdy przedtem. A zatem pewnie tylko po to, aby przekonać się, że mogę.

Jeszcze potem spotkałam się na miłej kawie, która w rzeczywistości była miłym piwem, herbatą i szarlotką,

a tuż przed północą odwiedziła mnie Dusia - obialiłyśmy jakieś procenty i dlatego nie napiszę nic więcej,

dochodzi 1 w nocy, jutro rano do pracy, a potem via Olsztyn.

Do poniedziałku Fistaszki!