..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 28 lutego 2006

z maila mojego wspaniałego faceta:
 "...jak będziemy na weekend to mamy spróbować

wspólnie wybrać trzcionkę napisów etc."

To prawie tak dobre, jak kiedyś napis na jednym ze straganów owocowych: trzereśnie:))))))))))))))

Podczas ostatniej wizyty w domu i tradycyjnej rodzinnej debaty, po rozważeniu wszystkich "za" i "przeciw" stwierdziłam, że powrót do Olsztyna byłby jedną z rozsądnych i rokujących na przyszłość opcji.
Ale pojawił się kłopot. A ten kłopot ma na imię: "Frr".
Z jednej strony, mam w pamięci tysiące przypadków, kiedy życiowe decyzje uzależniałam od facetów, a potem związek się rozpadał, a ja miałam na koncie zaprzepaszczone szanse. Z drugiej, jakiś mój wewnętrzny demon podszeptuje mi, że właśnie ten facet rodzi pewne nadzieje i nie musi być jedynie chwilowym przystankiem. A zatem warto byłoby zainwestować.
Z trzeciej znów strony, na podstawie moich dotychczasowych doświadczeń, powinnam przede wszystkim myśleć o sobie. I tak pewnie będzie, bo rozmaite romantyczne, wielkie i burzliwe miłości nauczyły mnie egoizmu. Z czwartej strony warto już, jak mówią starsi doradcy, wziąć pod uwagę mój słuszny wiek.
I niechże mi ktoś powie, co pewna idealna kandydatka na "starą pannę" powinna w tej sytuacji zrobić?
Póki co, daję się unosić falom zdarzeń i wychodzę z założenia: "co ma być, to będzie", a jednak, kiedy się tulę do tego kochanego męskiego ciałka, przestaję być pewna czegokolwiek.


poniedziałek, 27 lutego 2006

Oto, jedyna do tej pory na piśmie, obszerna recenzja "Kliniki Kukieł"

Strasznie mi trudno oceniać powieść, bo kompletnie sie nie znam i co gorsza -nie mogę sobie przypomnieć czy coś czytałam polskiego nie licząc lektur szkolnych. To będzie ocena czytelnika o nieskazitelnie czystym i wolnym umyśle.

Na wstępie zaznaczę, że bardzo mi się podoba to, że książka ta jest przemyślana od samego początku do końca. Każdy dialog ma swoje uzasadnienie i przybliża do tajemnic ,które skrywają bohaterowie. Cisza i spokój opisywanego przez Ciebie krajobrazu( zresztą b. oddziaływującego na wyobraźnię)zawierają w sobie zapowiedź przyszłych zdarzeń. Są w jakiś sposób niepokojące.

Góry, których symbolika została arbitralnie narzucona w procesie negocjowania i ustalania znaczeń za pomocą aktów komunikacyjnych(J a co- pochwale się jaki ze mnie spec z socjologii) mają mieć moc uzdrawiającą , staja się swoistą kliniką dla dusz nie tylko zbłąkanych(Robert, Ewa, Krzysiek)  ale i tych żyjących w świecie iluzji , ślepych( Gruszka) i ich udających( Kaśka). Choć Gruszki właściwie nie można nazwać ślepcem- daję on upust swoim emocjom (może nieświadomie) strugając puste, zastygłe w swoim grymasie lalki. Wyjazd w góry jest dla wszystkich kubłem zimnej wody wylanym na głowę, orzeźwiającym chlaśnięciem  w twarz, przebudzeniem. Wszyscy bohaterowie ( oprócz Gruszki) to ofiary swoich kompleksów. Każdy wybiera inny sposób ich zwalczania przybierając różne pozy, wkładając maski -na każdą okazje inną w zależności od ludzkich oczekiwań . Tak w skrócie zrozumiałam tą książkę. Pewnie wkurzysz się jak to przeczytasz ,bo nikt nie jest w stanie dobrze odczytać Twoich intencji. Książka jednak, jak zresztą sama to napisałaś, nie może być odczytana obiektywnie, odrywa się od zamierzeń pisarza i niejako zaczyna żyć życiem adresata, który wypełnia ją swoim doświadczeniem, intelektem i stanem ducha a także ciała( np. chce mu się kupe)J. Ta powieść wyraża także tęsknotę za światem lat dziecinnych i choć bohaterowie narzekają na skomputeryzowany świat i cyberprzestrzeń to de facto po prostu buntują się przeciw zbliżającej się dorosłości , gdzie trzeba będzie podjąć ważne decyzje i wybrać którąś z niewielu tak naprawdę opcji życia- wejść w ciasny schemat roli. Ta książka opowiada o problemach młodych ludzi stojących na pograniczu dwóch światów, którzy łykają ostatnie chwile wolności( tak naprawdę tylko pozornej, gdyż od początku naszego przyjścia na świat nasze życie w mniej lub większej mierze jest zaprogramowane- tu znów odzywa się socjologJ). Jako socjolog podam Ci także książkę:  Erwin Goffman „ Człowiek w teatrze życia codziennego”. Przedstawia życie jako teatr, gdzie ludzie chowają się za fasadami( maskami) manipulują innymi itd. Jest naprawdę ciekawa- choć Ty już i tak to wszystko wiesz(tak mniemam na podstawie książkiJ).

Książka Twoja -nie wiem dlaczego , ale w jakiś sposób jest dla mnie oniryczna ( można tak powiedzieć?), to wszystko dzieje się jakby przez sen.

Żeby nie było za słodko to mam kilka uwag: zastanawiam się czy bohaterowie nie są zbyt wulgarni. Nie znam ludzi ( i to wykształconych), którzy tak się do siebie zwracają. Popadają ze skrajności w skrajność. Od filozoficznych wywodów do przekleństw. Są w stosunku do siebie nawzajem bardzo brutalni. Ty także maleńka nie przebierasz w słowach(sperma w kręgosłupie itd). Pisze to żeby nikt nie zarzucał Tobie, że np. chcesz w ten sposób przyciągnąć czytelników. Czy dasz ta powieść do przeczytania tacie? Za głowę by się złapał gdyby zobaczył jaką ma zboczoną córkęJ.  I jeszcze cos dodam o tych Ukraińcach i Włochach. Czy nie za bardzo są stereotypowo przedstawieni? Może Robert w myślach i słodkich wspomnieniach wyidealizował a raczej zeschematyzował  Włochów ale Ukraińcy są przedstawieni bardzo jednoznacznie.

Ewa

ps. Niemniej za uwagi krytyczne dziękuję również Frr, Ramzesikowi, Diance. Na czarnej liście osób, od których nie dostałam info zwrotnego jest:
Lucy, Mareczek, Zet.
Betikowi i moim staruszkom chwilowo daruję:)

Rozmawiam z rodzinką:
Brat:
Wiesz, Ty byś się nadawała na prezenterkę MTV.
Ja: (mile podłechtana):
Taaak? A dlaczego?
Brat:
Bo one też tak seplenią - zero dykcji.
Tata: Tylko zauważ, że w MTV są młode dziewczyny, a Aga ma już pod trzydziechę.

I na dodatek podczas piątkowej wizyty u fryzjera,  znaleziono u mnie pierwszy siwy włos!

Strasznie się wyjeżdża z domu, w którym jest wesoło, bezpiecznie i przytulnie. Potem już nie boli, kiedy się wniknie w poznańską rzeczywistość, ale sam moment przełomu jest jak wyjście z brzuszka mamy: zimno, groźnie i strasznie...brrr...
Wczoraj, gdy żegnaliśmy się już w korytarzu, ja jak zwykle zaczynałam dramatyzować:
ja (ze łzami w oczach):
Mamo, ja nie chcę tam jechać, nie chcę!
Mama:
Dziecko, zdystansuj się do tego, podejdź na luzaku!
ja:
Ale nie potrafię, nie chcę.
Mama:
To w takim razie jak tylko Cię podkurwią, w mordę, rzucaj im wypowiedzenie!

Czyż nie jest słodka? Nie ma jak wsparcie rodziny:)

piątek, 24 lutego 2006
I jestem w domu. Jak zwykle chaos i tysiące pomysłów. Nie wiem, skąd moi rodzice biorą na to wszystko energię.
Ojciec:
he, he, ale fajnie będę mieszkał w przyczepie jak Amerykanin!
Ja:
No rzeczywiście masz się czym cieszyć.
Ojciec:
A jak! Mam psa, tylko jeszcze muszę na stadion dziesięciolecia jechać.
Ja:
A tam po co znowu?
Ojciec:
jak to po co? strzelbę kupię. I na żywopłocie powieszę tabliczkę: PRIVATE. I wtedy będzie zupełnie jak w Ameryce.
czwartek, 23 lutego 2006
A jutro jadę do domu i pierdolę wszystko. O!
A Krzysiu dopisał:

Super jest ta opowieść smutna,
pączek rozgnieciony niczym kutia,
zamiast kąpać się w enzymach
i popływać sobie w płynach
gestem woli tego szefa
jak te kartki z poradnika
poszedł prędko do śmietnika
Morał z tego będzie taki
choć potrzebna(y) jesteś - sądzisz
już niedługo ktoś się zwolni:)

„Tragiczna historia pewnego pączka”

 Narodził się w nocy
Był jeszcze cieplutki
lukier miał powabny
I dżemik świeżutki

Żyć jak pączek w maśle
brzmiało jego credo
lecz nim się obejrzał
ktoś go właśnie sprzedał

Wylądował na biurku
u samego bosa
I spoglądał sobie
na niego z ukosa

Nad głową mu leciały
jukeje i nołhały
a jemu już ze strachu
łzy się wyciskały

 Żeby chociaż zginąć
W otchłani ust kobiety
Ale na niego ten facet
Zdaje się miał apetyt!

 Wtem szefu się oblizał
mlasnął raz językiem
aż pączek struchlał biedny
I się zaniósł krzykiem

Boss jednak się wstrzymał
Właśnie miał rekrutację
Zresztą już czwartą dzisiaj
powszechną tu atrakcję

Pączek odetchnął z ulgą
A wtem z hukiem na głowę
Spadł mu z wysokości
Poradnik wymiennokartkowy

Morał z tego taki:
lepiej zginąć z honorem
niż zostać okrutnie pożartym
Przez swego dyrektora!
 
 

środa, 22 lutego 2006
Wczoraj w CK ZAMEK było spotkanie z Magadaleną Tulli. Słodko naiwna, wyglądająca jak skrzat o żywych bojowych oczach. Drobna, maleńka, wrażliwa, a jednocześnie zacięta w nierównej walce z krytykami, których porównała do myśliwych chodzących po lesie z fuzją.
Jakaś panna wyrwała się z pytaniem:
- Pani Magdaleno, interesuję się gnozą i w Pani powieści "Sny i kamienie" wyraźnie czuć gnostycznego ducha.
- Co czuć??? - pyta pisarka
- No wie, pani wyraźny wpływ gnozy, cała filozofia - dziewczę się produkuje.
- Ależ dziecko! - oburza się pisarka - ja nawet nie wiem, co to ta gnoza! 

Tak sobie pomyślałam, że czas skończyć z tym dołowaniem. Zresztą ja nie mam takiego charakteru, żeby smucić się bez końca. Ostatecznie co ma być, to będzie i zamartwianie się nic nie pomoże. Mam co jeść, mam kogo kochać, mam co czytać, słuchać, oglądać. Mam wokół siebie świat pełen dziwów. To mało?
***
Wczoraj dzwoniłam do domu. Moi rodzice nie są normalni. Niespełna tydzień temu sprzedali dom, w którym mieszkali całe moje życie. Plan był taki, żeby kupić M2 i tam przeczekać, póki nie postawią domku na naszej działce w Mojdach pod Olsztynem. Do wczoraj. 
Wczoraj bowiem tata mi oświadczył, że on sobie nie wyobraża mieszkania nawet przez chwilę na kupie z mamą, bratem, psem Leonem o gabarytach konia oraz moim wyemancypowanym kotem. I że właśnie wpadł na inny pomysł.
Znalazł kawalerkę na Starówce i zanim śniegi stopnieją zamieszka tam z psem, natomiast mama z bratem i kotem wprowadzą się chwilowo do babci. Równocześnie zakupił przyczepę kampingową i wraz z pierwszym powiewem wiosny bierze Leona, zwolni mamie kawalerkę i wprowadzi się do przyczepy.
- Ale wiesz, Agnieszka, jaka ta przyczepa fajna?! - przeżywa mi do słuchawki.
Nawet satelitę ma!
- I co będziesz sobie mieszkał w przyczepie sam z psem? -
pytam
- No! - cieszy się jak dziecko
i jeszcze traktorek kupiłem!
- Jaki traktorek?????
- Taki ze spychaczem. Wczoraj w Olsztynie spadło aż trzydzieści centymetrów śniegu, muszę mieć coś do odśnieżania tej wiochy, jak nas tam zasypie.
- A co potem z tą przyczepą?
- Obliczyliśmy z mamą, że jakbyśmy latem wynajmowali ten domek turystom to można by nawt 30 tysięcy z tego wycignąć.
- A wy? -
pytam
- co robilibyście w tym czasie?
Jak to co? Mieszkali w przyczepie!
 

poniedziałek, 20 lutego 2006

Uffam, że idę słuszną drogą.
Bój o rację, twórczy bunt i walka o własne "ja" są dla mnie wartościami, które przedkładam ponad przyziemną kwestię "mieć". Dla mnie ważne jest "być". A  że potem nie będzie, co do ust włożyć, to już inna sprawa.
Na razie póki co trwam, choć z założeniem, że w każdej chwili jestem gotowa wstać i wyjść. Niech no tylko ktokolwiek jeszcze raz  przekroczy granicę mojej wolności.
Chciałam nawet wywiesić sobie kartkę przy biurku:
Mam alergię na fałsz i głupotę.
Wszyscy, którzy roznoszą wirusy powyższych chorób
proszeni są o zachowanie bezpiecznej odległości 2 metrów
ale stwierdziłam, że nie ma co zaogniać sytuacji. Były przeprosiny i powiedzmy, chwilowo mnie to satysfakcjonuje.
Tak czy siak dzień zaczęłam łzami: ja nie chcę tam iść!!!
Nie mogę patrzeć, jak sama sobie czynię taką krzywdę. Każdego dnia od poniedziałku do piątku.
Nigdy w życiu nie musiałam toczyć tak zaciętej walki ze samą sobą. Ale tłumaczę cierpliwie, przemawiam do rozsądku:
"jeszcze chwilę, jeszcze trochę, niedługo będziesz wolna"
A  moje "ja" się zżyma, kurczy, prosi o litość. Moje ja chudnie (szkoda, że tylko duchowo:), blednie, moje ja więdnie z dnia na dzień.

piątek, 17 lutego 2006

I stało się. Mój grzbiet nie wytrzymał. Można się naginać, ale są granice. Dziś granica mojej wolności i godności została przekroczona. Wczoraj na piwie dowiedziałam się, że panienka, gdy przyszłam do tej firmy, chciała sobie urządzić teścik: zawalimy polonistkę aktami prawnymi i przepisami podatkowymi i zobaczymy, jak długo pociągnie.
Czy to nie piękne podejście "szefowej", która zatrudnia nowego pracownika? Taki mały eksperymencik na szczurach.
Ale nie o to poszło.
Poszło o fakt, że dziewczę bez polotu, z horyzontami zacieśnionymi do zdania:"bo ja jestem po Akademii Ekonomicznej" i totalnym brakiem pasji dopiero co awansowało i w główce się przewróciło. A ja nie z tych, którzy z maksymą "siedź w kącie, znajdą cię" na ustach będą dawali się gnoić przez byle jaką gęgę.
Od marca będę się wysypiać, od marca będę wolna.
Do dnia, gdy wydam ostatnią złotówkę z lutowej pensji.
Ech życie.

czwartek, 16 lutego 2006

Boję się życia. Wczoraj popołudniu ten strach mnie obezwładnił. Przecież ja tak naprawdę nie mam nic stałego w życiu. Żadnego zabezpieczenia finansowego, sensownej pracy, własnego kąta, bogatych rodziców. Przytłacza mnie świadomość konieczności walki o każdy dzień, nienawidzę słowa "muszę", a to słowo jest mi potrzebne, aby utrzymać się na powierzchni. Boję się drapieżności, kłamstwa, gry. Ten lęk paraliżuje moje myśli i marzenia. Wtedy nie można traktować życia jak prezent, bo życie staje się ciężkim dotkliwym pakunkiem obwiązanym sznurem obowiązków. Brakuje mi sił. Nawet na to, aby codziennie sobie powtarzać, że dam radę, że będę walczyć, że jestem odważna.
Już nie mogę. Naprawdę.

Wieczorem poszłam z Walecią do kina na "Dumę i uprzedzenie". Uroczy film. Sentymentalny do tego stopnia, że można płakać i śmiać się równocześnie. Przepiękne krajobrazy, prostota świata, brak pośpiechu i funkcjonowanie w zgodnym, przyjaznym rytmie - natury, towarzyskich spotkań, domowych obowiązków.
Dziś chyba zrozumiałam, co znaczy poczucie bezpieczeństwa w małżeństwie. To ramię, na którym można się oprzeć, gdy świat zaczyna się walić.
Ale przecież nie wyjdę za mąż po to, by przestać bać się życia?

środa, 15 lutego 2006

Sytuacja w firmie zaczyna się sypać niczym domek z kart. Odeszła jedna kumpela z pokoju, a w piątek bardzo możliwe, że, też z naszego pokoju, odejdzie chłopak. Zostanę sama z toksyczną gęgą, która jest naszą szefową. Boże,  ona jest tak głupia!!! A ja na głupotę mam straszną alergię. Pryszcze mi wyskakują, a przy stężeniu głupoty, jaka panuje w naszym pokoju, niedługo będę wyglądać niczym trędowata.
Nigdy wcześniej, nawet w najgorszych dniach w Teatrze, nie miałam w sobie tyle negatywnych emocji. Tam czułam się słaba i chciało mi się płakać, tutaj natomiast rośnie we mnie złość. Ale mam sobie siłę, cholerną moc płynącą z narastającego buntu. Co z tego, skoro za coś żyć muszę, a rodzice daleko?
Kurczę, co ja mam robić?


wtorek, 14 lutego 2006

To, że nie mam telewizora wie każdy, kto mnie zna, ale wczoraj, jakby za dużo mi było przybytku techniki, wysiadł prąd we wszystkich kontaktach. Głupio tak siedzieć w kompletnej ciszy, kiedy człowiek przyzwyczajony jest do szemrania radiowej trójki i świetnych wieczornych audycji. Ale co tam. Jak mawiała moja Babcia: człowiek inteligentny nigdy się nie nudzi. Zaczęłam czytać wspomniania Agnieszki Osieckiej w "Szpetnych Czterdziestoletnich" i tak mi się zatęskniło za młodością tamtych lat, kiedy ludzie prowadzili domy otwarte, kiedy żyło się stadnie, spontanicznie, nie zważając na porę dni i nocy.
Wtedy był czas. Dziś czas przekuwamy na pieniądze. Te z kolei dają jedynie fatamorganę szczęścia.
To właśnie bezsens naszej epoki.
Brakuje mi bezcelowej włóczęgi, rozmów o sztuce, pomysłów, ekscesów, brakuje mi ducha w moim otoczeniu.
A potem przeczytałam artykuł w "Wysokich Obcasach" o grupie artystów, którzy mieszkają sobie razem (w cudnych wnętrzach, do których prowadzi poniższy link) i zatęskniłam całkowicie za cygańskim życiem, którego najwyższą wartością jest WOLNOŚĆ.

http://dom.gazeta.pl/czterykaty/5,60429,3156100.html?i=14

ps. A wieczorem napisałam trzy sceny mojej nowej sztuki. Rzecz będzie o pewnym toksycznym trójkącie:)
ps2. Acha, no i jeszcze wczoraj miałam pierwszą lekcję francuskiego - czysta przyjemność!

poniedziałek, 13 lutego 2006
***** Wiosna

Czy chcielibyście być tam                               /CGaG/
Gdzie woda błękitna płynie
Czy chcielibyście być tam
Gdzie światło nie chowa skrzydeł

ref.   A wiosna znów zakocham się
       W niewłaściwej kobiecie

Czy chcielibyście być tam
Gdzie ludzie nie ranią słowami
Czy chcielibyście być tam
Gdzie człowiek nie potrzebuje schronienia

ref.   A wiosna znów zakocham się
       W niewłaściwej kobiecie

I oto taka sobie lekka, wdzięczna i powabna piosenka Paraliżu. 

No i poniedziałek, i znów powiew rutyny. Na szczęście póki co trzyma mnie przy życiu jeszcze miniony weekend.
A było tak:
W piąteczek poszliśmy wraz z Walerką i jej mężem na spektakl w kawiarni "U Przyjaciół", a potem na parapetówę do Pauliny i Kuby. Pojedliśmy, popiliśmy, pośmialiśmy się, bo w towarzystwie Kuby inaczej nie da rady, ja popieściłam ich cudnego kota, zrobiła się trzecia nad ranem i wróciliśmy do domku lulu.
Sobota - rozwalona kacem kompletnie. I tak mi się spać chciało! Ale znaleźliśmy w sobie odrobinę sił i poszliśmy na koncert reagge zespołu "Paraliż" w PIWNICY 21. Aż wstyd, że byłam w tym miejscu dopiero pierwszy raz. Miejsce z klimatem, świetne koncerty, no i ludzie. Cudni, choć młodzi. Klimat żywcem wykrojony z mojego liceum. Rewelacyjna kuracja odmaładzająca.
W niedzielę spałam prawie do trzynastej. Po pysznym obiadku, który upichcił Frr, pobiegłam na spotkanie z Adunią, a później poszliśmy na "Zwyczajne Szaleństwa" do Teatru Polskiego. Wolę Zelenkę na ekranie, ale nie było najgorzej. 
I w ten sposób dobrnęłam do poniedziałku, czyli tego, co TU i TERAZ.
I znów zaczyna się tydzień. 
Bleee

  

piątek, 10 lutego 2006

Mam w sobie spokój. I jakąś ciszę. Jest dobrze. Czuję się pewnie. Nie tyle w świecie, co w sobie, w środku. Wczoraj księżyc cały wieczór wisiał nad moją głową. Kiedy byłam dzieckiem, modliłam się do księżyca. Z Bogiem nie mogłam dojść do porozumienia, więc księżyc zastępował mi Boga. Kiedy jest nade mną czuję się bezpiecznie. Uśmiecham się, ale do wewnątrz. Księżyc daje mi siłę do życia i wiarę, że to, co robię jest dobre, że idę właściwą drogą, księżyc sprawia, że czuję się wyjątkowa. Tak jakbym była jego jedyną kochanką pośród wszystkich gwiazd.

***
A tutaj tekścik do prasy, który skrobnęłam wczoraj o jednej z moich ulubionych kawiarni, jako uzasadnienie nagrody przyznawanej przez miasto.

Kawiarnia "U Przyjaciół" w pomieszczeniach PTPN w Poznaniu przy ul. Mielżyńskiego została otwarta 1 grudnia 2002 r przez Jwonę Szwarc-Zajcher i Tomasza Zajchera jako miejsce spotkań pasjonatów literatury i filmu. Zamiłowanie właścicieli do szeroko pojętej sztuki wpłynęło na kształt oferty i aktualną formułę działania. Twórcze zmagania z  teatrem rozpoczęto happeningiem zatytułowanym "Wiosna Schulza". Kolejną premierą był spektakl „Jesień Witkacego”, a rok później „Bloomsday” i „Koncert Maszyn”. Zawiązana „U Przyjaciół” grupa teatralna dwukrotnie prezentowała się podczas Festiwalu Malta, a w lutym tego roku została zaproszona na Festiwal Teatrów Europy Środkowej organizowany w Wiedniu.
Ale kawiarnia „U Przyjaciół” to nie tylko teatr, to również liczne spotkania filmowe, świetna galeria wraz z aktywnym fotograficznym atelier oraz wieczory taneczne ze szczyptą poezji – to w menu, to w konkursie, to w dołączonym do rachunku wierszu.

Różnorodne i oryginalne propozycje założycieli Kawiarni "U Przyjaciół" potwierdzają, że każdy przejaw ciekawych inicjatyw jest szczególnie ważny w panoramie kulturalnej Miasta.  Dyskretnie edukując i promując to, co w kulturze wartościowe i godne uwagi, gospodarze kawiarni skłaniają nas, abyśmy choć na chwilę się zatrzymali. Nie w miejscu przypadkowym, ale właśnie tu - w kawiarni
„U Przyjaciół”, gdzie fantazyjne herbaty, kawy i domowe wypieki są tylko pysznym pretekstem do czegoś więcej, do smakowania sztuki.

Jedziemy z Wojtusiem zapchanym tramwajem(czyli tzw. poznańską  pestką). Stoimy przy w pobliżu wejścia i na kolejnym przystanku pchają się ludzie.
Pani do Wojtka: Przepraszam, mógłby się Pan przesunąć, bo ludzie wchodzą.
Wojtek przesuwa się z niechęcią i mówi:
Cholera, a już miałem nagrzaną rurkę. 

Już wiadomo,  dlaczego poznaniacy tak niechętnie odsuwają się, gdy tłum pasażerów napiera na wejście, a w przegubach są luzy. No bo rzeczywiście, z jakiej racji ktoś inny ma korzystać z twojego nagarzanego skrawka rury???
Wreszcie kęs pysznego kina! Wreszcie historia prosta, poetycka, subtelnie piękna z inteligentnym humorem. Smakowita. I niby nic się nie dzieje, a widz chłonie każdy kadr.
I muzyczka.
Cudo. Małe, drobne, wcale nie krzykliwe cudeńko.


"Ty i ja i wszyscy, których znamy" reż. Miranda July

http://ty.i.ja.i.wszyscy.ktorych.znamy.filmweb.pl/
a to blog samej artystki
http://meandyou.typepad.com/
czwartek, 09 lutego 2006

Wczoraj wyrzucono z pracy moją koleżankę z pokoju. Jedyną, z którą mogłam się w tym pomieszczeniu porozumieć, pogadać normalnie, jak z CZŁOWIEKIEM.
Nie wiem, co mam robić. Niemiecka firma, wydawało by się, że uporządkowana, z czystymi zasadami, a ludzie są eliminowani po kolei, jak w pieprzonym esesmańskim obozie. Nie rozumiem tego. Nie pojmuję, jak można tak przedmiotowo traktować pracowników, szczególnie, że owa polityka firmy wcale nie jest korzystna dla samej firmy - nieustannie trzeba wdrażać nowe twarze, które idą wydeptanymi scieżkami starych pomysłów, a jak już załapią, o co chodzi, na nich przychodzi kolej. I nie zostają wcale najlepsi, bo najlepsi odchodzą sami. Nigdzie strach nie jest dobrym motywatorem.
Mam ochotę krzyczeć. Mam ochotę zapytać, po ludzku, szczerze, z dobrymi intencjami.
Dlaczego?!!
Ale nie powiem nic. Moi bliscy zamykają mi usta, uczą mnie, że nie warto być otwartym i uczciwym wobec ludzi, którzy już nie znają tych pojęć. Mam grać. Nie pierwszy raz zresztą. Ale tej roli nienawidzę całym swoim sercem.

środa, 08 lutego 2006
Piękno, prawda i dobro - stare antyczne wartości, które najnowsza sztuka co rusz kwestionuje.
Patrzę na ludzi wokół. Twarze, uśmiechy, ciała. Spoglądam na nich i mimowolnie dokonuje oceny. Co mi się w nich podoba, gdzie tkwi ich osobiste piękno, co wyjątkowego posiadają. Ci, których kocham, są dla mnie piękni. I wcale nie jest to kurtuazja uczucia zmuszająca, abym akceptowała kochanych mi ludzi. Oni po prostu piękni są! Ania ma w sobie cudną delikatność i zarazem twardość diamentu, Frr jest słodki, bezbronny, a jednocześnie niebywale seksowny, p. Bogusia mimo wieku jest kobietą niezwykle uroczą i z klasą. I mogłabym tak wymieniać bez końca.
Natomiast Ci, którzy są puści w środku, pozbawieni kuszącego wnętrza, osobowości, niestety tracą również na wyglądzie. I nie jest to czcze gadanie z gatunku "nie szata zdobi człowieka", ale namacalne, prawdziwe doświadczenie mojego postrzegania świata.
Czasem jest tak, że ludzie w miarę poznania pięknieją w naszych oczach lub odwrotnie - brzydną.

Dziwny jest ten świat.
Ale wartości sprzed tysięcy lat są wciąż te same: prawda, dobro, piękno.
poniedziałek, 06 lutego 2006
Religia i tradycja nakazują, aby uszanować ostatnią wolę umierającego. Ks. Twardowski chciał być pochowany na Powązkach... Czy tak trudno było spełnić to ostatnie, skromne życzenie?

Mój ulubiony wiersz Twardowskiego:

"Kiedy mówisz"

Nie płacz w liście
nie pisz, że los Ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij, że jesteś, gdy mówisz, że kochasz
  
 
1 , 2