..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 30 stycznia 2011

Antek zasnął. Hasał w łóżeczku jak zwariowany, wyrzucał smoki, owijał się kołdrą, a kiedy pytałam, może jednak się zdrzemniesz trochę? przecząco kręcił głową. Aż padł. 
Ja zaś mam chwilę dla siebie. Dopiero południe, a my już posprzątaliśmy manasardę, upiekliśmy ciasto, przeczytaliśmy "Party", "Wyborczą" i "Wysokie Obcasy". 
Za oknem pastelowa zima - słońce zabarwiło krajobraz brudnym różem. Ładnie jest.
I fajnie.
Potrzebowałam takiego weekendu.
Piątkowego wypadu z Endriuszą na baaardzo radosny i energetyczny koncert Vavamuffin, a potem na krótkie nocne szlajanie, zakończone wczesnym zgonem w Pozytywce. Potrzebowałam nocy bez Groszka i dnia z nim- Antek ma niebywale słodką fazę, że nie mogę się nim nacieszyć.
Potrzebowałam również leniwego śniadanio-gadania na starówce. 
I leniwego wieczoru w zaciszu własnego łóżka. 

 
Jest mi dobrze i spokojnie dziś.
Zaraz znów przepadnę w kuchni między garnkami, a potem pojedziemy do Alutki. I tyle.
I więcej już nic.

A tutaj rok Groszka:


czwartek, 27 stycznia 2011

Czasem gdy nie dzieje się nic, też jest fajnie. Może nawet fajniej niż gdy dzieje się dużo. Zresztą pod każdym NIC też się zawsze COŚ kryje. 

Mimo to wciąż jestem wtrącona z lekkości, dryfuję na innej orbicie - jakbym odbyła jakąś podróż w czasie i przestrzeni.
Silne emocje i pojechane sny wytrzeliły mnie w kosmos. Mam nadzieję, że wrócę z ostrogami.

A śniło mi się, że znalazłam się na cmentarzu, gdzie rodzice grzebali swoje małe dzieci. Władca cmentarza robił z martwych dzieci torty. Każdy rodzic mógł powiedzieć, jaki tort sobie życzy. Chciałam, aby z mojego dziecka przyrządzono tort owocowy. Dużo, dużo owoców. 
Nagle obok mnie ktoś stanął i powiedział:
- Oddaj mi swój tort. Lubię patrzeć na twoje emocje.

Powinnam się solidnie wyspać i odpocząć.
Tymczasem zmykam popracować, a Wam życzę leniwego i rozpustnego wieczoru.
I jeszcze mała zachęta dla Pań, obrazek znaleziony na FB.

środa, 26 stycznia 2011

Dziś mam wszystko wywrócone na lewą stronę. Na wierzchu szwy i supełki. Wystarczy pociągnąć, a cała się pruję, znikam, rozpływam.

Dziś rozedrganie, które tliło się głęboko schowane, spychane i uporczywie duszone, wreszcie wylazło na wierzch i przypomniało o sobie. Rozlało się po mojej skórze tak, że każde dotknięcie bolało jakby ktoś mi grzebał w otwartych ranach.
Nie lubię takich dni, gdy przy byle podmuchu wiatru składam się jak domino.
Szczególnie, gdy jestem w pracy.

To był trudny dzień, choć pod wieloma względami cenny.
Już dawno nie cieszyłam się tak bardzo na nadchodzącą noc.
Do jutra kochani,

bo jak mawiała Ania Shirley: jutro jest zawsze świeże i wolne od błędów!

wtorek, 25 stycznia 2011

ps. Jak to się wszystko dziwnie składa - telepatia czy co? Przed chwilą dostałam rozliczenie z Prószyńskiego. Nakład "Matyldy" rzeczywiście niemal wyczerpany. Prawie półtora tysiąca egzemplarzy poszło w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Czyżby Australijska armia zamówiła?:))

Endrju czyta dodatek do "Polityki -  "Niezbędnik inteligenta":
Endrju: Wiesz, że po sukcesie pierwszej książki, Coben dostał 9 mln dolarów zaliczki na trzy następne.
ja: Bosko, a ja teraz dostałam dwa i pół tysia złotych.
Endrju: A Houellebecq 1,5 mln euro, ale już z prawami do ekranizacji.
ja: Ja chyba też... z prawami.

:)

Padam z nóg - kilkaset kilometrów nawet na siedzeniu pasażera bywa strasznie męczące.
Do tego Groszek ma jakiś dzień zębowych bolączek, więc i noc zapowiada się z przygodami.  
Ale to wszystko nieważne. Ważne, że dobrze mi dziś.
I to nie tylko z powodu przemiłego wpisu Pharlapa:

http://polakdogorynogami.blox.pl/2011/01/Spojrzenie-Matyldy.html

Zanim klikniecie, pragnę zaznaczyć, wyjaśnić, zdementować:

moja kokieteria najczęściej jest mimowolna i nieświadoma, choć czasem  - przyznaję - bywa inaczej:)

***

a poniżej "Zakochana para" od Norte.

Moja Myszowa kolekcja osiągnęła 12 sztuk, czyli tyle, ile miesięcy ma Antek. Pierwsza Mysz była w prezencie dla mnie za narodziny Groszka.
Od kilku dni myślę o prezencie dla siebie z okazji jego pierwszych urodzin i nie mam pomysłu.

Czym byście się rozpieścili w ramach nagrody dla samych siebie?

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Wczorajszy film był dla mnie trochę jak kubeł zimnej wody, znienacka cios.  Nie mogę przestać o nim myśleć. Przejrzałam się w tym filmie  nie jako matka jeszcze, ale jako córka, siostra i kobieta. Przejrzałam się w filmowej matce i w filmowym synu.

Siedziałam w tym kinie jak na szpilkach, z napiętym każdym mięśniem, wstrzymanym oddechem. A przecież nikt nie strzelał, nikt się nie bił, żadnej patologii i namacalnej krzywdy. Nic się nie działo. Ot ludzie bliscy rozmawiali ze sobą. A w ich słowach było tyle miłości i nienawiści, czułości i pogardy jednocześnie. Ten film był tak prawdziwy, że aż bolał. A mnie bolało to, co odkrywałam w sobie, mimo że co chwilę parskałam śmiechem.
Doskonały groteskowy obraz, smakowite zdjęcia, no i ci dwaj chłopcy - do zjedzenia.

***
A dziś dzień fajnie się rozkręcał - coraz szybciej i szybciej, żeby zakończyć się łagodnie i miękko.
Najpierw było przyspieszenie w pracy, znów usłyszałam, że wywieram presję (są nawet tacy, którzy nazywają mnie "Błasik":), potem nastało żywiołowe popołudnie - Antek zachwycił się składanką Farben Lehre i hasaliśmy jak dzicy, podczas gdy Endrju niezwruszony drzemał na fotelu.
Teraz powoli wszystko we mnie szykuje sie do snu. Nie mogę się skupić na słowach - uciszam rozchichotane wnętrze, wnętrze skomlące, tęskne wnętrze. Głaszczę skulone emocje, uspokajam łaskotki. Kołyszę. Się.
Popijam zimne piwo, pogryzam ser z oliwkami anchois i próbuję pisać - rozwijam zdania powieści, idę przez słowa jakbym szła we mgle, bez wizji końca. Niełatwe to pisanie.

***
Jutro jadę do Wawy na spotkanie. (Zanim dostanę esemesy z obelgami, zaznaczam, że wpadam tam na chwilę). Stoję przed szafą i wzdycham udręczona.  
ja: Nie wiem, w co się mam jutro ubrać.
Endrju: (z teatralnym podziwem)Ty to jednak jesteś najmądrzejsza na świecie.
ja: O co ci chodzi?
Endrju: Jedziesz na spotkanie z klientem i nie zastanawiasz się, co powiedzieć, o czym rozmawiać. Jedyne czego nie wiesz, to co na siebie włożyć.

niedziela, 23 stycznia 2011

- Ale Ty masz wielki tyłek! - tymi słowy powitał mnie mój dawno niewidziany braciszek, który przybył z Poznania wraz z Asią na pierwsze urodziny Antka. 

Antek tymczasem rozejrzał się rezolutnie po familii, wyłowił z tłumku nową uroczą ciotkę i przepadł w jej ramionach.

Potem był tort, rodzina odśpiewała "Sto lat", co zostało nawet uwiecznione na filmie, ale nie będę świnia i tego nie upublicznię.

Oczywiście bohater dnia gwiazdorzył całe popołudnie, a wszyscy wlepiali w niego gały, zachwycali się, rzucali "ochy" i "achy" albo wybuchali gromkim śmiechem. Na rozmowy pozaantkowe był czas tylko na papierosie, ale o czym gadaliśmy i co się działo, zabijcie mnie - nie pamiętam. Grunt, że było fajnie i mogłam pochichotać.

I z tą dobrą energią przeturlaliśmy się jeszcze przez wieczór i noc aż do niedzielnego poranka, który zaczął się od awantury. A awantura zaczęła się do tego, że Endrju obudził się i rzekł:
- O cholera, gardło mnie boli.
A ja nie zareagowałam tak jak on sobie wymarzył:)
Ten jeden - zdawałoby się! - drobiazg pęczniał przez cały poranek i zakończył się pyskówką na sto dwa, po której ciśnienie opadło i wszystko wróciło do normy.

Po południu nastąpiła druga odsłona Groszkowych urodzin. Przyszli dziadkowie z naręczem prezentów i znów był tort i kolejne popisy Antka. 
W tej euforii nasz czworonóg zaczął się całkiem sprawnie  (mniej więcej jak terminator) przemieszczać w pionie, co oczywiście spotkało się z aplauzem zgromadzonych.

Po uroczystościach jubileuszowych, jak na domową kobietę przystało, zakasałam rękawy i ukręciłam kilkanaście pulpetów na dwa dni, wykąpałam jubilata, natarłam mu plecki pulmeksem i zabierając ze sobą smród eukaliptusowej maści pojechałam do kina przewietrzyć głowę.
Film: "Zabiłem moją matkę". Czyli w klimacie:)

***
Uroczystości sobotnie
kadry z filmu pt"Fałszujące sto lat", główni fałszerze poza kadrem.


oraz Jubilat na kolanach u Ciotki


Uroczystości niedzielne




czwartek, 20 stycznia 2011
środa, 19 stycznia 2011

Wczorajsza garść lekarstw i kaptur na głowie na niewiele się zdały.
Rano włączyłam do kuracji miód, a wieczorem wino.
Na razie jest gorzej, zobaczymy, co będzie jutro. 
Gorzałka?

...wcierając oliwkę - migdałową, pachnącą łakociami
czeszę włosy i układam myśli. Emocji nie muszę układać, bo one są ułożone.
Może nie tak jak chciałaby perfekcyjna pani domu, może trochę do góry nogami. Ale porządek jest. Co z tego, że koślawy?

z myślami gorzej
myśli mam nieuczesane,
mimo prostego przedziałka
który zniknął, gdy tylko weszłam pod prysznic.

Idę spać, a wy sobie róbcie, co chcecie.

wtorek, 18 stycznia 2011

Jak się niefrasobliwie łazi z odkrytymi nerami, to ma się za swoje.
Ja mam.
Dlatego dziś ubieram na siebie pół szafy, łykam garść lekarstw plus ząbek czosnku, zakładam kaptur na głowę i wełniane skarpety na stopy i wskakuję pod kołdrę.
Zamierzam się wypocić i wstać jutro jak nowonarodzona.

Adieu wszyscy zdrowi!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Wiem, że happy endy zwykle nie są zbyt wyszukane, ale nic na to nie poradzę: uwielbiam, gdy filmy kończą się pocałunkiem. Nawet jeśli to bardzo kiczowaty pocałunek.

Tak właśnie kończy się szósty sezon "House'a". Z psychologicznego i twórczego punktu widzenia taki finał jest niczym badziewiasta treska przyczepiona na wesele, ale co tam! Najważniejsze, że Cuddy kocha House'a:)
Endrju natomiast - jak na twardego faceta przystało - wyszedł zniesmaczony i zarzekł się, że więcej tego serialu oglądać nie będziemy.

***
KURIER, czyli o podzielnej uwadze facetów
Dzwonię z pracy do Endriuszy, który miał dziś wolne: 
- Słuchaj, zaraz będzie u Ciebie kurier z zabawkami dla Antka, masz 120 złotych?
-
No to pięknie - warczy wściekły - bo ja nie mam przy sobie żadnych pieniędzy! 
- To weź z mojej szuflady. O co się wściekasz?
- Nie wściekam się!!!
- Przecież słyszę.
- Bo kroję warzywa na obiad, a Ty mi z kurierem wyskakujesz. Obiad, kurier, co jeszcze mam ogarnąć jednocześnie?!

ZIMNA
W wielu sprawach jestem totalną abnegatką. Na przykład nie chcę mi się wycierać po kąpieli, bo i tak przecież w końcu wyschnę. (Mój tatuś nigdy nie odśnieżał schodów, bo mówił, że na wiosnę śnieg stopnieje:)

Więc się nie wycieram i cała łazienka jest zawsze zachlapana, a wszystko czego się dotykam jest mokre.

Wczoraj. Wskakuję do łóżka prosto spod prysznica, a Endrju odsuwa się ode mnie z trwogą i szczelnie owija się kołdrą.

ja: A Tobie co się stało? Co się tak odsuwasz?
Endrju: Bo powinnaś przyjść tutaj ciepła i wilgotna, a jak zwykle przyłazisz zimna i mokra.

PRAWIE!
Gadam z K., który nieoczekiwanie zapragnął potomstwa.
ja: Podobno staracie się o dziecko.
K.: No tak, już prawie się udało!
ja: Prawie, czyli co?
K.: Okres opóźnił się o aż 7 dni!

***
Na koniec fotka, którą uwielbiam - Jozi&Iguana.
Piękna&piękniejsza, słodka& seksowna:)

niedziela, 16 stycznia 2011

Sobotnie gadanie zaczęło się na obsoletkach a skończyło na ciuchach.
I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ja o ciuchach nie rozmawiam z każdym. O nie. O uczuciach, o seksie, o pracy i rodzinie - owszem. Ale o ciuchach?!

Ciuchowy temat nieoczekiwanie przyczynił się do pewnego odkrycia, które bardzo mnie zaskoczyło. Okazało się bowiem, że na mnie "działają" pewne elementy męskiej garderoby. Że jakiś, zupełnie niewinny detal, uruchamia emocje i działa jak kod dostępu - błyskawicznie i  na skróty. Zawsze wydawało mi się, że jest mi totalnie obojętne, co facet wciąga na grzbiet, że oczy, że głos, że uśmiech, mowa ciała i takie tam.

Tymczasem wyszło szydło z worka.

I żeby nie trzymać Was dłużej w niepewności, chodzi o bluzę z kapturem.
Najlepiej kolorową.
Może być nawet w paski:)

A teraz ja zakładam na głowę różowy kaptur mojej ukochanej bluzy i wskakuję do łóżka. Wieczór z doktorem H. czas zacząć.

Dobrego Misie, Pszczółki i Szerszenie!

Ach i pochwalcie się, co na Was działa?
Co Was bierze, rusza, kręci i podnieca? Hę?

sobota, 15 stycznia 2011

Cudny wieczór z Piotrem i Kamilą i piwem Świeże.
Wszystko mnie boli od śmiechu.
O tym duecie nie sposób opowiedzieć - trzeba ich posłuchać.

Kilka godzin wcześniej...
próbuję poszatkować kalafiora nożem:
ja: Cholera, przydałby mi się taki robot, co sam tnie warzywa.
Endrju: Jasne i co jeszcze.
ja: Wyluzuj, to nie jest sugestia, że masz mi takiego robota kupić.
Endrju: Wiem, wiem, to sugestia, żebym kupił większe mieszkanie, do którego taki robot się zmieści.

Ledwo patrzę na oczka, za wszystkie błędy przepraszam, idę lulu. Bye, bye!

czwartek, 13 stycznia 2011

Można śpiewać w samochodzie z żywiołową Tiną Turner
Można zjeść tabliczkę czekolady z orzechami
Można kupić sobie kolejną sukienkę w necie
Można podwoić cowieczorną porcję brzuszków
Można napić się wina i rozłożyć się w pozycji horyzontalnej
przy brzmieniach Avro Parta.

Ale słońca nic nie zastąpi. Niezależnie, czym to słońce jest.
W moim układzie słonecznym - słońca wciąż za mało.


Z innej beczki:
masz małe mieszkanie? Kup sobie kozę.
brakuje Ci czasu? Idź do pracy.

Od kiedy pracuję, więcej czytam, więcej piszę, mniej mnie nosi.
Głód przebywania wśród ludzi zaspokojony.
Po całym dniu pracy z przyjemnością zanurzam się w sobie.

środa, 12 stycznia 2011

Dziś wylało się ze mnie morze miłości. A może to morze nieczystego sumienia? A może to morze strachu, że Groszek bardziej pokocha opiekunkę niż mnie?

W każdym razie dziś  wyściskałam, wytarmosiłam, obcałowałam i obśliniłam moje dziecko od stóp do głów, co spotykało się z całkowitą obojętnością i zniecierpliwieniem adresata, bo mały Inżynier-Intelektualista jest teraz zafascyowany telefonami komórkowymi, kablami, wtyczkami, listwami oraz... literaturą. Od trzech dni pilnie i w skupieniu wertuje reportaże o ludobójstwie w Rwandzie.

Ja też bym chętnie zanurzyła się w literaturze, nawet tej trudnej, ale muszę ponurkować we własnej pisaninie i skończyć poprawianie "Polowania...", bo do połowy stycznia zobowiązałam się oddać już czystą wersję.

Nie jestem typem koronczarki - nie cierpię precyzyjnej roboty, nie znoszę robienia korekty, cyzelowania i pieszczenia. Chyba, że o innych pieszczeniach mowa. Ale dziś nic z tego.

Pieszczę więc moje podniebienie chłodnym piwkiem i wracam do pisania.
Adieu Misie!

Mam wielką słabość do fotograficznych cykli (cyklów?) i kilka własnych pomysłów, które zrealizuję może na emeryturze.

Tym razem zachwycił mnie pomysł fotografki Veronique Vial. Album niestety chyba nie jest dostępny na polskim rynku.
Ale jeśli ktoś chce mi go przywieźć z dalekiej podróży, nie mam nic przeciwko:)




poniedziałek, 10 stycznia 2011

I jak tu nie kochać bloga, gdy dostaje się link, który jest jak wesołe pudełko czekoladek podrzucone na wycieraczkę.

http://polakdogorynogami.blox.pl/2011/01/Matylda-w-Australii.html

Autora tegoż wierszyka poznałam trzy lata temu na Campie Blogerów - magicznej i niesamowitej imprezie, z której przywiozłam sporo wspomnień i zakwasy za uszami od chichotania.

Ów Autor wprawił mnie w pełne zachwytu zadziwienie, bo aż kipiał energią i ciekawością świata. Mógłby nimi obdzielić kilkoro o połowę młodszych ludzi i jeszcze by zostało. Na co dzień mieszka w Australii, więc nie jest go tak łatwo spotkać, ale po taki zastrzyk powera warto wybrać się nawet w podróż na drugą stronę planety:)

niedziela, 09 stycznia 2011

Dzień, który zaczyna się od tego, że dostajesz prosto w nos z główki od własnego dziecka, nie może być dobrym dniem.

Dzisiejszy dzień - był to nudny, smutny, przykry dzień, w którym się ciągle rozmijałam z Endriuszą. I nie chodzi wcale o wielkie sprawy. Chodzi o codzienność - żyjemy w zupełnie innej palecie barw, czym innym się karmimy i oddychamy innym powietrzem. Kiedy nie było na świecie Antka, łatwiej było spotkać się w próżni, między światami.
Narodziny Groszka pogłębiły nasze różnice.  
Udana niedziela dla każdego z nas znaczy zupełnie coś innego.
Czy w takim razie możemy mieć to samo zdanie w kwestii udanego życia?
To pytanie pozostawiam otwarte.
Bo mimo mojej całej złości i jeszcze większego żalu, Endriusza jest mi najbliższym człowiekiem na ziemi, choć oddala się ode mnie w tempie kosmicznym.

I jest to bardzo smutne i takie zwyczajne zarazem.

Wieczorem przychodzi pojednanie. 
W łóżku.
Nie, nie kochamy się. Oglądamy razem House'a.
Masakra:)

Wracając do początku - to był megachujowy dzień i chwała mu za to, że się kończy.

W piątek fajne babskie spotkanie i gadanie przy winie. Tymisiowej od tego gadania urosła stopa, że o północy nie mogła się zmieścić w kozaki. Pewnie prysł czar dobrej wróżki. Naśmiałyśmy się serdecznie, upijając się w sztok.
Chwilowo cierpię na winowstręt.

Wczoraj natomiast powłóczyłam się na wyprzedaże, na których upolowałam świetnie skrojoną sukienkę w kolorze lila i jakieś drobne fatałaszki. Kupiłam też dwie książki:
"Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciecha Tochmana (reportaż o ludobójstwie w Rwandzie) i "Zabójca z miasta moreli" Witolda Szabłowskiego - reportaże o Turcji, która  niepodziewanie zamarzyła mi się na jesienny wypad.

Skończyłam czytać "Obsoletki" Bargielskiej - bardzo zgrabna książeczka,  w której rzeczy trudne i wstrząsające opowiedziane są z poetycką autoironią i zgodą na taki a nie inny świat. Niemniej raczej nie polecam tej pozycji kobietom, które dobrze wiedzą, co znaczy wyraz "obsoleta". Do tej pory byłam przekonana, że to jakieś radosne słowotwórstwo.
A jest wręcz przeciwnie.

Każdego natomiast namawiam do przeczytania "Dzisiaj narysujemy śmierć" Tochmana. Jego teksty czyta się jednym tchem - jakkolwiek głupio to nie brzmi w konktekście wstrząsających reportaży o ludobójstwie. Tochman jest dla mnie najwybitniejszym z reporterów, jakich do tej pory poznałam. Jego pisanie poraża i paraliżuje, a jednocześnie nie znajdziecie tam łzawych historii epatujących nieszczęściem. Czytając Tochmana, nasze serce nie płacze, ono zamiera.

Jutro w Kortowie spotkanie z autorem. Opowiada równie ciekawie jak pisze - poszłam kiedyś na spotkanie z Tochmanem i był to jeden z najlepszych wieczorów literackich. Wtedy urzekła mnie też jego skromność. Tym razem nie będę mogła się wybrać, ale każdy kto ma taką szansę, niech idzie. Warto. Bardzo warto.

piątek, 07 stycznia 2011

Kiedy byłam młoda i mój pewien znajomy też był młody, snuliśmy czasem wizje przyszłości. On -filozof, ja - filolożka. On miał być scenarzystą filmowym, ja wielką pisarką.

Przewrotna rzeczywistość sprowadziła nas szybko na ziemię. Ja poza prozą, piszę jakieś bzdurne teksty dla korporacji (ostatni był o tym, że pojawi się na rynku nowa pasta do zębów potęgująca doznania pocałunków), a on poza pisaniem recenzji, babrze się tekstach dla lokalnej gazety. 

Gadamy wczoraj przez telefon:
On: Słyszałem, że zaczęłaś pracę?
ja: Tak, pracuję w X.
On: Też dla nich coś kiedyś robiłem. Tak, pamiętam! Pisałem dla nich teksty o obieraniu parówek.

czwartek, 06 stycznia 2011

Od jakiegoś czasu mój zacny kohabitant nieustannie narzeka na spadek miłosnej częstotliwości. Bo ja jak niedźwiedzica zapadam w zimowy sen i jak mam się wygrzebać z ciuchów albo spod ciepłej kołderki, to już mi się nie chce. Na szczęście badania terenowe nad seksem 30-latek z dziećmi, pokazały, że nie jest wcale tak źle, wręcz przeciwnie - jest dobrze.
Ale to rzecz względna.
Wczoraj w nocy konkubent zaczyna się do mnie łasić z wiadomym zamiarem:

ja: Poczekaj, poczekaj chcę Ci o czymś przypomnieć.
Endrju: O czym?
ja: Dziś jest 5 stycznia, ostatnio kochaliśmy się w sylwestra, więc noworoczna statystyka jasno pokazuje: raz na pięć dni. Żebyś mi potem nie gadał!
Endrju: Czyli Ty to wszystko tylko dla wskaźników?!

Chwilę później:
ja: Poczekaj, poczekaj, a wziąłeś gumki?
Endrju: Nie wziąłem, nie wiedziałem, czy będziesz miała ochotę i wolałem nie ryzykować.

Dwie chwile później:
ja: Nie mogę, rozśmieszasz mnie!
Endrju: Ale mi to nie przeszkadza. Ja będę Cię pieścił, a Ty sobie chichocz.

wtorek, 04 stycznia 2011

Na co byłyby zasady i ustalenia, gdyby nie można było ich łamać?

Dziś zatem wieczorne wydanie promyczkowa, bo po zmroku, przy lampce wina i Maglu Wagli pisze się znacznie przyjemniej niż przy świergocie budzącego się poranka.

Jestem kobietą gumą - łatwo dostosowuję się do sytuacji (chyba, że nie chcę, ale wtedy to inna bajka).
Kiedy myślę o trudnych chwilach w swoim życiu, tych rozdzierających serce, to zawsze wypadają one w momencie, kiedy stoję w rozkroku między dwoma światami, kiedy jestem zawieszona pomiędzy teraźniejszością a przyszłością, pomiędzy Tu a Tam, pomiędzy Wtedy i Teraz. 

Przykłady pierwsze z brzegu:
pożegnania na dworcu, na rozwidleniu dróg - ten ciężki czas przedtem, kiedy wiadomo, że to nieuchronne i ten straszny czas potem, gdy trzeba powiedzieć sobie "do widzenia". Nie cierpię pożegnań - każde pożegnanie jest dla mnie małym okrutnym dramatem, na szczęście krótkim, bo tylko do chwili aż powrócę do swojego świata i dam się zassać rzeczywistości.

Inna sytuacja. 33-tydzień ciąży, niespodziewanie ląduję w szpitalu, pierwsze godziny płaczę jak dziecko, personel nie może mnie uspokoić, bo dla mnie to koniec świata -  czuję się jakbym miała tam zostać już na wieki, a świat za oknem miał już zawsze pozostać odległą planetą zza zimnej szyby. Rano wszystko wygląda inaczej -  budzę się w szpitalnym świecie i jest to już mój świat. Może nie wymarzony, ale intrygujący i przede wszystkim mój.

Idąc dalej, można powiedzieć, że wszelki smutek i dramat zawsze wiąże się z byciem pomiędzy. 
Pomiędzy powinnością a pragnieniem
Pomiędzy pragnieniem a możliwościami
Pomiędzy głową a sercem
Pomiędzy sobą a innym
Pomiędzy dobrem a złem

I chyba każdy z nas, zawsze jest trochę pomiędzy.
Ale ja dziś jestem pomiędzy jedną a drugą lampką wina,
pomiędzy jedną a drugą powieścią, pomiędzy wieczorem a nocą.
Dzisiejsze pomiędzy jest spokojne i łagodne.  
 

Zaczynam żałować, że się zadeklarowałam z tą dziewiątą. Nie wiem, czy uniosę taką odpowiedzialność. Dziś na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że jedynie ja byłam dziś w pracy na czas:)

Grudniowy trening porannego wstawania i odwożenia Antka do opiekunki przyniósł rezultaty - wejście w poranny tryb pracowy nie jest dla mnie żadnym szokiem. Trochę gorzej wysiedzieć na tyłku kolejne osiem godzin , kiedy się przywykło do miejskiego szwędania i kawiarnianego gadania.
Ale człowiek jest jak guma - potrafi się rozciągnąć w zależności od kontekstu.

W moim kontekście jest jeszcze sporo rezerwy..

Ale tak naprawdę
to chciałabym dziś napisać o czymś zupełnie innym.
O tym, że ten tydzień nie jest mi miły i marzę, aby się jak najszybciej skończył. Bo to taki magiczny czas, kiedy marznę bardziej niż zwykle, a w mojej głowie tańczą nutki pewnej piosenki:
"marznę bez Ciebie, zamarzam powoli się kulę.."

Na szczęście należę do dziewcząt dzielnych i twardo stąpających po ziemi, którym nie straszne chłody ciała i duszy, więc biorę się w garść i zanurzam serce i głowę w robocie. Wam też proponuję.

poniedziałek, 03 stycznia 2011

W związku z faktem, że zamierzam wznowić piękną tradycję pisania bloga w pracy - traktując to jako czas na rozruch szarych komórek, uroczyście ogłaszam:

nowe wydanie promyczkowa dostępne każdego poranka po godzinie 9.00.

Chyba, że redakcja zaśpi albo będzie miała coś pilniejszego:)

niedziela, 02 stycznia 2011

Dobre imprezy owocują na dwa sposoby.

Czasem - rzadko - zdarza się tak, że następnego dnia czuję błogość i spokój, kojącą radość, która bulgocze we mnie cicho, masując mnie od środka. 

Niestety znacznie częściej poranek po świetnej zabawie przeszywa mnie chłodem, smutkiem i dotkliwym poczuciem bezsensu wszystkiego. Rzeczywistość przyprawia mnie o mdłości, a ja mam wrażenie jakbym tylko ciałem należała do tego świata. Rodzina, dom, praca, miłość, fascynacje, pasje wydają mi się takie kruche, miałkie i ulotne. Mogę je rozsypać w proch jednym dotknięciem.

Na szczęście
To mija!

K. twierdzi, że to zwyczajny brak magnezu wypłukany przez alkohol. A on jako doświadczony alkoholizator na pewno wie, co mówi.
Tak czy siak - Sylwester był super.
Andergrand stanął na wysokości zadania - była fajna muza, przytulne miejsce do jarania szlugów, bony na wódkę, sok i podejrzane zakąski, z których barszczyk o trzeciej okazał się nektarem:)
Ludzie dali czadu - niektóre babki wyglądały jak wyjęte ze starej "Burdy". Watowane ramiona, pokarbowane włosy, niebieskie powieki - istna rewia fantazji.

A noworoczny smutek ustąpił wraz ze zmrokiem i  zakończyliśmy dzień, grając z Endriuszą w grę planszową "Ryzyko". Okazałam się dobrym stategiem i bezwględną wojowniczką, dzięki czemu trzykrotnie z hukiem pogromiłam jego wojska, podbijając całą Europę, co  mnie wprawiło w euforyczny nastrój, a Endriuszę ... wręcz przeciwnie:) Jak znam życie - więcej już nie zagramy:))) 

Za chwilę odstawimy Antka do dziadków i pojedziemy na noworoczne zakupy książkowe, a może nawet zahaczymy o jakieś przeceny.

To mój ostatni dzień nieustających wakacji.
Jutro tornister na plecy, worek z kapciami w dłoń i marsz do szkoły.

 
1 , 2