..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 31 stycznia 2010
sobota, 30 stycznia 2010

A zatem jestem, jesteśmy. Na razie nie w domu, ale chociaż w sieci.

Dzięki Wam za komentarze - daliście czadu i wzruszyliście mnie bardzo:)

Przeżyć co nie miara, więc będę pisać po trochu.
Zacznę od faktów, a do emocji przejdę później.

Antek urodził się w niedzielę o 20.10, waży 3100 i ma 53 centymetry. Ma też brązowe włoski, "piękne usteczka" - jak mówią położne - i na razie jest podobny do niewiadomokogo:) Jutro wrzucę zdjęcia.

Nasz  przedłużający się pobyt w szpitalu związany jest z żółtaczką wcześniaków i niestety jeszcze kilka dni aresztu przed nami. W tej chwili to moja jedyna frustracja, bo poza tym:
- poród był ekspresowy, choć trudny - opiszę go na Kiełkowaniu za jakiś czas. Zdecydowanie mniej bolesny niż przypuszczałam. I gdybym mogła zamienić szpitalny areszt na kolejny poród, nie wahałabym się ani chwili:)

- Antek okazał się małym żarłokiem, więc od razu złapał metafizyczny kontakt z moimi piersiami. Zaś piersi - o dziwo! - okazały się stworzone do karmienia: żadnego podrażnienia sutków, zmian, boleści. Czysta przyjemność po obu stronach.

- Oksytocyna. Hormon szczęścia - uaktywnił się już w chwili gdy mały smerf: wrzeszczący fioletowy Antolo  - wylądował na mojej piersi. Nie mogę się na niego napatrzeć, nie mogę się nasycić jego dotykiem, zachwycam się wszystkim: każdą minką, gestem.
Mówiąc krótko: oboje z Endrjuszą wpisaliśmy się w dziejowy schemat i zdurnieliśmy kompletnie na punkcie potomka.

Endrju:
Nie wiem, o co chodzi, bo wszystkie małe dzieci nie są zbyt ładne, a ten nasz Antek jest, prawda?
ja: Jest zajebisty.
Endrju: Tak! Choć szczerze mówiąc jeszcze nie potrafię racjonalnie uzasadnić dlaczego. 

- Jestem pod wrażeniem zdolności regeneracyjnych organizmu. Od kilku dni czuję się zdrowa, nic mi nie dolega, mogę tańczyć, skakać, fruwać. I pomyśleć, że jeszcze tydzień temu, byłam gruba i spuchnięta. Nie mogę się  sobie się nadziwić, oglądam się z każdej strony jakbym wraz z Antkiem i ja się na nowo narodziła.

Na dziś to tyle kochani.
Przemieszałam chyba fakty z emocjami, ale nie da się inaczej.
Teraz Antek leży pod lampą, która ma zbić poziom bilirubiny we krwi, a ja czuwam, czy nie ściąga sobie z oczu opaski.
Przez te naświetlania czuję się trochę jak zombi, bo od wtorku śpię po kilkadziesiąt minut na dobę - albo karmię, albo pełnię wartę przy lampach. Desperacko wierzę, że każda godzina naświetlania zbliża nas do wytęsknionego powrotu do domu.
Nie wiem, skąd we mnie tyle energii i siły. Może to moc boskiej oksytocyny?

niedziela, 24 stycznia 2010

CHYBA RODZĘ:)!!!!

- Jesteś histeryczką.
- Nie podniecaj się tak.
- Z tobą nie można normalnie rozmawiać.
- Przez tą ciążę już w ogóle nie da z tobą dyskutować.
- Czego się tak nakręcasz?!
- Czy ty od razu musisz ryczeć?

Tak właśnie wytrąca się broń z ręki rozmówcy. Odwraca uwagę od przedmiotu rozmowy. Już nie jest ważny temat sporu, ale to, że kogoś ponoszą emocje.
Mnie, oczywiście. 
Nie umiem zachować zimnej krwi negocjatora, kiedy mi przykro, ale to się nie liczy.
Dopóki nie nauczysz się rozmawiać, nie mamy o czym dyskutować. 
Cisza w słuchawce. 
Zostaję z poczuciem krzywdy (i winy, bo one zawsze idą w parze) oraz ze świadomością, że najzwyczajniej w świecie wkurwiam swoich najbliższych.  
Kiedy zasnę, znów przyśni mi się sen, w którym padną odwieczne zarzuty:
- Jesteś egoistką, histeryczką, jesteś taka jak twoja ciotka.

Zła, zła, zła.

piątek, 22 stycznia 2010

Właśnie zamknęłam drzwi za Tymisiową, z którą spędziłam urocze południe na babskich pogaduchach. Po jej wizycie został mi wesoły imieninowy żonkil i nadjedzona blacha ciasta z brzoskwiniami.
Mimo postępującego niedołęstwa, nie mogę narzekać na samotność. Wokół mnie sporo Istotek, które dzwonią, mejlują i wpadają. Wczoraj kawa z M., a we wtorek miła wizyta Kaśki - polskiej Coco Chanel, o której jeszcze usłyszycie. Hotline z Ewką i moją Ciotką, rozmowy z Janiś, Ramsikiem, Monią Aferzystką, Asią S. i od czasu do czasu Walerką.

Gdzieś pomiędzy piszę. Ciągle nie to, co najważniejsze. Jak tylko wykaraskam się z chałtur, wpadają następne. Wczoraj skończyłam pisać lutowy felieton do "Kulturki" i już miałam usiąść nad powieścią, kiedy przyszło kolejne zlecenie. Muszę nauczyć się myśleć dwutorowo, bo inaczej poprzestanę na scenariuszach dla koroporacji, a mój zasób przymiotników ograniczy się do trzech: niepowtarzalny, wyjątkowy, ekscytujący.

Żeby się ustrzec przed ostatecznym upadkiem, przełączam okienka i biorę się za redagowanie powieści. Zlecenie niech chwilę poczeka.
Udanego weekendu Fistaszki!


Do spostrzegawczych:
wiem, wiem, zegarek źle chodzi, ale nie ma kto wymienić baterii:)
Poza tym od miesiąca nie mogę wsiąść do auta, bo mi zamarzły zamki od środka, lampa w pokoju wisi na jednym kablu i wiele, wiele innych. Gdyby wśród czytelników znalazł się jakiś majsterkowicz, zapraszam w nasze skromne progi:))

czwartek, 21 stycznia 2010

Od kilku dni  sieci komórkowe znowu zarabiają na moich pogaduchach z Ewcią.
Jednym z gorętszych tematów okazała się nowa reklama Żywca.
Żeby niczego nie sugerować, chwilowo wstrzymam się od opinii, natomiast bardzo chętnie posłucham Waszej.

Co sądzicie o tym pomyśle?

środa, 20 stycznia 2010

- I co będziesz teraz robić? - pytają starzy, niekoniecznie dobrzy znajomi. 
- Teraz urodzę dziecko.
- Ach, prawda, dziecko... , ale chyba czymś się zajmiesz w końcu?
- W końcu się czymś zajmę.
- Masz pomysł, czym? 
- Chwilowo dzieckiem - zbywam, bo podnosi mi się ciśnienie.  
- No tak, dzieckiem... - popadają w zadumę.
Nie są usatysfakcjonowani tą odpowiedzią.

Mój blogowy ekshibicjonizm może dawać złudzenie, że lubię i chcę zwierzać się każdemu i każdemu daję prawo, aby rozliczał mnie z moich marzeń, planów i pomysłów, drążył problemy i nie daj Bóg - dawał porady.
Mylne to założenie.
Nie mam wpływu na to, kto bloga czyta, ale mam wpływ, z kim, o czym rozmawiam. Czytanie blogowych zapisków nie zawsze jest równoznaczne z zaproszeniem do rozmowy.  

Dalece łatwiej pisać mi bloga, adresując słowa do nieokreślonego odbiorcy niż poddawać się wiwisekcji na żywo.
Takie prawo daję tylko nielicznym i niech tak zostanie. 

Może to paradoksalne, ale myślę, że wielu blogerów przyzna mi rację:
publiczne obnażenie wynika z połączenia potrzeby, ale również niechęci, mówienia o sobie.

Ten blog to moja osobista ściana płaczu, śmiechu, zapomnienia.  Kiedy wracam stąd do rzeczywistości,mam ochotę pogadać o czymś innym albo zamienić się w słuch.
Ile można przyglądać się własnym wnętrznościom?
 

wtorek, 19 stycznia 2010

Leżymy nago w łóżku,  Endrju parzy na mnie i wzdycha z lubością:
- Ech, te rubensowskie kształty!

14 kilo temu obraziłabym się śmiertelnie:))


poniedziałek, 18 stycznia 2010

Diabeł opróżniony z bibelotów świeci już pustkami. Gołe gwoździe i haczyki żałośnie wychylają się ze ścian. W ciągu kilku dni zapakowałam moje małe wielkie marzenia w torby i kartony. Jak za sprawą czarodziejskiego zaklęcia, jednego machnięcia różdżką, zniknął z planu miasta mój kramik.

Zawsze miałam tendencję do błyskawicznych decyzji. Ale tym razem nawet mnie to tempo przerosło.
Biznesowy pat. A po nim szach, mat.
Mądra Mamasza twierdzi, że wszystko się sprzysięgło przeciwko Diabłu, co oznacza, że moja droga wiedzie gdzie indziej.
Gdybym była kobietką, jakich wciąż sporo, zdałabym się na dożywotni mecenat Endrjuszy, ale to nie dla mnie. Nie wyobrażam sobie  życia bez pracy, tempa i rozwoju. Wszyscy każą mi pisać. Ale pisanie potrzebuje przeciwwagi: inspiracji, kontaktu ze światem, odskoczni od komputera i klawiatury.

Teraz odskocznią będzie Antek. Biorę zatem głęboki wdech i daję sobie czas. On jest najlepszym doradcą.

Na razie muszę przeboleć Diabła.
Umyłam dziś podłogi, starłam kurze, zdjęłam ze ściany portret Pippi Langstrumpf i zabrałam do mansardy ulubionego manekina. Kolejny rozdział zamknięty. Włożyłam w niego sporo kasy i jeszcze więcej serca, ale nie żałuję. Mam za sobą solidną lekcję, bolesną nauczkę, ale również otwarte drzwi do nowej pasji i tego nikt mi już nie zabierze.

Mam też wolną głowę, do której wprowadzają się nowi lokatorzy: głupie pomysły, utopijne plany, zdroworozsądkowe kalkulacje i rewolucyjne koncepty. Zobaczymy, jak sobie poukładają sąsiedzkie relacje i co z tego wyniknie:)

***
Z Endriuszą jesteśmy jak ogień i woda. Mój huraoptymizm zawsze równoważy sceptycyzm, żeby nie powiedzieć czarnowidztwo Endriuszy.
Poranek. Endrju ma zawieźć mnie do kramiku. Wpadam na pomysł, aby kuchenne stołki z mansardy wymienić na dwa krzesła z kramiku.

ja: To zapakujmy teraz do auta te stołki i zawieźmy je do sklepu, a stamtąd zabierzemy dwa krzesła.
Endrju: Trochę obawiam się brać stąd te stołki.
ja: Czego się obawiasz?
Endrju: Bo jak zabierzemy stołki, a nie przywieziemy krzeseł, to nie będziemy mieli na czym siedzieć.
ja: Ale dlaczego mielibyśmy nie przywieźć krzeseł?
Endrju: No nie wiem, wszystko się może zdarzyć.
ja: No nie przesadzaj! Zresztą nawet gdyby coś strasznego przeszkodziło nam w przywiezieniu krzeseł, to został nam do siedzienia fotel, jedno krzesło, wersalka i w ogóle.
Endrju: (jeszcze bardziej sceptycznie): No tak, szczególnie na tym "w ogóle" siedzi się świetnie.

sobota, 16 stycznia 2010

Sobota. Południe. Ja w łóżku, Endrju w redakcji. Dzwoni.

- Co robisz?
- Leżę w łóżku i czytam.
- Jak ja bym chciał tak sobie leżeć w łóżku, a nie pracować od świtu!
- Gdybyś miał taką możliwość, to zamiast twórczo leżeć i rozwijać się czytelniczo, na pewno poszedłbyś podbijać kosmos.
- A powiedz: co Ty takiego rozwijającego czytasz?
- Jak to co? "Twój styl"!

W związku z powyższym, oświadczam wszem i wobec, że wstaję i zaczynam dzień.
Żeby potem nie było!

piątek, 15 stycznia 2010
Godzina 5.35 
wstaję, bo i tak nie zasnę.
Przewracam się z boku na bok od trzeciej. Najpierw śniło mi się, że prześladuje mnie znany na naszej dzielni kryminalista, potem zjawiły się cyfry - jak natrętne muszki wsiadły mi na mózg i zaczęły kąsać.

Zaczynam dziś 37. tydzień - czas to trudny, bo dopada znużenie i niedołęstwo, ale i uroczy w jakiś sposób, bo teraz naprawdę można oddać się sobie.
Gdyby nie stres finansowy, zapadłabym się w przytulną miękkość mansardy i dopieszczała kąty, i karmiła się przyjemnościami. Przestało mi się spieszyć, zniknęła gdzieś niecierpliwość, która towarzyszyła mi do tej pory. Przed porodem chcę się jeszcze wyspać, przeczytać kilka książek, skończyć redagowanie "Migdałów". Jeszcze kilka chwil dla siebie.

***
MAŁY DYKTATOR
Wczoraj po szkole rodzenia pojechaliśmy do rodziców Endrjuszy, bo bardzo chciałam zobaczyć jego zdjęcia z dzieciństwa.
W wieku przedszkolnym Endrju nosił okularki i wyglądał na małego mądralę.
Jak się okazało, nazywano go "profesorkiem", bo pouczał wszystkie dzieci.

ja: Kurczę, kochanie, na tych niektórych zdjęciach  widać jak na dłoni, że miałeś dyktatorskie zapędy.
Endrju: Fakt. Ale nic z tego nie wyszło. Chciałem im wszystko wyjaśniać, zamiast od razu zacząć nimi manipulować.

czwartek, 14 stycznia 2010

Z mojego pierwszego zimowego spaceru









środa, 13 stycznia 2010

Już tak mam. Amplituda emocji, które do mnie lgną, jest niezwykle rozległa. Od euforii po totalne załamanie. Dziś rosną mi skrzydła i przenoszę góry, a już jutro mogę się wyłączyć, odmówić udziału w życiu, wpaść w czarną rozpacz.
Czasem powód bywa uzasadniony, czasem nie. Jedno jest pewne. Żałobę przeżywam intensywnie, ale krótko. Porażki mnie powalają, lecz wstaje z nich silniejsza i odświeżona. Nie znoszę próżni, dlatego każdą pustkę po stracie wypełniam nową energią.

W upiornym zaczynaniu wszystkiego od nowa znajduję jakąś perwersyjną przyjemność: znów nie znam jutra.

A dziś obudziło mnie piękne zimowe słońce. Powrócił uśmiech. Na parapecie otworzyłam smalcowy bar dla sikorek. Już kilka minut później pierwsza ptaszyna przyleciała na rekonesans.
Obiecuję sobie zimowy spacer z aparatem fotograficznym, bo od dwóch tygodni oglądam świat jedynie zza szyby mansardy lub samochodu.

Wokół mnie dobre duszki o złotych sercach.
T
o jasna strona wpadania w tarapaty.
Odkrywanie z radością i zaskoczeniem, ile wokół nas pomocnych troskliwych dłoni.



świat zza szyby

i pewnie już ostatnia odsłona brzucha - przełom 36/37 tydzień.


wtorek, 12 stycznia 2010

Położyłam się spać. Dwie godziny przewracania się z boku na bok.
Wstałam.

Północ. Gorąca herbata. Nocna lampka w kuchni. Komputer.
Jedna, druga, trzecia chałtura i trzecia w nocy.

Wróciłam do łóżka i wtuliłam się w gorący sen Endriuszy. 
O szóstej obudził mnie jego budzik. 
Wytrzymałam w łóżku do siódmej. 

Wstałam. Wypiłam mleko. Napisałam dłuugiego mejla do B., który się skasował. Obejrzałam "Barwy szczęścia" na dwójce i stwierdziłam, że mój scenarzysta bywa dla mnie łaskawszy. Mimo wszystko.

Zamknęłam oczy i otuliłam się kołdrą. 
Uśpiły mnie dźwięki fortepianu. Arvo Part. 



A potem rozdzwoniły się telefony i trzeba było zacząć dzień.  
 

poniedziałek, 11 stycznia 2010

 Bawół z chińskiego horoskopu  jest konserwatystą. Nie lubi Małp. Ani nikogo, kto się wyrusza w nieznane, przeciera nowe szlaki i poszukuje. A takich, co z motyką na księżyc z lubością sprowadza na ziemię. Bawół bowiem kocha wydeptane ścieżki i ciepło domowego ogniska. Niepokornym uciera nosa i usilnie próbuje ich nawrócić.

Dlatego bawół zesłał mi dziecko.
Ale wcześniej - podczas wypadku - pogroził palcem.

Teraz, tuż przed dymisją, tuż przed oddaniem tronu Tygrysowi, rzucił mną o glebę, abym nie myślała, że cokolwiek jest ważne poza dzieckiem.
Zabrał mi rok moich marzeń i planów.

Może powinnam być mu wdzięczna, może on mnie ocala. Może po latach przyznam mu rację.
Na razie czuję jakby odcięto mi rękę.
Znów jestem na początku drogi. Mam 30 lat i ciągle błądzę.
Jak długo jeszcze?

sobota, 09 stycznia 2010
Szukamy dla Endriuszy czarnych spodni. Przebieralnia Reserved, Endrju przymierza, ja siedzę i patrząc na jego wypłowiałe stare spodnie, mówię:

- Czarne ubrania mają to do siebie, że szybko stają się brzydkie.
- A kolorowe ubrania mają to do siebie -
odpowiada Endrju -  że są brzydkie od początku.  

Jak słowo daję, nie mam czasu. A przecież chciałabym napisać o wizycie Tymisiowej, a także o przemiłej zabawnej kolacji u Alutki i Andrzeja, ale od trzech dni ślęczę nad jakimiś korporacyjnymi tekstami, a kiedy się odrywam od pracy, to także od komputera. Na przykład, żeby pooglądać Dr Housa.
Poza tym telefon rozgrzany do czerwoności. Kołowrotek.

Dlatego dziś też tylko krótka wymiana myśli.

Zawsze lubiłam się użalać nad sobą, a teraz sytuacja temu sprzyja.

ja: A jak Tobie się znudzi zabawa w dom i mnie porzucisz?
Endrju: To już nie jest zabawa, to, jak mawia moja dziewczyna, dorosłe życie.
ja: Nie! Nie chcę dorosłego życia, wolę zabawę. W sklep już się bawię, a teraz pobawimy się w dom.
Endrju: No właśnie jak patrzę na Twoją zabawę w sklep, to nie wiem, czy na pewno chcę, żebyś bawiła się w dom...

Nie ma jak męskie wsparcie:)

czwartek, 07 stycznia 2010

Wczorajszy zjazd emocjonalny.
Ja płaczę, narzekam i w ogóle wszystko do kitu.

Ja: Przeraża mnie poród, połóg i macierzyństwo! Już nigdy nie będzie tak jak dawniej!
Endrju: Musimy uzbroić się w cierpliwość, a zobaczysz, że wszystko się ułoży.
Ja: Kiedy???
Endrju: Jak to kiedy? 20 lat i znów będziemy wolni!

***

Dziś, po rozmowie telefonicznej z Janiś.

ja: A Janiś mówiła, że jej mała już do niej się uśmiecha, a do Adama jeszcze nie, ale to chyba normalne, prawda? 
 
Endrju: No to pięknie. Ja będę harował na gówniarza, a on nawet się do mnie nie uśmiechnie?

środa, 06 stycznia 2010

Na szkole rodzenia oglądamy film z porodu, na którym jest dokładnie pokazane, jak dziecko przechodzi przez kanał rodny i ile się musi nawyginać, aby wyjść na świat.

Endrju (z autentyczną troską): Biedny ten nasz Antek, tyle się będzie musiał nagimnastykować, żeby się urodzić.
ja: (z przekąsem, skupiona na sobie): Ja też się będę musiała nagimnastykować, żeby go urodzić.
Endrju: (w obronie potomka) Tylko, że ty tego chciałaś, a on... niekoniecznie!

Więcej o lekcjach u Pani Wiesi napiszę na blogu brzuchowym, tymczasem kilka słów o książkach. Bo jest pewien problem.

Pamiętam młodzieńcze czasy, kiedy biegłam ze szkoły do domu, zaszywałam się w pokoju z książką i wciągałam się bez reszty od pierwszej aż do ostatniej strony. Teraz tego nie potrafię, a jeśli się zdarza, to baardzo rzadko. Umiem delektować się literaturą, docenić jej smak, czerpać wielką przyjemność z czytania,  ale zapomnieć o bożym świecie, gorączkowo przewracając strony? Niestety.
Moja mądra ciotka twierdzi, że to wynika z doboru tytułów i chyba ma rację.
Trudno o napięcie we wspomnieniach Illga, reportażach obyczajowych czy postmodernistrycznych wykwitach nowoczesnej prozy. Co mi zatem zostaje?
Kryminały i horrory, których nigdy nie czytałam?
Wartkie obyczajówki, od których odwykłam, bo zawsze szkoda mi na nie czasu?
Ale że zatęskniłam wielce za lekturowym odlotem, kupiłam przedwczoraj szwedzkie czytadło z listy bestsellerów. Kilka pierwszych stron mnie nie uwiodło, zobaczymy, co będzie dalej.

A Was Fistaszki, co wciąga bez reszty? Ale tak naprawdę, mocno, żeby zarwać nockę na przykład.
Tylko nie piszcie, że Myśliwski lub Coetzee.
Mimo że lubię, sorry, nie uwierzę.

wtorek, 05 stycznia 2010

No to leżę sobie i tak mam leżeć do następnego wtorku.
Oczywiście z moim charakterem nie da się w 100% wypełnić tego zadania, więc:
wczoraj pojechaliśmy zrealizować długą listę zakupową dla Antka i choć ograniczyliśmy się do minimum (Termometr do wody? - Eee sprawdzimy ręką. /Podgrzewacz do butelek? - Po co? W garnku z wodą też można zagrzać./ Rożek?
- Zawinie się w kocyk.), i tak niezła sumka nam pękła.

Wieczorem natomiast pojechaliśmy do szkoły na pierwsze zajęcia. Za 2 tygodnie dostaniemy dyplom ukończenia kolejnego fakultetu: szkoły rodzenia.

Natomiast dzisiejszy poranek zaczęłam od spotkania w agencji i na najbliższe kilka dni będę miała trochę pracy koncepcyjnej. Jak widać -  od roboty nie tak łatwo jest uciec nawet przy rozwarciu i groźbie przedwczesnego porodu:)

Tymczasem porzucę Was na chwilę, bo przyszła maszyna do szycia i strasznie jej jestem ciekawa.

Poniżej prezent od Ewci. Boski fotomontaż naszej babskiej paczki, czyli Basieńki w oczach mistrzów

Najlepiej z nas wszystkich prezentuje sie Diana - lewy dolny róg, a ja - oczywiście - zostałam obsadzona w najbardziej wyuzdanym portrecie :>


niedziela, 03 stycznia 2010

Ten, kto słucha radiowej Trójki, na pewno kojarzy panią od kultury, czyli Barbarę Marcinik. Nie przepadam za nią, od chwili, gdy pracując w Teatrze Animacji próbowałam ją zainteresować Festiwalem KONTEKSTY, a ona zamiast mi grzecznie odmówić, po prostu mnie zlała. Poza tym, jak drażni mnie egzaltacja Grażyny Dobroń (pani od zdrowia), tak też przesadne natchnienie Marcinik bywa nie do zniesienia. Endrju nie znosi jej z zupełnie innego powodu - twierdzi, że Barbara Marcinik błędnie stawia akcenty i nie może się nadziwić, dlaczego nikt jej na to nie zwrócił uwagi.

Ale do rzeczy.
Oto przeuroczy fragment z "Mojego znaku" Illga. W rolach głównych: moja ulubiona poetka Wisława i nieulubiona dziennikarka Baszka M.

"Po wydaniu w Znaku tomu Chwila Wisława z rezygnacją poddała się nienawistnym powinościom promocyjnym. Jedną z nich było spotkanie w Sali im. Agnieszki Osieckiej w radiowej Trójce przy Myśliwieckiej, prowadzone przez naszą wieloletnią sojuszniczkę i przyjaciółkę Barbarę Marcinik. (...)
Baszka Marcinik miała ambitne plany, przed których realizacją lojalnie ją ostrzegałem. Tłumaczyłem jej, że jedyne pytania, których Szymborska naprawdę nie znosi, to pytania o sztukę poetycką, kulisy warsztatu, proces pisania. Tymczasem Baszka uparła się, że mając takiego gościa, musi zapewnić wysoki poziom programu, transmitowanego na żywo na całą Polskę. Mogłem jedynie przysłuchiwać się, jak brnie w kierunku przepaści:
"Pani Wisławo, tytuł pani tomiku brzmi 'Chwila'. Czy miała pani na myśli horacjańskie 'Carpe Diem' czy raczej czas marny opiewany przez Koheleta?"
Zakłopotana Wisława wzruszyła ramionami:
"Iiii, to już jak tam pani sobie chce".

Jerzy Illg, Mój znak, Kraków 2009, s. 147.

piątek, 01 stycznia 2010

Noc Sylwestrowa minęła nam miło, spokojnie i bez fajerwerków - również w sensie dosłownym, bo wielki moździerz Adama zamiast wystrzelić na kolorowo - rozerwał się z hukiem i bez efektu.

Najpierw wpadliśmy do krainy Tymisiowej, na magiczne zachwycająco urządzone poddasze, gdzie ugoszczono nas pyszną tartą, sałatką i jeszcze, przed wyjściem,  załapaliśmy się na raclette przyrządzone przez sąsiada.

A potem pojechaliśmy do Janiś i Adama, gdzie była już Marta z Maksem. Tam zasiedliśmy do kolejnego suto zastawionego stołu, na którym prym wiodło debiutanckie sushi Adama i sałatki Marty. Prawdziwym nektarem bogów okazało się szwedzkie bezalkoholowe piwo gruszkowe ponoć dostępne w IKEI. Pychota!

Prowadząc niezobowiązujące rozmowy i łagodne dyskusje, w ciepłej atmosferze doczekaliśmy północy: szampan strzelił dyskretnie, złożyliśmy sobie życzenia, witając Nowy Rok z powściągliwym uśmiechem i stoicyzmem prawie trzysiestolatków, którzy trochę już tych Sylwestrów przeżyli i wiedzą, że towarzysząca temu wydarzeniu masowa euforia jest grubą i niepotrzebną przesadą.

Jakoś po drugiej zamknęłam oczy i z wielką przyjemnością odleciałam na wyspę tysiąca snów.


Zaś dziś słodko się lenię.
Czytam "Mój Znak" Illga, upiekłam pizzę, obejrzałam coś z klasyki kina samurajskiego o wdzięcznym tytule "Lady Snowblood", kupiłam w necie maszynę do szycia, aby:
1. Jako właścicielka galerii hand made, nauczyć się coś tworzyć by own hand
2. Nie zgnuśnieć na urlopie macierzyńskim 

A przed chwilą zobrazowałam mieszkańców naszej mansardy, bo doliczyliśmy się już piątki lokatorów