..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 31 stycznia 2009

Któż to taki?
Mały samuraj?
Azjatycka księżniczka?
Eskimosek z Epoki Lodowcowej?
Nie.

To Jozankowa Iga Igłą zwana.



piątek, 30 stycznia 2009

Blox opublikował podsumowanie 2008 roku, 
który był  dla Pr0myczkowa wielce łaskawy.

A wszystko to Wasza zasługa.

Miejsce 42 - TU
Miejsce 79 - TU
I setne - rzutem na taśmę - TU

Dziękuję i dygam przed Wami wdzięcznie:)

czwartek, 29 stycznia 2009
Byłam dziś na spotkaniu w Warszawie - po wypadku odwołałam wszystkie wyjazdy, ale obowiązki czasem wygrywają.
Wróciłam.
Żyję.
Nie zdążyłam złapać oddechu po wejściu do mieszkania - telefon od Fruwaka.
Zasnął na autostradzie za kierownicą.
Wpadł na prawy słupek, obróciło go kilka razy i walnął w lewą barierkę.
Na szczęście nic mu nie jest.
Nikt w niego nie uderzył.
Nikt się też nie zatrzymał.
Ominęli i pojechali dalej.
Czarna seria trwa i zatrważa. 

Nic, tylko zacytować słowa bohaterki z "Ogrodu Luizy" - pięknej romantycznej opowieści:

Musisz polubić Dziś, wtedy Dziś polubi ciebie.
Wczoraj nie ma.
Jeśli zapomnisz o Wczoraj, to Wczoraj zapomni o tobie.
O Jutrze nie można gadać, bo Jutro nie jest nasze...



środa, 28 stycznia 2009

Fruwak doniósł, że w poznańskiej Plazie Matylda stoi na półce "Literatura młodzieżowa".
Biedna poznańska młodzież:)))

Jadę autem z moją Mamą:

Mama: Ta byłaby bardzo fajna książeczka, ale po co tyle wulgaryzmów?
ja: Przecież tam prawie nie ma wulgaryzmów! Chyba, że mówisz o cipach i kutasach?
Mama: Na przykład.
ja: A jak miałam inaczej napisać? W języku polskim brakuje słów. Miałam napisać siusiak??
Mama: Po co ta dosłowność! Mogłaś napisać jakoś ogólnie, na przykład, że bohaterki rozmawiały o seksie.
ja: Ale Mamo! One nie rozmawiały o seksie, tylko o kutasach! Więc co miałam napisać??
Mama: Jak to o kutasach??!! A fuj!!!

Co zapamiętałam?
Był lód na zatorzańskim stawku, gwiezdny latawiec na suficie nieba, mróz. Miałam suchy kaszel.
- Poślizgamy się?
- Chodźmy.

Podał mi rękę i zeszliśmy razem.
Nie często nasz dotyk miał okazję się spotkać, więc kiedy chwycił moją zmarzniętą dłoń swoją chłodną dłonią - chciałam, aby trwało to dłużej. Ale nie mogło. Jeszcze nie.
Nie wiem, o czym rozmawialiśmy, ale chyba droczyliśmy się jak dzieci.
Kiedy umierają gry słowne - znak, że koniec flirtu.
A przecież flirt jest taki przyjemny. I wtedy też było przyjemnie.
Nasz śmiech był beztroski i unosił się nad nami jak balonik wypełniony endrofinami.
- Mam dla Ciebie czekoladkę.
- Naprawdę? O! A ja mam dla Ciebie łyżeczkę.
- Łyżeczkę?
- Tak, taką małą, do jogurtu.
- Idealna do torebki. Fajna.
- Czekoladka też. Chcesz pół?
Jest mi słodko w ustach i słodko w duszy.

Takie impresje chowam do szuflady serca - jednej z tych najważniejszych.
Bo wtedy, kiedy właściwie nie dzieje się nic - dzieje się bardzo dużo.
Tak jak tamtej nocy na zatorzańskim stawku.
***
Dostałam wczoraj film. Obejrzę dziś wieczorem: Ostatnie Tango w Paryżu.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Jakiś czas temu przeczytałam w "Zwierciadle" artykuł o świętowaniu. O tym, że w naszej polskiej kulturze stwarzamy niewiele okazji do świętowania. A przecież zawsze znajdzie się powód, aby coś uczcić. Pierwszy śnieg, pierwszy ząbek dziecka, pierwsze zdanie nowej powieści, pierwsza nagana w robocie czy kraksa, z której się wyszło cało.
Świętowanie daje nam energię, integruje z innymi ludźmi, a przede wszystkim dostarcza kosmicznej radości istnienia.

Dziś za sprawą Szuwarka, który zaciągnął mnie do Planety 11, obejrzałam film Tonego Gatlifa - Gadjo Dilo.

Ta piękna cygańska opowieść wywołała we mnie poczucie ogromnej tęsknoty za żywiołem wspólnotowej radości, za muzyką i tańcem. Te pierwotne rytuały świętowania niosą ze sobą magiczną siłę - tańczący Cyganie zdają się być bliżej Boga niż katolicy zasiadający w kościelnych ławach. W tym tańcu tkwi potęga życia i pokora umierania.

Piękny poruszający film.
Aż chce się wstać i pójść.
Tam gdzie wzrok nie dosięgnie, ale zaniosą nogi.

niedziela, 25 stycznia 2009

Pamiętacie ten film?
Oglądałam go kilkanaście razy - jeden z kultowych obrazów mojego dorastania.
Do dziś mam dreszcze, kiedy słyszę muzykę lub widzę fragmenty.
I pomyśleć, że to było tyle lat temu.
Dokładnie - trzynaście.  

piątek, 23 stycznia 2009
Pojechałam do Babci. 
W TVN 24 lecą materiały reporterskie. Temat mało zabawny, bo chodzi o śmierć dziecka spowodowaną zeniedbaniem lekarzy. Oglądam dokument z przejęciem. Chwilę później gościem w studiu jest rzeczniczka praw pacjenta. Panuje poważny nastrój. 
- Czy Ty to widzisz?! - odzywa się nagle Babcia szczerze oburzona - Żeby do tak krótkiej szyi założyć taki wielki kołnierz to trzeba mieć kiełbie we łbie! Widzisz to?! Kretynka jak słowo daję. Ludzie  nie mają za grosz samokrytyki!
czwartek, 22 stycznia 2009

Skoro mam żyć, chcę żyć żarliwie. Inaczej nie ma sensu.
Robię porządek - dzielę na ważne i nieważne.
Rysuję mapę swoich potrzeb i pragnień.
Nie dopuszczam do głosu znudzonej dziewczynki, która coś by chciała, ale nie wie, co.
W tej sytuacji narzekanie na nudę wydaje mi się niesmaczne.
Skoro mam żyć, potrzebuję wolności, ale prawdziwa wolność to dyscyplina. 
Wizualizuję straszne zakończenie tamtej nocy i biorę się w garść.
Ta drastyczna metoda okazuje się najbardziej skuteczna.
Żyję. Jestem zdrowa. Mam ręce i nogi. Mogę biegać, pływać, fruwać.
Chcę pracować, chcę pisać. Chcę głęboko oddychać. Chcę kochać.
I chcę się śmiać.

I tego życzę Wam wszystkim - żyjmy żarliwie. Inaczej nie ma sensu.

środa, 21 stycznia 2009

To jest tak jak z przebojem Dody czy Feela - usłyszysz numer kilka razy i zanim się zorientujesz, już zaczynasz go nucić.

Wytrwałe patrzenie na okładkę "M", również sprawia, że nawet można ją polubić:))

wtorek, 20 stycznia 2009

Dziś w Książnicy znalazłam "Matyldę" – okładka jest doskonałym egzemplum arcykiczu. Powiedzmy sobie otwarcie - ja tej książki na pewno bym nie kupiła. Ale znając jej zawartość, wciąż śmiem twierdzić, że to dobra komedia. A dzięki takiej a nie innej grafice może trafi w ręce, o których mi się nie śniło:)
Teraz jednak wiem, dlaczego muszę jeszcze trochę pożyć. Chcę ukończyć trzecią powieść i doczekać kiedyś okładki, która mnie zachwyci.

Tymczasem fotorelacja z Poznania.



Kris, czyli mój boski brat.
Zwykle go widzę na wsi, w rozciągniętym dresie, kilkudniowym zaroście, kaloszach i innych dodatkach skutecznie maskujących jego urodę. Dlatego, kiedy ujrzałam go w płaszczu, garniturze i pantoflach - aż zaparło mi dech w piersi. Poczułam się przy nim jak Kopciuszek, ale Kopciuszek, który pęka z dumy, że trafił mu się taki boski braciszek.
ps. Za umieszczenie tego zdjęcia grozi mi zgon. (Powyższe zdjęcie można wykorzystać w listach gończych:)
 


W Poznaniu zachwycało mnie wszystko - począwszy od iluminacji, poprzez knajpy, sklepy, a skończywszy na tejże rzeźbie. Pół roku mieszkania na prowincji zaowocowało stanem permanetnego zachwytu. Równocześnie uświadomiłam sobie, że moja wyprowadzka do Olsztyna jawić się zaczyna jako akt niebywałego heroizmu. Bo przecież nie sztuką jest uciec do raju, sztuką jest zejść na ziemię i tam wznosić swój raj:))





 
Głośna Samotność - poznańskie pokłosie warszawskiego Czułego Barbarzyńcy. Fantastyczne miejsce, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Zjadłam tam pyszne tosty w pysznym towarzystwie Adusi, która uczyła mnie... trenować mięśnie kegla:o)


dedykacja dla Ady




Z Walerkami wybraliśmy się na sushi, ponieważ kilka lat temu Szymon spędził 6 tygodni w Japonii i wielką słabością darzy surowe ryby. Trzeba uważać, bo to przypadłość dość zaraźliwa:)
A potem powędrowaliśmy na koncert Vawa Muffin do Piwnicy 21, a stamtąd na nocną wyżerkę do Mexicany.

Cóż poza tym?
Była herbatka z Panią Bogusią w Republice Róż (Agnieszko, co Twoim życiem zawodowym? Chcesz sprzedawać błyskotki, a co z Twoim potencjałem?!)
była kawka z Mareczkiem w Młynku (No mów, co u Ciebie, bo ja ciągle o sobie)
i inna kawka w Wikingach z Makówką (Powinnaś skończyć to pisanie tylko o kobietach).
I jeszcze kolacja z Frr, Adą i Ciotką Stellą. (Aga, ty wczoraj wydałaś "Matyldę", więc chyba stawiasz, co?:))
I nawet udało mi się dwukrotnie wpaść do Teatru, aby ucałować moje cioteczki ukochane - Kachę i Elulu, które nigdy się nie zmienią i choć obie razem liczą ponad setkę, wciąż zachowują się jak szesnastolatki.
Maraton udał się wybornie, a jego trudna meta potwierdziła, że trzeba się delektować tym, co jest i nie tracić chwili. Bo może to ostatnia.
***
Ach i jeszcze Jozi! Wiedziałam, że kogoś pominęłam! No tak, może dlatego, że trochę się napiłyśmy i gadałyśmy do trzeciej rano. Nie pamiętam nawet, gdzie byłyśmy. W każdym razie już dawno tak się nie zapomniałam w rozmowie. I pomyśleć, że znalazłam wspólny język z młodą Mamuśką, co dobitnie świadczy o tym, że można być świetną Matką Karmiącą i nie zawęzić swoich horyzontów do świata kupek i zupek.
Joziii, sorrry!

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Dostałam dziś dwukrotną szansę od Życia.

Najpierw było o krok, o włos, o milimetr - jak w wierszu Szymborskiej.

Dwie godziny później zdążyliśmy jedynie zobaczyć samochód na naszym pasie.
- Czyli to koniec? - przemknęło mi przez głowę.
Nie krzyczałam.
Wydawało mi się, że już nie warto.
Potem uderzenie - jedno i drugie, iskry, ciemność, dym, smród poduszek powietrznych.

Zakrwawieni ludzie z drugiego auta, błaganie o pomoc, płacz dzieci.
- Wszystko będzie dobrze - wyciągam  z samochodu małą dziewczynkę, tulę i płaczę razem z nią.

Wszyscy  żyją - obrażenia nieznaczne. My bez szwanku.
Do domu przywozi nas Tata, dochodzi północ. 
Zamykam oczy i widzę wszystko od nowa i na okrągło.
Do opowieści o poznańskim maratonie dziś nie jestem gotowa.
Dobranoc.

piątek, 16 stycznia 2009

Jestem w Poznaniu. Wczoraj wino z Walerką na Wichrowych Wzgórzach - wreszcie okazja, aby gadać, śmiać się i smucić z bliską osobą. Na co dzień nie brakuje mi ludzi, ale właśnie przyjaciół i takich chwil jak wczorajsze.

Obudziłam się z bolącą głową, wypiłam herbatę i przeczytałam gazetę - jak miło wziąć do ręki dodatek "Co jest grane?", który ma więcej niż dwie strony:)
Chwilę później taksówka zawiozła mnie do Krisa. Mój braciszek szykował się do pracy - w garniturze i płaszczu wygląda jak młody Bóg. Ja przy nim niczym mała dziewczynka ubrana na wyprzedaży, w dziecinnych rajstopkach i kitce.
Fajnie mieć takiego brata.

Dochodzi 9.30, zmykam, bo dziś czeka mnie istny maraton.
Lubię to miasto, no lubię!

czwartek, 15 stycznia 2009

Przeczytałam "Wściekłego Psa" Tochmana.
Wbrew powszechnym opiniom Tochman nie jest dołujący. On wstrząsa. Rzuca czytelnikiem o ścianę i siłą podnosi mu powieki. Każe spojrzeć prawdzie prosto w oczy.
Takich jak ja, którzy do świata mają stosunek życzeniowy, odziera z naiwności. Uświadamia, że w mgnieniu oka nasze wielkie plany i aspiracje mogą sprowadzić się do marzenia, aby dojść do łazienki o własnych siłach.
On nie dołuje, on bardzo dobitnie uświadamia nam, ile mamy szczęścia, prowadząc nudne i zwyczajne życie, w którym ciągle nam czegoś brakuje.

Polecam bardzo i obiecuję - przeczytacie ten zbiór jednym tchem.

Tymczasem idę się pakować.
Wsiadam dziś w pociąg do Poznania.

środa, 14 stycznia 2009
Dawno już mnie nic tak nie wzruszyło.
Marsz Pingwinów.

Ostatnimi czasy dopadła mnie dolegliwość, której nie znałam jak żyję - bezsenność.
Leżę godzinami z otwartymi oczami i odgrzebuję dawno zapomniane bibeloty - ulotne obrazy, sytuacje, sceny z dzieciństwa, uczucia wstydu, rozczarowania, strach. Odtwarzam raz jeszcze, żeby zrozumieć, połączyć - zagubione w mojej intymnej historii - puzzle. Nie ma już we tamtych mnie emocji.
Ja jestem tu - patrzę z dystansu, zadziwiona, i traktuję to jak zagadkę logiczną.  
Choć nie ukrywam, dobrze byłoby znaleźć rozwiązanie.
Nocą wszystko widzi się znacznie wyraźniej.

***
Ze spraw innych:
Wydawca Matyldy zrobił na stronce baner (pojawia się przy co trzecim klinknięciu). Baner jest czerwono-różowy, wszystko pięknie migocze, serduszka wirują - landrynka, że ta lala!

ja: Spójrz na ten baner! Po tym już nikt sensowny nie sięgnie po Matyldę.
Endrju: Co Ty gadasz! Fajny! Wreszcie ktoś robi profesjonalną promocję.
ja: Uhm.
Endrju: Aga, ten baner jest bardzo fajny, a że Dunin nie będzie Cię poważał... no to chuj.
;)))

wtorek, 13 stycznia 2009

Typowe zagranie mojego organizmu.
Jak spada mi za dużo na głowę i zapominam o sobie, wtedy moje ciało domaga się pamięci i robi to w sposób drastyczny - ścina mnie z nóg.
Mam zawalone gardło. Ledwo mówię i czuję się tak chora, że z trudnem dowlekam się do łazienki.
Musiłam odwołać mój wyjazd do Wawy, ale mam nadzieję wyzdrowieć do czwartku i pojechać na obiecane spotkania do Poznania.
Na razie leżę, rozczulam się nad sobą, pertraktuję z chorobą i czytam Marzi.


poniedziałek, 12 stycznia 2009

Raz na jakiś czas, zdarza się taki dzień (aby było drastycznie jest to poniedziałek), kiedy od rana wiadomo, że dobrze nie będzie.

Bo - po pierwsze - trzeba na przykład wstać o pogańskiej porze 6.40 i pędzić do biura na ósmą.
Więc wstajesz o 6.55, w pośpiechu dokonujesz porannej toalety, mrok za oknem wpędza Cię w myśli samobójcze, ale jesteś twarda. Nie poddajesz się i w pół do ósmej wychodzisz z domu, aby nieśpiesznie odśnieżyć auto, rozgrzać silnik i ze spokojem udać się w kierunku biura.
Schodzisz ciut później, ponieważ już za drzwiami spostrzegasz, że nie masz rękawiczek. Przeklinasz siarczyście i wracasz. Biorąc rękawiczki z górnej półki, sypie się na Ciebie cała jej zimowa zawartość: czapek (bez liku), kilka szalików, futrzany kołnierz z Sylwestra (House 19, 90 zł). Na koniec łupie Cię w sam czubek głowy skórzana walizka. Co za debil ją tam postawił??? - pytasz, ale nie odpowiadasz, bo przecież wiesz kto.
Schodzisz na dół.
Naciskasz autoalarm i spoglądasz z przyjemnością na swoje ulubione autko. Od razu lepiej.
Łapiesz za klamkę. Zamarznięte, czy co do licha? Wciskasz guzik raz jeszcze, i  znowu chwytasz za klamkę. Ciągniesz. Nic. Zamarzło.
Przypominasz sobie jednak, że w domu masz jakiś cudowny odmrażacz podarowany przez troskliwego kuzyna - Mareczka. Biegniesz więc szybko do mieszkania, bo czas ucieka. Po drodze dzwonisz do swojego chłopaka, pytając: dlaczego jego tu nie ma, aby przyszedł Ci z pomocą i gdzie ten cholerny odmrażacz. Chłopak ze stoickiem spokojem odpowiada: odmrażacz w szafce pod blatem, nie mogę gadać, mam raport.
Znajdujesz, zbiegasz, pryskasz na oślep tym specyfikiem, byle prędzej. Zlewasz nim pół samochodu. Szybko, szybko. Wciskasz guzik alarmu, ciągniesz za klamkę. Dupa, gówno, huk.
Dzwonisz do ojca.
Dlaczego w takich chwilach ojciowie zawsze sa daleko???
-
Podgrzej klucz zapalniczką - radzi, a Ty się dziwisz, jak moglaś zapomnieć o tym pradawnym patencie.
Rozłączasz się, szukasz zapalniczki w przepastnej torbie, odsyłając do diabła wszystkich projektantów damskich toreb, za to, że nie ma w nich światła.
Wreszcie po omacku trafiasz na zapalniczkę. Podgrzewasz kluczyk, pakujesz do zamka.
Świetnie! Włączył się alarm i piszczy jak oszalały. Ciekawe, ilu sąsiadów pije teraz poranną kawę i spogląda przez okno na tę idiotkę szamoczącą się wokół  samochodu. Wyłączasz alarm,  podgrzewasz ponownie klucz, wsadzasz raz jeszcze. Nic. Kompletnie nic. A czas biegnie. Szarpiesz coraz mocniej za klamkę - od strony kierowcy, od strony pasażera - bez skutku.
Dziesięć do ósmej. Nie ma co. Decydujesz się iść na piechotę. Zaciskasz zęby i robisz  zamach, aby na koniec przykopać w ten cholerny samochód, ale w ostatniej chwili zwycięża miłość i odchodzisz bez słowa.
Idziesz, niosąc w ręku pieprzoną butle  cud odmrażacza, mijasz auta stojące na światłach i nienawidzisz wszystkich dziejsiejszych kierowców i nienawidzisz każdego z osobna.
Masz w oczach łzy wściekłości i nie chce Ci się żyć.

Niektóre poniedziałki lubią utrzeć  nosa również Tobie. 

***
Dwie godziny później:

jak się okazuje to dopiero początek. Teraz siedzę w biurze w temperaturze lodówki i wszystko mam dokumentnie upieprzone sadzą.
Panowie u góry przepychają przewód kominowy.
Jeste bosko, czekam na kolejne fajerwerki.

niedziela, 11 stycznia 2009

- Chłopczyku weszliśmy na grząski grunt. Trzeba chyba uciekać, żebyś sie nie utopil:)
- Szybko wychodzimy, bo razem tu utoniemy. Pociągnę Cię za sobą. Połóżmy sie, to jedyny sposób na bagna.
- Mówisz? I wtedy bedziemy ocaleni?
- Tak, tak, tak.
- To co? Trzy cztery?
- Dobra
- Czy jeszcze trochę połazimy po bagnie?
- Eee nie, to głupie, nieodpowiedzialne, nieprzemyślane. Jeden błędny krok i po nas.
- Tak połóżmy się - to będzie dojrzałe i mądre.
- Połóżmy się i poturlajmy bezpiecznie do brzegu.
- Tak jest.
- Nie bój sie, trzymam Cię mocno.
- Z Tobą się nie boję. Ale mi serce bije. Słyszysz?
- Tak, czuję.
- Trzymaj mnie mocno.
- Jeszcze tylko kilka metrów i będziemy na brzegu.
- I co się wtedy wydarzy?
- Życie.
- Prąd życia, który niesie nie wiadomo dokąd.
- Tak, prąd życia.
- Jesteśmy już?
- A co? Nie podoba sie turlanie? Już prawie.
- Podoba, ale już nie mogę oddychać.
- Bo jestem silny.
- Nie widzę Twoich oczu, a ja lubię Twoje oczy.
- Musiałem to zrobić dla Twojego dobra. Twoje też mi przypadły do gustu.
- A zatem spójrz w nie.
- Patrzę.
- I co widzisz?
- Nie mogę powiedzieć.
- Dlaczego? Mnie nie zaskoczysz, bo to moje oczy.
- Widzę, że mała dziewczynka chciałaby wyskoczyć z wnętrza dojrzałej Kobiety i poturlać sie z małym chłopczykiem, który też by chciał wyskoczyć.
- Bystry z Ciebie Lew.
- A z Ciebie fajna Lwiczka.

piątek, 09 stycznia 2009
Siedzimy z Tatą u mnie w biurze i pijemy kawę:
Tatko: Kurczę, a może i ja bym jakąś książkę napisał?
ja: No pewnie, napisz!
Tatko: He, he, ale by się na mnie wszyscy poobrażali!
ja: Dlaczego?
Tatko: Bo wszyscy sądzą, że ja taki miły, a oni nie wiedzą, co ja o nich myślę. Głupki  jedne!

Już wiem, dlaczego nie mogę pracować.
Muszę siedzieć w oknie mansardy i pilnować mojego samochodu.
Właśnie przyłapałam gówniarza, który leżał na masce almerki i pracowicie coś tam na niej skrobał i ugniatał.
Muszę zejść na dół na oglądziny.

Wczoraj fajny wieczór z Monią w Alchemii i rozmowa, która zainspirowała mnie do skrojenia jednej postaci według pewnej miary.
Znów się ktoś obrazi:)

Zaczłam czytać książkę pt. "Po co mi ten facet?".
Endrju spogląda podejrzliwie, ale nic nie mówi.
Nauczył się przeczekiwać okresy burzy i naporu.

I tyle na dziś moich codziennych okruszków.

czwartek, 08 stycznia 2009
Śniło mi się, że...
zasnęłam i przeniosłam się do innej rzeczywistości.
Była nią zielona wyspa, na której znaleźli się wszyscy moi bliscy i znajomi. Wyspa była mglista, chłodna i bardzo odległa. Szybko zapadał tam zmrok, a słońce nigdy nie przedzierało się zza chmur.
Mogliśmy być tam szczęśliwi, ale nie potrafiliśmy. Tęskniliśmy za naszym zwyczajnym codziennym życiem, do którego czasami wracaliśmy po przebudzeniu, ale gdy tylko nadchodził sen, znów wyrzucało nas na tę wyspę.
Wpadliśmy więc na pomysł, aby wybudować wielką łódź, wypłynąć na ocean i się utopić. Wtedy na zawsze wrócimy do naszego życia.
Zaczęliśmy konstruować tratwę, lecz w międzyczasie okazało się, że w prawdziwym życiu zdiagnozowano u mnie raka. Nie wiedziałam, co robić. Byłam tak strasznie zła i wściekła. Wyżywałam się na wszystkich bezmyślnych i wkurzających ludziach: przechodniach, sprzedawczyniach, lekarzach. Wreszcie mówiłam to, na co mam ochotę. Wyrzucałam z siebie tłamszony dotychczas gniew. Wiedziałam, że jako chora, mogę sobie na to pozwolić - każdy złoży to na karb śmiertelneego nowotworu.
Jednocześnie nadal równolegle mieszkałam na wyspie. Tam byłam zdrowa.
Ukończyliśmy łódź. Była gotowa do zwodowania. Wszyscy wchodzili na pokład, a ja stałam na brzegu i nie miałam pojęcia, jaką podjąć decyzję. 

Obudziłam się zlana potem, a kiedy już zrozumiałam, że jestem na bezpiecznym pokładzie mojego łóżka, uśmiechnęłam się do moich snów.

Wewnętrzni terapeuci czuwają, gdy ja śpię.
A może tylko wtedy pozwalam im nad sobą trochę popracować.
wtorek, 06 stycznia 2009

Jezuuu, jak zimno!
Toż to nie można normalnie funkcjonować!
Bacha twierdzi, że wreszcie pogoda ma charakter.
No ma! I to gorszy ode mnie.

Dziś obejrzałam kolejne odcinki House'a z drugiego sezonu.
Zakochany House jest tak obezwładniający, że gdyby leczył w polskiej klinice jak nic zapadłabym na jakąś bardzo rzadką i skomplikowaną przypadłość.
Nie jestem typem panienki, która kocha się w aktorach i żadne hollywoodzkie ciacha mnie nie ruszają. Ale House... ech...

Cóż poza tym?
Poza tym czytam "Szczelinę"Doris Lessing. Spodziewałam się jakiejś ciepłej opowieści obyczajowej dzierganej na drutach i szydełku, tymczasem dostaję antropologiczną przypowieść. Całkiem wartką i ciekawą.
Na tyle interesującą, aby sięgnąć do innych jej książek.
*******************************************************************
Tymczasem na dobranoc zaserwuję Wam historię prawie rodzinną i na domiar dobrego autentyczną:)

Mój brat - Kris pojechał ze swoją narzeczoną - Asią i grupą znajomych gdzieś pod Zakopane na narty.
Spacerują po tej miejscowości i widzą przy każdym domu tabliczkę z napisem "ZIMMER POKOJE". W końcu Asia nie wytrzymuje i całkiem poważnie mówi:
- Kurczę, ale ten Zimmer musi być bogaty, że tyle ma tych pokoi!

******************************************************************
******************************************************************
A to dzisiejsza jabłonka z sąsiedniego ogródka.

Lubicie jabłka obsypane zmrożonym cukrem pudrem?

Wyszłam spod gorącego prysznica. Jeszcze kwadrans będzie mi ciepło. Potem znów poczuję arktyczy powiew.
Temperatura w mansardzie spadła do 16 stopni.
Marznięcie zimową porą to chyba moja karma.
Przypominam sobie lata w naszym poprzednim domu, kiedy Tatulek chodził w baranim kożuchu, a ja sypiałam pod dwiema kołdrami, zaś do matury uczyłam się w czapie, szaliku i rękawiczkach.
Bo najpierw były czasy, że na ogrzewaniu się oszczędzało i wtedy koronnym argumentem Tatulka było:
- Jak Ci zimno, to się ubierz.

Potem natomiast Tatuś sam zaprojektował i wykonał system ogrzewania kominkowego, który tylko pogorszył sprawę. Bo nie dość, że temperatura nie wzrosła, to część pomieszczeń nie była w ogóle ogrzewana (np. łazienka), a poza tym  w domu wiecznie było szaro od dymu ulatniającego się z kominka.
Natomiast kiedy tylko którykolwiek z sąsiadów pytał:
- I jak tam ogrzewanie kominkowe? Sprawdza się?
- Sprawdza się, że ho, ho! - grzmiał Tatuś pewnym głosem - z nawiewów bucha takie gorące powietrze, że jak blisko podejdziesz, to aż przewraca!

Tymczasem nic nie buchało i na pewno nie było gorące.

Dlatego, kiedy patrzę na spadajacą z dnia na dzień temperaturę w mansardzie, zachowuję stoicki spokój i nakładam kolejną warstwę ubrania. 
Ba! Znajduję nawet plusy tej sytuacji: wreszcie coś mnie porządnie motywuje, aby jak najszybciej opuścić mieszkanie i udać się do pracy. 
Ach, to myślenie Pollyanny:)

A dla Wszystkich Zmarźluchów na rozgrzewkę dziś uroczy teledysk. Pamiętacie ten film?
 

poniedziałek, 05 stycznia 2009
Za oknem 20 stopni na minusie, w Mansardzie 17 plus - piecyk gazowy pracuje w pocie czoła, ale zimno przedostaje się dachem i niweczy jego robotę.

Za oknem piękne słońce.
Jadę dziś na wycieczkę do Warszawy.
Niestety tylko na chwilkę, na jedno spotkanie.

Pod koniec stycznia wpadnę na dłużej - promise:)
 
1 , 2