..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 31 stycznia 2008

Trochę mnie głowa boli, ale czasem warto pocierpieć, jeśli owe cierpienie poprzedziło bardzo fajowskie spotkanie z moimi pracowymi pannami - sztuk dwie.

Najpierw poszłyśmy sobie do Sheeshy na Sienkiewicza, potem B. zaprowadziła nas do świetnego miejsca naprzeciwko Bristolu. Nie wiem jak się nazywało, ale rzecz polagała na tym, że była długa lada, przy ladzie stali ludzie i zagryzali serwowane tam zakąski - tatara, śledzika, ziemniaczka z gzikiem, nóżki w galarecie, a do tego otrzymywali  małą lufkę wódeczki albo piwko. Bomba! Klimat jak z kronik PRL-u.

Na końcu wylądowałyśmy "na jednego" w knajpie "Szlafrok" i rzeczywiście tak się tam czułam, jakby ktoś mnie owinął szlafrokiem. Wnętrze było mroczne i przytulne.
Dziewczyny opowiadały niezwykłe historie z własnego życia, a ja słuchałam ich z wypiekami na twarzy. A potem ja coś opowiadałam i było bardzo fajnie. Bo nie ma nic lepszego niż gadanie. Siedzieć i gadać - jak ja to lubię!

A z fajnymi babeczkami można tak siedzieć, i siedzieć, i siedzieć.
Co przepłaca się bólem głowy.
Ale kto by się takimi drobiazgami przejmował!

wtorek, 29 stycznia 2008

No i co ja poradzę, że u mnie się nic nie dzieje?
Trochę sobie choruję, trochę pracuję, wciąż czytam Grodzieńską i wciąż piszę małymi kroczkami Matyldę.

A że nie mam dziś nic szczególnego do powiedzenia, zaprezentuje Wam kilka pierwszych wersów Matyldy, abyście mieli jako taki pogląd, co ja tam we własnym zaciszu sobie grzecznie skrobię.

A więc:

Mam biało-czarnego szczura. Tak, szczura. I nie ma się co wzdrygać i grymasić z obrzydzeniem. Nie jest to albinos z czerwonymi oczami, ale uroczy czarno-biały szczurek o mięciutkim futerku. I wcale nie ma ohydnego ogona. Ogon jak ogon – długi i bez sierści.

Gdyby człowiekowi wyrósł w tej chwili ogon też byłby łysy jak u szczura i na pewno jeszcze bardziej obrzydliwy. Mój szczur nazywa się Duchamp i jak przystało na takie imię jest bardzo wysublimowany, póki co, jedynie kulinarnie. Oprócz standardowych ziarenek, marchewek i innych typowych specjałów karmy dla gryzoni, Duchamp uwielbia kukurydzę, ale tylko importowaną oraz jogurty – lecz koniecznie jabłkowe z dodatkiem cynamonu – żadnych innych.

Mój tata uważa, że muszę go nauczyć grzecznie siedzieć u mnie na ramieniu. Bo wtedy mogłabym się tak z nim przechadzać po ulicy, wzbudzać sensację i wtedy byłabym naprawdę ekstrawagancka. Bo on twierdzi, że na razie jestem tak samo mało wyjątkowa jak większość dziewczyn w moim wieku, a ja bardzo chciałabym być inna, oryginalna, taka, że ten, kto mnie spotka, będzie mnie pamiętał do końca życia i nawet po latach gdzieś wspomni mimochodem: „pamiętasz tę niesamowitą dziewczynę…”.

Dlatego właśnie nazwałam mojego szczura Duchamp. To taki test, dzięki któremu od razu wiem, z kim mam do czynienia. Dlaczego Duchamp? Bo jeżeli w tej chwili wzruszasz obojętnie ramionami, znaczy, że jesteś z zupełnie z innej bajki i chyba nie ma potrzeby, abyśmy dalej oboje zawracali sobie głowę tą historią. Ty jej nie poczujesz, a ja niepotrzebnie zmęczę się opowiadaniem. Jeżeli natomiast podnosisz z uznaniem jedną brew, cmokasz lub z lekkim niedowierzaniem kręcisz głową, prawdopodobnie, doskonale wiesz, co mam na myśli. Czujesz wagę nazwiska Duchamp i wiesz, że za nim kryje się sztuka, prowokacja i nowoczesność. Wiesz również, że słowo „Duchamp” należy wypowiadać miękko, a przeciągając w dół pierwszą sylabę, usta musisz ułożyć w dziobek. Taki francuski wyrafinowany ciup.

A zatem test z Duchampem jest pierwszym etapem weryfikacji, którą przeprowadzam na ludziach – szczególnie facetach, bo w końcu, po co mam tracić czas na jakichś dupków o wąskich horyzontach, czyż nie?

Czuję się dziś jak nieodebrana z przedszkola.
To takie popularne u nas w firmie powiedzonko, które najbardziej oddaje mój dzisiejszy stan ducha.

Boli mnie głowa, gardło i nie chce mi się żyć.
No dobra, żyć mi się chce, bo mam już prawie za sobą najgorętszy okres w pracy.

Dziś znów będzie o snach.
Macie sny, które do Was wracają? Takie, które przychodzą do Was co jakiś czas, bo oddają Wasze lęki, marzenia, frustracje.
Ja mam takich kilka:
Śni mi się, że
1.  Zaginęły moje dokumenty szkolne i muszę powrócić do szkoły średniej - od nowa przejść wszystkie klasy i zdać maturę.

2. Wróciłam do T. i teraz się głowię, jak tu znów od niego uciec i się uwolnić i nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że znów z nim jestem.

3. Umiem latać. Najpierw się rozpędzam i biegnę. Moje kroki są coraz dłuższe, aż wreszcie wzbijam się w powietrze.

4. Pływam w czystym morzu, razem z delfinami, a gdy one skaczą ponad tafle wody ja uczepiam się ich grzbietów i skaczę razem z nimi. Czuję dotych ich gładkiej skóry i przyjemny chłód wody.

5. Urodziłam dziecko - bezboleśnie i bardzo gładko, ale wciąż gdzieś je gubię, albo zapominam je nakarmić przez wiele tygodni i potem znajduje je gdzieś w stanie agonalnym. Analogicznie do dziecka śnią mi się zwierzęta, które sobie sprawiam, a potem o nich zapominam.

6. Mieszkam u babci, tak jak na początku lat 80. Uciekam klatką schodową przed mordercą, umykam mu w ostatniej chwili, zatrzaskuję drzwi mieszkania, ale on okazuje się silniejszy i rozwala zamek.

7. Czytam książkę i wchodzę do bajki. Wiem, że to sen, ale jest mi przyjemnie, więc z niego nie wychodzę - spotkam dziwne postaci, przechadzam się po zaczarowyanych lasach, gonią mnie różne potwory, ale ja wiem, że do sen i tylko udaję, że się boję.

... ach i byłabym zapomniała! Maniakalnie śni mi się, że gubię okluary lub soczewki i jestem kompletnie ślepa i bezradna, ale ten sen pewnie dotyczy wszystkich, który mają coś w okolicach minus cztery i bez optycznej protezy właściwie są kalekami:)

niedziela, 27 stycznia 2008

No kochani, przeżyłam wczorajszy bal i nawet nie było tak źle, choć muszę przynać, że fantazja ubioru niektórych skierniewickich pań przeszła moje najśmielsze oczekiwania:) Resztę pozostawiam Waszej wyobraźni.

Ale zaraz, zaraz...
ja tutaj weszłam dziś tylko po to, aby się pochwalić wyróżnieniem, które otrzymałam w konkursie literackim "Zwierciadła" na dziennik Dzień po Dniu. ("Zwieciadło", luty 2008, s.119)
Dzienniki nie mogły być wcześniej nigdzie publikowane, więc kopia bloga odpadała. Opisałam pewną historię na kanwie mojego romansu z Wilkiem.

Na konkurs spłynęło 450 prac, a jury przyznało 3 nagrody główne i 10 wyróżnień. Fajnie, co?
Bo ja akurat z nagrody baardzo się cieszę!:)

Dziś natomiast posypiam cały dzień i jest to cholernie przyjemne. Zawinąć się w koc i mieć pod ręku tabliczkę czekolady. Wtedy mogę kołysać się do snu, czując, jak słodki smak rozpuszcza mi się na podniebieniu. A w Trójce Kydryński puszcza najpiękniejsze piosenki lat 80. A w fotelu obok Andrzej siedzi i czyta książkę.
Nie ma lepszych warunków na niedzielną drzemkę.
Dlatego wracam na kanapę.
Może sobie coś obejrzymy?

piątek, 25 stycznia 2008

Ale jestem padnięta.
A jutro o świcie wyjazd służbowy poza Warszawę (do rodzinnego miasta Kroolevny zresztą) na pewną bardzo hardcorową imprezę dla tirowców, gdzie wódka leje się strumieniami, a kolesie piorą się po mordach.
I teraz nie przesadzam. Alkohol donoszą sobie sami bodajże z Biedronki , a zamówiona karetka reanimacyjna ma ręce pełne roboty. Oj będzie się działo!

Ale, ale...
słuchajcie, nie wiem, co jest grane, naprawdę!
A dokładnie mówiąc nie wiem, co jest grane w Poznaniu.

Bo właśnie w ten wtorek, trzy dni temu, pewne dwie bliskie mi kobietki, zupełnie nie wiedząc  o sobie nawzajem... zrobiły test ciążowy i...
obie się bardzo zdziwiły.
Baaaardzo!

Teraz tkwią obie w szoku, każda w swoim własnym, bo nagle dwie kreski bardzo wyraźnie im powiedziały, że będą matkami.

I na razie z tego grona najbardziej cieszę się ja, bo one wciąż chyba są poważnie zadziwione własnym stanem błogosławionym.

Jeśli chodzi o personalia, na razie tajemnicy nie zdradzam, ale zakłady możecie juz robić.
Będziemy stawkę podbijać do czasu, aż nasze Panie zechcą oficjalnie potwierdzić moje słowa.
To co?

Zaczynamy?

środa, 23 stycznia 2008

Już od dobrego tygodnia zbieram się, żeby Wam o tym napisać i cały czas zapominam.

Wyobraźcie sobie, że z mojego rodzinnego domu w zupełnie niewyjaśnionych okolicznościach zniknęło 8 autorskich egzemplarzy mojej powieści. A było tak: w święta Bożego Narodzenia włożyłam je wszystkie do szuflady z postanowieniem, że kiedy rodzice będą jechać do Warszawy, poproszę ich, aby mi przywieźli. Tymczasem moi kochani staruszkowie przetrząsneli nie tylko szuflady, ale dom cały, a po książkach nie ma żadnego śladu! Sami zaś zaklinają się na najświętsze panienki i klan nasz cały trzy pokolenia wstecz, że książek nie ruszali i nie mają nic z tym wspólnego. 
Najpierw bowiem pomyślałam, że Tatuś w trosce o dobre imię rodziny shajcował tę makulaturę w piecu, potem zaś wpadłam na trop, że może wyrzuciła je szanowna Mamusia, która, gdy sprząta, wywala do kosza wszystko jak leci. Na przykład ostatnio wyrzuciła drukarkę Krzysia, tłumacząc nam potem, że "przecież sam mówiłeś, że jest nic nie warta".

Tutaj pragnę uspokoić jedną Literacką osóbkę z blogosfery, że akurat jej obiecany egzemplarz wciąż leży w Warszawie i na pewno doczeka się chwili wysłania.

Niemniej sprawa jest tajemnicza i jedynym, kto może ją rozwiązać, jest Zorro lub jaśnie łaskawa Kroolevna Shnieskha ze swoją świtą. Możemy zacząć od umieszczenia ogłoszenia. Kiedyś u nas w bloku zawisło takie ogłoszenie:
"Kto kolwiek zna, kto kolwiek wie, jaki jest telefon do administracji bloku, prosimy o kontakt"

***
Ze spraw innych - jutro do świtu bawię się z dużą, po części państwową, spółką, więc z łóżka zwlokę się najwcześniej w piątek w okolicach południa. 
Pani z tej spółki - moja szanowna klientka w wieku średnim - kiedy dzwoni, zwykle mówi  taką piękną polszczyzną:

CYTUJĘ:
"Oj Pani Agnieszko, znowu nam się zesrało, no już kurwa nie mogę z tymi debilami ode mnie. Chcą, żebyście przesłali nam kilka slajdów z programu artystycznego, bo muszą się upewnić, czy tancerki gołych cip nie pokazują.

Tak wygląda stołeczny język biznesu:)

A swoją drogą - ostatnio ta Pani jest najfajniejszą klientką, jaką mam. Wszystko można o niej powiedzieć, ale przynajmniej nie owija w bawełnę.

Wiem, że pisała o tym prasa, trąbiła telewizja i blogowicze też ten temat przerabiali i właściwie nie ma się co powtarzać, ale jakoś nie mogę się oprzeć i to powiem:
Idźcie na "Rezerwat".

I nie dlatego, że film jest ciepły i zabawny tam, gdzie powinien być zabawny, a wzruszajacy tam, gdzie wypada, aby był wzruszający. Idźcie na ten film dla jednej cudownej postaci, która jest mistrzowsko wykreowana i genialnie zagrana. Idźcie tam dla Hanki.

A potem to, co widzieliście, skonfrontujcie z powszechnie panujacym  stereotypowym mieszczańskim myśleniem o ludziach z zapyziałych kamienic - jacy oni biedni, jacy nieszczęśliwi, jacy smutni. Czy rzeczywiście? A może oni są szczęśliwsi od nas? Mniej sfrustrowani, mniej zagonieni, a ograniczeni do własnego mikrokosmosu podwórka mają swoje miejsce na ziemi, swoje namacalne marzenia, swoje relacje (dla nas patologiczne), ale czy nasze nie bywają czasem bardziej patologiczne, choć nikt na nikogo nie podnosi ręki?

Idźcie na "Rezerwat". Chociażby dlatego, aby mi potem napisać, że gadam bzdury:)

wtorek, 22 stycznia 2008

A wczoraj miałam imieniny. I Andrzej bardzo chciał mi kupić jakiś prezent, a ja ze zgrozą zorientowałam się, że nic mi nie potrzeba i że zakupy w ogóle mnie nie cieszą, bo ja wszystko mam. To zaś czego nie mam, a ewentualnie chciałabym mieć, nie jest na moją kieszeń, a przede wszystkim nie jest na zdrowy rozsądek - na przykład skórzana marynarka z Benetona za 1300 zł albo pierścionek z kolekcji Kruk Fashion za jedyne 3400.

I tak sobie pomyślałam, że biedne studenckie życie bardziej mi smakowało - bo kiedy nie jadłam dwa dni, żeby iść do kina, to taka filmowa wyprawa nabierała magii. Albo gdy raz w miesiącu kupowałam sobie książkę, to czynił się z tego rytuał. Teraz natomiast, kiedy to wszystko przychodzi tak łatwo, jakoś straciło swój czar.
Dlatego dla zdrowia moralnego przydałby mi się jakiś krach finansowy, czego oczywiście w rozpasaniu i ludzkiej wygodzie, wcale sobie nie życzę.

Ale może zamiast zajmować się nieustannym siebie rozpieszczaniem i trwonić czas na rozmyślania, jak by tu sobie dogodzić, coś bym przeczytała, poszłabym na jakieś spotkanie, wykład, projekcję, obejrzałabym wystawę, a tak nie mam czasu, bo albo pracuję, albo spożywam kolorowe gazety i czytadła w trwardych lśniacych oprawach (ostatnio "Przepaść"Nikolasa Evansa), leżąc na kanapie i ubolewając nad moim ciężki konsumenta żywotem.
***

ale, ale, ale...
udało się jednak nabyć coś, co bardzo mnie ucieszyło:
Stefania Grodzieńska "Nie ma się z czego śmiać".
Znacie tę Panią?
Jest boska!
Jako jedna z nielicznych pozwala wierzyć, że młodość może trwać wiecznie.
POLECAM GORĄCO!
Na początek jej książkę "Już nic nie muszę"

niedziela, 20 stycznia 2008

Jestem już, jestem - właśnie Wasze wpisy i wierszyk Zorra  mi pomógł, bo na pewno nie kilerski Furagin, który ponoć pochodzi z głębokich lat 50., więc można się domyślać, że zabija wszystko bez wyjątku. 
Poza tym Mama Andrzeja przesłała nam cały worek rozmaitych leków, które mamy łykać razem, bo jest podejrzenie, że nasze bakterie zawarły jakiś sojusz. Jak przeczytaliśmy na ulotce, wskutek brania tych leków grozi nam: ataksja (bezład), neuropatia obwodowa, efekt disulfiramowy, przyspieszona akcja serca i inne. A zatem narodziło się podejrzenie, że Mama Andrzeja chce nas zabić. Ale dziś nie o tym.

Nie pisałam, bo byłam wczoraj w pracy. Robiliśmy konferencję i bal dla jednego z naszych klientów.
Rano miała swoją prezentację Beata Pawlikowska i potem udało nam się ją na chwilę zgarnąć na bok i trochę  pogadać o wyprawach. Kurczę, jak ja lubię tę aurę, która bije od ludzi z pasją! Opowiadała o różnych swoich przygodach i między innymi o tym, że rok temu, kiedy zwiedzała Tanzanię dotarła do 15-osobowej wioski, gdzie mieszka plemię, które porozumiewa się językiem kliknięć albo - inaczej mówiąc - językiem mlasków. Nie używają żadnych słów, ale jedynie dźwięki! Spędziła w tej wiosce dużo czasu i czuła się tak jakby poznała siebie sprzed kilku tysięcy lat. - Oni są tacy czyści i prawdziwi - mówiła - my, ludzie miasta, od dziecka uczymy się odgrywania ról, a oni są zawsze sobą. 
Potem opowiadała jeszcze o tym, że mrówki są smaczne, a pająki nie, bo pajęcze włoski kłują w podniebienie, i o tym, jak śpi się na drzewach i jeszcze o kilku innych przygodach, a potem zaproponowała, żeby wziąć udział w wyprawach, które co roku organizuje.

Wróciłam do domu taka podekscytowana, że pół wieczoru opowiadałam o tym Andrzejowi, a potem całą noc śniły mi się węże i inne tropikalne potrwory, które chciały mnie zjeść. Obudziłam się z jednym postanowieniem - na razie nigdzie nie jadę, ale książki Pawlikowskiej nabędę lada dzień.

czwartek, 17 stycznia 2008

Najchętniej to bym kogoś poprosiła, żeby mi kij w zęby wstadził, bo na przemian leżę/siedzę/chodzę i wyję z bólu.
Jak zwykle kara za grzechy, czyli zapalenie pęcherza plus kłujący nerwoból w klatce jakby mnie coś sztyletem na wylot przekłuwało.

Mama Andrzeja - lekarka - dała mi kilka porad, a Andrzejowi zakazała "nocnych brewerii" - jak to powściągliwie ujęła. Jest taka kochana, niby sroga i stanowcza, ale gdy jest potrzeba, to nie zawodzi. 
Kiedyś pani Bogusia tak ładnie mi powiedziała:
"Bóg nie mógł być jedocześnie we wszystkich miejscach na ziemi, dlatego wymyślił Mamę"
Kiedy myślę o swojej i innych znanych mi Mamach to stwierdzam, że lepszej definicji Mamy nie znam.

Nie zmienia to jednak faktu, że wyję z bólu. A w bólu człowiek osiąga największy szczyt  samotności.  Rwącego bólu nikt nie może poczuć i nikt nie może go nam zabrać.

A mimo to Wasze komentarze do poprzedniego wpisu setnie mnie ubawiły:D

Wróciłam wczoraj zaraz po pracy do domu i miałam tyle czasu, że aż nie wiedziałam za co się zabrać. Najpierw miała być kąpiel, potem pyszna kolacja, a potem miałam wrócić do pisania "Matyldy". 
Lecz w międzyczasie dostałam telefon, który do tego stopnia popsuł mi nastrój, że pisać już nie mogłam. Bo z pisaniem "Matyldy" jest taki problem, że można ją pisać jedynie w skowronkowym nastroju. Taki to ból tworzenia komedyjek - na smutno się nie da.

Dlatego na odtrutkę wrzuciłam sobie czeskie kino, za którym przepadam. Tym razem było to "Wychowanie panien w Czechach" - film przyjemny, choć żadne arcydzieło. Ale padło tam jedno fajne zdanie:

Życie dobrze opisane to taka sama rzadkość jak życie dobrze przeżyte.

Ładne, prawda?
Szczególnie istotne dla tych, którzy pisząc bloga, próbują własną codzienność przekuć na słowo. 
Bo to wcale nie jest proste - ponieważ ciągle się oscyluje pomiędzy potrzebą szczerości, a pokusą kreacji. Pomiędzy tym, co my mamy ochotę wypowiedzieć, a tym, co ze względu na czytających, powinno być przemilczane.  

Ale moim zdaniem blog, który pełni fukcję pamiętnika, musi być przede wszystkim próbą pisania szczerego. Zakłamanie bowiem widać na kilometr, a lukrowanie własnego życia jedynie na potrzeby publiki nie niesie za sobą żadnej wartości.

I dlatego każdy, kto otwiera cudzy pamiętnik, robi to na własną odpowiedzialność.
Zgodzicie się ze mną Drodzy Pamiętnikarze?

wtorek, 15 stycznia 2008

Nie ma jak Chińczyk w pawilonach za Nowym Światem. Choć buda obskurna, to sajgonki są tam najpyszniejsze w świecie. A chodziły już za mną kilka dni i wreszcie dziś udało nam się tam dotrzeć, kiedy wracaliśmy ze szpitala, gdzie leży moja ukochana Ciocia Hanka z Łowicza. Ciocia Hanka to jedna z najcieplejszych i najweselszych osób, które znam.
Kiedyś na początku studiów w czasach, kiedy pisałam smutne i kiepskie wiersze, poświęciłam jej jeden z nich:


Moja ciocia ma włosy przyprószone śniegiem

i uśmiech dobrotliwy pełen pobłażania

wesołe duszki migoczą w  widnokręgu źrenic

Może wczoraj i dziś w parze idą razem?

Tylko ciocine dłonie białe pergaminowe

kryją ścieżki historii przynajmniej czterech pokoleń
W jednym kruchym człowieku zamkniętych tyle serc!

 

Moja ciocia potrafi z życiem iść pod rękę

Z kocurem się przywitać, posłuchać tętna wierzby.

I  kroplą zaklętą świata tego ironią - napoić bliskich

naktarem witalności. Przyprawą - dobroć i prawda.

Jaki jej przepis na świata smakowanie? I skąd

Wie jak połykać łzy i  rozczarowań gorycz ?

Otwarta księga mądrości  - tak blisko i jakże trudno!


***
A teraz z innej beczki, jeszcze a propos Chińczyka.
Leżymy wczoraj z Andrzejem w łóżku  - totalnie padnięci i Andrzej zaczyna się do mnie jakoś podejrzanie przytulać:
Ja: (przerażona modlę się w myślach, żeby zaniechał wszelkich gier wstępnych, bo padam!)
Andrzej:Wiesz kochanie, mam taką ochotę...
Ja: (słabym i przerażonym głosem):
Tak?
Andrzej:
Tak bym chciał...
Ja: (błagam i zaklinam w duchu, żeby dał spokój)
Czego kochanie?
Andrzej: Hmm wiesz...
Ja:???
Andrzej: Mam wielką chęć, żeby tak... coś naprawdę dobrego zjeść.

Brrr... jest mi zimno i czuję się totalnie padnięta! Dopiero wróciliśmy do domu. Marzę tylko o wannie i o tym, aby wskoczyć do łóżka, zawinąć się kołdrą i poczytać.
Dlatego proszę dziś nie liczyć na żadne wywody intelektualne. Na nieintelektualne też.

Poniżej kilka fotek z Magic Party. Niestety tym razem publikuję tylko zdjęcia własne, Andrzeja oraz moją kuzynkę - Emilę wraz z Łukaszem. Fotek reszty towarzystwa publikować się boję, bo zagościli u nas sami wielcy finansiści, pijarowcy i sama śmietanka warszawskiego biznesu, którzy może nie chcą się chwalić znajomością ze mną oraz uczestnictem w magicznych imprezach.

Natomiast Emilka i Łukasz dopiero wstępują na ścieżkę wielkiej kariery, więc im może jeszcze nie zaszkodzę:)


Satan Enrju atakuje


Satan - Endrju bis

Łukasz i Emila - impreza przebierana była na jej życzenie

Ja ze stylowym żyrandolem w tle

ps. Przynaję się - okulary i perukę zakosiłam z balu "Saturday's night fever":))
Skąd wiedzieliście?!

poniedziałek, 14 stycznia 2008

Oj weekend był w biegu - baardzo. W sobotkę ogarnialiśmy chatkę, która nie widziała miotły przez dwa tygodnie, potem pobiegliśmy na zakupy, żeby przygotować jakieś przekąski,  a wieczorem zjawiło się u nas całe grono magicznych postaci.

Diabłów było trzech, wróżek dwie, również dwie wiedźmy, czarodzieski króliczek i kowbojka (mniemam, że też magiczna, chyba że pomyliła imprezy). Duh się nie przebrał, więc dostał karną czapeczkę, w której musiał zostać całą imprezę.

Wczoraj natomiast zjechała się moja rodzinka, którą do stolicy przygnała konieczność zakupów w IKEI. Dotarli do nas grubo popołudniu i zrobili straszne zamieszanie - bo Krzysiek spieszył się na pociąg do Poznania, a ojciec chciał jeść, a Mama chciała pizzę w pizzerii Gaga, bo tam jej bardzo smakuje i nie było gdzie zaparkować, i dlaczego w tej Warszawie są takie korki, i nie ma co się tak spieszyć, może jeszcze zapalimy, nie nie palmy, tylko coć zjedzmy, nie, nie mamy czasu na jedzenie, trzeba Krisa na dworzec odwieźć. Ale jak odwieźć, jak nie ma gdzie zaparkować. Jak to nie ma, w Złotych Tarasach jest parking, no i po co jechaliśmy do tych Złotych, teraz tkwimy na minus trzecim poziomie i nie możemy ruszyć się ani do przodu, ani do tyłu. A pociąg już za 20 minut, Krzysiu, może byś coś zjadł jeszcze? Co wy ciagle o tym żarciu - drze się Krzysiu w panice, że mu pociąg odjedzie.
Ech działo się, działo.
Nie ma jak doszczętnie zburzona harmonia przez najazd własnej rodziny.

A dziś jest poniedziałek. I z bólem wracam do rzeczywistości. Brr!!!

Poniżej fotka z soboty, wieczorej jeszcze coś dokleję.

piątek, 11 stycznia 2008

Jeżeli nie ma nowego wpisu na moim blogu, to znak, że albo umarłam, albo żem uwięziona w eventowym kieracie, czyli w gruncie rzeczy też jakbym umarła.

Na szczęście w tym tygodniu koniec zmagań pracowych. Za trzy godziny zaczynam weekend. Dziś mamy w planie programowe lenistwo, a jutro robimy małe kameralne magic party. Kto chętny, proszę się tutaj wpisywać, będę robić rezerwacje. Oczywiście obligatoryjny jest magiczny kostium i czarodziejski artefakt.

W niedzielę zjeżdża się familja, więc weekendzik zapowiada się bardzo rozmaicie i znów w biegu. Ale taki bieg ma tę zaletę, że bywa przyjemny.

A Wy co robicie w weekend Fistaszki?
***
Wczoraj na imprezie w Sheratonie, Bałtroczyk opowiedział nam za kulisami całkiem uroczy lekko szowinistyczny dowcip:

Był sobie pewien stary kawaler, który przez lata nie zdecydował się na małżeństwo. W końcu Matka mu mówi:
- Synku, ożeń się. Pomyśl o przyszłości, trzeba mieć kogoś, kto ci chociaż tę szklankę wody poda na łóżu śmierci.
Syn poszedł za radą i się ożenił. Dożył późnej starości i kiedy leży już na tym łożu śmierci, mówi:
- Wiedziałem, że tak będzie: wcale nie chce mi się pić!

czwartek, 10 stycznia 2008
A dziś nie będzie nic, bo idę na konferencję, a jak będzie mi się chciało, to może zostanę nawet na wieczór - ma zagrać Boney M.
Ale pewnie nie będzie mi się chciało.

Po wczorajszym lansowaniu w Akwarium, a potem w Kulturalnej najchętniej zakopałabym się w łóżku.
Fajny wieczór urządziłyśmy sobie z Baśką i Hanką.
No dobra przyznam się.
Lubię spędzać wieczory w domu, nie ciągnie mnie do ludzi, ani do knajp, ale jeżeli już komuś uda się mnie wyciągnąć z chaty, to wpadam w wir niczym miejski nałogowiec. Lubię oddychać miastem. No kurczę - lubię!

Dobra kochani, my tu gadu gadu, a Sheraton na mnie czeka.
Spadam, pa!
środa, 09 stycznia 2008

A dziś moi Drodzy,

o 22.10 Chłopak Wielkiej Pisarki będący Wielkim Reporterem wystapi jako ekspert (sic!)
w programie "Wybierz gospodarkę" w TV Biznes.

Wszystkich widzów serdecznie zapraszam!

Jako, że nie mam telwizora, będę w tym czasie sączyć sobie piwko, w jakimś wylansowanym warszawskim pubie:)
Ale Was nic nie usprawiedliwi, jeśli przeoczycie.

wtorek, 08 stycznia 2008

Położyłam się dziś na kanapie z książką (Irena Karpa "Freud by się uśmiał").
Jakie to strasznie przyjemne! I jak bardzo mi tego brakowało. Takich codziennych odpływów i zapomnień.
Bo jest, od czego odpływać i jest, o czym zapominać.
Dziś na przykład jedna nasza klientka, której robimy bal, zasypywała mnie przez cały dzień mejlami. Bo tu za drogo, bo DJ nie taki, a dlaczego taka scena - może być przecież mniejsza, no i ten paragraf w umowie - absolutnie się nie zgadzamy i najważniejsze - za drogo proszę Pani, za drogo i takie srutututu przez cały dzień. Oszaleć można!

I właśnie dlatego, trzeba odpływać, na razie z książką albo z filmem, a potem, potem trzeba już odpłynąć na dobre, żeby nie zwariować, jak te tłumy, które codziennie o poranku biegną (dosłownie!) podziemiem pod rotundą.
W śmierdzącym kanale jak takie małe szczurki.

Za krótkie jest życie, aby tak biec, bo im szybciej biegniemy, tym szybciej dotrzemy do mety.
A co nas czeka za metą? Nie wiadomo.
Dlatego ja chcę sobie przez życie wędrować - smacznie, niespiesznie i wdzięcznie.
W końcu, damy nie biegają z wywalonymi jęzorami, czyż nie?:)

Ładne zdanie przeczytałam u Depreski:

dobre znajomości znajdują swoje drogi, inne nie są nam potrzebne

I tak myślę sobie, że po gorących ostatnich dwóch latach w Poznaniu musiałam uciec od ludzi. Gdzieś przesadziłam w kawkach, piwkach, spotkaniach i wieczorkach. W tym gorączkowym zagłuszaniu rzeczywistości pobiegłam w stronę ludzi, a teraz jest taki dłuugi czas, kiedy muszę odpocząć i skierować się do wewnątrz.
Ale nie żałuje tego towarzystkiego boomu, bo poznałam niesamowite osoby,  które inspirują mnie do dziś. Ile z tych znajomości przetrwa? Mam nadzieję, że te dobre - przeżyją. Pomimo braku nieustannego kontaktu i znacznie mniejszej mojej gotowości.
***
A wczoraj:
wczoraj Moi Drodzy napadła mnie przemożna chęć obcięcia grzywki.
Tu, teraz, natychmiast koniecznie!
Weszłam z ulicy do pierwszego lepszego salonu. Akurat w Marriocie był.
- ja tylko obciąć grzywkę - zdążyłam tylko powiedzieć i zanim się zorientowałam, Pani rzuciła mnie na fotel i zabrała się do mycia. Nieproszona, zrobiła mi półgodzinny masaż głowy, potem wzięła mnie pod nóż fryzjerka, rach, ciach ucięła grzywkę jednym szczęknięciem nożyc, poczym  kolejne pół godziny suszyła i prostowała mi włosy.
- Muszą być proste - grzmiała mi nad uchem.
- Ale one nie są proste - próbowałam się bronić.
- Nie są, ale będą - odpowiedziała i dalej robiła swoje.

A potem bardzo wdzięcznym tonem krzyknęła tak przyjemną sumkę aż poczułam nareszcie żem jest w Stolicy:)

niedziela, 06 stycznia 2008

Powiem Wam, że ciężko jest.
Dochodzi osiemnasta, a ja dopiero na dobre zwlekłam się z łóżka. A wszystko przez sąsiedzką imprezkę, na którą zaprosiła nas Ramsik. Imprezka sąsiedzka, bo wszyscy poza nami mieszkają w jednym bloku na końcu świata, a mówiąc konkretnie na warszawskiem Wawrze. I pewnie skończyło by się dobrze, gdyby w którymś momencie owi Sąsiedzi nie zaproponowali wycieczki po swoich mieszkaniach. U każdego nie więcej niż 15 minut, dwie-trzy kolejki wódeczki i dalej w drogę. W ten sposób po północy wszyscy byliśmy niebiescy. Dobiła nas rakija i jakiś kawowy likier, którego ja już nie pamiętam.

A potem nie przyjechała taksówka, uciekł nam autobus, pani z centrali powiedziała, że wysłała taksi na Mineralną, zamiast na Minerską. Potem dzwoniła Ania, że w Warszawie nie ma żadnej ulicy Mineralnej i baba ściemnia. A jeszcze później postanowiłam, że będę spać pod płotem i się kładę i mam wszystko w nosie. Andrzej błagał, abym wstała. I wreszcie przyjechał kierowca i cali i zdrowi wróciliśmy do domu.

Dziś natomiast okazało się jednak, że wcale tacy zdrowi nie jesteśmy.
Ale czy może być coś przyjemniejszego w niedzielne popołudnie niż śniadanie w łóżku, gorąca herbata, stosy nieprzeczytanych gazet i trochę drzemki, i trochę pieszczot i mnóstwo błogiego lenistwa?

piątek, 04 stycznia 2008

Co musiałaby Wam zrobić kobieta, żeby lata świetlne po rozstaniu z nią jeszcze węszyć i grzebać w jej życiu?

Co musiałaby Wam zrobić kobieta, żebyście zabraniali Waszym znajomym utrzymywać z nią kontakty?

Bo mnie tacy faceci bawią. I może trochę przerażają. Bo ja już 16 orbit dalej płynę sobie w kosmosie, przeżywam 24 istnienie, a oni jak to echo ciągle o sobie przypominają. Nie mnie bezpośrednio, ale dręcząc różnych biednych ludzi, którzy robią za wspólnych znajomych.

I zamiast zająć się własnym życiem i nowymi kobietami, depcze mi taki po piętach, tropi jak ten pies myśliwski i najchętniej do gardła by się mi rzucił, tyle że nie może.

Pewnie nie on jeden zresztą. Bo i na tego bloga co rusz trafiają otwarci lub zamaskowani wrogowie wszelkiej maści, niedocenieni korektorzy lub organizatorzy skrytykowanych koncertów, kobiety moich byłych, żony moich kochanków, odrzuceni i porzuceni mężczyźni.

A nie lepiej byłoby się zająć własnym życiem? Albo poczytać blogi przyjaciół?
Bo po co Wam kochani tak babrać się w cudzym i znienawidzonym?
To już niemalże perwersja.
A Wy - Nieprzyjaciele moi - zaglądając tutaj, również dajecie mi wielką perwersyjną przyjemność.
Na przykład tego, że mogę Wam bezkarnie wymierzyć prztyczka w nos. O właśnie tak!

czwartek, 03 stycznia 2008

Czuję w kościach, że znów potrzebuję zmiany. Sama jestem już sobą udręczona, ale nie potrafię żyć w niewoli. No kuzia nie potrafię! Wszystkie komórki mojego organizmu krzyczą, żem nie stworzona do etatowej pracy, do szefa, któremu w pas trzeba się kłaniać, do porannego wstawania i kończenia pracy po zmroku.
Odwracam się i patrzę na moje skrzydełka, a one jakieś oklapłe. Jakby chciały się zwinąć i skulić do snu. Potrzebuję słońca i wolności, potrzebuję wiatru w żagle i mocy samostanowienia.

Dlatego będzie rewolucja. Kolejna. Zaczynam niespieszne przygotowania. Wkrótce znów wyruszę na poszukiwanie swojego miejsca na ziemi.
Mam w sobie jeszcze trochę siły. Daje mi ją Andrzej i rodzice.
- Nie po to mamy kapitalizm, aby pracować jako wyrobnicy - mawia czasem Tatulek.
I tym razem muszę przyznać mu rację.
***
Dziś fotka z innej serii. Nasz dom na końcu świata.
29 grudnia 2007, 9.00 rano.
I niech mi nikt nie mówi, że mieszkanie w wielkim mieście jest atrakcyjniejsze.
Dla mnie od jakiegoś czasu nie.

środa, 02 stycznia 2008

A Sylwestra spędziliśmy tylko we dwoje, a jak cudnie było!
Przyrządziliśmy sobie najpierw kolacyjkę. Była sałatka z gyrosa i kapusty pekińskiej, pomidory z mozarellą, ser kozi w winogronach, szparagi zawijane szynką, sałatka owocowa i wino.

Rozmawialiśmy o naszych planach na ten rok, zrobiliśmy podsumowanie roku minionego, ponakręcaliśmy się wzajemnie kolejną rewolucją, jaka szykuje się w naszym życiu.
A potem tańczyliśmy i kochaliśmy się - bo to w końcu pierwsza rocznica pierwszego bzykania.
Północ przywitaliśmy wypieszczeni i cholernie w sobie zakochani. Strzelił korek szampana-podróbki, pogadaliśmy jeszcze trochę i wskoczyliśmy do wanny z postanowieniem, że na jutro przenosimy Międzynarodowy Dzień Memłania.

A podsumowanie pisemne zrobię może jutro:)
***

I już po pierwszym i następnym kieliszku




wtorek, 01 stycznia 2008

Wesele Wujka już od początku naznaczone było pewną nerwowością. A chyba wszystko dlatego, że mama Andrzeja była świadkową. A jak zapewne niektórzy z Was pamiętają - Andrzej pochodzi z rodziny kultywującej tradycyjne polskie wartości, która jest całkowitym przeciwieństwem mojej pokręconej familii.

Z samego rana w sobotę wypuściliśmy się z Andrzejem na zakupy - jemu kupiliśmy garnitur, koszulę i krawat, a mnie spódniczkę i bluzkę. Ledwo wróciliśmy do domu usatysfakcjonowani nowymi nabytkami, a Andrzej dostał burę, że co to za koszula, że wcale nie elegenacka i że w takim czymś to może chodzić na co dzień, a nie na wesele Wujka. Mama się wściekała, my staliśmy, odgrywając skruchę, a Tatuś śmiał się pod nosem. Potem ubrałam się ja. Ale na szczęście nie było już czasu, żeby komentować.

W urzędzie stanu cywilnego Pani z łańcuchem na szyi mocą urzędu przypieczętowała związek małżeński, a po ceremonii udaliśmy się do wielkiej chaty Wuja na biesiadę. Zasiedliśmy do stołu i jak w każdej tradycyjnej rodzinie - mężczyźni zaczęli pić, a kobiety krzątać się między kuchnią, a jadalnią, serwując coraz to nowe potrawy. Starsze donosiły jedzenie, młodsze niańczyły dzieci i tylko takie panienki jak ja, siostra i kuzynka Andrzeja miały święty spokój i mogły biesiadować w najlepsze. Ale do czasu.

Ofiarami pierwszej wpadki stałam się ja z Andrzejem, który - jakby ktoś nie wiedział - uchodzi za chłopca bez nałogów. Ledwośmy się wymknęli na balkon na papierosa i dołączyliśmy do pokaźnego grona palaczy, wpadła za nami Mama. Najpierw zobaczyła Andrzeja, potem mnie i rzekła z wyrzutem:
- Widzę, że nawet Agnieszka pali! - a następnie z hukiem zamknęła drzwi.
- Oho, ale będzie gnój - zawyrokowało kuzynostwo.

Ale gnój dopiero się zaczynał. Chwilę potem, a była dopiero 17-ta, okazało się, że młodsza siostrzyczka, wzór wszelkich cnót i muzykantka grająca na altówce utknęła w toalecie w wyniku przedawkowania wódki. Kiedy wyszła, była całkiem zielona i poprosiła Andrzeja, aby ją odwiózł taksówką do domu. Nie uszło to uwadze Mamy, która tylko smętnie pokiwała głową na ów żałosny widok.
Andrzej odwiózł Młodą i wracając już na piechotę, wyciągnął papierosa i wreszcie swobodnie się zaciągnął. A kiedy już się zaciągnął i poczuł przyjemny dymek w płucach, ku swojemu zaskoczeniu stanął oko w oko z Mamą, która postanowiła jednak wrócić do domu, aby zająć się najmłodszą latoroślą.

No cóż. Jutro będzie ciężko - pomyśleliśmy - ale czas się wreszcie zacząć bawić. Zabawa jednak znów nie trwała długo, bo okazało się, że pozostawiony bez Maminego stróża Tatko również wypił o jeden kielonek za dużo. Andrzej, choć nałogowiec, to jednak wciąż odpowiedzialny syn, postanowił odwieźć go do domu.  Tymczasem Tatko uparł się, że ma ochotę na spacer i syn co najwyżej może go doprowadzić. Nie było ich i nie było. W końcu Andrzej wrócił zmęczony i ledwie żywy:
- Ech myślałem, że ojciec nie wejdzie na te schody. Był kompletnie nieprzytomny. - powiedział.
- A Mama? Wściekła? - zapytałam.
- Wściekła straszliwie. Zaczęła ścielić mu łóżko, a mi powiedziała, że jestem pijany i wyglądam jak upiór.
No dobrze, ale teraz chyba już naprawdę mogliśmy się bawić. Mama, Tatuś i siostrzyczka w domku, a my wyzwoleni spod ich kurateli, byliśmy gotowi do dalszego weselnikowania. Los był jednak bardziej przewrotny niż komukolwiek mogło się zdawać. Chwilę potem ktoś bowiem krzyknął:
- Zobaczcie kto wrócił! Wujek Tolek.
I chwilę później na parkiecie pojawił się Tatko Andrzeja - roztańczony i w świetnej formie.
Andrzej zamarł, a ja myślałam, że umrę ze śmiechu.

Kilkanaście minut później zadzwoniliśmy do Mamy. Była wściekła, że rodzinka zgotowała jej takie wesele. Ale wiecie za co tę kobietę szczerze i najbardziej uwielbiam?

Że najpierw opieprzyła Andrzeja od góry do dołu, a na koniec równie obrażonym tonem powiedziała:
"Zapytaj Agnieszkę, czy zrobić Wam na jutro polędwiczki, żebyście mieli na obiad w Warszawie."