..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 31 stycznia 2007

Już siadałam do pisania, kiedy wpadło mi do chaty dwóch "łebków" z pytaniem, czy chcę kolędę. Nie chcę. Koniec. Sprawa załatwiona.
Ale zaraz mi się przypomniało, że kiedy byłam dzieciakiem i na miejsce naszego ulubionego proboszcza wstąpił taki paskudny bufon imieniem Leon, wtedy moja Mama stwierdziła, że nie będziemy go przyjmować po kolędzie. Lecz wówczas - jak pamiętam - chłopcy nie poprzedzali wizyty księdza i w ogóle były jakieś dziwaczne czasy, że nie wypadało odmówić, więc w dzień kolędy Mama pogasiła światła w całej chacie, zamknęliśmy się w jednym pokoju na górze i całe popołudnie i wieczór siedzieliśmy jak kompletni idioci przy... świeczce.

Nasz Tatuś tymaczasem coś majsterkował w piwnicy i nie był włączony w całą akcję.
No i tak siedzimy, siedzimy u góry, nuda jak 150, bo co mają dzieci robić przez iks czasu przy świeczce, aż nagle wpada wkurzony ojciec i mówi:

- dlaczego mi nie powiedzieliście, że dziś kolęda?
- no bo i tak byłeś w piwnicy
- tłumaczy się mama.
- ale wyobraź sobie - pieni się ojciec - że akurat wyszedłem na chwilę i wpadłem idealnie w objęcia tego parszywego pingwina.
- Ojej - zapiszczelismy chórem - i co???
- I powiedziałem - rzekł ojciec spokojnie - żeby spadał.
- ....
- Żartuję. Powiedziałem, żeby sobie poszedł, bo go nie chcemy.
 

***

A przed chwilą zrobiłam sobie spacer po kanałach i zatrzymałam się na Vivie, na teledysku Jennifer Lopez. I tak się zatrzymałam, że obejrzałam kolejne 4 klipy z nią w roli głównej. I nagle sobie uzmysłowiłam, że są na tym świecie kobiety o nieprawdopodobnie wyćwiczonych sylwetkach.
Zaowocowało to natychmiast obietnicą regularnego sportu i diety!

Jednak chwilę później przełączyłam na TVP Kultura, gdzie nie ma tak apetycznych ciał, ale jest świetny koncert jazzowy szwedzkiej grupy EST i tak się dobrze poczułam, że otworzyłam paczkę Piegusków.
Co tam!
Od jutra:)

ja to już chyba nigdy nie położę się spać o ludzkiej godzinie - najpierw wpadł Frr, zjedliśmy kolację i pogadaliśmy o starych karabinach, a potem z racji, że od 2 dni mam telefon stacjonarny rozdzwoniło się moje kochane towarzystwo z tysiącem problemów i zamiast odpocząć, miałam hot line przez trzy godziny. Choć między Bogiem a prawdą ja też telefonowalam z prośbą o diagnozę i radę:)

Ech, masakra,

mam nadzieję, że jutro skrobnę wreszcie coś z polotem i sensem, bo coś ten mój blogasek ostatnio traci na estetyce, formie i staje się jedynie "relacją na żywo".
A od tego jest TVN 24 przecież.

ps. acha muszę to powiedzieć - strasznie ciekawe uczucie, kiedy ta nasza blogowa społeczność nagle ujawnia się gdzie indziej. Jakiś czas temu miałam sympatyczną wymianę mejlową z Wiolinką, a dziś Uparte pomogło mi w temacie capoeiry, nad którą obecnie pracuję.

Fajne uczucie - taki realny oddźwięk codziennej wirtualności, która zresztą też jest zupełnie kosmiczna - np. w komentarzach.
I pomyśleć, że nasze Babcie były tego pozbawione:))))

wtorek, 30 stycznia 2007

Padam na ryjek, bo oczywiście w myśl prowadzenia otwartego domu, najpierw ugościłam na soczku Adunię, a potem wpadła Jozanka, obaliłyśmy butelkę wina i wymieniłyśmy się agencyjnymi doświadczeniami.
Ja - całym, jednodniowym:)

A zatem w telegraficznym skrócie:
- mam być/jestem(?)/będę (?)  redaktorką w agencji reklamowej
- ludzie są bardzo sympatyczni, otwarci i uwaga (!) NIE-zmanierowani
- pracuje się w ludzkich godzinach i nie ma jakiegoś chorego siedzenia po pracy, po prostu ma być zrobione i już
- można palić, a nie jak w ex-wydawnictwie, kiedy czailiśmy się jak dzieci przed dyrekcją
- można wyjść do sklepu, a nie jak w moich ostatnich miejscach pracy, gdzie ordung must sein i nie było mowy o opuszczeniu "zakładu" przed szesnastą.
- no i można wyrażać się niecenzuralnie, co w moich poprzednich robotach, z wyjątkiem teatru, kłóciło się z wysoką kulturą pracy i przez to zawsze czułam się jak wyrzutek z marginesu.

A zatem, okazuje się, że są na tym świecie fajowskie miejsca pracy.
I pozostaje tylko jedno pytanie:
Czy ja tam się sprawdzę??????????????????????????????????????????
Mam stracha jak cholera, a oczywiście moja mamusia potrafi mnie pocieszyć:
"oj dziecko, za bardzo się podniecasz, z takiego podniecania to zawsze jakieś kłopoty wychodzą"

Tyle na dziś. Kończę mój telegram:) Idę lulu:)

niedziela, 28 stycznia 2007

Wróciłam i na razie mam chwilowo alergię na pociągi.

Warszawa zasypana i mroźna.
Wczoraj ze znajomymi A. poszliśmy do  Motto Cafe przy Ordynackiej, gdzie grało dwóch Senegalczyków. Fajne, klimatyczne miejsce, a najlepsze jest w nim to, że nie mają pozwolenia na alkohol, dlatego wszyscy, za zgodą właścicielki, przychodzą z własnym.
Tam poznałam uroczego chłopca imieniem Grześ, który zajmuje się dubbingiem i który zabawiał nas opowieściami o polskiej animacji i o tym, jak kiedyś grał w reklamie czipsów zaspanego kolesia i realizatorzy wlewali mu siłą wódkę do gardła, żeby był bardziej wiarygodny. Poznałam również Anię - całkiem interesującą osóbkę, gdyby nie fakt, że każdą wypowiedź dotyczącą spektakli czy reżyserów kwitowała zdaniem "w końcu kończyłam wiedzę o teatrze". No i trzecia ciekawa persona - Paulina, która z kolei zabawiała wszystkich opowieściami o swoich dziewczynach, romansach i awanturach.

I cały weekend byłby super, gdyby nie fakt, że dziś wyczerpał się we mnie zapas optymizmu i pozytywnej energii i znów świat wydał mi się jakiś taki straszny, bo nowa praca, bo jestem w Poznaniu sama, bo nie mam siły stawiać wszystkiemu czoła w pojedynkę, bo potrzebuję ciepła, miłości, silnych ramion. Bo chcę, żeby ktoś mnie chronił przed światem, żebym mogła przy kimś zasypiać i budzić się codziennie, a nie od wielkiego dzwonu. I w ogóle zebrało się wszystko i ku wielkiemu osłupieniu A. zaczęłam szlochać, a on patrzył na mnie tylko bezradnie. I przytulał mnie bardzo mocno, ale ja gdzieś w głębi czułam, że on nie rozumie i że jest daleko. A ja bym chciała, żeby ktoś czytał w moich myślach, żeby mnie kochał bezwarunkowo, że był zawsze ze mną i za mną, ale nienachalnie, lecz trochę jak anioł stróż, który, gdy wszystko się układa, z uśmiechem spogląda na Ciebie z obłoków, a schodzi wtedy, gdy jest Ci źle i trzeba utulić Cię skrzydłami.

Wiem - nierealna, trudna, a przede wszytkim cholernie niedojrzała wizja.
Taka jak cała ja.

piątek, 26 stycznia 2007

Miałam zawiadomić warszawskie Panny, że jadę.
No to jadę:)

Ale zimno jak psia kość, więc nie wiem, czy wychylę nosa gdziekolwiek:)

Całusy:)*

ps. Acha, nie pisałam, w poniedziałek idę do nowej pracy:)

Przyjemności na weekend!!!

No i wybrałam się na "Holiday" - łatwy, prosty, ale jaki przepyszny hollywoodzki smakołyk!
To jest ten rodzaj przyjemności, po którym nie można wyjść bez uśmiechu na ustach, choć podczas seansu na zmianę - chichoczesz i wzruszasz się do łez.
Lubię takie kino.
Tak jak się lubi ukochane czekoladki, miękki kocyk, ulubioną piosenkę czy pierwszy łyk gorącej herbaty zimą w górach.

O uroczej angielskiej chatce wprost z baśni nawet nie wspomnę. Cudo!


czwartek, 25 stycznia 2007

Obudziłam się oczywiście świtem grubo po południu i znów mam skopany cały dzionek.

Chwilę później wpadł Mareczek na herbatę i skoczyliśmy na wystawę do Galerii Arsenał, gdzie można obejrzeć dwa nagrania - w jednym podczas sondy ulicznej Czesi mówią o Polakach, w drugim Polacy o Czechach.
Zadziwiające jest to, że najczęściej pojawiające się hasła dotyczące Polaków to:
1.
pobożność- fanatyzm religijny-nacjonalizm
2. interesowność - pogoń za kasą - czarny rynek- kombinatorstwo
i
3.wódka.

Jednak najlepszy tekst przytoczył pewien Czech:
"Mój znajomy Polak to mówił tak - każdy naród ma jakiś alkohol - Czesi piją piwo, Francuzi - wino, Szkoci - whisky, Rosjanie wódkę, a my Polacy pijemy wszystko!"

Dziś natomiast zamierzam już naprawdę iść na "Holiday", bo mam wielki głód kina i marzę, aby zapaść się w miękkim fotelu przed ogromnym ekranem.

Oprócz głodu kina, mam jeszcze kilka innych niedosyceń, ale przyjdzie czas, że i one zostaną nakarmione:)

Paweł Stefaniak

Jest już po czwartej nad ranem.
Miałam iść do kina, ale wylądowałam na imprezie historyków sztuki.
Jak spontan to spontan.
Oj zakręcone bywają różne środowiska.
Idę lulu - dobranoc Fistaszki!

środa, 24 stycznia 2007

Kroi się, kroi i lada dzień się wykroi.

Wczoraj byłam na  dniu próbnym w ośrodku terapii zajęciowej. Szukają tam kierownika.
Fajnie tam - tak ciepło i rodzinnie.
Celem pracowni jest przygotowanie osób upośledzonych intelektualnie do odnalezienia się na rynku pracy.

W ośrodku pracuje ponad 10 osób, uczestników jest koło 20.

Najpierw kilka godzin spędziłam z szefową, która przekazuje stanowisko,
a potem zeszłam na dół do pracowni ceramiki i pracowni tkanin, gdzie uczestnicy pod okiem terapeutek wykonywali cudeńka sztuki użytkowej.

Kurcze, jaka tam panowała atmosfera! Ile takie upośledzone osoby potrafią wnieść radości, prostoty spojrzenia, bezinteresownej życzliwości. Tacy ludzie mają niezwykłą umiejętność radowania się życiem i widzenia tego, czego my już nie jesteśmy w stanie dostrzec.

Piękny dzień.
Dla mnie to dzień otwartych oczu.

***
A dziś idę do Multi na "Holiday" - odprężyć się i pośmiać.
Kto pójdzie ze mną?

Poraziła mnie ta informacja.

Odchodzą ludzie,
którzy ulepili mnie taką, jaka jestem
którzy ukształtowali moje postrzeganie świata
którzy fascynowali mnie swoją pasją i osobowością.

Jeśli jest na tej planecie ktoś, kto nie poznał Ryszarda Kapuścińskiego - polecam.

Na początek "Heban".

wtorek, 23 stycznia 2007

Esemes nocny od Aduni:

Aha! Aga napisz na blogu, że tegorocznego Oskara wręczam ja Tobie za studium odrzuconego faceta. (przyp. autorki: chodzi o wpis: 7 faz porzuconego faceta) Megaszczał:>* i się nie śmiej. Przecież to jest trailer filmowy - ja to widzę:>

Ciąg dalszy esemesa musiałam ocenzurować, gdyż dotyczył pewnych osób, które są chronione tajemnicą (państwową niemalże) i nawet ja ze swoim długim jęzorem dzielnie się pilnuję.
Choć nie ukrywam, że przygryzanie języka w moim przypadku przychodzi z wielkim trudem i powoduje ogromne cierpienie.

Zaraz mykam na piwko, a jak wrócę, opowiem o dniu próbnym w pracowni terapii zajęciowej.

poniedziałek, 22 stycznia 2007

Życie bezrobotnego jest strasznie męczące:)

Z samego rana pobiegłam do mojego lekarza rodzinnego po pewien ratunkowy specyfik, który sprawi, że po ostatnim niezwykle przyjemnym, ale odrobinę lekkomyślnym weekendzie, nie zostanę jeszcze szczęśliwą mamą. Normalnie miałabym luz, bo instynkty macierzyńskie we mnie pulsują jak cholera, ale brak pracy i ojciec w stolicy to trochę dużo argumentów, które przemawiają za tym, aby chwilę się jeszcze wstrzymać. Szczególnie, że potencjalny tatuś starał się być odpowiedzialny i gdyby nie moje szatańskie namowy, pozostałby taki do końca.
Więc popędziałam o świcie po receptę, ale lekarz rodzinny, kiedy usłyszał moją prośbę - najpierw zamarł, potem zaczął dygotać, a następnie roztrzęsionym głosem stwierdził, że ON TEGO NIE MOŻE ZROBIĆ.
No tak, zapomniałam, że prawica rządzi. Poczułam się jak zbrodniarka.
To jest Polska właśnie.

Śniadanie i poranną kawę zjadłam w teatrzyku, racząc moje babeczki ploteczkami ze świata, potem na ulicy wpadłam na Mareczka, który wdzięcznie wprosił się do mnie na kawę i pogadaliśmy sobie o naszych najblizszych planach.

Zdązyłam się jeszcze zdrzemnąć i pobiegałam na rozmowę do pewnej agencji. I po raz kolejny stwierdziłam, że mam wyjątkowa słabość do przystojniaków na stanowiskach. A ten był taki, że aż miękły kolana. 

Wyszłam  przed szesnastą i będąc w pobliżu mojego ex-wydawnictwa, postanowiłam, że odwiedzę kilka kochany mordek i wrócę sobie z nimi do centrum.
Bo do nich też mam słabość - choć nie erotyczą:))

No i dzień uwieńczyłam piwkiem z Walerką.
A zatem jak widać - pracowicie.
Padam na ryjek,
a jutro muszę stworzyć 4 scenariusze reklam.

A przed chwilą...
 dzwonił A. i jakoś mi smutno się zrobiło. Wolę go na żywo, bo przez telefon jest zachowawczy i trudno uwierzyć, że jeszcze wczoraj tulił mnie do siebie.
Nigdy nie byłam dobra z uczuciach na odległość.
Brakuję mi ciepła, mimo że przez weekend tyle dostałam.
Zimno mi jakoś.
Pewnie to skutek pigułki, która pustoszy mój organizm.
Zasmuciło mi się na wieczór.
Dobranoc.

Już grubo po pierwszej nocy, ale obiecałam sobie,  że skrobnę, więc skrobię.

Weekend w stolicy - jak się tego można domyślać - przyjemny do bólu.

Gdyby spróbować pobawić się w procenty to:

50% czasu spędziliśmy w łóżku, w tym snu było jakieś 35% :))
25% przy piwku
10% szwendając się po mieście
10% szwendając się po mieszkaniu
5% konsumując sztukę

A zatem podsumowując, po prostu syciliśmy się sobą, a pomiędzy wzajemnym syceniem:

- byliśmy w Teatrze Współczesnym na spektaklu "Mimo wszystko" z Mają Komorowską i Wiesławem Komasą, z którego wyszłam porażona kreacją Komorowskiej.

- byliśmy na kawce z Ramzesem i Duhem w "Czułym Barbarzyńcy" i tu warto przytoczyć pewien dowód mojej ignorancji:

Jakieś dwa lata temu byłam po raz pierwszy w "Czułym.." na kawie i pamiętam, jak świetna wydała mi się nazwa owej kawiarni. Ponad rok przy każdej okazji głośno nie mogłam wyjść z zachwytu, że ktoś stworzył tak świetną nazwę. I dopiero kilka miesięcy temu, jakoś przypadkiem odkryłam, że Czuły Barbarzyna to tytył powieści Hrabala.
Niech żyją polonistki - erudytki!

Tyle na dziś.
Idę lulu - czas rozpocząć nowy tydzień, w którym:
albo coś się uda albo spadnie na mnie kubeł zimnej wody.

piątek, 19 stycznia 2007

Nie nadążam za tym, co się wokół mnie dzieje...
Cały czas gdzieś biegam, klepie coś na kompie, sypiam po 4 godziny.
A miało być słodkie, leniwe bezrobocie!

Przedwczoraj przeprowadziłam wywiad z niesamowitym aktorem i właścicielem pewnej niezwykle uroczej knajpki na Starym Rynku. Magiczny człowiek!

Wczoraj zaś spotkałam się z moją licealną panią profesor, która w olsztyńskim LO2 prowadzi teatr pod szyldem: "Teatr Nieskromny". Pierwszym narybkiem grupy był mój rocznik, a  dziś Teatr odnosi wielkie sukcesy i zgarnia nagrody w całej Polsce.
Nie widziałyśmy się 7 lat, od dnia, kiedy zdałam maturę, a było tak naturalnie i fajnie, jakbyśmy się spotykały na co dzień.

Oprócz tego piszę, piszę i piszę. "Matylda" leży w kącie, a ja trzaskam zlecenia.

Dzieje, się dzieje.
Muszę odetchnąć.
Jadę do stolicy - odpocząć.

A jeżeli się zmęczyć, to czymś zupełnie innym:)

ps. Acha, muszę to napisać, bo nie wiem dlaczego, ale bardzo mnie to rozczula.
Otóż ten ktoś, do którego jadę, ma pewne urocze dziwactwo. Macha stopami przez sen!!!
Niezłe co?
Szczególnie dla kogoś takiego jak ja, kto jeszcze do niedawna, zasypiając, uderzał głową w poduszkę:)))

czwartek, 18 stycznia 2007

Niby bezrobocie, a człowiek haruje jak wół.
Niech już skończę te magiczne 28 lat i niech, zgodnie z przepowiednią Eli-wróżki, spłynie na mnie ta fala sukcesów i twórczych osiągnieć:))

Ale miało być o fazach i o fazach będzie, bowiem odrzucony facet to pewien schemat, który warto poznać, aby wiedzieć, czego można się spodziewać po takim.

Faza I - histeria
To nie może być prawda
Ja bez Ciebie nie przeżyje
Nikogo nie kochałem tak, jak Ciebie

Faza II - samobiczowanie
byłaś wspaniała, a ze mnie taki drań
to wszystko moja wina
boże, jaki byłem ślepy

Faza III - obietnica lepszego jutra
Zrozumiałem i teraz już wiem, czego potrzebujesz
Zmienię się, wszystko będzie inaczej

Faza IV - cierpliwy książe z bajki
Będę Cię zawsze kochał
Będę czekał i wierzył, że kiedyś wrócisz

Faza V - już niecierpliwy, a dociekliwy
Wracasz czy nie?
A zatem żegnaj.

Faza VI- przerzucanie winy
Nie masz serca
Nigdy mnie nie kochałaś
Byłem zabawką w Twoich rękach
A może byłaś ze mną dla pieniędzy?

Faza VII - za tydzień, miesiąc, pół roku
spotykasz go na ulicy z inną panienką, a on odwraca głowę.
to pewnie z tej dozgonnej miłości.


Oczywiście fazy te mają różne przedziały czasowe i przebiegają z indywidualnym nasileniem, ale ogólny schemat taki jest.
T. na przykład w fazie cierpliwego księcia wytrwał prawie 4 miesiące, a potem stwierdził, że byłam z nim jedynie dla jego niebotycznej pensji - dwa i pół koła :)))
 i życzy mi wszystkiego najgorszego.

Ale muszę przyznać, że zdarzali się i tacy, którzy odchodzili z klasą, godnością i bez siedmiofazowego spektaklu.
I to jest dla mnie
kwintesenscją męskości.
Na tym koniec feministycznego wywodu.

środa, 17 stycznia 2007

tiruriru...coś się dzieje, coś się rusza...

robię zadanka rekrutacyjne dla trzech agencji...

a odpowiedź, na której zależy mi najbardziej - w poniedziałek

ale ok, nie jaram się, nie jaram się, nie jaram się, nie jaram się!!!

Bo jak się jaram to zawsze

twardo

ląduję.

Buuum!!!

ps. wieczorem, jak zdążę, napiszę o kilku fazach, które przechodzi odrzucony facet. Na przykładach mężczyzn z mojego życia. Jak na razie - wszyscy tak samo trawią ową chorobę  - dosłownie jak jeden mąż:) 

wtorek, 16 stycznia 2007

Jako wzorowy (i świeży) abonent szerokiego pakietu programów kablowej TV
właśnie skończyłam oglądać beznadziejny, ale przyjemny amerykański film pt "Szkoła Uwodzenia".
Owa szeroko rozumiana "przyjemność" to największa siła Hollywoodzkiej papki.
Dzisiejsza przyjemność polegała na erotycznych obrazkach apetycznych nastolatków.
Pobudzające.. nie powiem...

A ja tu głodna w Poznaniu.
Głodna dotyku oczywiście...:)))

Czekam na kuriera, żeby poniósł w świat to moje wypowiedzenie i na razie czuję taką przyjemną ekscytację i kuszący zapach wolności.
Jak znam życie ten stan, nie utrzyma się dłużej niż do końca tygodnia. Potem będzie lęk, łzy i ucieczka od życia. 
Ale cóż... na razie zamierzam ową ekscytacją się odrobinę podelektować.

Poza tym wokół trochę się dzieje...

- piszę teksty dla agencji, więc trochę grosza sypną
- podejmuję już kilka działań związanych z fundacją i jutro robię wywiad o Hrabalu, co mnie odrobinkę stresuje
- w Poznaniu gości moje stare dobre olsztyńskie LO na Forum Teatrów Szkolnych wraz z naszą panią profesor z kółka teatralnego:)
- mejluję sobie z A. i świadomość, że on jest, trochę mnie cuci, a trochę odurza
- szukam sobie wytrwale robotki
- i generalnie się nie nudzę...

a oprócz tego trochę czaruję, plotę ludzkie losy i tak sobie piszę takie powieści w życiu

***
Z ostatniej chwili esemes od Frr:
cześć. I co tam Aga wysłałaś w jakiejkolwiek formie to wypowiedzenie??? Nie wiem czemu, ale mam taką ogromną ochotę zachować się tak prymitywnie i albo na przykład tak centralnie uderzyć tych baranów kurwa wielmożnych albo przynajmniej tak dla ulgi nawsadzać im za uszy!!!Pozdrawiam! Buziaki.

Czy on nie jest uroczy?:)

poniedziałek, 15 stycznia 2007

Wiem, wiem,  miałam coś napisać, ale dzieją się wokół mnie rzeczy, które podcinają mi skrzydła nawet wówczas, kiedy są to łaskoczące skrzydła uczuć.

Dziś dostałam upomnienie na piśmie o treści:

Zawiadmiam Panią, że zgodnie z art. 108 Kodeksu Pracy z powodu nieprzestrzegania przez Panią ustalonego porządku polegających na niewykonaniu polecenia służbowego (brak dbałości o estetykę wyweszonych prac w Galerii MM poprzez schowanie linek), które zostało przekazane w ubiegłym tygodniu podczas wizyty przełożonego, nakładam na Panią karę upomnienia.

Mówiąc krótko, nie podkleiłam jakiegoś gównianego sznurka.
Żeby to chociaż stylistycznie baran napisał.
No, ale nic - przelało się.
Jutro składam papiery.
Niech się dzieje wola nieba.

Za dużo straciłam tu nerwów, za dużo łez, za dużo złości i pomyśleć, że chamstwo i prostactwo tak łatwo potrafi zbić człowieka z nóg.

niedziela, 14 stycznia 2007

No co mam powiedzieć? 
dochodzi 14.45 i skończyliśmy jeść śniadanie i...
chyba nic więcej dodawać nie trzeba:)
ale dla mniej bystrych dodam:
jest bardzo przyjemnie
i wesoło,
i przytulańcowo,
i tak po prostu
i tak nie po prostu.
Wieczorem coś skrobnę:)

piątek, 12 stycznia 2007

A dziś?
Przyjeżdża do mnie taki ktoś...
taki ktoś, kto sprawia, że muszę się uśmiechnąć,
że spod łopatek rosną mi skrzydełka,
że niewiele brakuje, a zacznę stawiać kreski odliczające godziny do jego przyjazdu,
taki ktoś,
o kim jeszcze niewiele wiem, ale jest mi dobrze.

czwartek, 11 stycznia 2007

Przed chwilą Poniedzielski w radiowej Trójce powiedział:

suma dwóch samotności to jeszcze nie miłość

Ładne i... mądre, kurczę.

i jeszcze...on o sobie

starość jest pięknie wymyślona - można wszystko zapomnieć  i zupełnie na nowo się tak po dziecięcemu dziwić...

Ech, uwielbiam go:)

Wczoraj spotkałam się z kobietkami z mojej ex-pracy. Fajnie było zobaczyć te szalone mordki i przypomnieć sobie, że to są baby, które nie słodzą, ale walą wprost bez ogródek i dzięki temu jest normalnie, śmiesznie i szczerze.

Do pokoju wchodzi Lupka. A Gruszka patrzy na nią krytycznie i mówi:
- Super ta garsonka, ale powinnaś iść do fryzjera i coś zrobić z włosami.

Oglądamy zdjęcia Pulki, a Edzia nagle krzyczy:
- Ojejku Paulina, jaki twój mąż brzydki na tej fotce!

Albo znów o włosach:
Gruszka: Teraz to ja zapuszczam włosy, żeby móc iść do fryzjera i zrobić sobie taką jedna fryzurę charakterystyczną dla mnie.
My (chórem): Oo, a co to za fryzura??
Gruszka: Jeszcze nie wiem.

Ale najlepsze było, kiedy znalazłyśmy zdjęcie Pulki w takiej bardzo kuszącej pozie i ja z Gruszką komentujemy jednocześnie:

ja: na tym zdjęciu..
Gruszka: na tym zdjęciu..
ja: masz taki hmm...suczy wyraz twarzy
Gruszka: nie bądź świnią Agnieszka! (i dalej natchnionym głosem) ona na tym zdjęciu wygląda jak, jak, jak, taki... niepokojący elf!

Z tych rozbieżnych wizji ukułyśmy więc "zaniepokojonego suczego elfa".

A Pulka?
Pulka ma już brzuch jak armata i za moment rodzi.
Wczoraj przytknęłam ucho do brzucha i słyszałam jak dziecko chrapało.
Nie uwierzyły mi. Głupie i głuche babole.

środa, 10 stycznia 2007

Ha! Dochodzi o północ, a ja pierwszy raz piszę o tej porze, bo...

mam internet w chatce!!!!La, la, la!!!

Ech,
i zaraz zabieram się za robienie zleceń, więc nocka z głowy,
ale za kilka minut zadzwoni ktoś
i znów mi serce zakołacze, rozgrzeje się w brzuszku, a stopy uniosą się nad ziemię ciut:)

Jurto napiszę o babskim spotkaniu, z którego właśnie wróciłam.
Dobranoc:)*

Kiedyś pisałam, że moja boska A. miała dylemat czy bzyknąć się z poetą, bo jak tu poetę zapytać, czy ma gumki. Wtedy poradziłam jej, aby po prostu zastosowała średniowiczną metodę, czyli...coitus interruptus.

Jakiś czas później rozmawiałam o tym z Gruszką, która przeczytała na łamach bloga o moich poradach.

Gruszka: Zwariowałaś? Ty jej poradziłaś stosunek przerywany!
ja: no. i co?
Gruszka: Ta metoda nie jest bezpieczna!
ja: No dobra, wyluzuj i tak do tego nie doszło, bo...hmm.. mu nie stanął.
Gruszka: Oj zaraz nie stanął. Pewnie zasymulował, bo jest odpowiedzialny!

Kolejną rozmowa odbyła się wczoraj, na kolacyjce babeczek w "Marcince". Była A. i Walerka oraz trzy butelki wina. Oj działo się, działo!

A.: więc wiesz, niby byłam z nim w łóżku, ale bzykania jako takiego nie było
Ja: no bo mówiłaś, że mu nie stanął
A.: jak to nie stanął? Stał! Kilka godzin! Tylko w kulminacyjnym momencie opadł.
Walerka: Kilka godzin?! Żartujesz?! Po takim czasie to nawet najtwardszemu by opadł.

A tak poza tym, to zarówno przedtem, jak i potem prowadziłyśmy z dziewczynkami bardzo intelektualne rozmowy - o życiu i sztuce i takich tam:)

 
1 , 2