..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 31 stycznia 2006

Bywam nieostrożna. Może nie lekkomyślna, ale dość frywolna. Dziś śniło mi się, że zaszłam w ciążę. Rok po roku. Często mam takie sny i zawsze wszystko idzie gładko - ciąża, poród, powrót do formy. Czy to znaczy, że mój umysł przygotowuje się na macierzyństwo? Skłamałabym, gdybym powiedziała, że myśl o tym nie budzi we mnie podniety.
Ale jeszcze nie czas. Jeszcze chwilę się wstrzymaj dziecinko.

Zaczęłam czytać "Życie Pi" Martela - wchodzę w tę powieść z ciekawością i entuzjazmem. Tam w środku panuje jakiś spokój, a jednocześnie dzieje się coś ekscytującego, co zachęca do dalszej podróży.

poniedziałek, 30 stycznia 2006
A w ogóle był to weekend, w którym dużo ludków przewinęło się przez moją orbitę.
W sobotkę rano, gdy wygrzebałam się z Puszczykowa, poszłam na poranne piwko z Anią - nie ma jak rozmowa sam na sam, kiedy znamy się jak łyse konie, a rozumiemy lepiej niż siostry. Wieczorem udałam się do mojego Teatru na Mięsopusta i pogawędziłam sobie z tamtejszymi osóbkami. Wieczorem zaś poszliśmy na piwko do Brovarii, gdzie, niewidziany dawno, pewien stały bywalec tego dziennika, w nawiazaniu do wpisu z 16 stycznia kastracja/obrzezanie, wyjaśnił mi, że Żydzi mogą. Używają do tego celu wazeliny. Ciekawe skąd wiedział. Hę?
W niedzielkę natomiast najpierw odwiedziliśmy Ciotkę Stellę i Adę, a potem potuptaliśmy obejrzeć nowe mieszkanko Walerci mojej kochanej, gdzie w ich towarzystwie oraz z Kubą i Paulą - pojedliśmy, popiliśmy i pośmialiśmy się zdrowo.
Wieczorem zaś zadzwoniła Dianka i fajnie sobie pogadałyśmy. Tęsknię za nią i za wszystkimi Basieńkami.
Tak minął weekend. Póki co mam alergię na ludzi. Ale kto by nie miał przy takim natłoku spotkań?!
Na szczęście to uleczalne i niebawem pewnie minie.
Buziaczki.
Jest poniedziałek, od godziny się obijam, a zaraz spadam do domku.
Najgorszy dzień tygodnia za nami:)
 

Zauważyłam u siebie syndrom starej panny.
Od kiedy mieszkam sama jest mi tak dobrze, że nie mam najmniejszej ochoty widywać się z nikim, kto zaburzałby mi moją własną harmonię. Do Frr tęsknię, gdy go nie widzę, a kiedy się zjawia, zaczyna mnie irytować i marzę o momencie, kiedy mnie zostawi w spokoju, a ja zaszyję się w moim pokoiku, przy radiu, świeczkach i dobrej książce.
Moje marzenia dziś sprowadzają się do własnej chatki i psa. Boże, jak ja chcę mieć psa. I nic więcej, póki co, do szczęścia mi nie potrzeba.
Obiecałam sobie, co prawda, że będę trochę lepsza dla Frr, bo ostatnio mój poziom złośliwości osiąga maksimum. Ale czy mi się to uda? Nie wiem.
Pierwszy raz w moim życiu nie czuję się uzależniona od ludzi, jest mi dobrze ze sobą, wśród moich zainteresowań, drobnych podniet, rzeczy, które kocham. I jeszcze gdyby był ktoś, kto na mój widok zamerda ogonkiem, wówczas byłoby cudnie.

Chagall

Piątek spędzam w  Puszczykowie. Ja, Kaśka i Elulu. Ich faceci pojechali na Małysza do Zakopca, więc zostałyśmy same. Oni pili z góralami, my - ze sobą. Najpierw dzwonili oni, przeszkadzając, psując nastrój i marudząc, potem dzwoniłyśmy my.
Oto przepis, jak pospuć facetowi męską szampańską imprezę.
Pierwszy telefon do męża, (który ma hopla na punkcie wyeremontowanej chaty, czystości itp):
Elulu: No cześć Kotku! jak się bawicie? My super! Tańczymy sobie w bieliźnie, Aga zdjęła koszulkę i jest super. Żałujesz, że Cię tu nie ma, co? A my sobie palimy w pokoju. No tak w pokoju. Miałam palić w kuchni? Oj daj spokój jest super, palimy w pokoju, balkon otwarty, ogrzewanie chodzi na full - jest ekstra!
Drugi telefon pół godziny później:
Elulu: Oj Jacek ale gnój! Aga się spiła, rzyga jak kot, położyła się w sypialni na Twoim łóżku i wszystko Ci obrzygała. Masakra! Ale chyba się nie złościsz? Mam podstawić jej miskę? Za późno. Zresztą ona tak wymiotuje, że nikt by nie nadążył.
Chwilę potem Jacek dzwoni do mnie:
Ja: (bełkoczę) Jacku ja chyba umieram, one mnie tak spiły, że nie wiem, o co chodzi. Wszystko Ci zarzygalam w sypialni. Złościsz się bardzo. Ja nie wiem, czy dożyję do rana.  
Kolejny telefon 15 minut potem:
Elulu: Jaki gnój! Nie wiem, co robić Jacku! Aga wciąż rzyga, Kacha też się napiła, chodzi na czworakach i wymiotuje na nowy dywan. Nie wiem co robić? Co mówisz? Wyrzucić ją na dwór?
Za jakiś czas:
Dzwoni Jacek

Elulu: Co robię?! Jak to co robię? Wyskrobuję marchewkę z dywanu. One najebane, a ja w moment wytrzeźwiałam. Nie mogę tej cholernej marchewki wyczyścić. I jeszcze do Karoliny (15-letniej córki) koleżanki przyszły. Tak! Teraz o trzeciej nad ranem. Nie wiem, co robić!
ostatni telefon przed czwartą nad ranem:
Elulu: Jacku duszę się. Wszystko się kopci. Pełno dymu w kuchni! Koleżanki Karoliny robiły sobie frytki w piekarniku. Ściany osmolone, aż szaro od dymu. 
Wreszcie Jacek zniecierpliwony): Weź podapal tę chatę i spierdalaj! 

My tymczasem grzecznie siedziałyśmy sobie przy stoliku i miałyśmy ubaw po pachy!

piątek, 27 stycznia 2006

Moja Walerianka dostała pracę. Wczoraj nastrojowo piłyśmy sobie grzane winko u mnie, a dziś okazało się, że od pierwszego lutego Walercia podejmuje trud bycia urzędnikiem. Ale urzędnikiem Kultury!
***
Dziś natomiast jadę pewnie na coś mocniejszego do Puszczykowa. Mam nadzieję, że nie będziemy wracać stopem o północy, jak to miało miejsce ostatnio. Dla tych, którzy nie pamiętają, przypomnę, że łapanie stopa skończyło się porażką, powrotem do punktu wyjścia, próbą spania w altance
i wreszcie śniadaniem o 3 nad ranem.
O innych planach weekendowych pisać nie będę, co by nie zapeszyć.
Wszystkim życzę relaksiku, odpoczynku i żeby czas choć na chwilę się zatrzymał.
***
Czytam "Uchodźców" Grynberga. Czyta się sprawnie, ale tęsknię do chwili, kiedy znów zapłoną mi policzki i będę gorączkowo przewracać strony. Ktoś zna taki tytuł?

czwartek, 26 stycznia 2006

Ostatnio mam bardzo silną potrzebę buntu, sprzeciwu, manifestowania własnego JA.
Od kiedy wrzucono mnie w tryby machiny z zupełnie innej bajki, od kiedy przebywam w kręgu znajomych mojego Chłopaka, od kiedy ludzie wokół mnie nie są kwestią mojego wyboru, muszę zaznaczać swoją odrębność, muszę co chwila sprawdzać, czy ja to na pewno ja. Teraz dopiero wiem, co znaczy być outsiderem.
 

Rano przypadkiem natknęłam się na zdjęcia ze ślubu Aśki. Ostatnie moje dni z T. Uwieczniony przez obiektyw krwawy siniak jarzy się niczym ślad trwałej przemocy. Głównie psychicznej, ale fizycznej również.
To już osiem miesięcy od rozstania, ani przez chwilę nie żałowałam. To była najlepsza ze wszystkich moich życiowych decyzji. Dzięki niej żyję.

„Motyle Carpe Diem”
ref.
Motyle żyją chwilę
aż i tylko tyle
rodzą się by zgasnąć
budzą się by zasnąć
ja jestem takim motylem

chcę życie wycisnąć
jak sok z pomarańczy
z losem w podskokach
polkę zatańczyć

mogę żyć krótko
lecz z ikrą i pasją
w lot szczęście łapać
jak szansę ostatnią

ref.
Motyle żyją chwilę
aż i tylko tyle
rodzą się by zgasnąć
budzą się by zasnąć
ja jestem takim motylem


póki świat sprzyja
nie będę zgrzybiała
nad grobem zapłaczą
 "A tak się zapowiadała...!"



Tak mi się wczoraj napisało, gdym oparta o kaloryfer, słuchała radiowej "Trójeczki"
i delektowała się wolnym wieczorem:)

środa, 25 stycznia 2006

Wczoraj pękła rura i już o 10 rano puszczono nas do domu. Co za radość! Pierwsze wolne przedpołudnie od dwóch miesięcy. Tak jak na studiach albo w Teatrzyku, kiedy panowała samowolka, chodziło się na południowe kawki, spacerki, odwiedziny i zakupy.
I nie przeszkadzał mi siarczysty mróz, ani inne niedogodności - najpierw odwiedziłam Teatrzyk, potem skoczyłam z Walerką na kawkę do Ptasiego Radia, a na końcu wpadłam do Pani B. i Aduni do urzędu. Wróciłam do domku pełna uśmiechu i chęci do życia. Nie ma jak towarzyskie przedpołudnia!

A wieczorem piłam wino. I było milutko.
Miękko, rozkosznie,zmysłowo.

wtorek, 24 stycznia 2006

Hi, hi - godzina 9.51 w firmie awaria ogrzewania - idziemy do domku!!!

poniedziałek, 23 stycznia 2006
Znów mam kryzys zawodowy.
Nie chcę już tu być. A jak ja czegoś nie chcę, to jest to "niechcenie" całkowite, pozbawione dystansu, tak gorączkowe, że znajduję się krok od tego, aby wziąć torbę i wyjść, nie oglądając się na nic.
A jednak szczypta rozsądku nie pozwala mi na to.
Przynajmniej raz w tygodniu mam mdłości na myśl o tej robocie. Pakuję się, wyjeżdżam, rzucam wszystko i wyruszam w świat.
Jak tylko ustąpią mrozy.
Na świętego nigdy.
Czym się różni kochanek od chłopaka? Przede wszystkim tym, że się Tobą interesuje.
Mój rzeczony Chłopak od trzech tygodni zabiera się za przeczytanie "Kliniki..", bo test z Ordynacji Podatkowej, bo mecz, bo wieczór, bo mokro, bo głodno, chłodno, bo kac. Kochankowie dzwonią, dopytują się, proszą o rękopis, a Chłopak nie musi, bo ma już go na półce, nie musi go czytać, bo na tej półce ma również mnie. A jak się coś posiada, to nie trzeba już o tym myśleć. Myślimy przecież głównie o tym, czego nie mamy, a bardzo chcemy mieć. Czyż nie tak? 
Bycie ze sobą objawia się  proporcjonalnym traceniem wzajemnego zainteresowania.
Czy ktoś zaprzeczy?



Dlatego proszę, nie liczyć, że ktokolwiek napije się na moim weselu.
Nie będzie poskromienia złośnicy!

W Teatrze Polskim dawno nie byłam. I w sobotę okazało się, że nie straciłam wiele. Miało być nowocześnie. I było. Miało być aktualnie. I było. Miało być dobrze aktorsko. I było.
Ale przy okazji było również banalnie. W treści, bo ileż można rozprawiać o supermarketach i kulturze konsumpcji, w formie, bo skoro temat oklepany, to chociaż forma mogła zaskakiwać. Tymczasem zaoferowano nam dosłowność z szyldu "krowie na rowie", dydaktycznie wyłożono postulat "markety są złe" i krzykliwą oprawą próbowano nam sprzedać kolejny bubel. Jak w markecie. A zdawało się, że miał być teatr.
Wyrocznia poznańskiego teatru Obrębowska-Pisecka na łamach Gazety Wyborczej potwierdziła moje intuicyjne wrażenie.
http://miasta.gazeta.pl/poznan/1,36000,3124631.html

piątek, 20 stycznia 2006

Ech jak ja lubię piąteczki!
Dziś mój ukochany sędziuje pierwszoligowców w Arenie, więc będę musiała tam skoczyć i mu pokibicować, potem VIP Monika Kamińska znalazła czas i ochotę, aby  przyjechać z Brukseli na prowincję i poświęcić chwilkę koleżankom ze studiów, więc wieczorkiem będzie pewnie jakieś piwko.
Jutro?
Jutro mam nadzieję, że wreszcie zobaczę mój komputerek i książki, które od maja kurzą się w podziemiach Teatru, a wieczorkiem idę z Adunią na premierę Hysteriokonu do Teatru Polskiego.
W niedzielę leżę i odpoczywam.
Taki jest plan. W poniedziałek dam znać, jak bardzo uległ on zmianom.
Bo wkońcu plany są po to, aby je zmieniać.  

czwartek, 19 stycznia 2006

Uroczy, ciepły i niezwykle poetycki koncert Andrzeja Poniedzielskiego w Domu Kultury Pod Lipami. Taki, że można się uśmiechać do wewnątrz i tym uśmiechem wypełnić myśli, marzenia, krwiobieg...



Chyba już można iść spać
Dziś pewnie nic się nie zdarzy
Chyba już można się położyć
Marzeń na jutro trzeba namarzyć

Tamtą kartkę z wczorajszej nocy
Trzeba zmiąć i położyć w koszu
I od nowa na nowej kartce
Pisać nowy, niemiłosny list do losu

Chyba już można...

Albo donos napisać na życie
Bo należy mu się swoją drogą
I podpisać zgryźliwie "żyćliwy"
Tylko gdzie to wysłać, do kogo

Chyba już można...

Takie łóżko, a taka dobra rzecz
To był świetny pomysł z tym łóżkiem
Gdy ktoś chce sobie życie poprawić
To wystarczy poprawić poduszkę

środa, 18 stycznia 2006

A ten obrazek specjalnie dla Robertina:)


unwerthrevenge

11:48, leelooo
Link Komentarze (1) »

Wczoraj po pracy skoczyłam z Walerką na obiadek do Bogoty - całkiem smaczniutko i przyjemnie tanio. Aśka, mimo słusznego już wieku, małżeńskiego stanu cywilnego wciąż zachowała swoją uroczą dziecinną naiwność. A mówiąc dosadnie i krótko: głupota trzyma się jej wyjatkowo dobrze. A co się stało? A no dało się dziewcze oszukac Cygance. Złapała się na "daj mi na herbatę, a powróżę Ci panienko" i 8o złotych uciekło w siną dal.
Teraz można było lać jedynie łzy, ale oczywiście łzy śmiechu, bo historyja bardziej to komiczna niż tragiczna.
Ale nie o tym miało być.
Po obiadku odwiedziłam Teatrzyk i Z. pokazywał mi filmiki z wiosennych plenerów klubu modelarskiego. Okazało się, że panowie z własnej inicjatywy wybudowali sobie pas startowy - betoniarki, łopaty poszły w ruch i kilknastu chłopa zabrało się za robotę. Potem było wielkie otwarcie i modele wystartowały. Żeby jednak wystartowały, Ci kolesie spedzają miesiące na klejeniu i dopieszczaniu swoich samolocików, a jaka potem jest z tego radocha!



I tak sobie pomyślałam, że faceci jednak potrafią. U mojego Frr panowie po pracy grają w siatkę, w naszej firmie mężczyźni co poniedziałek szturmują salę gimnastyczną, aby pograć w nożną. A kobiety?
Pewnie, że możemy sobie kadzić, żeśmy zbytnie indywidualistki na takie stadne działania. Lecz niestety prawda tkwi chyba w tym, iż baby są zbyt nietolerancyjne, popsute i kompletnie pozbawione inicjatywy, by działać zespołowo. A szkoda. Bo w kupie siła.

wtorek, 17 stycznia 2006

Grzeszę.
Sporadycznie, ale grzeszę. 
Nie potrafię inaczej.
Jednak, po każdym grzechu,
następuje odkupienie win
i to jest najcudniejsze.
Tak jakbym się rodziła na nowo, na nowo kochała i na nowo ulegała mojej fascynacji
- Jemu.

Najpierw było dużo pozytywnych głosów wśród znajomych.
Obejrzeliśmy.
Nieporozumienie do kwadratu. Film amerykański do bólu.
Zauważyliście, że w holywoodzkich filmach zawsze, gdy wyrzucają kogoś z pracy czy z uniwerku pojawia się scena pakowania rzeczy do charakterystycznego kartonu?
Na przykład.
Bo od takich schematów i klisz ten film aż pęka. Ale to nie wszystko. To, co najbardziej mnie poruszyło, to cholerna szkodliwość społeczna "Hooligansów". Agresywni kibole stają się tutaj ikonami heroizmu. Bohaterami, którzy dla idei zabijają innych i sami padają ofiarami mordu. I właśnie dzięki nim wzorowy student Harvardu poznaje prawdziwe życie i uczy się walki o własną przyszłość.
Nie,
brak mi słów,
to za mało powiedziane.

poniedziałek, 16 stycznia 2006
Rozmawiałam z Mamą o kastrowanych kotach przez telefon. Kiedy skończyłam rozmowę Frr pyta:
- no właśnie, a co to właściwie znaczy wykastrowany?
- że nie ma jajek - odpowiadam.
Frr robi wielkie oczy:
- to znaczy, że wszyscy Żydzi są wykastrowani i nie mają jajek?
- Nie Kotku, Żydzi są obrzezani, a nie wykastrowani.
- Acha, czyli co?
- Czyli, że nie mają napletka.
- Acha. Ciekawe w takim razie jak sobie walą konia, co?

W weekend przeżyłam mały kryzysik życiowy. Obejrzałam u Tabaczków albumy o ludziach świata i oczywiście jak to ja zapragnęłam rzucić wszystko w cholerę i wyruszyć w świat z jednym plecakiem.
To wszystko skłoniło mnie do uporządkowania moich marzeń i obraz, który się wyłonił niestety okazał się dość niespójny:
1. Kupić swoje i tylko swoje mieszkanie
2. Mieć dziecko (ale bez męża)
3. Przenieść się do stolicy
4. Pieprznąć wszystko i wyruszyć w świat i znaleźć satysfakcję z "życia w drodze", dorywczych robót i zdobywania doświadczeń.

Wszystko to trochę sprzeczne i pogmatwane. Z dzieckiem mi się nie spieszy, ale z przeprowadzką i własnym mieszkaniem owszem, a jedno póki co wyklucza drugie, bo po co kupować mieszkanie w Poznaniu, skoro się myśli o Warszawce. Zresztą do kupna mieszkania potrzebna umowa na stałe, a to z kolei wymaga pewnej deklaracji stabilności. Ech...i tylko ta podróż wydaje się najbardziej szalona i kusząca. Czy znajdzie się jakiś towarzysz tego przedsięwzięcia?

piątek, 13 stycznia 2006

Sylwester 2005/2006

Wczoraj spędziłam sobie rozkoszny samotny wieczorek z radiem i książką. Kończę już (a raczej dopiero!) perwersyjne dywagacje Jelinek i już się nie mogę doczekać, kiedy wkroczę w jakąś inną powieść. A trochę ich mam, bo na samą gwiazdkę dostałam aż pięć.
A propos czytania, wczoraj w "Klubie Trójki" Dariusz Bugalski rozmawiał
o książkach z dzieciństwa i o tym, na ile nasi ukochani bohaterowie
z młodości żyją w nas. Ciepła, budująca audycja, w której padło jedno piękne zdanie:

Po co czytać?
Po to, aby oprócz własnego istnienia, móc uczestnić równolegle w innych, alternatywnych życiach.

A zatem czytanie jest świetnym sposobem na to, by móc doświadczać przygód i przeżyć, których nie zasmakujemy w realnym byciu "tu i teraz". Czytanie zatem to bogactwo, którego nie dadzą nam największe pieniądze, bo magii, podróżowania w czasie i przestrzeni oraz równoległego istnienia w kilku bytach, możemy doświadczać jedynie w wyobraźni. 
Pielęgnujmy kochani to, co każdy z nas posiada, a o czym czasem, w tym gwarze codziennej pogoni, kompletnie zapominamy.


 

W środę 11 stycznia w Sali posiedzeń PTPN odbyło się spotkanie z Adamem Michnikiem. Pół godziny przed rozpoczęciem trudno było nawet o miejsca...
stojące (!) Tłumy nadciagnęły tak lawinowo, że część osób w ogóle nie weszła do sali i została na schodach, a część tkwiła na mroźnym dziedzińcu, dokąd docierał głos redektora. Generalnie panowała atmosfera jakby zamiast Michnika zjawiła sie w Poznaniu Britney Spears. Niesamowite!
Gość spotkania natomiast z właściwym sobie wdziękiem, humorem i błyskotliwością odpowiadał na pytania ludzi, wartko snuł anegdoty, sprawiając, że słuchało się go z otwartmi uszami, oczami, a na pewno otwartą gębą. Uroczy.
Z takich spotkań jak te wraca się, płynąc. Płynąc wśród ludzi, płynąć po chodniku, płynąc niewidzącym spojrzeniem po budynkach i twarzach. Po takich spotkaniach chce się czytać rozwijać, zdobywać wiedzę. I co by o Michniku nie powiedzieć, ilu rzeczy mu nie zarzucić, jest to niezwykle charyzmatyczna osobowość i tego już mu nikt nie zdoła odebrać.
***
Wróciłam  do mojego nowego mieszkanka tak naenergetyzowana, że musiałam się podzielić
i mówię:
- Byłam dziś na spotkaniu z Michnikiem.
- Z kim? - pyta mój współlokator.
- Z Michnikiem.
- A kto to? Jakiś poseł?

środa, 11 stycznia 2006

Od razu po pracy pojechałam do banku, aby zapłacić babeczce za chatę. Kiedy pobrałam numer o 17.00, okazało się, że przede mną jedynie, bagatela, li i tylko 60 osób. A bank czynny do 18.00. Desperacko próbowalam się wepchać, gdy zauważyłam, że nikt nie reflektuje na numerek, który aktualnie wyświetlił się na tablicy. Zrobiłam to tak gułowato, że gościu w kasie mnie zdemaskował, zjebał i wyrzucił. Obraziłam się i poszłam w świat. A konkretnie, spieniona do granic, pojechalam do domu. Po drodze zaszłam do Piotra i Pawła na małe zakupy, aby moja lodówka nie świeciła tak żałośnie pustkami. Zrobiłam zakupy na dwa dni (tylko obiady) i zapłaciłam jedyne 80 złotych. Stojąc w kolejce do kasy, postawiłam mój koszyk i poszłam jeszcze coś wybrać. Kiedy wróciłam okazało się, że wszyscy się przed mój koszyk wepchali, odsuwając go na koniec.
- Przepraszam Państwa, ja tu stałam, a konkretnie mój koszyk!
- Koszyk stał, a nie Pani. - Urządzają kpiny w żywe oczy.
Pomyślalam, że mam zły dzień, ale nie dałam za wygraną.
Ledwo co, dowlokłam się do domku. Zrobiłam rosół, ugotowałam kurczaka, namoczylam fasolę i zabrałam się za korektę "Kliniki kukieł". Po trzydziestu stronach stwierdziłam, że jeszcze takiego kitu nigdy nie czytałam i poszłam spać.
A wszystko przez to, że cholernie, ale to cholernie mnie mdli od kilku dni, nie mogę patrzeć na jedzenie i jakoś mi tak dziwnie.

Na szczęście wieczorkiem przyjechał mój Frr i choć drażnił mnie jak wszystko i wszyscy dziś, to jednak miło mi się spało wtulonej w jego ramiona.

Przedwczoraj spotkałyśmy się "U Przyjaciół" z Walerką i Panią B. Ileż ta kobieta ma werwy i pozytywnej energii! Oczywiście po omówieniu palących spraw serca i ducha, oplotkowaniu nieżyczliwych i udzieleniu wzajemnych dobrych rad, jak zwykle, od trzech lat przeszłyśmy do meritum - własnego biznesu. I jak zawsze Walercia, do spółki z Panią B. prześcigały się w pomysłach. Stanęło na agencji eventowej.
- Musimy zrobić stronę internetową! - wykrzykuje Pani B.
- I stworzyć ofertę! - dodaje Walercia.
- I ją przetłumaczyć koniecznie - podłapuje Pani B.
- Na angielski!
- Nie! Przynajmniej na dwa obce języki.
- Roześlemy wszędzie ulotki.
- I dotrzemy na Targi.
I tak gadają, gadają, a ja sobie słucham i mam ubaw po pachy. Wreszcie mówię:
- Panienki? Ale wy tak serio?
- No pewnie , że tak - wykrzykują jednocześnie.
- W takim razie moje panie, aby nie poprzestać na czczej gadaninie, za tydzień spotkanko czysto biznesowe w tym samym gronie. Każdy przychodzi już z konkretnymi pomysłami.

I tak się umówiłyśmy. Na za tydzień każda ma przynieść trzy propozycje nazwy, program oferty, namiary na kogoś od stron internetowych i druków. Ciekawe, co z tego wyniknie.

Następnego dnia rano dzwonię do pani B.:
- Oj Agnieszko - mówi do mnie Pani B. - od wczoraj nic innego mi nie chodzi po głowie, tylko ta nazwa... Bo to musi być coś, wiesz, abstrakcyjnego, prowokującego, intygującego, żadne tam studio czy agencja.

I czy kobietki nie są najsłodszymi istotami tego świata?

 
1 , 2