..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 31 lipca 2015
Mój urlop dramatycznie dobiega końca, ale jeszcze chwila przyjemności: zaraz jadę z Anulą za miasto na weekend.

A za mną dwa dobre dni, podczas których zrobiłam pierwszy krok ku rozwinięciu zawodowych żagli, czyli sesja zdjęciowa do portfolio. Spędziłam też fajny wieczór w Mojdach, bo przyjechał Kris z Asią i Olgą, a reszta jak zawsze: spanie, bieganie, jedzenie i takie tam.

A pomiędzy przyjemnościami?
Wsłuchuję się w siebie - oddzielam własne pragnienia od oczekiwań innych.
Walczę - na razie we własnej głowie - o granice mojej wolności.
Niełatwa to sztuka.




środa, 29 lipca 2015
Co to się porobiło!

Dzieci siedzą jak trusie, a matki bawią się w Indian - chichoczą w łazience, nakładając sobie dzikie makijaże i gadają o pierwotnym uwalnianiu energii seksualnej.

Mam prawdziwe wakacje - były wianki, są Indianki!

Na wspomnienie miny naszego Fotografa ciągle parskam śmiechem.
To samo, gdy przypominam sobie rowerzystę pod Bławatkiem, który tak się zapatrzył, że aż wjechał w witrynę.

Hough!




Mój drugi i ostatni tydzień urlopu mija mi tak błyskawicznie, że choć jest dopiero wtorek, widmo przyszłego poniedziałku już stoi mi przed oczami, a na plecach mam oddech zbliżającej się niedzieli.

Ale nie próżnuję! Co to, to nie!

Po pierwsze nadrabiam zaległości towarzyskie - wiśnióweczka z Tymi w Chilli - wyborna, imieniny Ani też w Chilli zakończone nocną kąpielą wesołe, a dziś była zabawa w Indian. Wczoraj były wianki, jutro będą Indianki:)

Po drugie wciąż nacieszam się dziećmi. Nie wiem, co mi się stało, ale ja wyrodna matka, matka-egoistka, nie mogę się nimi nasycić. Więc tak układam plan dnia, aby mieć czas na poważne rozmowy z Antkiem i coraz to poważniejsze z Polą.

Po trzecie - biegam. Nie tylko po lesie, ale i po świecie.

Po czwarte - robię to, co grzechu jest warte, czyli oddaję się przyjemnościom ciała - jem, piję i śpię.

A po piąte - i z tego jestem dziś szczególnie zadowolona. Zrobiłam pierwszy krok do stworzenia swojego tekściarskiego portfolio. Aż sama się sobą mile zdziwiłam.


I z tym miłym zadziwienim pójdę zaraz do łóżka.

Albo nie.


Przytoczę Wam jeszcze zabawną rozmowę "międzypokoleniową":
- I jak radzisz sobie bez Andrzeja, w tych sprawach... łóżkowych?
- A co to są łóżkowe sprawy?
- pytam udając Greka i zaraz dodaję:
- Ja w łóżku zwykle sypiam, więc jeśli o to Ci chodzi, to radzę sobie świetnie.
- No ale jak z tymi, no wiesz, sprawami?
- Aaaaaaa! Pytasz mnie o seks? Z tym też jakoś daję radę.



poniedziałek, 27 lipca 2015
Wianki, wianki - kocham wianki.
Moja wewnętrzna dziewica (tak, tak, taką też mam w sobie) uwielbia je nosić!

Oto kilka fot z naszej wyprawy wiankowej.







i moja ulubiona fota, z której jestem dumna


sobota, 25 lipca 2015
Jeśli na wakacje, to tylko z Walerkami! - powtarzam co roku i co roku ponownie się o tym przekonuje. A jak życie pokazało nawet wakacje z prawie byłym mężem mogą być tak pyszne, że za krótkie!

Tym razem do naszej ekipy dołączyła jeszcze Natala - dobry duch wyjazdu, kobieta, której nie straszny był kwartet rozdartych małych jap.

A trafiliśmy do miejsca bajecznego - przepięknej leśniczkówki na Kaszubach  z ogromną lipą, w której mieszka rój pszczół, smakołykami od Gospodarzy (gorąca drożdżówka, kosz bułeczek z pieca, świeży twaróg - mniam!), z atrakcjami dla dzieci i idealnym zakątkiem na nasze wieczorne biesiady.

Było więc wszystko, co trzeba - pyszne śniadania, leniwe kawy z książką, rekreacja (zakochałam się w beachball'u!), truchtanie po okolicznych wsiach, szczypta gotowania, wieczorne pijackie partyjki w kalambury, makao albo dixita - pełne dobrego śmiechu.

Były też wycieczki - dzień w pełnym słońcu nad morzem, dzień w jakimś obrzydliwym parku z kiczowatymi figurkami łącznie z wielkim tupolewem (dzieci zachwycone!), był kobiecy wypad do Lęborka na kawę i obchód po ciucholandach, z którego przywiozłam kilka hitów modowych.

A przede wszystkim była dobra energia - i między dzieciakami (pomijając kilka spięć i drobne katastrofy), i między nami.
Nacieszyłam  się Walerką, spędziłam czas z prawie byłym mężem, bo wierzę, że po rozstaniu też jeszcze można coś ocalić,  spędziłam czas z dzieciakami - Polcia robi ze mną co chce, bo zapatrzona jestem w nią jak w obrazek - taka z niej słodka cholera jest, a Antek rozczula mnie i rozmiękcza miksem chłopięcej rozumności i słodyczą jeszcze dzidziusia. Jemu jako jedynemu pozwalałam zasypiać pod gwiazdami. My biesiadowaliśmy,  a on obok nas leżał na trawie i liczył gwiazdy.

Och, cudny był to czas, na tydzień zapomniałam o wszystkich ważnych sprawach, porzuciłam świat, w którym żyję i zatrzymałam się gdzieś na końcu świata.

To był bardzo dobry koniec.




śniadania - mój ulubiony posiłek - słoneczne, smaczne, nieśpieszne

Pani Dyrektor Wycieczki - jej flagowe teksty to:
- Nie lubię Cię!
- Proszę Cię Mamulko!
- To nie było piękne!




Nasz rajski chaos

Zabawa w pociąg

Bajkoczytarka

Wyprawa na grzyby, która przekształciła się w wyprawę na poziomki, a potem surwiwal po haszczach zakończony cudownym ocaleniem.








Czarowna miodna lipa



piątek, 17 lipca 2015
Gęsty dzień w kosmicznym tempie, bo ambitnie chciałam przed wakacjami załatwić 1001 drobiazgów, pozamykać niedomknięte sprawy, kupić nowe gary i patelnie, wyskoczyć z Mamą do knajpy na obiad i zrelaksować się u Edytki.
I udało się - a jakże.

Udały się również ostatnie dni pełne dobrych spotkań i nawet dopuściłyśmy się małego rozboju pod sceną.

Tutaj jeszcze grzecznie czekamy:


I news dnia - ukazało się drugie wydanie POLOWANIA!
Świeżutkie egzemplarze czekają już w księgarni, więc kto ma córkę, bratanicę, siostrzenicę, wnuczkę w wieku 8-13 to niech grzeje do księgarni:)




A jutro ruszamy w Kaszuby z dzieciakami, Natalią, Walerką i  Szymonem oraz ich dziećmi. Gdybyście jechali przez Wysokie Kaczki - dajcie znać.


środa, 15 lipca 2015
Jest po siódmej rano - powietrze rześkie, przesiąkłe rosą jak mokre pranie wiszące na podwórzu.

Ludzie zamknięci w autach stoją w korku, a ja biegnę.

Pomięta wiatrem woda jeziora puszcza do mnie srebrne oka, drzewa się stroją we wszystkie odcienie zieleni, a ciepły plaster słońca ląduje na mojej twarzy.

Mój tętent jest szybszy ode mnie. Wędkarze niechętnie odwracają głowy i uwagę ze swoich spławików, wróble uciekają mi spod nóg i tylko nagie obleśne ślimaki pełzną jakby się wcale nie bały, że zaraz je zmiażdżę.

A ja biegnę dalej.

Gdy wracam, witam się ze światem.
Środa. 3:3
Dzień dobry.



wtorek, 14 lipca 2015
I doznałam olśnienia. Półtorej godziny drogi od domu, ukryta w trzcinach i szuwarach malutka przystań z Domem Rybaka. A stamtąd dwie godziny jachtem po Zalewie Wiślanym i jesteśmy na mierzei.
Odlot - z jednej strony Zalew, z drugiej Bałtyk.

Wczoraj dotarłam do Nowej Pasłęki w strugach deszczu i byłam pewna, że spędzę całą dobę pod pokładem, tymczasem słońce towarzyszyło nam od początku do końca. Dzięki temu zaliczyliśmy wieczorny rejs do Piasków, kąpiel w morzu w nocy - skakałam w falach i piszczałam z radości jak niemowlak, jedzenie smażonki narwiańskiej pod pokładem (podlaska delicja!) i powrót o poranku na pełnych żaglach.

Gęba słońca jarzyła się na okrągło, a ja chichotałam nieustannie, bo Kuba dziś dał nam na pokładzie taki stand up show, że aż mi się zrobiły zakwasy za uszami do śmiechu.



niedziela, 12 lipca 2015
I znowu pysznie!
Tak pysznie, że próbuję sobie przypomnieć, co robiłam w piątek..
A! W piątek byłam w Wawie, a potem była sobota -

i dzień z dzieciakami u rodziców, długie bieganie oraz wieczór z Mareczkiem, który nie dość, że uradował (nie uratował, bo od tego są inni) moją duszę, to i ciało też - przywiózł mi karton boskich kosmetyków!

Dziś długie śniadanie z Tymi na trawie na Olsztyńskim Pikniku i czas z dzieciakami, odwiedziny naszych ulubionych sąsiadów, a wieczorem koncert Tomasza Stańko.

Gęsto, dobrze, tak jak lubię.

I tylko jednego żałuję.
Mogłam wyjść pod scenę, bo ta muza aż mnie rozsadzała od środka.
Następnym razem - nie ma bata - tańczę.


A! No i okazało się, że Tomasz Stańko jest fanem Rozbójniczek!
:))






piątek, 10 lipca 2015
Dziś cały dzień w Wawie na spotkaniach służbowych, wróciłam o 21.00 ledwo żywa i nie wiem skąd, wykrzesałam z siebie jeszcze jakieś rezerwy energii, aby poćwiczyć z Ewcią, dołożyć cegiełkę do projektu 10/31 i napisać króciutką piosenką, która zaczyna się tak...


 fotka sprzed tygodnia - słońce zatrzymane na taki dzień jak dziś



czwartek, 09 lipca 2015
Dzień dobry
Dobry dzień
- gdy znaczą to samo
Dzień dobry


- Szukamy Pani od lutego! - powiedział z wyrzutem pan w urzędzie miasta. - Pani projekt z budżetu obywatelskiego "Fotograficzny portret dzielnicy" przeszedł do realizacji, rok się kończy, a my nie możemy Pani znaleźć, bo podała pani chyba zły numer telefonu.
- Jakoś trudno mi uwierzyć, że jestem taka nienamierzalna w dobie internetu - zachichotałam, a wieczorem sprawdziłam: mam z tym panem 18 wspólnych znajomych na fejsie i przypomniało mi się zaraz, jak kilka lat temu nasz sąsiad dźgnął nożem żonę, a policja szukała go dwa lata. Przychodzili, pukali i pytali się, czy Iksiński jest w domu. Jakoś dziwnie zwykle go nie było:))

Mnie też dziś w domu nie było, bo zapakowałam dzieci do mojej srebrnej strzały i pojechaliśmy do Ani, która jak się okazało mieszka w rogu obfitości. Takiej obfitości balkonów i tarasów nie widziałam jak żyję:)
Dzieci krążyły po labiryntach domu niczym po Luwrze, a gdy weszły do pokoju Tymona, to same nie wiedziały za co się łapać - tyle szczęścia na raz!

W chwilach kiedy się nie biły, nie jęczały, nie chciały siku, i się nie kłóciły, my mogłyśmy pogadać o szamankach i kolejnym projekciku - żeby brzmiało tajemniczo, nazwę go roboczo "Wigwam 007":)

Wieczorem zaś wyruszyliśmy na poszukiwanie Minionków..
Misja zakończona sukcesem:
Antek: Te Minionki są trochę głupie, to fakt, ale umią zrobić wiele różnych rzeczy.
ja: Na przykład?
Antek: Jak jest ich dużo to mogą nawet jakąś misję wykonać!

Dużo głupków z misją - brzmi złowrogo i znajomo:))))


To był kolejny pyszny dzień - klęska urodzaju!



środa, 08 lipca 2015
Byłam dziś przejęta jak przedszkolak przed pasowaniem.
Raz, że mnie napadną i zabiorą mi kasę, dwa, że nie dojdzie do transakcji,
bo pożar, epidemia, bomba, trzy, że nie dojadę z powrotem i rozbiję auto zanim je przerejestruję.

A było zupełnie inaczej.

DZIŚ okazało się dniem dobrych ludzi.

Zaczynając od mojego prawie kuzyna, zwanego dalej "kuzynem", który podszedł do tematu na 200 procent - zajął się kupnem, przeglądem, naprawą i negocjacjami, a wszystko w tempie pendolino razy sześć.

Poprzez dobrego człowieka, który mnie podrzucił po autko

a kończąc na ludziach, od których kupiłam moją nową srebrną strzałę. Zaczęliśmy od kawy i luźnego gadania o autach, po godzinie podpisaliśmy umowę, a kiedy doszło do kasy, to ja wręczyłam panu plik pieniędzy, a on je po prostu schował.

- Proszę przeliczyć - powiedziałam.
- Nie, nie będę liczył.
- Ale trzeba przeliczyć
- naciskałam.
- Jak będzie za dużo, to obiecuję, że oddam, a jak będzie za mało, to znaczy, że tak miało być.


Jeśli wierzyć, że wszystko się dzieje po coś, to nie był przypadek, że po drodze, w samym sercu Kaszub, stał mały domek.
Tak uroczy, że zatrzymaliśmy się na chwilę, pogadaliśmy z właścicielką, a we mnie pod wpływem rozmów w aucie zakiełkowała myśl niemożliwa i nabrała całkiem realnego kształtu: zbudować domek?


Do tego stopnia, że wieczorem zadałam Antkowi pytanie:
- Chciałbyś, żebym kiedyś zbudowała nam domek?
- A mielibyśmy działkę zamiast ogródka?
- No tak
- Pewnie! i hodowalibyśmy tam jabłonie i kiszone ogórki!

Wiecie jak się cieszę?
Nie wiecie.
A ja się czuję jakbym kupiła rakietę wraz z załogą Apollo 13!
Kiedy zaś przypominam sobie teksty kuzyna, to jeszcze chichoczę!

***
Domek w sercu Kaszub



wtorek, 07 lipca 2015
Jeśli jutro zobaczycie srebrną strzałę lecącą między Trójmiastem a Olsztynem to nie będzie to kometa, ani snop światła wystrzelony z miecza rycerza Jedi.

To będę ja pędząca moim nowym autkiem!

Jest podjarka:)
poniedziałek, 06 lipca 2015
Przytulny czas mam w życiu.
Dopieszczam się i zbieram siły jak przed wojną, głodem, Himalajami.

Daję sobie wszystko, co dałabym kochanej osobie, a nasz rozbójnicki projekt 10/31 pomaga mi w tym, aby robić sobie jeszcze lepiej.

Taki autohedonizm podniesiony do potęgi!

Dzisiejszy dzień zwieńczyłam leżeniem na trawie, potem piwkiem z Tymi na plaży,  a wreszcie wieczorną kąpielą przy świecach  z książką oraz szklaneczką whisky.
I wcale nie przeszkadzało mi, że zamiast obszernej wanny mam brodzik.
Pozycja kłębka - dlaczego nie?:)



I żeby nie było. Poleżałam dobre pół godziny z bardzo przyjemną książką o tytule: "Sekretne życie pszczół".


niedziela, 05 lipca 2015


ale na koktajl starczyło:)

Ten weekend to był bardzo słoneczny koktajl czystego relaksu - pływałam w czterech jeziorach, kąpałam się w jednym słońcu, zebrałam ze sto jagód jadłam, śmiałam się, gadałam, biegałam, czytałam
i  nadal jest mi tak dobrze, że zamiast iść spać, pławię się w przyjemności samotnego cichego wieczoru.

Dobrej nocy!

piątek, 03 lipca 2015
Lubię język - mocny, krwisty, dosadny.
Uwielbiam poezję, a poetycką wulgarność szczególnie.
I zawsze obiecuję sobie, że będę notować, a potem zapominam:

Mój szef rozpoczyna spotkanie:
- Żebyśmy się nie rozpłynęli w moim pierdoleniu, bierzmy się do roboty!

Zaś R. dziś obiecuje:
- W warsztacie zrobią zawieszenie i będziesz miała auto jak pizdencja anioła.

A ja zamykam oczy i wyobrażam sobie pizdencję anioła
- musi być boska!
czwartek, 02 lipca 2015
Soczysty dzień za mną, bo mam wrażenie, że wycisnęłam z niego tyle, ile tylko się dało!

O poranku pływałam, a potem piłam kawę na plaży.

W południe przelotem ucałowałam Anię, przeszukałam oferty aut, bo almerka padła na amen, popracowałam, wypiłam dwie kolejne kawy i zjadłam magnuma w smacznym towarzystwie.

Po południu znów wylądowałam nad jeziorem - najpierw Krzywym, a potem Długim, gdzie się wylegiwałam w słońcu, pluskałam z Polcią i uplotłam wianek w ramach tajnego rozbójnickiego projektu "10/31", a po powrocie umyłam okna.Ha!

Wieczorem ukołysałam do snu bachorki i poćwiczyłam z Ewcią - po raz pierwszy wzięłam na warsztat program turbo spalanie i myślałam, że umrę! Przy każdej rundzie obrzucałam ją mięsem.
Ale ten, kto mnie trenuje, musi być na to odporny:)


A teraz już za moimi plecami czarna noc, dopijam lampkę wina i idę spać.
Znów się nie wyśpię, ale czort z tym.




środa, 01 lipca 2015
- Ona Cię okręciła wokół palca - komentuje z przekąsem moja mama, ilekroć przyłapie mnie na maślanym spojrzeniu, jakim wodzę za moją córcią.

Ano okręciła, a mnie się ten stan bardzo podoba, bo uwielbiam gapić się na moje dzieci, lampić się z zachwytem, z rozdziawioną gębą, z uśmiechem i z czułością (oczywiście pomijam chwile, kiedy mam ochotę je zamordować).

Nasz bałtycki wyjazd dał mi sporo momentów, aby się zapomnieć i zapatrzeć.
A widok był szczególny, bo moje dzieci po raz pierwszy miały okazję  poznać bliżej swoją bliską kuzynkę.
I o dziwo, ten młodociany towarzyski trójkąt wypalił. Trzyletnia Olga świetnie dogadywała się z obojgiem i razem tworzyli całkiem zgraną bandę.

Mnie zaś co jakiś czas  zalewała taka tkliwość, że miałam ochotę
wycałować, zatulić, zadusić i pochłonąć każde z nich w całości.
A mój rubensowski amorek poszedłby na pierwszy kęs:)

Antek, Olga i Pola - bardzo udany pierwszy wspólny czas.

wtorek, 30 czerwca 2015
Co to był za dzień!
Mogłabym się jeszcze długo tak pławić w przyjemnościach!

Po pierwsze mnóstwo dobrych życzeń, a każde życzenie to taka łycha miodu na podniebienie, plasterek na serce.

Po drugie chillout - śniadanie z Tymi i fajne gadanie, bieganie nad Plusznym i kąpiel w rajskiej zatoce.

Po trzecie przygoda - czyli lot szybowcem, który mnie zaskoczył, przeraził i do ostatniej chwili miałam ochotę nawiać stamtąd, potem już się tylko modliłam, żeby przeżyć,  z trwogą liczyłam okoliczne brzozy, przez chwilę uwierzyłam nawet w Pana Boga i zaczęłam z nim pertraktować.

Aż wreszcie zaparło mi dech i zastygłam z przerażenia i zachwytu.

Po czwarte - rozbójnickie chichotanie, czyli spotkanie Rozbójniczek przed naszym lipcowym wyzwaniem pod tytułem 10 minut.
Nie macie pojęcia, ile rzeczy można zrobić w 10 minut. Ja też nie mam, ale od jutra będę miała i nie mogę się tego doczekać.

A po piąte przez dziesiąte dziś kończę 35 lat i jestem proszę Pana na zakręcie, moje prawo to jest pańskie lewo, pan widzi ławkę, krzesło, stół, a ja rozdarte drzewo.

Mówiąc zaś prosto i prozą: jestem w momencie przełomu.
Nie wiem do końca czego chce, ale wiem na pewno, czego nie chcę.

Za mną cudny dzień - istny pięciobój hedonistyczny.
Dziś czuję się córką świata - ukołysaną i dopieszczoną.

Dziękuję Wam wszystkim za łyżki miodu, plasterki, niespodzianki, gadanie, chichranie, dobre słowa, piękne kwiaty i podkowę pandory:)




poniedziałek, 29 czerwca 2015

Minął mi ten czas jakbym na chwilę zmrużyła oczy.
Czas niby zwyczajny, a jednak ważny.

Dobre chwile z rodzicami - nadzwyczaj udana wesoła podróż w obie strony, fajne momenty: bieganie nad morzem, leniwe plażowanie, wieczory ze staruszkami, biesiadowanie u wujka Radka i Ciotki Danki, basen, wyprawa na molo i kilka chwil trudniejszych, które otworzyły nowe wątki do przerobienia, a poza wszystkim - duże zmęczenie dzieciakami.

To moja pierwsza większa próba bycia rodzicem solo - wyzwanie, które sporo kosztuje.

Ale wróciliśmy cali, zdrowi i zadowoleni - a swoim staruszkom jeszcze raz dziękuję za ten wypad. To powinno stać się coroczną tradycją:)

Było tak:



I tak:

czwartek, 25 czerwca 2015
Ledwo wróciłam i znów jadę - tym razem nad morze w składzie dość nietypowym, bo z dziećmi, moimi rodzicami, Krisem, Asią i Olgą.


Pół kuchni zajmują: walizka, torby, tobołki i tobołeczki, bo czy się jedzie na 3 dni czy na 3 tygodnie to bagaży zawsze jest tyle samo.
Dzieci przez całe popołudnie były tak podjarane wyjazdem, że padły w łóżkach jak kawki, byleby już nadeszło jutro.

A ja powoli kończę dobry dzień wypełniony fajnymi spotkaniami:

byłam na śniadaniu w Chilli, wpadłam do Ani, żeby ją uściskać i zachwycić się jej siedzibą (Coco Chanel żyje!), dałam się wymasować wspaniałym dłoniom Edytki (odlot), zajechałam do Babci z imieninowymi kwiatami i zdążyłam pobiegać.

Niech żyją dni wolne od pracy!

I tak będzie aż do moich wtorkowych urodzin.

W te wakacje zbieram siły, poszukuję inspiracji i precyzuję priorytety -
a potem idę w świat szukać pieniędzy.


wtorek, 23 czerwca 2015
Zacznijmy od początku:

KENY KONTRA WIKINGOWIE
W piątek wieczorem w wyjściowym futrzanym kołnierzu - niczym gwiazda filmowa i załadowana tobołami - jak baba z rynku, ruszyłam pociągiem do Iławy, aby w pełnym luksusie spotkać się z naszymi klientami ruszającymi dnia następnego w rejs.
Największą uciechę miałam, gdy porównywałam naszych nieogolonych szorstkich chłopaków i korpopięknisiów w kołnierzykach polo.
Ale jak to między facetami, każdy kolejny kieliszek wódki przełamywał bariery, a ja powolutku stawałam się coraz bardziej niewidzialna, aby po angielsku wycofać się z gry.

Z wielką ulgą opuściłam Kenów z Pewexu i zwiałam do hotelu, gdzie zapadłam się w sen jak w dobrą bajkę, aby zerwać się o poranku, bo...


KGMoBUS w drodze

KGMobus, czyli 7 osobowe auto Iwy Ż, które Tomek zakupił na pewno z myślą o nas, podjechał po mnie o 9.00 i razem ruszyłyśmy dalej.
Ledwo wystartowałyśmy, doszło do sporu, na której stacji dają najlepszą  kawę i czy zatrzymujemy się już, za chwilę, a może trochę później? W powietrzu miks ekscytacji jak z pierwszej kolonii i uciechy rodem z wycieczki do Ciechocinka.

Na miejscu powitała nas Ania, samiuteńka w wielkim domu, który cały czekał na nasze przybycie. W kosmicznym tempie próbowałyśmy się nagadać przy kawie i winie, i pomalować do sesji, i przymierzyć ciuchy - a salwy śmiechu wybuchały co chwila jak wulkany dobrej lawy.
Tymi podjęła się wizażu i  okazało się, że uczennica przerosła mistrzynię - wyglądałyśmy naprawdę świetnie.
I takie nas zastał Arek, z którym ruszyłyśmy w plener.

KASZUBSKA GOŚCINNOŚĆ
Ale, że sztuka wymaga pełnych żołądków, popędziłyśmy najpierw do Kostkowa, gdzie leży serce kaszubskiej gościnności - prawdziwy dom kobiet z mamą, babcią, ciocią i siostrą. Tam bowiem, zupełnie nieoczekiwanie, czekała na nas uczta. Wpadłyśmy tam zrobione co prawda na damy, ale z manierami wygłodzonych szczeniaków i pożarłyśmy jak leci wszystko, co wjeżdżało na stół. Ja nie mogłam wyjść z podziwu  - bo jaką trzeba być mamą, żeby zrobić takie przyjęcie dla 6 obcych przyjaciółek córki? Moja rodzona matulka zaśmiałaby mi się w twarz na samą myśl.


na werandzie w Kostkowie

DOBRE ŚWIATŁO

W ten sposób doczekałyśmy się światła, które dla piękności 40- jest najbardziej łaskawe i Arek zabrał się do dzieła. A że sesja miała tytuł "Kobiety w drodze", przemieszczałyśmy się po okolicznych drogach, budząc pewne niepokoje wśród lokalnej społeczności.



Finalnie dojechaliśmy do moich ukochanych Dębek, gdzie każda z nas miała sesję beauty.
Skończyłyśmy grubo po 21.00 wymęczone, lekko pijane winem sączonym od południa, wymarznięte i wychichrane do imentu.



GADU-GADU
Wracając jeszcze KGMobusem, przeglądałyśmy zdjęcia trzaśnięte komórką z backstage'a:
- Ech Monia - westchnęła Ika - Ale ty ładna jesteś na tym zdjęciu. Znaczy się, ty w ogóle jesteś ładna. Ale na tym zdjęciu jesteś ładna dodatkowo!

chwilę później:
- Ale się fajnie kładłaś do zdjęć na tej plaży! Wyglądałaś jak foczka!
Bo chyba nie łudzisz się, że wyglądałaś jak Marylin Monroe???!

Już na miejscu, gdy wypełzałyśmy ledwie żywe z auta, Monia postawiła diagnozę:
- Dziewczyny, to była śmiertelna dawka tlenu!

Dlatego też wychyliłyśmy może ze dwa wina i padłyśmy.
A rano po leniwym śniadaniu, ja ruszyłam dalej...

LA RUINA I MASA ROBOTY

bo do roboty do Poznania.
Na szczęście zaczęłam bardzo przyjemnym akcentem, bo spontaniczną kolacją z Markiem, który zabrał mnie na chwilę do La Ruiny na Śródce, którą już od dawna śledziłam w necie.
Świetny klimat, super żarcie, przemili ludzie - halo! Olsztyn! Uczmy się czegoś.

obok La Ruiny koty chodzą po linie

POTEM
A potem już było tempo i urwanie głowy - zakończone sukcesem i moim skrajnym wyczerpaniem; dużą satysfakcją i szczyptą niesmaku, która chyba wpisana jest w naszą branżę.


widok z 15 piętra hotelu:)


I to tempo skończyło się dopiero dziś.
I dopiero dziś miałam chwilę, aby zatrzymać się na moment, odwrócić za siebie, raz jeszcze dotknąć wszystkiego, co było cudne, a nieprzyjemne ponownie obrócić w palcach.



To był mój najdłuższy wyjazd bez dzieci od ostatnich 4 lat i... proszę o więcej!:)
Ale nie teraz.
Teraz bez reszty nacieszam się dzieciakami.
Zgłodnieć macierzyństwa - też piękny stan!

czwartek, 18 czerwca 2015
Od kiedy Endrju nie mieszka z nami, moje życia przypomina bierki.
Jakby jedna nieostrożnie wysunięta bierka, rozsypała cały stosik. 
Nagle wiele innych relacji stanęło pod znakiem zapytania - i przysięgam nie wiem, czy gdzieś podświadomie to ja gmeram w tych patykach i robię rewolucję, czy po prostu jedna zmiana wymusza kolejne i nie zawsze mamy na to wpływ.

Zmieniają się moje relacje kumplowskie, z rodzicami, nawet z ludźmi z pracy.
Na lepsze, gorsze, inne.

Pojawia się nowe - dobre i energetyczne.

I tylko kolosy na ołowianych nogach, czyli moje stare sprawdzone przyjaźnie po prostu SĄ.

A mi chyba nic nie pozostaje jak grać w bierki nadal dopóki wszystko się na nowo nie ułoży.






środa, 17 czerwca 2015
Dziś okazało się, że Ania ma prorocze sny.
Z rańca zapytała, czy wszystko dobrze, bo śniło jej się, że płakałam.

Odpisałam, że dobrze, a kilka godzin później zapłakałam i raz, i drugi raz, i gdybym tych łez nie zabiegała w szybkim tempie, może i płakałabym do teraz.

A może nie - bo teraz jest dużo jaśniej niż było za dnia.

O bierkach, które się sypią napiszę jutro, a teraz pójdę już spać.


ja i mój mityczny mężczyzna - moje męskie alter ego -
o nim też kiedyś napiszę.



Antek codziennie do przedszkola niesie plecak wypchany przytulankami, które mu towarzyszą podczas leżakowania. Od jakiegoś czasu ma fazę na angry birds, mimo że nie zna ani filmu, a ani gry. Wystarczy, że kumple znają:)

Rano mówi:

- Ostatnio chodzimy na dwór i nie ma leżakowania. Myślisz, że mogę dziś nie brać przytulasów i zaryzykować?


- Weź i lepiej nie ryzykuj - poradziłam mu zachowawczo:)




 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 108