Wczorajsze spotkanie KGM, nie mylić z konglomeratem przemysłowym KGHM Polska Miedź, dowiodło, że dziewczyny z naszego nieformalnego Koła Gospodyń fantazję mają. Aż chce się rzec - ułańską!
Gospodynią wczorajszego wieczoru była Agata, która zaprosiła nas do świetnego minimalistycznego wnętrzna na starówce - doskonałego nie tylko na przedświąteczną sesję zdjęciową, ale i gadanie, i łasuchowanie.
W szczytowym porywie było nas 12 sztuk, włącznie z mamą gospodyni i jeszcze trzech innych córek - energiczną uśmiechniętą babeczką, która wpadła jak po ogień, nabyła kolczyki i świąteczne kartki, posmakowała sałatek, obróciła się jak piorun kulisty i już jej nie było.
Potem niczym Kopciuszek nawiała Magda, której Agata machnęła profesjonalny makijaż i aż żal było nie wypróbować go na jakimś obiekcie płci odmiennej.
Zostało nas dziesięć w składzie: 2 Marty, 2 Monie, 2 Agi, Iwona, Jagoda, Agata. To w sumie daje 9, czyli pomyliłam rachunki:)
A skoro mylę rachunki, na pewno nie jestem w stanie zachować chronologii zdarzeń. Co było na pewno? Boski chaos! Poza tym: dużo smakołyków i sporo wina. Agata przez cały wieczór niezmordowanie poprawiała nam urodę, Monia z Jagodą zajęły się ustawianiem sesji, reszta jadła i gadała w konfiguracjach rozmaitych.
- Laski? To prawda, że po porodzie wychodzą włosy? - zajęłam się sondą wśród matek. - Phi! - prychnęła Aga tonem doświadczonej - wychodzące włosy to nic przy hemoroidach!
Potem pojawił się temat obecności mężów przy porodzie. - Mój był i bardzo się cieszył, że jest. - A mój się wzruszył! - A mój... M. podniosła głowę znad babeczki i rzekła z przekąsem: - A mój czytał Automoto Świat.
Myli się jednak ten, kto pomyśli, że nasze rozmowy zdominowała ciąża i mamuśkowe problemy. Nic z tych rzeczy. Marta przedstawiła nam swoją filozofię gotowania "Bila dla debila", czyli sposób na dania szybkie i proste. Agata przekonywała nas o zaletach posiadania psa, ale spotkała się z wyraźną opozycją. Była też chwila o książkach, chwila o dzieciach, podczas której rykoszetem oberwały teściowe.
Tymczasem Iwona z Monią cudem odkryły, że urodziły się w tym samym szpitalu, dzień po dniu i że ich matki na pewno leżały na tej samej sali poporodowej. Mało tego. Ich mężowie też urodzili się dzień po dniu, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że ich teściowe również leżały na sąsiednich łóżkach. Zdumione tym nadprzyrodzonym zbiegiem okoliczności kontynuowały konwersację: - A mój Łukasz - gorączkowała się i tak już rozpalona Iwo. - A mój.. - próbowała wtrącić Monia. - Twój też jest Łukasz?! - Oczy Iwo wyrażały niedowierzanie. - Nie. Mój jest Bartek - rozczarowała ją Monia i usłyszała ciche zawiedzione "Acha".
Potem przestałam podsłuchiwać i nie wiem, co jeszcze dziewczyny odkryły ze sobą wspólnego.
- Zaraz, zaraz - podeszła do nas Aga jakoś chwilę przed północą. Stałyśmy w trójkę z Monią i Martą. - Wy chyba jesteście za trzeźwe! - Aga jest w ciąży - przypomniała Marta. - Monia jest autem. A ja? Tu nastąpiła krótka pauza, po której Marta dorzuciła odkrywczo: - A ja przecież jestem pijana!
Rozstałyśmy się jakoś po pierwszej w nocy, kiedy już zaczęłyśmy wpadać w tematy poważne i trudne, i zawisł nad nami ciężar lekkiego zmęczenia, jaki zwykle człowieka dopada, gdy się za mocno wyśmieje, tak aż do łez. Dziewczyny, które przez całe spotkanie wielką atencją otaczały mój brzuch, odprowadziły mnie aż do samochodu, pilnując, abym wsiadła po właściwej stronie i nie zrobiła sobie krzywdy. Ja pojechałam do domu, a one poszły w miasto testować swoje makijaże.
- Kurczę - pomyślałam, jadąc przez uśpione miasto - jest jeszcze tyle pytań, które chciałabym zadać tym kobietom. Chciałabym poznać ich historie, poglądy, marzenia i lęki, bo każda z tych kobiet jest zupełnie inna. A takie spotkania są jak odkrywanie wielkich skarbców. Wdzieramy się do nich na moment i możemy wynieść z nich tylko tyle, ile się zmieści w kieszeni. Za mało. Zdecydowanie za mało.
Strasznie pracowity tydzień już prawie za mną. Jeszcze machnę jedną chałturę, na którą ciągle nie mam pomysłu i zaczynam weekend. Dziś pójdę na mały knajping z Monią, a jutro... Jutro kolejny zlot Koła Gospodyń Wiejskich. Tym razem wietrzymy kredensy, jemy smakołyki, a przy okazji planujemy anielsko-świąteczną sesję zdjęciową. Niezmiernie ciekawam efektów.
Poza tym nie dzieje się nic wielkiego. Czytam jakąś obyczajówkę Hanny Bakuły, w kolejce czekają "Nocni wędrowcy" Wojtka Jagielskiego, a mój książkowy apetyt wzbudza świeżynka na rynku: wspomnienia Jerzego Illga - redaktora Znaku - pod oczywistym tytułem "Mój znak".
Za dnia dłubię coś w kramiku, wieczorami piszę, czytam i oglądam z Endriuszą "Przystanek Alaska". Kończymy już trzeci sezon, a Maggie O'Conell wciąż nie bzyknęła się z doktorem Fleischmanem. A było tak blisko, cholera.
Życie mi dziś służy, mam sporo energii i motyli w głowie. Wróble ćwierkają, że jutro będzie słońce, a ja im wierzę.
Formalnie nosi to nazwę uznanie dziecka w łonie. Wczoraj - 17 listopada 2009 roku - mój konkubent Endriusza w obliczu prawa i przed obliczem Pani Kierownik USC w Olsztynie uznał Antola w mym łonie i zastrzegł (to już tylko w moim obliczu), że gorzko pożałuję jeśli Antek okaże się ciemnoskóry lub skośnooki:)
Fot. ja:)
Z innych radosnych nowin: Uwaga!Na warmińskim niebie nieśmiało wychyla się słońce. A ja dziś trochę popracuję, a potem zobaczę. Udanego dnia!
Rodzina to taki trudny twór, a czasem potwór. Z jednej strony rodzina jest dla mnie wartością najwyższą, wartością bezwzględną i nieprzemijającą. Więzy rodzinne nie pryskają jak miłość, nie rozchodzą się jak przyjaźnie. To najtrwalszy i najgłębszy związek, w którym dawanie jest efektem instynktu, a nie racjonalnej analizy.
Ale jednocześnie rodzina to sieć cholernie skomplikowanych połączeń, to relacje, w których najboleśniej odczuwa się niesprawiedliwość. W rodzinie nasze postawy bywają roszczeniowe, bo przecież od rodziny mamy prawo oczekiwać tego czy owego. Po to w końcu jest rodzina.
Wreszcie rodzina to najbardziej toksyczna jednostka, bo rodzinę trudno porzucić, nie można się z niej wypisać albo chociaż rozstać się kulturalnie. Na rodzinę jesteśmy skazani.
A w rodzinie jak to w rodzinie. Są tacy, którzy manipulują i tacy, którzy dążą do władzy, są cholerycy i flegmatycy. Są też podporządkowani. Oni zwykle siedzą cicho i cicho hodują swoje poczucie krzywdy, które potem znajduje ujście w gabinecie psychoterapeuty. Rodzina to taki klosz, który chroni przed wrogim światem, a jednocześnie jest szklarnią dla wzajemnych żalów, niespełnionych obietnic, ran, które zadajemy sobie, nie zawsze świadomie.
Nie ma rodzin idealnych. Wszystkie są kalekie, choć stopień inwalidztwa bywa różny.
Ten przydługi wywód to wstęp do bardziej osobistych rozważań. Kiedy skończylam studia, porzuciłam T.-terrorystę, udało mi się z drobnych cegiełek zbudować niezależność. Miałam pracę, swoją kasę, mieszkanie i życie. Rodzinę widywałam rzadko i zawsze w świątecznych okolicznościach. Brakowało mi ich na co dzień, ale to była cena wolności.
Teraz z kolei mam świetny kontakt z rodziną i zwykle jest fajnie, ale jednocześnie wiem, że powrót do Olsztyna był jednoczesnym pożegnaniem się z dotychczasowym dorobkiem i niezależnością. Na pewnej płaszczyźnie był krokiem w tył. Czasem czuję jakbym znów wcisnęła się w sukienkę małej dziewczynki, znów potrzebuję pomocy i wsparcia. Nie jestem samodzielna, co niestety czasem bywa argumentem w sprawie.
Może są i tacy, którzy bez skrupułów przyjmują pomoc od rodziców, może są rodzice, którzy nie dają tego dzieciom odczuć, ale mnie powoli to uwiązanie zaczyna wychodzić bokiem. Szczególnie teraz - w perspektywie narodzin dziecka - tym bardziej czuję, że najwyższy czas przeciąć pępowinę i stanąć na własnych nogach. Dzieci nie powinny mieć dzieci.
Na własnych nogach znajcznie przyjemniej wraca się do domu rodziców.
W piątek jesień zrobiła wyjątek. I podarowała nam odrobinę słońca. Poza tym łaskawym ochłapem, od dwóch tygodni nurzamy się w szarości. Nie ma różnicy między porankiem a zmierzchem. Na szczęście trzydniowy weekend tak mnie doładował, że dzielnie znoszę sadystyczne zapędy tej pory roku.
Teraz natomiast przywaliła mnie robota, więc jak znajdę chwilę, to może powrócę do tego wpisu, a jeśli nie, to widzimy się jutro.
Może będzie ciut luźniej. Chciałam żyć z pisania, to mam. Piszę i żyję. Niekoniecznie z pisania. Ale z pisania mam na waciki i utrzymanie mojego najdroższego hobby, czyli kramiku:)
Endrju:A po co Ty właściwie ćwiczysz te mięśnie? ja:Żebym nie miała po porodzie problemów z trzymaniem moczu, no i wiesz, żeby Twój penis nie latał w mojej pochwie. Endrju:Tym się nie przejmuj. Znajdziemy jakieś nowe techniki. Na przykład pych boczny.
Dziś w Poznaniu kolorowy dzień rogala - wesołe święto, na które Wielkopolanie od wielu dni zaostrzają apetyt. U nas natomiast dzień niepodległości. Święto smutnego patriotyzmu nierozerwalnie związane z kościołem jak każde państwowe święto w tym kraju. Może poza 1 maja. Będą msze, przemarsze wojsk, flagi i sztandary. Będą kwiaty na pomnikach i nudne przemówienia. Mądrzy ubolewają nad kryzysem patriotyzmu, a mnie kryzys dopada jak mam wyjść na oflagowane ulice w tak ponury dzień jak dziś i mijać tylko gości w sutannach i mundurach. Wolałabym zatańczyć i zjeść rogala, i widzieć wokół siebie uśmiechnięte twarze. Ot co.
Wesołych świąt Wam życzę:)
Oto jak w święto niepodległości żyje poznański św. Marcin źródło: www.poznan.pl
A mnie dziś się śniła moja Marcinka i był to ładny sen i z tej okazji odgrzebałam stare urocze fotki z boskich marcińskich czasów:
Sierpień 2007 Autorką zdjęć jest Jozi, która potem potajemnie nagrala mnie i Gruszkę. Jak się okazało wciąż mam te filmy, ale liczę, że nigdy nie dostaną się w niepowołane ręce:)
Polskie kino ma przeciwników i zwolenników. Niektórzy stracili wiarę, że w polskim filmie możeprzydarzyć się jeszcze coś dobrego.
Ja należę do tej drugiej grupy. Lubię rodzime obrazy. Może z wyjątkiem komedii, które polscy twórcy potrafią spieprzyć dokumentnie, mimo dobrego scenariusza i niezłej obsady. Ale to też pewnie sztuka:)
Wczoraj wybrałam się na debiut Pawła Borowskiego "Zero". Poszatkowana fabuła przywodzi na myśl filmy twórcy "Amores Perros" i "Babelu". Ramą czasową tego obrazu jest jedna doba, doba samotności w wielkim mieście, tym razem nie w Warszawie, ale we Wrocławiu. 24 godziny, podczas których otrzymujemy strzępki 24 ludzkich historii. Z tego patchworku dramatów i zwyczajności, dobra i zła, Paweł Borowski szyje przejmującą opowieść o niemożności wzajemnego zrozumienia. O przekazywanej z pokolenia na pokolenie ułomności emocjonalnej, przez którą obijamy się o siebie jak samotne bile, zadajemy sobie ciosy, a potem zamknięci w skorupie żalu i poczucia krzywdy liżemy rany w samotności lub szukamy pocieszenia na zewątrz, choć osoba najbliższa sercu jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy się otworzyć. A otworzyć się jest tak trudno. I każdy chce dobrze, a wychodzi jak zawsze. Trudno się dziwić: bolesne lekcje braku zrozumienia otrzymujemy od najwcześniejszych lat. Rodzicom zwykle łatwiej było się wściekać, obrażać, szantażować niż przejąć punkt widzenia dziecka. Do niedawna nie poświęcało się tyle uwagi zagadce wychowania. Pradziad bił, dziadek bił, ojciec bije, bo to działa, skoro sam wyrósł na przyzwoitego człowieka. Prababka zakazywała, babka zakazywała, to skąd matka ma wiedzieć, że są lepsze sposoby od zakazów i nakazów?
I tak rosło niedokochane, niezrozumiane pokolenie, które nie potrafiło pokazać swoim dzieciom, że nie tędy chadza miłość. Bo miłość, aby przynosiła dobre owoce, musi wędrować ścieżkami zrozumienia, a kiedy te ścieżki gubi, wówczas rodzi się zło i krzywda. Tak powstaje opowieść o tym, jak dobro i dobro pogubiło drogi. Czasem zdarza się dobra opowieść, na przyklad "Zero" Borowskiego.
W piekarniku piecze się pizza, a ja - kurka domowa - wreszcie przysiadam na fotelu. Lubię i takie niedziele - ciepłe, domowe, kiedy można coś upichcić, poczytać, napisać kilka akapitów, leżeć i nic nie musieć.
Dobre dni za mną. Wypad z mamaszą na zakupy i jabłecznik w ZENie, telefon do Ewy i długie gadanie, tak bardzo mi potrzebne, bo w gruncie rzeczy ciężko mi się otworzyć, wolę słuchać o cudzych problemach niż zwierzać się z własnych. A z Ewą czasem potrafię i nikt tak jak ona nie umie zdejmować ciężarów z mojego serca. Z Ewą życie nabiera kolorów i lekkości. Zrzucamy sobie nawzajem bagaże smutku i wtedy można się już tylko śmiać.
Po za tym leniwa poranna sobotnia kawa z Tymisiową i wczorajszy wieczór z Martą i Maksem - bez żadnych fajerwerków, po prostu przyjemne chwile, rozmowy. A ja lubię i gadać, i słuchać.
Teraz trochę się polenię, a wieczorem upiekę morelowe ciasto jogurtowe. Poprzedni tydzień sponsorowała literka B jak brownie (specjalnie dla Endriuszy, który lubi wszystko, co czekoladowe), a zbliżający się tydzień należy do literki M. M jak... morele:)
A zatem spadam, a na koniec mała anegdota z karmiku, którą opowiedziała mi pracująca w Diable Maga. Klientka:Dzień dobry, macie państwo koronkowe szaliczki? Maga:Niestety nie mamy nic takiego. Klientka:Oj niedobrze, takie szaliczki przecież są bardzo praktyczne! Powinny być. Maga:A do czego Pani taki szaliczek? Klientka:Matkę chowam i chciałam jej w trumnie twarz przykryć.
**** postscriptum od kilku dni chciałam napisać kilka słów o wyzwaniu jakim jest związek, bo związek to już nie sama miłość, ale również decyzja na miłość. Telepatycznym cudem Baśka zrobiła to za mnie. Dlatego wrzucam tu cytat z jej bloga, pod którym się podpisuję:
Bycie z kimś to ustawiczna konfrontacja. To zmienność, zamykanie i otwieranie serca, przybliżanie i oddalanie się od siebie. Związek to papierek lakmusowy naszego wnętrza. Im silniejszy tym mocniej działa. Za jego sprawą ujawniają się wszystkie stare rany, problemy, lęki. Jak na gwizdek stają równo w szeregu. Tak bardzo tęsknimy za miłością idealną, która wypełni emocjonalne luki, nasyci i da spełnienie. Ale to niemożliwe. Jesteśmy już dorośli i wiemy, że symbioza między dwójką ludzi zdarza się raz - w łonie matki. Mimo to, boli niemożność całkowitego przekroczenia własnej samotności i dzielenia ze sobą światów. To dlatego samotność doświadczana w związku boli po stokroć bardziej niż w pojedynkę. Dlatego tak wielu wybiera bycie singlem, niezmąconą ścieżkę spokoju, samostanowienia, a nawet oświecenia. Kiedy nikt nie rozprasza, można skoncentrować się i pracować tylko nad sobą.
Tak więc mono czy stereo? Wybór jest jak zwykle nasz. Może trzeba pożegnac się z marzeniami o doskonałej miłości i docenić tą, która nam się przydarza, że wszystkimi błędami, niezręcznościami, usterkami, ale jednak skierowaną do nas z czystej dobroci i tęsknoty serca? A może traktować to wszystko z przymrużeniem oka?
jakiś miłośnik Junga lub inny psycho-fachowiec rozgryzłby to w sekudnę. Moje sny.
Od dobrego tygodnia noc w noc śni mi się zły sen. Za każdym razem jest to sen, w którym Endrju robi mi drobne i większe przykrości: umawia się i nie przyjeżdża, porzuca mnie w nieznanym miejscu, drwi ze mnie albo mizia się na moich oczach (!) z jakimiś cycatymi blondynami, no horror po prostu! Wczoraj nie dowiózł mi cytryn na laboratorium na badanie stężenia glukozy - a tak go o to prosiłam! Budzę się w środku nocy wściekła na niego, a potem jeszcze rano jestem nadąsana, choć nie pamiętam dlaczego. Potem stukam się w czoło, bo przypominam sobie, że wciąż mnie trzyma złość na Endriuszę. Nie tego z jawy, ale tego ze snu. A ten ze snu jest dokładnym przeciwieństwem tego na jawie. - To jakiś koszmar - skarżę się Endriuszy - strasznie mi się śnisz i nie wiem, dlaczego. - Projekcje - wyjaśnia lakonicznie Endrju. - Czyli, że co? - Czyli, że na pewno się mną znudziłaś i chcesz mnie zostawić, ale nie masz obiektywnego powodu, więc twoj mózg projektuje sytuacje, które tłumaczyłyby twoje odejście.
No tak, zapomniałam, że Endrju to czarnowidz. Nic się nie może udać, a już na pewno nasz związek. Według niego wszystko jest kwestią czasu. Choć moim skromnym zdaniem to czysta kokietria. Im bardziej go poznaję, tym lepiej widzę, że on po prostu jest świetnym dyplomatą - wie, co i kiedy należy powiedzieć, aby kobiecie sprawić przyjemność, a jeszcze lepiej wie, o czym nie wspominać i do czego w życiu się nie przyznawać. Mama Betki mawiała, że małżeństwo to teatr i myślę, że miała rację. Związek kobiety i mężczyzny to również pewna gra, ale o tym napiszę jutro.
A wracając do snów - męczę się z nimi okrutnie i nie wiem, czy to ciążowy lęk przed samotnością czy co? Ale mimo wszystko wolę mieć kolorowe życie i koszmarne sny niż odwrotnie.
A poniżej letnie wspomnienie jako antidotum na jesienną szarość. Dwie ciężarne oddające się ziemskim rozkoszom
Ktoś w niebie myje podłogę i brudną ścierę wyżyma nam nad głową. Paskudnie jest. Za oknem zimno, w kramiku lodowato, w manasardzie... hmm.. rześko:)
Dziś zamiast do kramiku poszłam na spotkanie Stowarzyszenia Starówka Razem. Nawet nie wiedziałam, że działa u nas takie stowarzyszenie, wieść to budująca, bo czasem mam wrażenie jakbym na tej starówce była kompletnie sama i sama niczym Don Kichot toczyła walkę z wiatrakami. A tu proszę, taka niespodzianka. Zobaczymy, co z dziejszych deklaracji (tym razem były to wizje Urzędu Miasta) ujrzy światło dzienne.
Za oknem wciąż buro i ponuro, dlatego....
tu miałam napisać, że zakopuję się w domowych pieleszach i piszę powieść, ale właśnie padł mi laptop. Bosko! Dokańczam tę notkę na niewygodnym stacjonarnym Endriuszy i z drżeniem serca czekam na dalszy rozwój akcji. Mam nadzieję, że odzyskam dane, bez laptopa czuję się jak bez ręki. Taka współczesna grupa inwalidzka.
U nas w domu od dawien dawna zawsze tworzyły się koalicje. Ja z mamą kontra ojciec i Kris, ja z tatą kontra mamusia i jej syneczek, młodzi vs. starzy. W takim kontekście ciężko myśleć mi o rodzinnym modelu 2+1 , bo zawsze ktoś byłby sam. W naszym domu szukanie sojusznika w każdej sprawie jest na porządku dziennym.
Sobota, rodzice wybierają się na cmenatrz, ja jestem w kramiku. Dzwoni tata:
Tata:Cześć, mam pewien pomysł, ale matka już mnie zrugała. No sama powiedz, kto ma rację. ja:A o co chodzi? Tata:Wpadłem na pomysł, żebyśmy pojechali na cmentarz we wtorek. Nie będzie już korków i tłumów, a przy okazji zrobimy porządek, posprzątamy wypalone znicze. ja:Sorry tatuś, ale tradycja jest taka, że jedzie się w Święto Zmarłych. Wigilię też chcesz przesunąć, żeby nie stać w kolejce po karpia? Tata: (zrezygnowany i wściekły) Jesteś taka sama jak Twoja matka!
*** Endriusza rozmawia ze swoim kumplem z pracy, który ma przyjechać do Olsztyna i coś odebrać z mojego kramiku. Endrju kończy rozmowę. Endrju: Klucze będą czekały w sklepie u mojej panny. ja: (oburzona) U mojej panny? A co to za określenie? Endrju:Nie mamy ślubu, więc nie mogę nazywać cię żoną. ja:Jak znam życie, po ślubie byś powiedział: klucze będą czekały w sklepie u mojej starej.
Endrju skwitował to śmiechem, a ja w akcie zemsty zaczęłam szukać równie beznadziejnego określenia na mojego chłopaka vel konkubenta. Na razie stanęło na "fagasie". Za chwilę przyjdzie kumpel mojego fagasa, aby odebrać klucze:))
Śniło mi się, że robiłam zakupy w Starym Browarze w Poznaniu. Ilekroć probowałam zejść z ruchomych schodów, spadałam z nich i trudno było mi się podnieść. Jak się okazało inwestorka - Grażyna Kulczyk - pani na Starym Browarze, w ramach przeciwdziałania kryzysowi, nakazała zwiększyć prędkość poruszania się schodów, aby klienci więcej czasu spędzali w sklepach zamiast na schodach.
Głupie-co-nie?
Dziś przyszłam do kramiku spacerkiem, bo słońce tak radośnie rozświetla jesienne pejzaże, że żal byłoby to przegapić.
Weekend był spokojny, leniwy wręcz.
W sobotę wyskoczyliśmy do Werandy na małą kolację z Ramzesem i Duchem, potem dobił jeszcze Fruwak i jego kumpel, a mój ulubieniec - niejaki Gawciu. Gawciu to koleś, który wywołuje we mnie ostrą reakcję alergiczną od czasu pamiętnej wyprawy w góry. Dałam nogę przy pierwszej przesiadce w Krakowie, czego Ramsik nie mogła mi wybaczyć przez kilka długich tygodni. Niestety nie byłam w stanie znieść zbyt dużego stężenia błazenady i prostactwa. I choć Fruwak przekonuje, że od tamtego wyjazdu Gawciu przeszedł przemianę duchową, jakoś nie bardzo w to wierzę.
Wczoraj natomiast wylegiwałam się w łóżku aż do 14-tej, dopóki nie rozbolała mnie głowa od tej szokowej dawki lenistwa. Po zmroku pojechaliśmy na grób dziadka i Cioci Haneczki - poza widokiem rozświetlonych pagórków, lubię zapach palących się zniczy oraz nastrój ciszy i skupienia. Lubię przyglądać się innym grobom - dziwnym nazwiskom, cudzym metrykom, kwiatowym kompozycjom, jakie rodzina układa na grobie zmarłego. Na jednych pomnikach panuje naturalny chaos, inne oświetlone są symetrycznie, w nieskazitelnym porządku. Bywają też groby poddane są rygorowi korystycznemu: np. tylko białe znicze, albo białe naprzemiennie z kolorowymi. Wyobrażam sobie zmarłych i ich rodziny. Czy małżeństwa, które leżą w tych samych grobowcach były szczęśliwe? Czy ich dzieci przychodzą tu z miłości czy z obowiązku? Projektuję własne umieranie i zastanawiam się, czy moim bliskim będzie się chciało spełnić moje ostatnie życzenie i sprzeniewierzyć się polskiemu prawu, rozsypując moje prochy w kilku ukochanych miejscach? Lubię to ciche święto i mam nadzieję, że nie wyprze go krzykliwe Halloween.
Poranek przywitał mnie rześki i energetyczny. Dziś nie mam powodów do zmartwień, choć przecież nic się nie zmieniło, poza kątem widzenia. Idąc starówką do kramiku, zobaczyłam z daleka dwóch kominiarzy, chwyciłam się za guzik, a jeden z nich do mnie podszedł, położył mi rękę na brzuchu i niczym dobry czarodziej przemówił: "Aby wszystko było dobrze".
Będzie dobrze. Kramik już otwarty, piję herbatę i za chwilę wezmę się do pracy. Trzeba toczyć tę powieściową żmudną kulę, która niestety wolniej od Antka przybiera na wadze i pewnie narodzi się ciut później.
Rozmawiam z ciotką przez telefon: ja:Chciałabym skończyć powieść przed porodem, bo się boję, że po porodzie mi się coś w głowie zmieni i nie będę już mogła pisać. Ciotka:Nie przesadzaj, podczas porodu wyjmuje się tylko dziecko, mózgu nikt nie rusza.
Dziś mi trochę smutno. Złożyła się na to mozaika drobnostek: jesień, ciążowe osłabienie, kłopoty finansowe i tęsknota za Endriuszą, który musiał daleko wyjechać. Nie mam siły, ani ochoty na towarzyskie spotkania - zamiast gdzieś się szlajać, wolę wrócić do domu. Obejrzeć film (ostatnio rewelacyjny "Krwawy Diament" i sympatyczny "Powrót do Garden State"), poczytać (aktualnie "Ulica Marzycieli"). Wolę ugotować zupę, posłuchać radia, napisać kilka akapitów powieści. I do pełni szczęścia brakuje mi tylko słońca za oknem, spokojnej głowy i ramion Endruszy. Dziś to strasznie dużo.
W Poznaniu zasmuciła, a może bardziej wstrząsnęła mną wiadomość o księgarnianym krachu i obojętności poznaniaków: 1. Księgarnia Kapitałka splajtowała 2. Księgarnia Bookarest z dziedzińca Starego Browaru została zepchnięta do klitki w podziemiach 3. Nie ma już fantastycznej kawiarnio-księgarni "Głośniej samotności"
Kiedy Walerka obwieściła mi te nowiny, najpierw byłam w szoku, potem ogarnęła mnie wściekłość, a teraz czuję tylko bezsilność. Nie mogę uwierzyć, że te fantastyczne miejsca zostały tak po prostu wytarte gumką myszką z planu miasta. Nie mogę pogodzić się z tym, że nikt o nie nie walczył, nikt nie pomógł, nikt się nie wstawił za nimi. Zdaniem Walerki jest to typowy przykład poznańskiej zachowawczości. Tam, jak nigdzie indziej bez słowa uznaje się autorytet władzy, problemy się przemilcza, a niewygodne prawdy zamiata pod dywan. Jak twierdzi Walerka, w Poznaniu jedyną wyrocznią jest Gazeta Wyborcza, a prawd głoszonych w GW nikt nie śmie podważać. W Olsztynie nie jest lepiej, tutaj władza nie ma autorytetu, ale za to budzi strach. Ech, szkoda gadać. Ale tego pomoru Poznaniowi szybko nie wybaczę.
Poznań ugościł mnie pogodą niczym budyń gotowany w kałuży, nad głową zamiast chmur miałam brudną zawiesinę, a pod stopami wilgotne ciasto błota. Lecz mojej pogody w sercu, głowie i żołądku nic nie było w stanie zepsuć. W końcu Poznań miasto doznań, to miejsce, do którego zawsze wracam z tą samą przyjemnością.
JOZI, GRUSZKA I TRADYCYJNE JUŻ DARCIE ŁACHA Z dworca odebrał mnie Darek, z brawurą omijając korki i przestoje, wprawiał mnie to w drżenie serca, to w chichot, kiedy mówił do siebie różne teksty w stylu: "Oj, niegrzeczny, chciał przecwaniakować, a pojechał za daleko". Wieczór spędziłam z Jozi i Gruszką - najpierw w Cofilii na Żydowskiej, a potem w Kamei na Wronieckiej, gdzie uraczyłam się pyszną szarlotką w waniliowym puddingu. Spotkanie jak zawsze przebiegało w atmosferze chichotów i wzajemnej złośliwości, ja natomiast z satysfakcją stwierdziłam, że Gruszka bije mnie na głowę! Nawet ja nie jestem aż tak obcesowa i czasem gryzę się w język. Jak widać, niepotrzebnie - przyjazna złośliwość naprawdę ożywia rozmowę. Przed północą Gruszka odwiozła nas do domu swoim nowym mesiem. Jadąc, mijałyśmy ZAMEK, na który wisiał baner. Jozi:Ilekroć tędy przejeżdżam, zastanawiam się, co to są triennale. ja:Impreza, która odbywa się co trzy lata, analogicznie do biennali, które są co dwa lata. Jozi:A jeśli odbywa się raz do roku, to nazywa się anale?
Piątkowe przedpołudnie spędziłyśmy leniwie, pokładając się na kanapach u Jozi, bawiąc się z małą Iguaną, która jest ósmym cudem świata i gadając o sprawach i sprawkach. Matka Polka Jozi udzieliła mi wielu rad, a ja do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak pięknie można nauczyć dziecko zasypiać. Gdyby ktoś chciał namiary na szkołę zasypiania wg Jozanki, dysponuję adresem:)
A oto i Iga! Fot. Piotr Iwański
JAK W KURORCIE Kolejną noc spędziłam w nowym mieszkaniu mojego brata Krisa i jego żony. Kupili sobie chatę na Różanym Potoku - w nowoczesnym zakątku dla high society, który bardziej przypomina nadmorski kurort po sezonie niż dzielnicę mieszkalną. W ich super designerskim mieszkaniu czułam się jak w luksusowym hotelu. Do pełnego obrazu brakowało jedynie białego szlafroka i jednorazowych kapci:) Na kolację wpadł również Fruwakowski, a było czym się skusić, bo Asia ugotowała prawdziwe majstersztyki. Na przystawkę podała nam dwie sałatki, z czego jedna - prosta do bólu i do bólu smakowita - bez reszty skradła mi serce. Potem wjechał strogonow, a gwoździem programu był kulinarny debiut - lazania. Podczas przygotowywania lazanii Asia dla kurażu łyknęła ciut piwka i mimo że pierwszy sos beszamelowy spłynął kanalizacją, nie dała za wygraną. - Ocho - zawyrokował Kris, widząc jak jego żona cichaczem sunie do łazienki z garnkiem w ręku - Aśka nadyma policzki. To znak, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Siedziliśmy do drugiej w nocy. Nie to, żebym była niegościnna, ale Fruwak między 24 a 2 siedem razy wypowiadał sakramentalne zdanie: no to ja się zbieram:) Jedząc, pijąc, lulki paląc (palił co prawda tylko Kris) gadaliśmy o wyższości Kazika nad Rysiem Rynkowskim, urządzaniu wnętrz i nie wiem, czym jeszcze. Pamiętam, że uśmiałam się do łez, słuchając przekomarzań Krisa z Aśką, a o drugiej padłam nieżywa i najedzona do granic możliwości na wielką sofę kosztującą majątek. Spało się nieźle. Kris z Asią, Fruwakowski i ja:)
APETYT NA SOBOTĘ W sobotę z rańca popędziłam do teatru. Teatr to naprawdę miejsce magiczne - ich nie dotyka ząb czasu! Kasia zaprezetowała się w modnych w tym sezonie fioletach i jak zawsze uwiodła mnie swoją żywiołowością i energią, a Elulu zdradziła mi sekret jak straciła zbędne kilogramy. Pamiętam czasy, kiedy ważyłyśmy z Elulu tyle samo i zawsze licytowałyśmy się, która z nas ile zjadła (albo raczej ile nie zjadła) i co nam ubyło. Ale to było dawno - 13 kilo temu:) Z teatru, w którym uraczono mnie wielkim ciastkiem z galaretką, pofrunęłam do Bogusi, gdzie czekał na mnie dwudaniowy obiad. Na widok barszczu ukraińskiego i serowo-brokułowej tarty mój żołądek zawył męczeńsko, a Antoni zatarł ręce. Kolejny posiłek - schab w warzywach, mniam, mniam - zjadłam u Walerki i Szymona, razem z Endriuszą, który dojechał w sobotnie popołudnie. Po obiedzie wyruszyliśmy na punkrockowy koncert do Imperium, ale nie zabawiliśmy tam długo. Ja nie chciałam robić Antoniemu auschwitzu, a Walerka stwierdziła, że już wyrosła z takiej muzy. Trafiliśmy do Kamei jak na poważnych ludzi przystało i tam przesiedzieliśmy resztę wieczoru. Fajnie zobaczyć kochanych ludzi i spędzić z nimi choć kilka chwil, o kilka chwil za mało.
POZNAŃ I MOJE MIEJSCE NA ZIEMI Po pysznym niespiesznym śniadaniu u Walerków wsiedliśmy w pociąg powrotny. Nieśpieszne śniadanie we czworo
- Tęsknisz za Poznaniem, co? - bardziej stwierdziła niż zapytała Bogusia podczas sobotnich odwiedzin. Niemal z poczuciem winy, odpowiedziałam, że nie tęsknię, choć kocham i fantastycznie się tam czuję. Nie tęsknię, bo teraz mój dom jest tu, na prowincji, do której wracam z ulgą i prawdziwą przyjemnością. Wysiadam z pociągu, idę wzdłuż jeziora i wdycham zapach wilgotnych butwiejących liści. Za chwilę otworzę drzwi naszej manasardy, która bardziej przypomina dziuplę krasnali niż mieszkanie, ale dziś nie zamieniłabym jej na żadne inne. Lubię wizyty w Poznaniu i wyczekuję ich, bo tam mam wielu bliskich, bo lubię przechadzać się uliczkami Starym Rynku, zwiedzać coraz to nowe knajpki i rozkoszować się szerokiem wachlarzem smaków. Lubię robić tu zakupy, a nawet oddychać miastem. Ale tak naprawdę ani kawiarnie, ani kina i teatry (których mi w Olsztynie bardzo brakuje) nie zastąpią mi komfortu życia, który znalazłam właśnie tu: pośród jezior i drzew, bez pośpiechu i wielkomiejskiego chaosu. Tu oddycham głęboko. wczorajsza droga nad Długim
Spotykamy się z Endrju na obiedzie. Endrju pod kurtką ma paskudny wyświechtany polar. - Może po obiedzie pójdziemy poszukać Ci jakiegoś swetra? - proponuję. - Możemy - odpowiada Endrju. - Ale wiesz, że są małe szanse?
A małe szanse są dlatego, że sweter musi spełniać kilka kryteriów: być czarny, gładki, bez naszywek i napisów, z golfem zapinanym na zamek. Niby proste, ale skąd!
Łazimy po centrum handlowym, gdzie jest wiele pięknych swetrów, ale żadnen z nich nie spełnia wszystkich koniecznych wymagań. Próbuję dyskutować.
PRÓBA I ja:Kochanie, spójrz, tyle jest pięknych kolorów, krojów, poszukajmy Ci czegoś innego! Trzeba się otwierać na nowe trendy! Endrju:Ależ ja się bardzo otwieram na nowe trendy! ja:Tak? Endrju:Jeszcze rok temu, nie wyszedłbym z chaty w tym starym paskudnym polarze.
PRÓBA II Endrju przymierza sweter. Endrju:Mam dziwne wrażenie, że ten sweter nie jest czarny, tylko ciemnogranatowy. ja:A to byłby bardzo wielki problem? Endrju:No pewnie! Ucierpiałby na tym mój cały fromage!
PRÓBA III Znajdujemy ciepłą boską bluzę z kapturem. Namawiam Endriuszę, żeby ją przymierzył. Próbuję wziąć go pod włos. ja:A wiesz, mnie się zawsze bardzo podobali faceci w bluzach z kapturem. Endrju:Naprawdę? ja:Naprawdę. Kup tę bluzę ze względu na mnie, aby rozpalić ogień pożądania. Endrju:To nie jest dobry pomysł. Ostatecznie tych wszystkich facetów w bluzach jednak zostawiłaś, a ja noszę swetry i ze mną wciąż jesteś.
W ten weekend, wychodząc z filmu Dystrykt 9 zrozumiałam, że dojrzałam do oglądania kina science fiction. Dystrykt naprawdę mi się podobał. Nigdy nie będę fanką tego gatunku, ale jestem w stanie wejść w klimat, dać uwieść się fabule, docenić efekty specjalne. A jak poszukam, to nawet znajdę uniwersalną wymowę:)
Wychodząc z kina, mijamy półnagie gimnazjalistki, które przebiegają przez jezdnię na czerwonym świetle. Rozlega się pisk panienek doskonale zsynchronizowany z piskiem opon. ja:Patrząc na te głupie siksy, dziękuję Bogu, że będziemy mieli Antka, a nie Hanię. Endrju:A Ty tak się zachowywałaś? ja:No pewnie. Większość dorastających dziewczynek się tak zachowuje. Endrju:A wiesz, że ja też przebiegałem z kolegami tuż przed nadjeżdżającymi samochodami. ja:Żartujesz chyba?! Endrju: (z dumą w głosie) nazywaliśmy to Zabawą w Ryzyko.
Słoneczny poniedziałek, a ja siedzę w kramiku otulona futrzaną kamizelką, w rękawiczkach po łokcie, które utrudniają mi pisanie. I sobie marznę.
W piątek przy zielonej herbacie w ZEN poruszyłyśmy z Ewką i Janiś, kilka tematów wymagających omówienia.
Pierwszy: przykręcanie śruby przyjaciołom. Wszystko wzięło się z tego, że zasypałam Ewcię lawiną niewygodnych pytań dotyczących jej przyszłości. Niewygodnych, bo wymagających zejścia na ziemię z obłoków, w których Ewa czuje się najlepiej. Od czasu do czasu przypieram ją do muru, aby marzenia skonfrontować z rzeczywistością i od gadania przejść do działania. Nie robię tego, aby ją zgnębić, lecz po to, by ją zmobilizować, wytrącić z przytulnej bierności okraszonej mrzonkami. Mogłabym oczywiście ugryźć się w język, przytakiwać i uśmiechać się, myśląc swoje, ale uważam, że długoletnia przyjaźń zobowiązuje do szczerości. Do dziś pamiętam zbiorowy lincz, jaki dziewczyny dokonały na mnie wiele lat temu, potępiając mój styl życia. I choć wtedy było mi przykro i źle, czułam do nich wdzięczność.
Oczywiście ważne jest to, w jaki sposób wyrazimy swoją opinię. Ja bywam często zbyt obcesowa, co zawsze uświadamiam sobie po fakcie, lecz przecież można powiedzieć prawdę delikatnie i taktownie. Ważne jednak, aby mówić. Bo jeśli nie powiedzą jej przyjaciele, to kto? Dlatego zanim strzelimy focha, warto zastanowić się nad intencjami. Może chodzi o coś więcej, niż wybicie nas z samozadowolenia? Z kolei Ewka już tak uodporniła się na przykręcanie śruby, że nawet gdy wytoczę ciężką artylerię, ona z tym samym słodkim i urzekającym uśmiechem przyzna mi rację, wzruszy ramionami i dalej wyleguje się w miękkiej pierzynie nieba, co mnie wkurza i jednocześnie rozczula. Ale poza przykręcaniem śruby, przyjeciele są od tego, aby byli bez względu i pomimo. Więc jestem. I cieszę się, że mogę być.
Druga kwestia to silna kobieta i słaby mężczyzna Do tego tematu zainspirowała mnie rozmowa o naszej nieobecnej przyjaciółce, która jest silną wyzwoloną kobietą, a jej facet to typowy kochany miś, do rany przyłóż. Znamy wiele takich par, prawda? On taki dobry, ona hetera. To ona rządzi, ona go ustawia, ona go poucza. - Jak on z nią wytrzymuje?! - pytają wszyscy dookoła i nie mogą się nadziwić. Tymczasem jako silna kobieta, doskonale znam odpowiedź na to pytanie: wielu mężczyzn, szczególnie tych bez wygórowanego ego i bez kompleksów, uwielbia silne babki, bo przy silnych babkach im żyje się ławiej i wbrew pozorom lepiej. Bo silna babka to babka z inicjatywą. Począwszy od wymyślenia tego, co będzie na obiad, a skończywszy na decyzjach o zmianie pracy, remoncie czy wakacjach. Silna babka potrafi wziąć się w garść i zmobilizować faceta. To ona ciągnie go za sobą, wspiera, inspiruje, gdy trzeba, kopie. Nie wisi na jego ramieniu, nie potrzebuje dowodów męskości, zamiast czekać aż on coś zrobi, pierwsza bierze się do roboty. Silna babka oczywiście bywa despotyczna i nieznośna, ale w ogólnym rozrachunku to nie aż taka wysoka cena za komfort psychiczny małego chłopca, którego niańczy duża kobieta. Nie bez powodu męskie seksualne fantazje oscylują wokół pielęgniarki, dominy z pejczem czy nauczycielki. Silna babka to mozaika wyzwolonej kochanki, szefowej i matki, za którą tęskni każdy duży mały mężczyzna.
I ci, którzy użalają się nad biednym zdominowanym facecikiem, nigdy nie pomyślą, że silna babka też czasem chciałaby się na kimś oprzeć, oddać komuś pierwszeństwo, zrzucić z siebie odpowiedzialność. A przecież gdyby biednemu facecikowi było aż tak źle, to wziąłby nogi za pas i odszedł do potulnej marysi. A jednak zostaje.
Za oknem mróz i mgła. Piję poranne mleko w moim ulubionym kubku od niedoszłej teściowej. (To chyba przewrotność losu, że napoje najlepiej smakują z kubka od teściowej:) Siedzę przy kuchennym oknie i spoglądam na zewnątrz. Wymalowali nam przed domem śnieżnobiałe pasy dla pieszych - zabawnie to wygląda, bo prowadzą wprost z parkingu do furtki burdelu:)
Bo mansarda - jakby ktoś nie wiedział - ma bardzo specyficzną lokalizację: z tyłu liceum katolickie (dawna szkoła Hitler Jugen), a z przodu dom uciech. A wewnątrz tragifarsa, ale to już inna historia.
Siedzę w oknie, w piekarniku piecze się ciasto, a mnie się tyle tematów nazbierało. Zainspirowało mnie do nich wczorajsze spotkanie z Ewcią i Janiś. Chciałabym napisać o: - przykręcaniu śruby przyjaciołom, czyli o tym, czy w przyjaźni należy zawsze głaskać po głowie - mentalnej monogamii jako warunku pełnego związku - silnej kobiecie i słabym mężczyźnie - kto z nich dwojga ma gorzej - o tym, czy dzieciom powinno ciążyć nieudane życie rodziców - a także o tym, że ciąża zaspokaja głód samotności i jest dla kobiety jedynym czasem tej prawdziwej, wytęsknionej intergralności z drugim człowiekiem, z dzieckiem.
I napiszę, jak tylko znajdę chwilę. Ale teraz dopiję mleko, udam się pod prysznic, a potem pojadę wieszać z Tatulkiem Diabelski szyld, a jeszcze później zajrzę do Magdy-jednej z aktywistek KGM (Koła Gospodyń Miejskich). Tak właśnie uczynię, zaś Ci, którzy nie mają planów na sobotę, niech koniecznie idą na Julie&Julia. Nie dajcie się prosić:)
*** CZYJ CHARAKTER Dzwoni Tata. Gadamy. W końcu pyta: Tata:A gdzie jest Andrzej? ja:Wraca z Białegostoku. Tata:Co on tak ciągle do Białegostoku jeździ? ja:Nie wiem, pewnie jakąś kochankę ma. Tata: Ty w ciąży, a on ma kochankę?! ja:No wiesz, to się często zdarza. Tata: (z przekąsem) Musiałby mieć chyba Twój charakter. ja:Raczej Twój. Tata:No szkoda! Twój! ja:Tato, ale wiesz, że wszyscy mówią, że ja mam Twój charakter:o)
CHODZIMY ZE SOBĄ PRAWIE 3. LATA Endriuszę poznałam w 1. dzień świąt Bożego Narodzenia na imprezie klasowej. Kilka dni później przyjechał do mnie do Poznania na Sylwestra i tak się potoczyło. ja: Ostatnio liczyłam, jak długo jesteśmy razem i wyszło mi, że w tego Sylwestra miną dopiero 3 lata. Czyli spędziliśmy razem dopiero 2 Sylwestry. Endrju:Jak dwa? Trzy! ja: Jakoś tego pierwszego Sylwestra nie policzyłam. Endrju:A czemu?! Przecież mieliśmy już za sobą bzykanie, czyli byliśmy Chłopakiem i Dziewczyną. ja:Chłopakiem byłeś już wcześniej, ja dziewczyną też. Endrju:No wiesz, ale chodzi mi o to, że już no... chodziliśmy ze sobą.
W takie dni jak wczoraj, kiedy za oknem zimno, a wiatr w duecie z chłodem znęcają się nad nami, w takie dni jak jesienne październikowe nie ma nic lepszego niż ciepły smakowity film.
Ja wybrałam się na "Julie&Julia" z boską Meryl Streep. Nie wiem, jaka jest Meryl Streep naprawdę, ale ja ubóstwiam jej filmowy wizerunek, lekkość, poczucie humoru i godny pozazdroszczenia dystans do rzeczywistości.
Nie mam potrzeby posiadania moralnych autorytetów, nie lubię gdy ktoś próbuje za rękę prowadzić mnie przez życie, nie przepadam za radami i wskazówkami nawet tych najmądrzejszych. Nauczyciele i liderzy to nie dla mnie.
Kocham natomiast tych, którzy swoim życiem i sztuką dają świadectwo twórczego i mądrego istnienia. Nie pouczają, nie oglądają się za siebie, po prostu kroczą przez życie tak wspaniale, że ma się ochotę podążyć za nimi.
Meryl Streep taka właśnie jest. Wystarczy spojrzeć na jej uśmiech, posłuchać tembru jej głosu, a już chce się żyć inaczej, radośniej, lepiej.
Zaraz zmykam z kramiku, więc dziś krótko o kompleksach.
Do tematu zainspirował mnie porządek, który zaczęłam robić w skrzynce mejlowej i dzięki temu cofnęłam się do początku 2005 roku. Pośród wielu mejli od Kaśki z Teatru, Marka z RMF-u, kochanków i przyjaciół, natknęłam się również na mejle od mojego ówczesnego kata. Należał on do facetów, którzy składali się niemal z samych kompleksów, a swoją wartość budowali na krytykowaniu i poniżaniu innych. Niepewność siebie tuszował zarozumiałością, strach przykrywał pogardą dla świata. Nasz związek był jedną wielką szarpaniną, szantażem emocjonalnym, sinusoidą przemocy - najpierw on pastwił się nade mną, a gdy ja chciałam odejść, klękał i błagał o przebaczenie. - Jeśli bije, to znaczy, że kocha - jak każda kobieta uwikłana w patologię tak tłumaczyłam jego ataki złości. A potem były kwiaty, prezenty, gorące wyznania i dowody prawdziwej wielkiej miłości. Do następnej awantury. W skrzynce mejlowej znalazłam jeden z wielu linków przeprosinowych - może zabawny nawet, ale nie wtedy, gdy przypominam sobie cały kontekst. http://www.scrolllock.nl/1.cfm
Patrzę na moją przyjaciółkę i jej nowego chłopaka. Już na pierwszy rzut oka widać, że facet jest kłębowiskiem kompleksów. Zawsze narzuca temat rozmowy, każdą kwestię wypowiada tak jakby to była jedyna usankcjonowana racja, nieustannie ją poprawia i potrafi godzinami rozprawiać, w jak krótkim czasie przejechał trasę Wrocław- Olsztyn na przykład, jakie osiąga prędkości, czego ON nie zrobił i czego nie widział. Koszmar.
Wiadomo, że każdy z nas ma kompleksy, ale Ci, którzy mają ich za dużo, naprawdę potrafią zepsuć innym udane spotkanie, wyjazd, a nawet całe życie.