..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 20 września 2014
Lubię wracać do domu - fajny jest ten pierwszy moment, kiedy wchodzę, a dzieci się drą:
- Mamaaaa!!!
podbiegają, a ja je tulę. Piszczą z radości, aby chwilę później wymknąć się, zakręcić i wrócić do swoich zajęć.

A  w Szczyrku jak w cyrku.
Szczypta poezji i wzruszeń, trochę akrobatyki, nad ranem klaunada i pożar w burdelu.
Na szczęście, kiedy zamykam oczy, widzę tylko to, co przyjemne.
O nudzie zapominam, z afer się śmieję.
Biegać nie było kiedy.

wtorek, 16 września 2014
Jutro kończą się nasze wiejskie półkolnie. 
Już nie będę o poranku sunęła przez poetyckie kłęby mgieł
jak z sonetów krymskich. 

Jutro jadę do Szczyrku i bardzo by mnie to cieszyło, gdyby nie fakt, że tak długie rozstania zawsze łamią mi serce. 

Nie lubię, bardzo nie lubię
ale wiem też, że gdy już wyjadę, serce zabiorę ze sobą.
To bardzo przydatna umiejętność. 




poniedziałek, 15 września 2014
Gdyby nie Diana to nasze basieńkowe zloty pewnie by umarły. Ale Diana, choć najdalej z nas, dba o podtrzymywanie licealnych więzi i kiedy przyjeżdża do Polski, wiadomo, że zlot będzie. Tym razem Diana przeszła samą siebie i z okazji pierwszych urodzin Emila zorganizowała prawdziwy plenerowy event. 

Ja czułam się jak na garden party rodem z amerykańskiej komedii romantycznej. Było słonecznie, lekko, smacznie i dokładnie tak jak w dobrych amerykańskich filmach. 






Ciotki degustują sałatki: Natala, Zaśka i Janiś

Janiś, kukurydza i dziewczynki

Zaśka z Tymkiem

Natala

Trampolino-zjeżdżalnia - absolutny hit imprezy

Pola na pikniku była jak przecinak, nic nie było jej straszne. 
A kiedy poskarżyła sieAntkowi, że jakiś starszak nie chce jej wpuścić na hamak, Antek zainterweniował. 
Najpierw próbował rozmawiać i tłumaczyć, a kiedy koleś zrobił się agresywny, Antek wystosował mu fangę w nos.
A ja po cichu pękałam z dumy:)

Dzieciaki zajadają "torta":)



Śliczna siostra gospodyni, czyli Sandra

I gospodyni, czyli Dianka z jubilatem - Emilem
niedziela, 14 września 2014
Pierwsza ekstaza. 
Po mocno towarzyskiej sobocie wracam do pustego domu. Zakopuję się nago w pościeli i puszczam Mozarta. Nie ma nikogo, mogę wszystko, wybieram sen.

Druga ekstaza.
Dziś rano biegnę dłużej niż zwykle, treningi z bydlaczkiem zrobiły swoje. Biegnę i rozmawiam. W głowie rozmawiam z tymi, z którymi już rozmawiać nie mogę. Znów dzielimy się sobą, śmiejemy się. W tle audycja Manna i fajne bluesowe kawałki. Okrążam całe jezioro i biegnę do mostu.

Trzecia ekstaza.
Wskakuje do wody. Jak dobrze! Jak wspaniale! Jest taka rześka, taka miękka - jak chłodne dłonie kochanki w słoneczny skwar. Woda pieści mnie chłodem, słońce obsypuje mnie ciepłymi całusami. Pływam, a jakbym się kochała. W trójkącie idealnym. 

Moje małe ekstazy.
Lubię je, bo są jak pyłki złota - giną w codzienności i pośpiechu, ale kiedy je wyławiam, czuję się królową życia, która ma całe skarbce złota, sezamy możliwości.


piątek, 12 września 2014
Co u mnie, co u mnie. 
Ano pracuję - i to nawet z werwą, bo wrzesień w naszej branży to miesiąc letni i gorący. W Warszawie byłam i na Wzgórzach Dylewskich byłam. 

A po pracy wsiadam w autko mojej mamy, ładuję dzieciaki i wracamy na wieś. A na wsi przebieram się w rozciągnięty dres i szlajam się z dziećmi po okolicy - ciesząc się jesienią i przestrzenią, a potem biegam z bydlakiem w ramach codziennego treningu (już 3 tygodnie biegam!:) i znów zachwycam się okolicą (chcecie poznać raj, zapraszam nad Wulpińskie po sezonie) , a potem biorę kąpiel w wannie (ale luksus!), siadam w fotelu, i piję wino, i czytam. Ostatnio  "W krainie czarów" 
Sylwi Chutnik. 
Myślałam, że będę miała więcej podjarki z telewizji, ale przez blisko tydzień obejrzałam jedynie Teatr TV, gdzie zagrała córka mojej Pani profesor z licealnego Teatru Nieskromego - Alicja Juszkiewicz. Olsztyn może jej kibicować!
I nic się nie dzieje, i tak jest dobrze.
Spokojny równy rejs. 

A jutro będę się bawić i noc zarwę, a potem wyśpię się jak nigdy przedtem:)



W pracy pracuję, we wsi odcięta od świata wracam do prostych przyjemności.
Prawie tak jak na obrazku:)



poniedziałek, 08 września 2014
Raz na sto lat mogę mieszkać na wsi. A dom moich rodziców, bez moich rodziców, to bajka. 

W ten weekend biegałam z bydlaczkiem, gotowałam, przyjmowałam Gości, z przyjemnością patrzyłam, jak dzieci szaleją w ogrodzie umorusane doszczętnie. Miałam też chwilę, aby urwać sie z domu, bo jak wiemy dobra matka, to matka wyhasana.

Przy kolacji, mówię do Endriuszy:
- Lubię, kiedy nasze dzieci są takie wymęczone podwórkiem. 
Na to wtrąca się Antek:
- Ja wiem, co ty lubisz najbardziej. 
- No?
- Gdy wyglądam jak  po wojnie. 
















Z dzisiejszego poranka:

Jedziemy do roboty, w radio Endrju na żywo o korkach na Sikorskiego.
Pogłaśniam: 
- Dzieciaki, tata w radio!
- Mamo, a dlaczego on tylko gada, a nie śpiewa?
- Nie wiem, zapytaj tatę. 

Chwilę później. 
- Mamooo, a tata w Radio Olsztyn jest prezydentem?
- Nie. Reporterem. 
- To dlatego. Nie widziałaś, że reporter gada nie śpiewa?
piątek, 05 września 2014
Z ostatniej chwili. 
- Gdybyśmy z ojcem mieli wypadek - mówi mi Mama przez telefon, a szept ma konspiracyjny i pełen powagi. - To użyj swojej całej inteligencji, aby nas przewieźć do innego państwa, gdzie będzie można dokonać eutanazji, żebyśmy sięnie męczyli.

A wszystko dlatego, że staruszkowie po 13 latach jadą do Chorwacji na swój pierwszy urlop (matka już nie śpi od trzech dni w obawie przed wypadkiem drogowym). Zaś my przeprowadzamy się na wieś, żeby pilnować ich inwenatrza.

Takie półwakacje, półkolonie, a wrześniowe słońce cudnie temu sprzyja. 

Na zdjęciu - moje futro na służbowej kanapie:)

czwartek, 04 września 2014
Piękna bajka dla dziewczyn - małych i dużych. 
Choć i Antek obejrzał ją cztery razy pod rząd - a oglądał jak zaklęty. 




ja: Ciekawe, dlaczego akurat ja dostałam taką nagrodę, że mam najfajniejsze dzieci na świecie!
Antek: Może dlatego, że urodziliśmy się zimą? A zimą dzieci dostaje się od Mikołaja!


wtorek, 02 września 2014
Zanim wybiła dziś ósma rano zdążyłam potruchtać nad jeziorem, wypić koktajl z malin zagryzając malinowym plackiem, wziąć prysznic, ubrać się, umalować usta na czerwono (ostatnio tak lubię), odwieźć Antka do przedszkola i popędzić na rynek.
A po co?
Po maliny oczywiście.
Zamiast malin kupiłam na straganie piękne baranie grafitowe futro z lisim kołnierzem.

Takie poranki mają moc. A futro? Bajka!
Brakuje mi jeszcze tylko diamentów.



poniedziałek, 01 września 2014
Znalazłam ją jesienią 2003 roku. Pamiętam jak dziś - wracałam Wildą z kursu na prawo jazdy, a ona maleńka, że cała mieściła się na dłoni, stała wtulona w szczelinę między chodnikiem a ogrodzeniem i syczała na ludzi. A ludzie z przerażeniem odskakiwali.
Zdjęłam czapkę i włożyłam ją do środka. W tramwaju spotkałam swojego byłego chłopca - ucieszyliśmy się na swój widok, a
kilka tygodni później dowiedziałam się, że popełnił samobójstwo.

Tymczasem kocicę przygarnęłam na dobre. Tego samego dnia pojechaliśmy po kuwetę, żwirek i miski, a także do weterynarza. Piła mleko z mojego palca, ale do kuwety chadzała sama od początku. Pierwszej nocy zrobiliśmy zasieki z krzeseł, aby nie właziła nam do łóżka, ale była uparta - walczyła, wspinała się, drapała i przed północą mogła odmiauczeć zwycięstwo. Spała z nami i tak miało zostać do końca.

Sporo przeszła - ciągałam ją ze sobą pod namiot i na rajdy piesze. Gdy była maleńka podróżowała w kieszeni bojówek, później na klapie plecaka. Regularnie jeździła pociągiem na trasie Poznań-Olsztyn, ale bywała i zagranicą, zawsze nielegalnie:)

- Pani z kotkiem? - zatroskała się kiedyś pasażerka PKP - To proszę koło okna, żeby kotek mógł sobie popatrzeć!

Poza podróżami, kocica przeżyła sporo przeprowadzek. Po ucieczce od toksycznego T. mieszkała kilka tygodni w teatrze, klucząc po korytarzach i podziemiach poznańskiego Zamku, potem rezydowała w moim rodzinnym domu, w małej kawalerce na olsztyńskiej starówce, wreszcie w nowym domu rodziców, aby na dobre osiąść nad Długim.
Nigdy nie była przywiązana do żadnego miejsca tak jak do mnie.

Jaka była?
Nieufna, dzika, ale bardzo lojalna. Z wiekiem złagodniała, przestała się nawet bać dzieci. O ile przed małym Antkiem uciekała gdzie pieprz rośnie, to już Poli pozwalała się czasem tarmosić.
Szczuplutka, leciutka jak piórko, o młodych pięknych oczach.

Miesiąc przed śmiercią przestała ze mną sypiać. Kładła się na chłodnych kafelkach łazienki.
Wydawało mi się, że to przez upały.
Ostatnimi dniami gasła w oczach.
Umarła pierwszego dnia naszego urlopu, choć jeszcze rano weterynarz powiedział, że
prawdopodobnie to tylko ząb.

Teraz, kiedy jej nie ma, jednego bardzo żałuję.
Gdy pojawiły się dzieci, ona zeszła na dalszy plan. Zabrakło mi energii, aby się nią zająć tak, jak tego potrzebowała. Rekompensowała to sobie, tuląc się w nocy, ale dziś wydaje mi się, że to było za mało.

Nie mam zwyczaju opowiadać o zwierzętach, ale Stitchowi jestem to winna.
Bądź co bądź spędziła ze mną najważniejsze lata mojego życia.
11 lat, podczas których świat nie raz wywracał się do góry nogami.



niedziela, 31 sierpnia 2014
Wróciliśmy z roweru, Antek zziajany i mokry wbiega do łazienki. Wychodzi minutę później i podciąga koszulkę:
- Byłem tak spocony, że aż musiałem umyć serce!
sobota, 30 sierpnia 2014
To był dobry tydzień, mimo że nie dałam sobie szansy na takie łóżkowo-piżamowe rozmemłanie, o jakim czasem fantazjuję.

Zamiast rozmemłania było aktywnie.
Poranki z bieganiem i pływaniem, potem celebrowanie śniadania i świeża prasa na dobry początek dnia.

Były też spotkania z bliskimi mi kobietami, było ogarnianie tysiąca spraw błahych (choćby wymiana baterii w zegarku, który stanął mi na pamiętnym kwietniowym rejsie), były zakupy,  kino, sesyjka z puzzlami (uwielbiam tę formę relaksu), kulinarne eksperymenty, sąsiedzkie gadu-gadu.

To był tydzień, który sprawił, że w głowie mam przestrzeń na nowe pomysły, w ciele energię, a przy okazji kilka postanowień.

Przez te dwa tygodnie udało mi się ograniczyć Internet do minimum, zmobilizować ciało do wysiłku fizycznego oraz zaostrzyć apetyt na pisanie. Jeszcze nie jestem gotowa, ale wraz z jesienną słotą znów zacznę stukać w klawiaturę. Bardzo bym chciała.

Mimo końca cyklu - dobry mam czas. Jest mi miękko i przytulnie.
Moszczę się w życiu jak kot na posłaniu.


Ale spać jeszcze nie pójdę.
Tak tracić sobotni wieczór? W życiu!



piątek, 29 sierpnia 2014
jakiś czas temu znajomy puścił mi mocny muzyczny kawałek i powiedział:
- wyobraź sobie knajpę o świcie, po ostrej imprezie, wszyscy drzemią, wszędzie walają się butelki i niedopałki, a on wstaje, bierze gitarę i zaczyna grać. I ma totalny luz. Jest wolny. Jest królem życia.

I podkręcił głośniej:
- czujesz to?
Dobry kawałek, mocny, nóżka chodzi, mogłabym przy nim poskakakać, ale nie zapada on nigdzie głębiej. 
Kilka tygodni upłynęło zanim doznałam olśnienia. Dlaczego nie czuję tych brzmień, dlaczego one we mnie nie drgają?
Olśnienie przyszło, gdy biegłam.

Muzyka jest kluczem. Ten klucz nie pasuje, bo nie trafia do mojej wrażliwości. Tak jak lubię kanjapianą zwałę, to jednak nie jest ona dla mnie symbolem wolności. To obraz, który mnie przygnębia.

Tak jak przygnębiały mnie imprezy techno, na które kiedyś zabierał mnie Fruwak. Schodziłam do podziemia klubu i czułam się jak w piekle.
- Ta muza otwiera Ci mózg i jeździ po nim! - wykrzykiwał podekscytowany.
Jemu jeździła rozkosznie, mi boleśnie.

Moja wolność to przestrzeń, ruch i natura.
To przekraczanie własnych granic, pokonywanie słabości.
Chwila, kiedy wskakuję do jeziora, a ono całe jest dla mnie. Gdy rozgarniam chłodną wodę i woda mnie unosi, kołysze. I wtedy czuję absolutną wolność - jedność ze światem, ze sobą.
Jestem dzieckiem kosmosu, ukochaną córką ziemi.

Do świata moich emocji jest wiele muzycznych kluczy - ma je i rock, punkrock, i poezja, i cygańska muza, a czasem takie kawałki jak ten:


:


czwartek, 28 sierpnia 2014
skończyłam płakać i idę spać,
dobrej nocy!


wtorek, 26 sierpnia 2014
"bieg-pływ, kino, czyt, fryz, kosm, gin, zakupy, chata, gotow, Mama, Babcia, Tymi, Ewa, Ala N."

Taką notatkę poczyniłam w telefonie, wracając z Suwałk. Zastanawiałam się, jak mam ochotę spędzić kolejny tydzień urlopu - tydzień tylko dla mnie. I teraz konsekwentnie realizuję plan.

Wczoraj po blisko trzech latach przerwy pobiegłam. Kiedy zrobiłam pętelkę wokół jeziora, przypomniało mi się, ile frajdy daje bieganie. A gdy prosto z biegania, wskoczyłam do chłodnego jeziora, endorfiny tak mi skoczyły, że cytując mojego synka, "oszalałam ze szczęścia".

Po bieganiu niespieszne śniadanie, świeża gazeta i kawa.

A potem PLAN.

Wczoraj na przykład zrobiłam czystkę w chacie, wynosząc blisko 10 worów ubrań, starych pościeli, ręczników, zdezelowanych garnków czy zabawek. Bez litości i sentymentu żegnałam się z bezużytecznymi pamiątkami, a przy okazji zafundowałam sobie niezłe wietrzenie głowy. Remanent na 30 metrach zajął mi prawie 9 godzin, a po wszystkim ostatkiem sił popedałowałam na kolację z Tymi.

Wieczorem zaś - zamiast trwonić czas na fejsie - czytałam. I znów przyjemnie.

Dziś natomiast poza biegiem i pływaniem, były zakupy z Mamą (Mama sprawiła mi garść drobiazgów do kuchni i fajną spódniczkę), była szarlotka w Sisi oraz Woody Allen i "Miłość przy blasku księżyca" - przyjemny, choć nieprzełomowy.
Na koniec wizyta u mojego ginekologa, który sprawdził, czy spirala jest na swoim miejscu.
- A ostry seks? - pytam, bo zawsze "po" mam lekką schizę.
On przytula mnie jak dobry ojciec i rzecze:
- Bez obaw, nie wytrzęsie się.


Jutro dzień trzeci.
W planach jest relaks u kosmetyczki i wreszcie pierwsza akcja kulinarna. Menu już wybrane: ciasto z malinami i faszerowany bakłażan.

To tydzień zmysłowych przyjemności - sycę ciało, duszę i umysł, karmię zaniedbane potrzeby: samotności i gadania, ruchu i relaksu.

Za taki jeden tydzień mogę wymienić wszystkie tygodnie w Lidlu.
Jest niewiarygodnie dobrze - tylko czasu wciąż za mało:)

niedziela, 24 sierpnia 2014
- Pomyślmy, gdzie jeszcze nie byliśmy?
To pytanie zdeterminowało nasz wybór. Suwalszczyzna i stara zielona chata Pani Bożeny.
Znajoma w pracy spędziła cały lipiec w podsuwalskim Kaleteniku i na moje pytanie, co tam jest, odpowiedziała:
- Nic!

I rzeczywiście - wylądowaliśmy w magicznym miejscu, gdzie kończy się świat. Nic, tylko usiąść w progu i napić się wina. Tak też czyniliśmy:)





Pola budziła się pierwsza i choć pierwszy moment pobudki był dla mnie zabójczy, potem polubiłam nasz poranne rytuały. Gdy wszyscy spali, my krążyłyśmy po ogrodzie, albo brałam książkę, wystawiałam z chaty stary wygodny fotel i czytałam pod kocem, grzejąc się w słońcu, ale Pola krążyła, mając mnie w zasięgu wzroku.





Potem powoli budziła się reszta letników, Antek zupełnie sam biegł na drugą stronę ulicy i robił poważne zakupy, a gdy wracał pękając z dumy,  jedliśmy śniadanie.
Popisowe śniadanie Walerki - grzanki francuskie, Szymona - jajecznica i moje - naleśniki. Endrju zyskał status pasożyta.
A po śniadaniu - rytualna poranna kawa i relaks lub lektura.





Ale, że stacjonarny chillout choć przyjemny to jednak niewystarczający - niemal codziennie wyruszaliśmy na wycieczkę.
Były Suwałki i udane łowy w ciucholandzie oraz obiad w tatarskim barze u Alika. Mięsne sytuacje przepyszne, a stulistnik z wiśnią na deser - totalny orgazm oralny - serio!
Zaś Karczma Polska - jedzenie super plus plac zabaw w ogródku.
Były Sejny i obiad w Domu Litewskim - tam też nielicho.
Był rejs po przepięknych Wigrach, wypad do Aquaparku (dla rodzin z dziećmi suwalski aquapark jest ideales!).
Był też malowniczy Suwalski Park Krajobrazowy i marsz na Cisową Górę.















I było świetnie i wesoło, ale -  powiedzmy to głośno i szczerze: podróżowanie z dziećmi to frajda i umordowanie po równo. Ogarnianie ich w restauracjach, których nie sposób było nam sobie odmówić, znoszenie ich humorów, roszczeń, pomysłów to wyzwanie nie lada. Ktoś zawsze płakał, ktoś zawsze się śmiał, ktoś się gdzieś uderzył i ktoś zawsze krzyczał (lub klął)  - a reszta  miała pełen chillout:)



nasz prawdziwy chillout przychodził wieczorem, kiedy dzieciarnia spała, po tym jak młodszym zatkałyśmy dzioby butelkami, a starsi wysłuchali kolejnego rozdziału o Pippi Langstrumpf.

Wtedy my - hyc, hyc do altanki i pod mroźnym suwalskim niebem degustowaliśmy niszowe piwa (Bojan mój faworyt) , gadaliśmy  i graliśmy w gry. Na szybkie odmóżdżenie Doble, czyli kółeczka oraz moje nowe odkrycie - gra karciana DIXIT, rewelacja!

***

Jak się okazało. Na końcu świata, gdzie nie ma nic. Coś jednak jest jest - ogród bajek. Tam też trafiliśmy.





chatka Baby Jagi



i pierwszy raz na trampolinie






- Stara, a gdyby tak ich porzucić?
- Naprawdę, myślisz, że coś przyjedzie?




Porzuciłyśmy ich na chwilę, aby pojechać na zakupping do Suwałk.
Przez 40 minut poruszałyśmy się ruchem wahadłowym po lokalnej dróżce - do przodu i do tyłu, szukając odpowiedniego skrętu na Suwałki, ale wreszcie się udało.

Panowie w tym czasie realizowali się  w ojcostwie. Jeden z nich się bawił, a drugi - jak przypuszczam - zerkał na to zza gazety. (Nota bene o bieganiu;)





Walerce, zaś marzył się las. Poszliśmy z nią, żeby nie czuła się samotna:))





ale jedno trzeba przyznać - dzieci bawiły się doskonale.
Wojtek z Antkiem stworzyli prawdziwy dream team - przez cały tydzień doszło do jednego napięcia między nimi, natomiast młodsi, hmm, stanowili duet dość toksyczny - Pola prześladowała Jaśka, zabierając mu kapelusz, albo próbując na nim usiąść, więc Janek na sam jej widok reagował dość panicznie, ale czasem chyba za nią i tęsknił, bo zdarzały mu się zaczepki.


starsze pokolenie uwolniło się od technologii, młodsze, jak widać, nie:)





- Mamo, wiesz co?
- No?
- Te wakacje są takie fajne, że chyba oszaleję ze szczęścia!



i pożegnalna pamiątkowa fota.
W tym składzie spotkamy się pewnie za rok. I tego nam dziś życzę:)

Dziękujemy za uwagę!
niedziela, 17 sierpnia 2014
Z powodu urlopu wypoczynkowego,
nieczynne do następnej niedzieli!
:)

piątek, 15 sierpnia 2014
jesteśmy jak dzieci ocalałe cudem
na planecie starców
w słodkiej mgle zdziwienia
wzniecamy pożary w umywalkach
liżemy świeżo zerwane sople lodu
zagrzebujemy w ziemi kwiaty za szkłem
oraz wszystkie nasze sekrety
- jesteśmy przyjaciółmi, rodzeństwem i kochankami
jesteśmy dla siebie i dla nikogo

Ze starego dziennika

Za mną pierwszy dzień urlopu, pojutrze wyjeżdżamy, cieszę się na ten wyjazd ogromnie, ale równolegle - głębiej, pod skórą, pulsuje we mnie tęsknota za wolnością totalną. Ten nieujarzmiony kawałek rwie się do jakiegoś buszu, jaskini, samotni, aby móc pobyć tylko ze sobą. Aby nic nie musieć. Być dla nikogo - tylko dla siebie.
Pozwolić myślom i emocjom swobodnie przeze mnie przepłynąć, zrobić porządek w zakamarkach pragnień, oddzielić wczoraj od dziś, dobre od złego, światłość od ciemności.

I tak bym chciała. I niech tak będzie.
Najpierw Suwalszczyzna z dziećmi, Endriuszą i Walerkami, a potem tydzień tylko dla mnie.
Chcę coś zrobić dla mojego dzikiego serca i nie może to być kolejna nawet najlepsza impreza.


środa, 13 sierpnia 2014
Betka - jak co roku - wpadła na chwilę do Olsztyna i wyprawiła swoje kolejne trzydzieste ;) urodziny - zawsze w tym samym gronie, czyli 
crème de la crème harcerskiego hufca "Rodło". Oczywiście sami weterani.

I taki był też wczorajszy wieczór - aż iskrzyło od opowieści z mchu i paproci - iskrzyło!? ba! to były istny popis fajerwerków, a my niczym włoska rodzina wzbudzaliśmy sensację - darliśmy się, przekrzykiwaliśmy, wybuchaliśmy gromkim śmiechem, a z każdą nową karafką whisky było coraz mocniej i weselej.

Betka przyjęła postawę cyniczną, Madzia wiedziała wszystko najlepiej, Gosia  robiła szerokie oczy ze zdziwienia, Kacha opowiadała dowcipy, a Wojtek dyplomatycznie milczał albo rzucał jakieś kąśliwe monosylaby.

Ja natomiast poniewczasie się dowiedziałam, że byłam przez dziewczyny obstawiana jako ta, która zdołałaby uwieść największe ówczesne ciacho hufca - niedostępnego Makarona!  I pomyśleć, że nawet nie śmiałam próbować.

Oj dooobrze było dobrze! Prawdziwa uczta dinozaurów.
Gdzieś koło północy wjechał pod stół kubełek z KFC, a potem to już niewiele pamiętam.

A! Robię casting na kochanka.
Nie dla siebie:)



a to poprawiny, czyli pizza i kawa na kaca - tym razem plotki w duecie z Betką.





Muszę przyznać, że moi Staruszkowie miewają fantazję!
W niedzielę zadzwoniła Mama, że zapraszają na inaugurację domku na drzewie, który Ojciec tworzył od kilku tygodni.

Kiedy wjechaliśmy, nikogo nie było na podwórku, w oknach pozaciągane zasłony, głucho wszędzie, więc ruszyliśmy obejrzeć dzieło.
A na domku baloniki, a w domku "mała uczta"!

Wstęga przecięta, chata stoi, a Antek przeszczęśliwy.











poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Bardzo powoli wracam do rzeczywistości.
Dwa dni na łódce robią swoje - można się totalnie wyłączyć i zapomnieć o bożym świecie. 

Żeby móc ogarnąć codzienną rzeczywistość, dobrze się czasem zapominać - w słońcu, w księżycu, piciu i spontanicznym skakaniu z łódki do wody też.

Ze względu na "służbowy" charakter rejsu - galeria zdjęć poważnie ocenzurowana:D


moja ulubiona żeglarska bransoletka




następną integrację robimy w Nowym Kawkowie w "Tu i Teraz"  - po kilku opowiedzianych historiach, już wiemy, że zagłębie hedonizmu jest tam. Dla nich Jeziorak to klasztor.
piątek, 08 sierpnia 2014
Wracam od kosmetyczki i mówię do męża:
- Zobacz, jaką mam gładką buzię, no dotknij, pogłaszcz!
- Nie widzę różnicy - mówi Endrju i głaszcze mnie po pośladkach.
- Ciebie interesuje tylko mój tyłek! - wykrzykuję obrażona.
- Interesuje mnie również Twój intelekt, ale nie będę Cię przecież głaskał po mózgu. 

środa, 06 sierpnia 2014
Księgę Diny dorwałam zupełnie przypadkiem. Przez dobrą godzinę szwędałam się po Trójmiejskim Empiku, szukając literackiego prezentu dla Ani - miało być o kobietach, uniwersalne i mocne. Kiedy wpadła mi w ręce książka
wtorek, 05 sierpnia 2014
- Wiesz kochanie, od kiedy mam męża czuję się taka dorosła.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 101