..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 03 września 2015

Na rozpędzony dzień - spokojna noc
A na gorącą głowę - proste słowa

 

 

jest kilka głosów, za którymi poszłabym ślepo na koniec świata

środa, 02 września 2015
Dziś był stół szwedzki, zastawiony po brzegi, a ja zachłannie nałożyłam sobie na talerz wszystko, co się dało.

Na przystawkę był więc lekki wesoły poranek z rodzinną sesją na moście o 7:00 a.m., potem kawa, druga kawa, za dużo kaw, a wreszcie jakiś rozpęd, obłęd, pośpiech, łapczywe łykanie doznań, po którym musiałam naprawdę coś zjeść i... zrobiłam coś, co zawsze czynił Endrju - ekspresową i pyszną pizzę na cienkim cieście! Mniam!

(W zeszłym tygodniu po raz pierwszy w życiu opróżniłam pojemnik w odkurzaczu - takie symboliczne kroki ku pełnej niezależności:)

Z ostatnim kęsem w ustach wybiegłam na Radę Osiedla, a potem wieczór u Kasi i Wojtka, i jeszcze trening, i dzieci - a to wszystko z jakimś poczuciem, że nie ogarniam i wszędzie jestem do połowy.

Dopiero jakoś po 22:00 na stole szwedzkim zrobiło się pusto i przyjemnie.

Na takim stole - wymiecionym do cna z okruszków pośpiechu i zgiełku dnia - mogłabym się kochać.

Bo kochać można się byle gdzie i byle kiedy - ale w byle jakim nastroju - nigdy!



poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Dziś dzień blogera - od 10 lat mój dzień.
Dokładnie pamiętam, kiedy i dlaczego założyłam bloga.
Pamiętam, jak powolutku nabierał rozpędu, zyskiwał Czytelników - wśród znajomych i wśród nieznajomych. Pamiętam pierwsze afery, kiedy ktoś przeczytał o sobie coś niewygodnego, pamiętam pierwsze sukcesy - TOP 10 na blox i zaproszenie na Camp Blogerów - imprezę, na której spotkałam kilka fantastycznych dziewczyn i Pharlapa:), a tamten czas do dziś wspominam czule.
Dzięki blogowi poznałam też Depres, Tymi, Anię M i jeszcze wiele innych osób i co ciekawe - zawsze były to fantastyczne doświadczenia. 

Po 10 latach regularnego pisania, blog ma
stałą pozycję w rankingu blogów bloxa - w tym tygodniu nr 3 w kategorii "pamiętnik osobisty", a w klasyfikacji open utrzymuje się w pierwszej setce, co w dobie blogów niemal wyłącznie obrazkowych i tematycznych uważam za duże osiągnięcie.

Ale najważniejsze, że blog jest dla mnie kopalnią wiedzy o sobie samej, szkatułką ze wspomnieniami, dziennikiem dojrzewania i żywym tętniącym strzępem mojego życia.

Dlatego dziękuję tym, którzy są ze mną już wiele lat, i tym, którzy wpadają na chwilę, czasem zostawią po sobie ślad w postaci komentarza. Dziękuję za wszystkie głosy, te nieprzyjemne również, bo dzięki nim ten świat nie jest fikcyjny - znajdzie się miejsce dla wszystkich.

A to drobne kulisy, czyli coś o Was Drodzy Czytelnicy:)







niedziela, 30 sierpnia 2015
Jakie wakacje, taki ich koniec.

Ten koniec był wyjątkowo słoneczny i zwyczajnie wesoły (jak zwykle wróciłam z  zakwasami na policzkach od chichotania).
Był też bardzo leniwy, a jednak wszyscy zgodnie stwierdzili, że na koniec rejsu czuli się znacznie bardziej zmęczeni, niż w chwili gdy wchodzili na pokład.

Takie rzeczy tylko na Mazurach i z tą, żadną inną, załogą.

Wysiłkowy i kondycyjny sport dla najtwardszych:)




czwartek, 27 sierpnia 2015
No i mam.
Przez ostatnie pięć miesięcy napisałam 10 piosenek - o rozstaniu, miłości, zdradzie, tęsknotach i wszystkim, co kołacze się po mojej głowie.

Zanim pójdą w świat, p
otrzebują jeszcze obróbki i szlifu, ale już są, a ja je wszystkie lubię jak małe córeczki-Calineczki.

Dziś powstała dziesiąta -  "Oświadczyny", ale zanim ujrzy ona światło dzienne, zostańmy wierni chronologii.

Przedostatnia to dopiero "Anons":)




wtorek, 25 sierpnia 2015
Było o śmierci - będzie o życiu.
Moim życiem są dzieci i - przyznaję - wiele, wiele poza nimi.

Ale to one są fundamentem - to z nimi zaczynam dzień od zdrowej dawki wygłupów i pieszczot, to one mnie rozpędzają i motywują, dla nich mi się chce żyć, śpiewać, tańczyć, nawet podbijać świat, a co!

Teraz, kiedy żyję bez Endrju, uwielbiam ich usypiać: leżymy w trójkę, małe łapki Poli grzebią się w moich włosach, a ja kładę dłonie na plecach Antolka i drapię go delikatnie aż nasze oddechy się wyrównają. I już mi się aż tak nie spieszy jak kiedyś. Mogę leżeć i leżeć, mogę zasnąć, a gdy się budzę, wysuwam się cicho z ciepłej plątaniny małych ciałek i idę do swoich zdarzeń syta czułością aż po same brzegi.

A to letnia sesja na sianie.
Po drugiej stronie obiektywu Joanna Barchetto



A wpis ten dedykuję tej, która zadzwoniła dziś z najlepszą wieścią świata.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Dziś przy porannej kawie gadaliśmy o śmierci. O tym, że dla wielu za życia ona nie istnieje.
Każdy zdrowy wydaje się sobie nieśmiertelny.
W masowej kulturze na pewno, a w domowym zaciszu?

W moim domowym zaciszu każdego dnia towarzyszą mi 3 myśli:

po pierwsze umrę - dziś, jutro, za 50 lat, nie wiem, ale za każdym razem, gdy zamykam mieszkanie przebiega mi przez głowę myśl, że może już do niego nie wrócę. I zostawię po sobie stertę rozrzuconych ciuchów oraz chaos w komputerze.

po drugie - mogę być chora.
To że jestem zdrowa to szczęście, za które dziękuję każdego dnia, to stan, który w każdej chwili może ulec zmianie.

po trzecie - coś ważnego mi się nie udało:
moje dzieci nigdy nie zobaczą miłości między rodzicami, nie nauczę ich jak okazywać sobie czułość w dorosłym świecie, jak żyć we dwójkę.

To są myśli, które mi towarzyszą cały czas. Siedzą na moim ramieniu jak trzy sędziwe szczury z baśni, płyną ze mną niczym trzy łagodne delfiny. Ale są ze mną, nie po to, aby mnie gnębić, lecz po to, aby mnie wzmacniać.

Umrę, więc tym bardziej muszę żyć.
Jestem zdrowa, czy jest coś cenniejszego?
Skoro moje dzieci zapłacą cenę za nasze rozstanie, niech dostaną w zamian godną wartość - życie dobre, pełne, pogodne, pełne wsparcia, mądrości i humoru.

To nie są trzy czarne smutne myśli.
To myśli, dzięki którym chcę zachłanniej i lepiej żyć.


niedziela, 23 sierpnia 2015
I na co by tu dziś akcenty położyć?

Że przespałam dziś 9 godzin jak niemowlę i odpuściłam sobie poranne bieganie, sprzątanie i pisanie na rzecz wylegiwania się w łóżku i leniwego śniadania na trawie.

A może warto napisać o tym, że moja Mała Śliczna Rozbójniczka ma straszne rany na ciele, bo rozdrapała sobie komarowe ugryzienia i wdał się paskudnik-gronkowiec. Leży więc teraz w łóżku wysmarowana maścią, ubrana od stóp do głów jak na zimę stulecia, żeby się nie zadrapała.

Albo na to, że dziś zrobiłam wietrzenie chałupy i jak się okazuje - ile by się nie wietrzyło, zawsze znajdą się przedmioty, z którymi można się bez żalu pożegnać. A wtedy w domu znów pojawia się oddech.

I jeszcze, że kilka pięknych i mocnych zdań dostałam (dziękuję Ani i P.), i mam już pomysł na pierwszy tekst do Fashion Time'a, i fajny kryminał czytam ("System") i...

... wspinam się na górkę, czuję, jak wzbiera we mnie dobra energia,
więc z przyjemnością zacznę jutro dzień kawą w dobrym towarzystwie.


***
A tu link do migawki z projektu 10/31, czyli co robiły Lole przez 10 minut:)
https://prezi.com/pa_sm7kzv2df/projekt-10-minut/



Z czego my się tak chichramy, nie pamiętam:)


Pamiętam, jak kiedyś mój przyjaciel powiedział:
- Nie piję, bo chcę być pewny tego, co czuję.

Ósmy dzień abstynencji - dobrze mi. Wracam autem z fajnej kolacji z Martą Rozbójnicą, w odtwarzaczu wiruje Pin Code trójka, światła miasta błyskają jak lampki na choince, umysł mam jasny, tym razem miło kołysze się moja dusza, a nie błędnik:
Jestem pewna tego, co czuję.
Wiem, co dla mnie dobre.
Umiem dotknąć marzeń.


A w pustym domu - czeka na mnie niespodzianka.
Nie zgadniecie.
Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, to bym nie uwierzyła.
Rzeczywistość jednak potrafi spłatać figla i prześcignąć fantazję.
Obiecałam, że nie powiem, to nie powiem.

A zamiast tego wrzucam dwie fotki z dzisiejszej wycieczki do małego raju.
Oj rajsko tam baardzo; idealnie, aby we dwoje schować się przed światem i przed piekłem.



a powrót z raju bywa bardzo wyczerpujący:)



czwartek, 20 sierpnia 2015
Marzenie o domu, choć bardzo mgliste i dalekosiężne, na dobre zakiełkowało w naszej rodzinie.

Dziś Antek przed snem mi powiedział tak:

- Mamo, mam pomysł, jak zarobić pieniądze!
- Serio? Mów!
- Będę kolorował Minionki, podpisywał BOB, STEWART i tak dalej, a pod spodem zrobię takie kreseczki, że każdy, kto wybierze swojego Minionka i go kupi, będzie mógł napisać swoje imię.
- Super! To ja od Ciebie kupię!
- Ale to bez sensu, żebyś Ty Mamo wydawała pieniądze na moje obrazy. Przecież Ty też musisz oszczędzać. 
- To komu sprzedasz te obrazy?
- Pójdziemy do Twojej firmy, sprzedamy Dorce, a może kupi też Bibi i Twój Szef, dobrze?



Strasznie mnie rozczula taka dziecięca przedsiębiorczość!

U mnie przed domem takie oto stoisko zaaranżowały dzieciaki.
Należę do stałych klientek i mam wielką frajdę, gdy na nich patrzę!


Lemoniada za złotówkę, a cukierek gratis dla każdego Klienta.
Zielone wiaderko to śmietnik na papierki po cukierkach.
Profeska? A jakże!

A to Antek - 11 Minionków to kolekcja z jednego dnia w przedszkolu:)



środa, 19 sierpnia 2015
Rano obudziłam się z powiekami jak poduszki i jeszcze długo długo było mi źle, a potem weszłam w nowy cykl, z przyjemnością przebiegłam dyszkę, przełamując biegowy impas, odebrałam kilka telefonów-niespodzianek, spędziłam fajne popołudnie z dzieciakami, które zabrałam na wiejską sesję zdjęciową na sianie.

Jechałam pośród pięknych pejzaży i zastanawiałam się, gdzie stanie mój dom.

I nagle zrobiło mi się w życiu miękko i przytulnie.

Postanowiłam, że za pierwszą kasę odkładaną na dom - kupię sobie fotel.
Nigdy nie miałam swojego fotela - czas najwyższy na zmiany!




wtorek, 18 sierpnia 2015
Kiedy moja słodka córka jest zmęczona albo słabsza niż zwykle, wystarczy drobiazg. Potknie się o krawężnik i zamiast jak to ona otrzepać się i pobiec dalej - płacze i szlocha, bo dla niej kończy się świat. A potem jeszcze długo długo jest tkliwa i byle podmuch ją boli.

Dziś ja tak mam.
Potknięcie, zbite kolano, a głupie skaleczenie rozpruwa mnie niczym galopująca szczelina w pękającym lodzie. I jestem mokra - mokra od łez, mokra od potu - bo jak wyleję z siebie pot i łzy to będę lżejsza i wypłukana ze zmęczenia, bezsilności i gniewu.

Nic się nie stało. Tylko potknięcie.
A może to Smutek, dawno zapomniany, dorwał się wreszcie do konsoli.

"W głowie się nie mieści" - piękna bajka o emocjach, którą oglądałam dziś z Antkiem. Doskonały start do ważnych rozmów.

Bardzo polecam!






niedziela, 16 sierpnia 2015
Dzień hedonistki, zamienił się w trzydniową orgię tylu atrakcji, że jak słowo daję - było chyba wszystko, prócz seksu.
Chociaż nie - seks aż kipiał i kapał, ale tylko w niedosłownościach.

Najpierw był piątek i szalony wypad nurkowy nad najczystsze jezioro świata.
Pierwszy raz pływałam w jeziorze z maską i płetwami - najpierw świat podwodny mnie nieco przeraził - glony, ryby, potwory! Ale potem miałam z tego frajdę jak dzieciak.
Była też kawa z węgierskim pejzażem w tle - kto zgadnie, gdzie?




PODRÓŻ W CZASIE
Prosto z nurkowania wpadłam na relaks do Edytki, a po Edytce z wywieszonym ozorem udałam się w podróż w czasie z Kasią, Madzią i Betką. Musiałyśmy wyjechać za miasto do atelier w stodole i tam - cofnięte o wiek - chilloutowałyśmy się w pięknych okolicznościach przyrody, przy winie i bez winy.
Sesja, była urodzinowym prezentem dla Betki, wiec Betka w modelingowym szale obskoczyła wszystkie meble łącznie z pianinem, na którym wyginała się niczym na szezlongu. Burleska, Moulin Rouge, Vanity Fair i Pożar w burdelu!



Podróż jednak dobiegła końca, a wraz z końcem podróży, nastąpił początek nowej ery - zawitałyśmy w nowo otwartej TASBIKE!

TASBIKE - miejsce, stworzone przez starego znajomka z pradziejów, który ma pasję i tę pasję przekuł na miejsce. Jest klimat!

Można tam wypić kawę, naprawić rower, odświeżyć rower albo kupić rowerowe bajerki. Ja na dobry początek zainwestowałam w trzecią nerkę.



A potem było szlajanie, jedzenie, picie wiśniówki, piwa i whisky, chichranie i długi wieczór, którego - jak się dziś okazało - jubilatka właściwie nic nie pamięta.
Pewnie została w latach dwudziestych.

A W SOBOTĘ BYŁ ODPOCZYNEK - UFFF!

Bo nie będę liczyć tego, że heroicznie zrobiłam piątkę w upał, że pływałam, że pojechałam z dziećmi na działkę do dziadków (tam, chyba rzeczywiście miałam chwilę oddecchu), a wieczorem, zamiast położyć dzieci spać, zaciągnęłam je jeszcze na plażę na GREEN FESTIVAL, bo jak można przegapić koncerty, które grają niemal pod domem.
Wróciłam, położyłam dzieci spać i sama padłam.

NIEDZIELNYM BRUNCHEM
rozpoczęłam dzień.
A w Playschool jak zwykle pięknie i smacznie. Gospodyni znajoma, Goście znajomi, Kucharz też już znajomy.
Dobry nieśpieszny czas - idealny na rozruch.








A z brunchu na rower, przez pola, przez las wprost do biesiadnej chaty na urodziny sześcioletniej Dorotki, gdzie zaliczyłam pierwszą w życiu przejażdżkę wozem drabiniastym.

Od Dorotki hopla do rodziców na wieś, a od rodziców rzutem na taśmę na ognisko do Gronit, gdzie moje dzieci są w siódmym niebie, a ja się czuję o 20 lat młodsza, jakbym cofnęła się na zlot harcerski.
 
Po powrocie poćwiczyłam jeszcze z Ewcią, ciągnąc już na oparach - nie tylko energii, ale i alkoholu, bo właśnie w ten szalony energetyczny weekend rzucam sobie wyzwanie - miesiąc bez alkoholu z jednodniową dyspensą.
Taki test przed różnymi decyzjami.

ZA GODZINĘ PONIEDZIAŁEK

może wreszcie odpocznę.

czwartek, 13 sierpnia 2015
Świt na wsi, potem leniwy poranek, wreszcie intensywny dzień w pracy, sprzątanie chaty, pieczenie babeczek z dzieciakami, wizyta u sąsiadów do późnej nocy - jestem w dobrym pędzie.

A moja dusza pędzi równolegle i targają nią sprzeczne pragnienia:
żeby się gdzieś zaszyć z dala od świata albo wręcz przeciwnie: na bank napaść, jakiś rozbój w mieście, niech się coś wreszcie zadzieje.

Moja dusza przytłoczona zgiełkiem codzienności marzy o ciszy absolutnej, symfonii bezdźwięków. Ale chwilę później zaczyna drżeć w poszukiwaniu bodźców - coś gdzieś, po coś, albo nawet bez celu.

W pędzie jestem. Slow life jest moim marzeniem, a jednocześnie przebieram nóżkami, żeby mocniej, więcej, bardziej.

Jutro nie pójdę do pracy, jutro odpoczywam, a dzień mam aż gęsty od planów i przyjemności. I będę sobie pędzić, tym razem tylko wśród atrakcji.

Bo jutro dzień egoistki-hedonistki.
Same rozkosze.
Start 8.00.



środa, 12 sierpnia 2015
Wczoraj fajny wieczór z Betką - zdążyłyśmy ledwo polizać najważniejsze tematy.

Dziś z rańca przebiegłam piąteczkę - w słońcu, wietrze i w rytmie.
A teraz jadę do Warszawy.

Jak wrócę, będę oglądać spadające gwiazdy.





poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Po pracy poszłam z dziećmi do Bławatka - pakowały rzeczy do koszyków, wybierały soki i słodycze na piknik, a ludzie rozpływali się w zachwytach, że takie śliczne i grzeczne, i och,  i ach.

Potem pojechaliśmy rowerami na plażę - znów to samo. Takie blond, i tak się kochają, aaaach! Sama słodycz!

Wreszcie zadzwoniła moja ulubiona sąsiadka Kasia:
- Jak tam dzieci? Jak zawsze wesołe i zadowolone?

Przytaknęłam. Normalnie bajka. Jak co dzień.

Aż dotarliśmy do kolacji. I Pola jak zwykle, kiedy już zjadła tyle, ile chciała,  zaczęła bawić się resztą jedzenia, pluć, wyrzucać na podłogę, a Antek mimo moich uwag, chichotał i
ją do tego zachęcał.
- Polciu, nie baw się jedzeniem.
- Antek, nie śmiej się, kiedy ona zrzuca jedzenie na podłogę, bo wtedy ona myśli, że to jest fajne.

Zwróciłam raz uwagę, drugi, trzeci, osiemdziesiąty ósmy:
- Pola nie pluj! Pola nie pluj! Pola!
- Antek, nie podpuszczaj jej. Antek!


W odpowiedzi chichot i znów kawałek chleba na ziemi.
Wrrrrrr!
Zainspirowana niedawną opowieścią Marty M i w przypływie wzbierającej się furii,  skoczyłam do stołu, dorwałam ich talerze, zrzuciłam z nich kanapki i parówki na podłogę i zaczęłam po nich skakać. Dzieci wybałuszyły oczy, a ja skacząc po tym nieszczęsnym żarciu gołymi stopami, krzyczałam:
- No śmiejcie się! Przecież to lubicie!


Gdybym tak się nie wyładowała, to chyba oboje wyfrunęli by oknem, bo wściekłość kipiała we mnie okrutna.
Dzieci najpierw zamilkły, potem się rozbeczały, a ja postawiłam im ultimatum:
- Macie 5 minut na posprzątanie tego, wraz z umyciem podłogi. Jak się wyrobicie, zapominamy o tym incydencie i jedziemy na lody.


Uwijały się jak pszczółki, jak dwa Kopciuszki.

A potem były czułości i kolejne poważne rozmowy o tym, że jedzeniem nie należy się bawić. I były też obiecane lody.
Ciekawe czy zapamiętają tę wariacką lekcję, ale do końca dnia miałam przy sobie dwa anioły budzące powszechny zachwyt.

Tu moja anielica z wielkim psem dziadków:



Wieczorem:

Dzieci w wannie, a ja leżę na łóżku i czytam. (noo, dooobra, quizowałam:)
Z łazienki dochodzi strzęp dialogu:
- Pola wybieraj: na łagodnie, czy na siłę?
- Ładdodnie - odpowiada Pola.
Po chwili szamotaniny i zmagań, odzywa się Antek:
- Skoro tak, to będzie na siłę.
Z łazienki dobiega wrzask.

Gram do końca, bo skoro wrzeszczą, to żyją i nie ma co panikować.
Wreszcie idę do łazienki:
- Co łagodnie albo siłą? - pytam.
Antek wzrusza ramionami:
- Chciałem Poli umyć głowę.



Nudy nie ma Proszę Państwa. Zapewniam:)
niedziela, 09 sierpnia 2015
Och co to był za czas!
Jakby biło we mnie kilka serc.
Jakby przepływało przeze mnie kilka strumieni, a każdy rwał mnie inaczej, co innego poruszał.

Był więc czas bardzo mocno rodzinny, słoneczny, nieśpieszny, z dziećmi, z dziadkami, w totalnym oderwaniu od pędzącego świata.

Był czas nocny - rozrywkowy, mocno kobiecy, wypełniony śmiechem, muzyką, tańcem, tańcem na rurze nawet, taki lekki i odlotowy, że hej.

Był czas magiczny - gdy liczyłam spadające gwiazdy i wysłałam w kosmos cztery ważne życzenia. Teraz jak już mi nawet gwiazdy sprzyjają, na pewno się spełnią.

Był wreszcie czas szybkiego tętna, podczas treningów i dalekiego pływania, a także chwile, w których już nie starczyło mi więcej serca -  elektrokardiogram pokazuje kreskę i bez defibrylatora się nie obejdzie.

I tak oto kończę weekend mocnych bitów.


A co pomiędzy?
Pomiędzy pisałam piosenki.




czwartek, 06 sierpnia 2015
 - Tyle par wokół nas jest beznadziejnych - skwitował ostatnio Endrju -
a tylko nam się nie udało. Dlaczego?

Nurtowało mnie to od wielu lat, od kilku miesięcy jeszcze bardziej.
Dlaczego tak trudno o dobre małżeństwo?
I wreszcie: EUREKA!

Ano posłuchajcie:

Dobre małżeństwo, czyli co?
Fajni kochankowie, bliscy przyjaciele, dobrzy kumple, czuli rodzice poświęcający czas swoim dzieciom, przedsiębiorcy lub pracownicy, logistycy - kto kogo zawozi, odbiera, robi zakupy itd. oraz kucharze, sprzątacze, halo? Jesteś jeszcze? Kto to temu sprosta?


Jak mamy to udźwignąć, zamknięci ze sobą w czterech ścianach, odizolowani od przyjaciół, sąsiadów, rodziny - rodziców, wujków, ciotek, żyjąc "każdy sobie", bo tak się żyje w Europie.

Kiedyś ludzie wrośnięci byli we wspólnotę - kobiety miały swoje kręgi kobiet, mężczyźni własne męskie sprawy. Małżeństwo nie musiało zaspokajać wszystkich potrzeb, a podział ról sprawiał, że na jednym człowieku nie spoczywało aż tyle zadań do wykonania.

Większość świata nadal tak żyje i tylko ta nasza maleńka Europa i trochę Ameryki próbuje inaczej.

Czy to znaczy, że każde małżeństwo skazane jest na porażkę?
Pewnie nie.
Wygrają Ci, którzy trochę odpuszczą: nie zdecydują się na dzieci albo wręcz przeciwnie: oleją resztę i dzieciom razem się poświęcą.
Wygrają Ci, którzy powściągną ideały, zadowolą się kompromisem.
Wygrają: herosi, szczęściarze i pojedyncze jaskółki, które nie czynią wiosny.

Ale znakomita większość  będzie żyć "razem ale osobno", albo w stanie powściągliwej wzajemnej tolerancji, w nieustającym konflikcie lub  pieczołowicie pielęgnowanej fikcji zasłaniającej podwójne życie.

W efekcie lada moment, lada wiek, pożegnamy się z takim modelem małżeństwa na rzecz czegoś innego.

Tymczasem nie ma co sobie rwać włosów z głowy: jesteśmy tylko drobinkami w globalnym procesie kulturowym i bierzemy udział w nieudanym eksperymencie.

Może dzięki nam, naszym prapraprawnukom wszystko się dobrze ułoży:)

***


A to moje dzieci dziś.
Cudne  owoce trudnego eksperymentu:







wtorek, 04 sierpnia 2015
W związku z szaloną pogodą miałam dziś z rańca  zrobić thriatlon, czyli odwieźć Antka na rowerze, a potem przebiec dychę i popływać.
Tymczasem życie zaskakuje - dziś miałam tyle aktywności/przyjemności, że zrobił się z tego istny decathlon!

Był więc rower, było bieganie i pływanie, a oprócz tego jeszcze siedem innych przyjemności niczym siedem życzeń kota Rademenesa (kto jeszcze pamięta?:)

Popołudniu pojechałam na wieś do teściów Tymi, za którymi przepadam ogromnie, a ich dom i ogród kojarzy mi się ze wszystkim, co najlepsze: dobrym jedzeniem, totalnym chilloutem i wesołymi imprezami.

Rozegrałam nawet partyjkę tenisa z Tomkiem, przypominając sobie, jak ja to lubię i co więcej, co nieco pamiętam, choć niebawem minie ćwierć wieku, od kiedy trzymałam rakietę.

A już późnym wieczorem zgarnęli mnie z chodnika moi ulubieni sąsiedzi na jedno symboliczne piwko - u nich już też jak w domu.

Piękne jest lato tego roku
- każdy dzień jak prezent.

A ja tylko rozwijam i rozwijam te wstążki i gęba mi się śmieje, po kolejnym pięknym dniu jak ten.


Dziś wspomnienie czerwcowej sesji KGM:

poniedziałek, 03 sierpnia 2015
Po wiejskim chilloucie miałam ochotę zakopać się w pieleszach i tak dotrwać do poniedziałku, ale Herszt Rozbójnica dokonała szantażu emocjonalnego i nie było wyjścia.

Było natomiast wejście!
Weszłam w tak dobry i ciepły klimat, że nie wiem skąd, z jakichś najgłębszych własnych podziemi wygrzebałam energię na nasze spotkanie.
Dzieciaki zajęły się sobą, a precyzyjniej Laura i Lena - nowe idolki Antka - zajęły się moimi dziećmi, więc ja mogłam do woli gadać, słuchać i jeść. Trzy kawałki sernika wchłonęłam bez mrugnięcia oka i przed czwartym wstrzymywały mnie tylko resztki przyzwoitości. Natomiast chichrałam się nieprzyzwoicie cały wieczór, bo dziewczęta prześcigały się w barwnych opowieściach i było jak we włoskiej rodzinie. Chwilami wszystkie mówiły, nikt nie słuchał.
Może poza Monią, która w słuchaniu jest z nas wszystkich najlepsza, a jak coś powie, to zawsze w punkt.
Potem dołączyła jeszcze do nas Ania Broda i Iwona.

A na sam finał wieczoru Ania wyciągnęła cymbały i zaśpiewała.
Dzieci słuchały jak zaczarowane, Pola zapatrzona w Anię jak w obrazek tańczyła, a Antka wmurowało w podłogę.

Gdy wyjeżdżaliśmy, Jurek Gośki wyseplenił na pożegnanie:
- Supel są te lole rozbójnicki!

Trudno się nie zgodzić:)


Ja na kolanach u sernikowo-sałatkowej czarodziejki.
O pikantnym języku nie wspomnę:)

Antek gra na cymbałach

Ania Broda
Jak ktoś nie zna, czas najwyższy poznać:)
http://www.aniabroda.com/

niedziela, 02 sierpnia 2015
Piękniejszego finału urlopu nie mogłam sobie wymarzyć.
Leleszki okazały się kolejnym dobrym końcem świata.
Kij ma dwa końce, a świat ma ich niezliczone ilości.

Koniec świata w Leleszkach to miejsce wyjątkowe przede wszystkim ze względu na świetnych gospodarzy - Zbyszka i Maję. Niezwykle otwarci ludzie obdarzeni gawędziarskim talentem stworzyli przytulny zakątek w stylu mydło i powidło, czyli prawdziwy sezam skarbów i smaczków.

Pierwszego wieczoru piłyśmy wino ze Zbyszkiem, a drugiego z jego piękną córką oraz równie atrakcyjnym szwajcarskim  zięciem. Gdzieś pomiędzy północą a świtem miałyśmy też winną sesyjką z warszawską dekadencją, która zadekowała się razem z nami w jednej piwnicy.

A w świetle dnia oddawałyśmy się przyjemnościom ciała: masaże, pływanie, opalanie i jedzenie. Stosy gazet i książki pozostały nieotwarte, bo jak tu czytać, kiedy nie można się nagadać.

I znowu za krótko i za mało.

Powrotną podróż w oparach dymu i absurdu z chichotem przemilczę,
a jutro opowiem o kolacji z cymbałami - dobra kropka na koniec moich wakacji.



piątek, 31 lipca 2015
Mój urlop dramatycznie dobiega końca, ale jeszcze chwila przyjemności: zaraz jadę z Anulą za miasto na weekend.

A za mną dwa dobre dni, podczas których zrobiłam pierwszy krok ku rozwinięciu zawodowych żagli, czyli sesja zdjęciowa do portfolio. Spędziłam też fajny wieczór w Mojdach, bo przyjechał Kris z Asią i Olgą, a reszta jak zawsze: spanie, bieganie, jedzenie i takie tam.

A pomiędzy przyjemnościami?
Wsłuchuję się w siebie - oddzielam własne pragnienia od oczekiwań innych.
Walczę - na razie we własnej głowie - o granice mojej wolności.
Niełatwa to sztuka.




środa, 29 lipca 2015
Co to się porobiło!

Dzieci siedzą jak trusie, a matki bawią się w Indian - chichoczą w łazience, nakładając sobie dzikie makijaże i gadają o pierwotnym uwalnianiu energii seksualnej.

Mam prawdziwe wakacje - były wianki, są Indianki!

Na wspomnienie miny naszego Fotografa ciągle parskam śmiechem.
To samo, gdy przypominam sobie rowerzystę pod Bławatkiem, który tak się zapatrzył, że aż wjechał w witrynę.

Hough!




Mój drugi i ostatni tydzień urlopu mija mi tak błyskawicznie, że choć jest dopiero wtorek, widmo przyszłego poniedziałku już stoi mi przed oczami, a na plecach mam oddech zbliżającej się niedzieli.

Ale nie próżnuję! Co to, to nie!

Po pierwsze nadrabiam zaległości towarzyskie - wiśnióweczka z Tymi w Chilli - wyborna, imieniny Ani też w Chilli zakończone nocną kąpielą wesołe, a dziś była zabawa w Indian. Wczoraj były wianki, jutro będą Indianki:)

Po drugie wciąż nacieszam się dziećmi. Nie wiem, co mi się stało, ale ja wyrodna matka, matka-egoistka, nie mogę się nimi nasycić. Więc tak układam plan dnia, aby mieć czas na poważne rozmowy z Antkiem i coraz to poważniejsze z Polą.

Po trzecie - biegam. Nie tylko po lesie, ale i po świecie.

Po czwarte - robię to, co grzechu jest warte, czyli oddaję się przyjemnościom ciała - jem, piję i śpię.

A po piąte - i z tego jestem dziś szczególnie zadowolona. Zrobiłam pierwszy krok do stworzenia swojego tekściarskiego portfolio. Aż sama się sobą mile zdziwiłam.


I z tym miłym zadziwienim pójdę zaraz do łóżka.

Albo nie.


Przytoczę Wam jeszcze zabawną rozmowę "międzypokoleniową":
- I jak radzisz sobie bez Andrzeja, w tych sprawach... łóżkowych?
- A co to są łóżkowe sprawy?
- pytam udając Greka i zaraz dodaję:
- Ja w łóżku zwykle sypiam, więc jeśli o to Ci chodzi, to radzę sobie świetnie.
- No ale jak z tymi, no wiesz, sprawami?
- Aaaaaaa! Pytasz mnie o seks? Z tym też jakoś daję radę.



poniedziałek, 27 lipca 2015
Wianki, wianki - kocham wianki.
Moja wewnętrzna dziewica (tak, tak, taką też mam w sobie) uwielbia je nosić!

Oto kilka fot z naszej wyprawy wiankowej.







i moja ulubiona fota, z której jestem dumna


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 109