..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 29 października 2014
Nie miałam ochoty na tę książkę. Pamiętam, rozmawiałam o niej wiosną, a teraz przypadkowo wpadła mi w ręce i pochłonęłam ją z wypiekami na twarzy.
Dziś natomiast najpierw dyskutowałam, potem przeczytałam mnóstwo recenzji, ponownie obejrzałam konferencję prasową i mam w głowie istny jarmark myśli. 

Jedno dla mnie jest pewne - To dobra książka. Inna, bo napisana przez obserwatora z zewnątrz, a nie kolejnego pasjonata, świeża, bo demaskująca kulisy, ciekawa, ponieważ dawkująca napięcie niczym dobry thriller.

Że się obrazili?
Nie dziwota.
Trudno napisać szczerą do bólu rzecz tak, aby nikogo nie zranić.

Że egocentryczna, Hugocentryczna?
To też oczywiste, bo autor filtruje wszystko przez siebie, a jak inaczej?


Że mało empatyczna?
Dla mnie empatyczna, tylko może nie wprost.
JHB nie pisze trenów, ale  literaturę faktów.
A ja ją kupuję.

Bo tylko dzięki niemu mogłam odrobinę posmakować świata, którego nie pojmuję.

A teraz wracam ze szczytu na moje prozaiczne niziny.
Mocniej być nie mogło.






poniedziałek, 27 października 2014
Ten wpis dedykuję D.


Dawno dawno temu, kiedy byłam małą dziewczynką i czułam się bardzo, bardzo samotna, a samotna czułam się niezwykle często, wyobraziłam sobie, że księżyc się mną opiekuje. Patrzyłam na niego z nosem przyklejonym do samochodowej szyby, a on podróżował wraz ze mną, poruszał się tam gdzie ja, a gdy ja stawałam w miejscu i on się zatrzymywał. Wtedy uwierzyłam, że księżyc świeci dla mnie.

Do dziś zdarza mi się wyjść z domu z dyskretnymi łzami (niegdyś wybiegałam ze szlochem) i gadać do łysego tam na górze.

Ale już coraz rzadziej.

A wszystko zaczęło się od książki "Powrót do wewnętrznego domu" i małej szmacianej laleczki, która stała się moim alter ego. Na niej trenowałam.
Mówiłam czule - trochę jak do córki, trochę jak do najlepszej przyjaciółki.

Zamiast wyć księżyca, zwracam się do samej siebie.
Nauczyłam się o siebie troszczyć, sobą się opiekować, stawiać sobie cele, ale też się nagradzać i rozpieszczać. To strasznie egocentryczne, ale mnie się wydaje takie dobre, takie potrzebne, że każdego, kogo spotkam, będę przekonywać: zaopiekuj się sobą. Bądź dla siebie dobry, czuły i wyrozumiały.

Piszę to dlatego, że znajduję obok siebie świetne cudne kobiety, empatyczne i wyrozumiałe dla świata, pełne dobroci dla bliskich, które mają jeden defekt: zapominają o sobie. Bo to takie kobiece, usankcjonowane przez kulturę, żyć dla innych, innym się poświęcać. Są wśród mnie i singielki, które mogą żyć tylko dla siebie, bez poczucia winy, ale one z kolei uginają się pod jarzmem własnych wymagań. Są wobec siebie surowe, niezadowolone jak roszczeniowy rodzic.

Wczoraj byłam z Antkiem w kinie na Pszczółce Mai.
Obciach - bo on chichotał, a ja płakałam.
Całe szczęście, że w innych momentach.

W Mai zobaczyłam małą siebie - ciekawską, bezkompromisową i waleczną - tępioną przez nauczycieli za niewygodne pytania, poszukiwanie sprawiedliwości i podważanie ich autorytetu.

Przez wiele lat - tak jak Maja - myślałam, że jestem zła i krnąbrna.

Dziś częściej spoglądam na siebie z matczyną wyrozumiałością.
Może to niewychowawcze, ale bardzo przyjemne:
Być własną Córką najlepszej Matki na świecie.



Co się dzieje, kiedy wydaję więcej energii niż dostarczam?

Opadam z sił i gasnę. I już nic mnie nie cieszy - mam ochotę zakopać się pod kołdrą i zniknąć.

Tak było wczoraj.
A to dlatego, że od środy jestem z kimś - czy to przemiłe piwo u sąsiadów, czy impreza pod pokładem Chopina, czy szlajanie się z Endriuszą po mieście. To wszystko choć przyjemne, w nadmiarze wyczerpuje.

Wyczerpało mnie również codzienne bieganie, tak przyjemne przecież!
Bieganie nad jeziorem w pełnym słońcu  po uśpionych pustych Mikołajkach  było niesamowite, ale potem kolejne dwa dni, kiedy dałam sobie po godzinie wycisku, już mnie dobiły.
(Ale z godzinnego wybiegania jestem dumna jak nie wiem co:)

Plus jeszcze weekend z bachorkami - Pola już gada jest taka słodka, Antek rośnie na świetnego chłopaka, ale wierzcie mi, że czasami/często/co chwila mam ochotę ich zamordować.

Dlatego w tym tygodniu muszę zwolnić, naładować akumulatory, poświęcić czas sobie - nakarmić umysł, dotulić duszę, a potem znów będę trwonić swoją energię i śmiech.
Niech no tylko odpocznę!





środa, 22 października 2014
Teraz to ja bym wolała zawinąć się w kłębek
i w ciasnym kokonie sączyć dobry trunek.
Mogłaby też w ciepłym koca gniazdku
wspinać się z Hugo-Baderem na Broad Peak
lub zasnąć w dobrych ramionach
głaskana dźwiękami spokojnej melodii.


A jutro będę musiała się bawić
i gadać, i śmiać się.

I nie mam komu powiedzieć,
że w ostatnich dniach cyklu nie można zmuszać kobiet do niczego.
A już na pewno nie do zabawy.


Może kiedyś taki paragraf znajdzie się w Konstytucji.



poniedziałek, 20 października 2014
Są dni, kiedy nie mam już za grosz energii.
Bak pusty i ani metra dalej.
Jestem słaba, jałowa, wydrążona z pragnień.
Jedyne o czym marzę to święty spokój.

Wtedy nic już z siebie nie daję, muszę brać, aby uzupełnić rezerwy.

Wtedy taki film jak ten, cudnie mnie ładuje.
Biorę go całymi garściami - i jest mi tak dobrze, tak błogo.
Jakby ktoś lał nektar prosto w gardło duszy.
A dusza duszkiem pije:)




sobota, 18 października 2014
A ILE WDECHÓW DO WZIĘCIA I DO ODDANIA
A ile słów do padnięcia i do powstania
Ile zwątpień do przeczekania, do wytrzymania
A ile spojrzeń do ogarnięcia i do wysłania
A ile... piosenek
A ile...A ile miłości
Nijak, nijak ominąć pytania:
CO TO ZNACZY WZNOSIĆ SIĘ W JEDNYM RYTMIE?
Jak i jak i jak?
Nijak, nijak ominąć pytania.
JAK UMIEĆ KOGOŚ KOCHAĆ
I W TYM SAMYM CZASIE NIE KRZYWDZIĆ GDZIEŚ KOGOŚ?
Jak i jak i jak?
Nijak, nijak ominąć pytania:
JAK ZA ŻYCIA Z TOBĄ BYĆ NA ZAWSZE?

Jacek Kleyff
Wczoraj przepiękny recital Ewy Błaszczyk w ramach otwarcia Baba Fest.
Wzruszające dwie godziny - cudna uczta dla duszy, która mnie nasyciła i zainspirowała. A przede wszystkim przypomniała mi, jak bardzo potrzebuję spotkań z poezją i muzyką.

Zaś po recitalu spotkałam trzech starszych panów, z którymi jak się pije, to tylko pijacko, jak się łamie, to zawsze zasady. Ja złamałam zasadę Kopciuszka i wróciłam do domu przez drugą, krokiem marynarza, który próbuje zachować równowagę na rozkołysanym pokładzie.
(ostatnie takie upodlenie datuję na rok 2011, Wigilia firmowa:)

Dziś natomiast odkryłam, że bieganie na kacu jest piękne.
Ciało się rusza, a umysł wpada w jakiś przedziwny przyjemny letarg.
I można biec i biec, i biec.



piątek, 17 października 2014
Dziś przed pracą popędziłam na ryneczek i tym razem zamiast futra przywiozłam śniadanie i obiad. 

Na śniadanie pstrąg wędzony, pomidorki i jaja na miękko, a na obiad pierogi. 
jabłka i ćwikła z chrzanem jadą ze mną do domu:)



a to dzieła mojego synka. 
Rodzina w komplecie i nasz dom. 
Znalazłam kilka różnic - na przykład na jednym z obrazków nie mam brzucha. Ha! Efekt biegania:)


Najważniejsze jednak, że u nas zawsze wiatr wieje od wschodu:D


czwartek, 16 października 2014
Kiedy biegłam dziś rano, przypomniało mi się moje pierwsze bieganie w życiu - Poznań. Park Sołacki, rok 2004. Biegałam, żeby odreagować pisanie magisterki i zrzucić z siebie ciężar toksycznej relacji, w której wtedy tkwiłam. 

Potem przypomniało mi się, jak 3 lata później biegałam po parku obok Collegium Novum. Mieszkałam wtedy w Marcince i wybiegałam o 7.30, żeby na 8.30 zdążyć do pracy. 7.30 - skoro świt! Czułam się wtedy bohaterką. 

Dziś wybiegam dwie godziny wcześniej, bo po 5.30, żeby zdążyć ogarnąć dzieci i pójść do roboty. Teraz dopiero czuję się superbohaterką. 

I nie mogę się nadziwić, jak w życiu wszystko się zmienia, a jednocześnie nie zmienia się nic.

Biegam-kocham-śmieję się-smucę się-pracuję-marzę

i jeszcze  wiele innych czasowników, które były, są i będą niezależnie od wszystkiego.

To wygrzebana przypadkiem fota sprzed pół roku zaledwie, a ja mam wrażenie, że z innej epoki. 



wtorek, 14 października 2014
Niedziela.
Wracam z biegania. 
- Kochanie jest tak pięknie na świecie, musimy zabrać dzieciaki na spacer. 

I zabraliśmy. Co za sielanka! Ciepłe niedzielne popołudnie, piękne okoliczności przyrody i my całą szczęśliwą rodziną, zupełnie jak z reklamy. 
Po stu metrach Pola zaczęła jęczeć, że na ręce albo 
"baba", czyli na barana. Chwilę później Antek zorientował się, że nie wzięliśmy ani soków w kartoniku, ani ciastek. 
- Nie ma ciasteeeek?!! - zawył - To ja nigdzie nie dojdę, ja umrę z głodu! Padnę i nie będziecie mieli synka!
- Idziesz kochanie! - wycedziłam przez zęby, siląc się na promienny uśmiech i stoicki spokój. A 14-kilogramowy jęczący tobół-córeczka wcale mi nie ciążył.

Przy moście jęki obojga pięknie się zsynchronizowały:
- Na mooost! Ja chcę na most! Na mooost- to Antek.
- Yyyyyyy!Yyyy!!! - to Pola. 
Po akcji pacyfikowania (prośby i groźby na przemian), zostawiliśmy most po prawej i poszliśmy dalej. 
A dalej były pieńki, po których można skakać. 
Antek spróbował samodzielnie przejść tor z pieńków, ale jeden był zbyt wysoki i ciężko było 
z niego zeskoczyć. Wtedy rozpętało się piekło:
- Nie dam rady, nie dam rady! - zaszlochał mój synek. - Nigdy się tego nie nauczę! Nigdy przenigdy nie będę umiał zeskoczyć! Nie uda mi się, nie uda!
Dramatyczne wycie niosło się po całym jeziorze.
Ach, jakże przyjemnie. Nie ma jak niedzielna przechadzka. Carpe diem normalnie! Nic tylko kontemplować, medytować, a najlepiej porzucić i spierdolić. Ale nic z tego. Jesteśmy przecież rodziną idealną, a to idealny spacerek.
Po kwadransie negocjacji i perswazji, odciągnęliśmy syneczka na siłę. On zalany łzami, zasmarkany po pas i łkający jakby mu wymordowano ojca, matkę i dziadków, my zmęczeni jakbyśmy rowy kopali, a nie wędrowali ze swoimi słodkimi pociechami. 
Po 3 minutach rozpaczy i rozdzierania szat dotarliśmy do drążka - Antek w mig zapomniał o nieszczęściu i wykrzyknął:
- Zobacz Mamo, jak wiszę! Jestem najsilniejszy na świecie!
Ruszyliśmy dalej. Humory dopisywały. Na kolejnej stacji Antek skakał przez płotki, a Pola taplała się w jeziorze, aby potem mokrymi łapami rozgarnąć stary popiół z ogniska. Gębę i łapy czarne miała jak kominiarz. Ale było git. Chwilowo nikt nie płakał. Do chwili aż zakomunikowałam, że idziemy dalej..
Znów ryk. Pola wściekła rzuca się na ziemię. Widzieliście kiedyś leżącego na drodze kominiarza? A leżącego kominiarza pogrążonego w histerii?
Ledwo ujarzmiłam księżniczkę, książę znów strzelił focha.

Miarka się przebrała:
- Antek, mam już dość! Mam dość tych awantur. Wymyśl sobie jakąś karę!
- Karę?!!! o nieeeee!!!Jaką kaaaaarę?? -
ryk - Nie umiem wymyślić sobie żadnej kaaary.
- Próbuj!
- Już wiem
- Antek wyciera gile rękawem. - Już wiem. Uderzę trzy razy głową w drzewo.
- Antek! Co to za pomysł! Wymyśl karę, która będzie czymś pożytecznym!

- Mamoooo! Nie dam radyyyyyy! - drepcze za nami jak skazaniec. 
- Słuchaj - wrąca się Endrju. - Przypomniałem sobie, że muszę skoczyć po zapałki. Tylko wejdę na chwilę na górę i spakuję plecak.
- A czy ja też mogę z Tobą wyskoczyć po te zapałki - pytam z nadzieją, bo jeśli nie wyjdę po zapałki, to albo je zamknę w beczkach, albo wyrzucę przez okno.
- Już wiem! - Antkowi rozjaśnia się oblicze, a minę ma triumfalną. - Mam karę.
- Mów.
- Kiedy pojedziemy na lody, to powiem wam, że wy możecie kupić sobie po dwa.

Parskamy śmiechem. Nie do końca o taki dobry uczynek nam chodziło.
- Też nie? - Antek znów wybucha płaczem. - To co mam wymyślić?! TY wyyyymyyyśl mamo.
- Dobrze, to dziś do obiadu zjesz plasterek pomidora. (Antek nie jada żadnych warzyw poza ogórkami), to będzie dobre dla Twojego organizmu.
- POMIDORA???????????? Mamooo, nie dam rady, to obrzydliwe!!!
- głos mu się łamie jakby dostał najgorszy wyrok świata. -  Maaaamooo, proszę, tylko nie to!!!!
Mijający nas spacerowicze, rowerzyści, biegacze i rolkarze, spoglądają na nas z lekkim niesmakiem. Miało być im tak błogo i niedzielnie, a tu jakiś bachor generuje koszmarne decybele. 
- No dobrze, to co proponujesz? - tylko spokój może nas uratować. Jak to było? Jestem oazą spokoju, pierdolonym kwiatem lotosu...
- Nieeee wiem, nieee wiem, ale nie pomidora - stoi i wyje. Ekspresja jak z desek teatru dramatycznego.
- To może niech walnie trzy razy głową w drzewo - szepczę do Endriuszy, bo i mi kończy się inwencja.
- Wiesz, co? - odzywa się Endrju. - Tak się wymęczył wymyślaniem tej kary, że darujmy mu może, co?
- No dobra.
Chrząkam, żeby nabrać powagi.
- No dobrze Antosiu, nie będziesz miał kary.
- Jak to?
- Antek staje jak wryty.
- Normalnie. Dość już się wymęczyłeś tym wymyślaniem - wyjaśnia Endrju. - Anulowaliśmy ci tę karę.
Antek patrzy na nas z niekłamanym podziwem.
- Naprawdę?! - wykrzykuje radośnie.
i dodaje zaintrygowany:
- Ale jak tego dokonaliście?

Wybuchamy śmiechem. Jesteśmy po domem. Kurtyna opada.
Wjeżdża hasło reklamowe. Masła, margaryny, kinder bueno czego tam chcecie.


niedziela, 12 października 2014
Od środy to się tyle wydarzyło, że nawet nie podejmuję się relacji.
Zamiast tego kilka faktów:

- biegałam o poranku po Dylewskich Wzgórzach i przeżywałam duchowe uniesienie na widok świata, który leżał u moich stóp

- tańczyłam do muzyki, która mnie otwiera, inspiruje i jest jak ocean - w nim się rodzę, oddycham i umieram

- przelotem i dość niepodziewanie spotkałam się z Hanią - gdyby nie obecność moich pociech - to może byśmy nawet pogadały:)

- pływałam sama w Długim, podczas gdy morsy debiutowały w Krzywym

- piłam, paliłam i kochałam się

- ukradłam książkę - musiałam to zrobić i na razie nie mogę ujawnić więcej szczegółów, bo może mnie szukają

- marzyłam o tym, aby zamknąć własne dzieci w beczce, ale beczki nie mam
(dziś oboje z Endrju chcieliśmy już wyjść z domu po zapałki)


Ostatecznie z domu wyszłam ja, na kolację z Tymi (ona jadła, ja piłam) i był to bardzo dobry pomysł.

Więcej faktów albo nie pamiętam, albo je ukrywam.
Ot co.

środa, 08 października 2014
A dziś i jutro będę pracować w bardzo pięknych okolicznościach przyrody. 
Jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie znam. 
O tu:)


poniedziałek, 06 października 2014
Gdybym miała przedstawić statystykę, to kończę jedną na pięć zaczętych książek.
Takich, które mnie zasysają od pierwszej strony, jest niewiele.
Ona do nich należy.
Stała na półce od moich urodzin.
Wzięłam ją dziś bez większych nadziei.
Urzekła od pierwszego akapitu.  



niedziela, 05 października 2014
Weekend był gęsty od spotkań i rozmów, mocny od alkoholu i wrażeń,
a ja - nie wiem, co mi się stało, naprawdę - i tak najbardziej jaram się okolicznościami przyrody.

Październikowe słońce mnie zadziwia i raduje jakbym łapała motyle w połowie stycznia.
Paleta barw na drzewach oszałamia, poranne kłęby mgieł na tafli wody wywołują dreszcz ekscytacji, jakbym odkrywała sekret matki ziemi, a gdy miękkie sztylety światła przecinają linię lasu i kładą się na wodzie, wymiękam.

Nie wiem, jak wy - ale ja mieszkam w najpiękniejszym zakątku świata.
(i wierzę, że wy również, gdziekolwiek to jest)

Tu kilka kadrów z rowerowej wycieczki:








piątek, 03 października 2014
W tym tygodniu w robocie był istny pożar w burdelu. 
Burdel wciąż płonie, a ja zawijam manatki, zostawiam bałagan i uciekam na słońce.
W poniedziałek będę gasić dalej.




czwartek, 02 października 2014
Wilki mi się śniły. Straszne. W strasznym ciemnym lesie otoczyły mnie trzy i wpatrywały się głodnymi ślepiami. Czułam już zęby na ich skórze, gdy nagle zadzwonił budzik.
5:30.
Dom cały śpi snem błogim i sprawiedliwym.
Wstać i biec czy obrócić się na drugi bok i pospać jeszcze godzinkę?
- Nie chce Ci się Agniesiu? - postanowiłam być delikatna. - Tak cudnie i błogo, wystarczy zamknąć oczy i odpłynąć, co? Ale jeśli nie pobiegniesz teraz, to trzeba będzie pobiec po pracy, a wtedy nie zdążysz zabrać  dzieciorów na plażę.
- A może lepiej wieczorem? - wpadł na pomysł mój leniwy fragment.
- Nie lepiej wieczorem wina się napić?
- Pewnie, że lepiej - odpowiedział mój menelski skrawek.
- To co Maleńka? - zagaiłam raz jeszcze - Będziesz dzielną dziewczynką? Pobiegniesz?

O 5.35 byłam na nogach i pobiegłam. A biegło mi się wspaniale i lekko - już na pierwszej prostej czułam, że warto było się zwlec z łóżka i równym oddechem rozgonić noc.

Dzięki temu, popołudniu mogłam zabrać dzieciory na plażę.
I łapać promienie jesiennego słońca i sycić się ostatnim powiewem ciepła. Zamykam to ciepło w słoikach pamięci.
Wekuje na ciemne dni i mroźne wieczory.



Pola w kasku na własne życzenie. Ona uwielbia nietuzinkowe nakrycia głowy.


Ulubiona pozycja wózkowa









Zawieszka po harcach, przy soczku





środa, 01 października 2014
Dziś będzie o książkach - tym razem książkach dla dzieci.
Bo głęboko wierzę, że książki wsiąkają w dzieci, goszczą się w ich podświadomości i zostają tam na zawsze - karmią nasze marzenia, stawiają drogowskazy i wreszcie jak pojedyncze cegiełki budują naszą tożsamość.

Tęsknotę za wolnością, indywidualizm, dystans do rzeczywistości, głębokie poczucie nicości istnienia i wyrastającą z tegoż radość przeżywania chwili oraz głód życia - to wszystko zawdzięczam książkom, a konkretnie powieściowym (i filmowym) bohaterkom, które były moimi starszymi siostrami i mentorkami.

Ale dość o mnie.

W naszym domu książka jest prezentem, nagrodą, przedmiotem, który budzi emocje. Czytamy Antkowi codziennie - 20 minut jak przykazano, więcej nie trzeba.
W jego przypadku, dość szybko porzuciliśmy kilkudziesięciostronicowe pozycje, które łykaliśmy w jeden dzień, i przeskoczyliśmy na książki "bez obrazków" lub ze skąpą warstwą graficzną.
Dziś Antek słucha książek, które ja czytałam samodzielnie jako 7-8 latka. Nie wszystko rozumie, czasem trzeba coś  mu wytłumaczyć, ale ma z tego frajdę.
To rytuał, na który czeka.

W kontrze do literatury - zarówno do klasyki, jak i współczesnych tekstów - postawiłabym te wszystkie książki instruktaże, czyli cała seria o koparkach, wozach strażackich, czy jakieś bzdety typu Fela w przedszkolu, Fela na basenie, Fela w supermarkecie czy Fela w toalecie. Wiem, wiem, dzieci to lubią, ale ja nie bardzo. Dla maluchów do lat trzech, które poznają świat - niech będą, ale potem trzeba wejść na jakiś poziom abstrakcji, zafundować ucztę wyobraźni zamiast hiperrealistycznego kadru z rzeczywistości.

Jeśli o abstrakcji mowa to jestem też zagorzałą przeciwniczką Disnejowskich jaskrawych ilustracji - uwielbiam kreskę nieoczywistą, symboliczną, wieloznaczną, a czasem nawet i nie za ładną.
(Kazio i nocny potwór czy Zły wilk na przykład)

I bardzo wierzę, że trening symbolicznego patrzenia i abstrakcyjnego myślenia to podwaliny inteligencji. To lepszy kapitał niż najwyżej oprocentowane lokaty z myślą o przyszłości dziecka.

Co mogę polecić?
Po pierwsze klasyka, czyli wszystkie na nowo wydane przez Naszą Księgarnię książki "Poczytaj mi Mamo" czy powieści Astrid Lingren (i wiele, wiele innych).

Po drugie literatura szwedzka - doskonała lekcja prostoty, tolerancji i wolności. (Wydawnictwo Zakamarki)

Po trzecie - literatura z dreszczykiem, czyli wszystkie akcje detektywistyczne, kryminalne. Pokażmy dzieciom, że książki dostarczają czasem naprawdę mocnych wrażeń.

Po czwarte - wiersze. Dzieci uwielbiają absurd i groteskę, a tego naszym poetom nie sposób odmówić. No i rymy - dzieci to lubią.
A więc Brzechwa i Tuwim obowiązkowo.

Po piąte - książki naszego dzieciństwa. Podzielmy się z dzieckiem sobą.

A po szóste, siódme i ósme
- uczmy dzieci czytać, bo pewnego dnia będą czytały same, a my będziemy mieć wreszcie święty spokój:)

A to nasz mały stosik ulubionych Antkowych lektur:





wtorek, 30 września 2014
Sen miałam dziś mocny, ale niespokojny.
Dialogi pamiętam tak dobrze, że mogłabym z nich ułożyć środkowy akt dramatu.
Obudziłam się po piątej i wykrzesałam w sobie jakąś nadludzką motywację -  pobiegłam.
W słuchawkach: Radio Olsztyn, a tam SDM i "Czwarta nad ranem" - dobry żart.

Było ciemno, wiec zamiast do lasu, potruchtałam Artyleryjską pod górę, a potem koło ratusza i przez starówkę - zupełnie pustą, cichą, pogrążoną we śnie. Dopiero na Grunwaldzkiej poczułam świt - to rynek budził się do życia.

I ja obudziłam się do życia.

Za mną dobry dzień w pracy, nieoczekiwanie wesołe i ciepłe popołudnie na Plaży Miejskiej z czwórką dzieci, z czego dwójka przyszyta, a barwna jak łaty patchworku.

I wreszcie wieczór.
Kończę powieść Anny Gavaldy "Billie" - jak ja ją czuję!
Ostatni raz tak sercem czułam "Dinę".
Jaka to przyjemność czytając, dotykać siebie.

Dziękuję za ten dzień.
Przed świtem zaczęty dzień.
I nawet wiem, komu.



foto na Plaży Miejskiej - reklamowanie tego miejsca nie jest w moim interesie, ale tam tak fajnie teraz jest. Nie mogę wyjść z zachwytu.
poniedziałek, 29 września 2014
Czytam.
Zamykają mi się oczy.
Jestem taka zmęczona.
Tak jak ona.
Zmęczona trzymaniem gardy.

***
jutro dokończę.

Książka o przyjaźni,
tak niemożliwej jak kamień filozoficzny
a ja ją znam
niedziela, 28 września 2014
A w piątek po raz pierwszy od blisko dwóch lat (nie licząc nocy poślubnej) mieliśmy z mężem noc dla siebie. Dzieci nakarmione odstawiliśmy do dziadków i ruszyliśmy w miasto.
Jak dobrze iść w miasto nie dość, że z mężem, to jeszcze bez perspektywy, że trzeba się spieszyć do domu, bo o piątej rano pobudka.

Poszliśmy więc. Była i fajna kolacja w Chilli, i dobre piwko w Winylu i jakieś niemoralne bachanalia o północy pod tytułem "Mięsna uczta" w greckiej knajpie.

A rano - po raz pierwszy w życiu postanowiliśmy pójść razem biegać. Endrju poprowadził mnie wzdłuż rzeki, po jakiś kilerskich górkach i pogórkach, że po kwadransie już chciałam się z nim rozwieźć, po 20 minutach pałałam do niego nienawiścią, a kiedy w 25 minucie zobaczyłam park linowy, który jest na końcu świata - rozpłakałam się i wykrzyczałam mu, że jest pieprzonym egoistą, bo ja tu umieram właśnie!

No ale jakoś dotelepałam się z powrotem do mojego ukochanego jeziora i jak wskoczyłam do lodowatej wody to wszystkie nerwy mi przeszły. Chyba nawet podziękowałam Endriuszy za ten biegowy wycisk.
Bo dzięki niemu dziś przebiegłam dobre 40 minut - bez specjalnej mordęgi -  za to z przyjemnością:)


A dalsza część weekendu była równie intensywna i dobra, ale o wszystkim pisać się nie da.
środa, 24 września 2014
Kiedy wczoraj w nocy wracałam do domu, na dachu sąsiedniej kamienicy zaparkował wielki iskrzący wóz. Piękna to była i chłodna noc.

Jesień rozgościła się na dobre i wygnała lato z mojego serca. A wraz z latem przepędziła letni leniwy błogostan.
Jezu, jaka ja jestem głodna!
Chce mi się działać, moje ciało, moja głowa, moja dusza potrzebują pokarmu - inspiracji, akcji, kreacji. Tajnych prodżektów - a jakże!

Chwytam więc jesień za spódnicę i  jak dziecko uczepione matczynej kiecki wołam:
- Nuuuudzi mi się!

***
Mówią, że kiedy uczeń jest gotowy, przychodzi mistrz.
Kiedy moja dusza jest głodna, manna spada z nieba.

Patrzę na roziskrzone niebo i zaparkowany na dachu wielki wóz.
I łapię mannę z nieba.



poniedziałek, 22 września 2014
dziś sobie popłakałam na filmie "Marta and Martha" - typowo amerykańska produkcja - schemat i jedna wielka klisza. (Moje filmowe guru, Walerka, nie byłaby ze mnie dumna)
Ale gdy jest się matką, emocje czasem wygrywają nad filmowym dobrym smakiem.

Dziś to był mój jedyny pomysł na duszy telepanie
- coś by się porobiło, ale co?

Przebieram nóżkami sama nie wiem do czego.




niedziela, 21 września 2014
No i dopadł mnie "shin splints", czyli popularna wśród biegających kontuzja.
Wczoraj pobiłam swój rekord, bo obiegłam jezioro i pół, i dziś ledwo wybiegłam, a piszczel tak zaczął mnie boleć, że dotruchtałam do zatoczki i wskoczyłam do jeziora.

Skoro już przy sporcie jesteśmy, to zanim skończę pisać, będziemy
już wiedzieć, czy złoto czy srebro dla polskich siatkarzy.

A na razie oni dzielnie walczą, a ja piszę.

Wróciliśmy ze wsi. Dobry to był czas, choć nie chciałabym mieszkać tam na stałe. Logistyka związana z dziećmi, zawożenie - odwożenie, sprawia, że rodzic pracuje na dodatkowym etacie taksówkarza.
Wieś uwalnia we mnie tęsknotę za bliskością natury, za przestrzenią, za ciszą, ale dopóki dzieci nie wyjadą na studia, wybieram miasto.

- Dobrze, że jesteśmy już u siebie - westchnął Antek przy kolacji. - Tu są piękniejsze widoki.
- Widoki? -
dziwię się. - Chyba na wsi są ładniejsze niż u nas.
- Ale tylko z naszego okna widać takie piękne zachody słońca, mamo
- poprawił mnie młody esteta.

Ha! i MAMY ZŁOTO!:) 3:1 z Brazylią.

A tu kilka wiejskich fot - pożegnalne ognisko.


Nieustraszona Pola


dzieci układają stos na ognisko







sobota, 20 września 2014
Lubię wracać do domu - fajny jest ten pierwszy moment, kiedy wchodzę, a dzieci się drą:
- Mamaaaa!!!
podbiegają, a ja je tulę. Piszczą z radości, aby chwilę później wymknąć się, zakręcić i wrócić do swoich zajęć.

A  w Szczyrku jak w cyrku.
Szczypta poezji i wzruszeń, trochę akrobatyki, nad ranem klaunada i pożar w burdelu.
Na szczęście, kiedy zamykam oczy, widzę tylko to, co przyjemne.
O nudzie zapominam, z afer się śmieję.
Biegać nie było kiedy.

wtorek, 16 września 2014
Jutro kończą się nasze wiejskie półkolnie. 
Już nie będę o poranku sunęła przez poetyckie kłęby mgieł
jak z sonetów krymskich. 

Jutro jadę do Szczyrku i bardzo by mnie to cieszyło, gdyby nie fakt, że tak długie rozstania zawsze łamią mi serce. 

Nie lubię, bardzo nie lubię
ale wiem też, że gdy już wyjadę, serce zabiorę ze sobą.
To bardzo przydatna umiejętność. 




poniedziałek, 15 września 2014
Gdyby nie Diana to nasze basieńkowe zloty pewnie by umarły. Ale Diana, choć najdalej z nas, dba o podtrzymywanie licealnych więzi i kiedy przyjeżdża do Polski, wiadomo, że zlot będzie. Tym razem Diana przeszła samą siebie i z okazji pierwszych urodzin Emila zorganizowała prawdziwy plenerowy event. 

Ja czułam się jak na garden party rodem z amerykańskiej komedii romantycznej. Było słonecznie, lekko, smacznie i dokładnie tak jak w dobrych amerykańskich filmach. 






Ciotki degustują sałatki: Natala, Zaśka i Janiś

Janiś, kukurydza i dziewczynki

Zaśka z Tymkiem

Natala

Trampolino-zjeżdżalnia - absolutny hit imprezy

Pola na pikniku była jak przecinak, nic nie było jej straszne. 
A kiedy poskarżyła sieAntkowi, że jakiś starszak nie chce jej wpuścić na hamak, Antek zainterweniował. 
Najpierw próbował rozmawiać i tłumaczyć, a kiedy koleś zrobił się agresywny, Antek wystosował mu fangę w nos.
A ja po cichu pękałam z dumy:)

Dzieciaki zajadają "torta":)



Śliczna siostra gospodyni, czyli Sandra

I gospodyni, czyli Dianka z jubilatem - Emilem
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 102