..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
O autorze


Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk



Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 09 lutego 2010

Dziś u nas w domu Dzień Naleśnika, czyli Endrju robi naleśniki na obiad. A jak Endrju gotuje, a robi to częściej niż ja, to ta prozaiczna - wydawałoby się - czynność zamienia się w rytuał.

Zaczęło się od pytania:
- Jak się robi ciasto na naleśniki?
- Mieszasz mąkę, wodę, jajko, sól i cukier i jeszcze olej.
- A ile tej mąki i wody?
- Na oko.

Endrju spojrzał na mnie lekceważąco i zadzwonił do babci:
- Babciu, jak się robi naleśniki?

Zadaje się, że babcia powiedziała to, co ja, ale jej wersja została poparta babcinym autorytetem.
- A jakby dodać dwa jajka? - zastanawiał się głośno Endrju.

Zaczęło się smażenie.
- Spróbuj. - Endrju przynosi mi kawałek pierwszego naleśnika.
- Smaczny - mówię. -
Tylko ciut za gruby.
- Za gruby, za gruby
- przedrzeźnia urażony. -
To jest naleśnik, nie modelka!

Chwilę później słyszę z kuchni:
- Nie wyszedł mi!
- Nie przejmuj się -
uspokajam. -
Pierwszy testowy naleśnik nigdy nie wychodzi.
- Ale to już mój piąty testowy naleśnik!
- skarży się Endrju.

Minęło kilka godzin. Endrju poszedł do "Bławatka" po twaróg na farsz, a teraz siedzi załamany, bo jego naleśniki w niczym nie przypominają tych od babci. Są koślawe i chropowate.
- Mnie się podobają - pocieszam. -
Są artystyczne. Fajniejsze od takich równiutkich.
- Jasne
- ironizuje Endrju. -
Mnie pociesza tylko to,  że babcia ma 60-letnią praktykę.

Naleśniki wylądowały już na patelni, więc zmykam jeść. 

ps. Były pyszne! Jak widać: najsmaczniejsze to, co niewidoczne dla oczu:) 

ja: Postanowiłam, że obejrzę całą kolekcję filmów, jakie mamy.
Endrju: A czytać coś będziesz?
ja: O tak, będę  czytać i oglądać filmy.
Endrju: Ciekawe kiedy, skoro zdecydowałaś, że od 15 lutego znów przyjmujesz zlecenia.
ja: Tak, ale moje zlecenia głównie opierają się na myśleniu, pisanie zajmuje mi chwilę. Więc będę karmić i myśleć.
Endrju: A potrafisz myśleć podczas karmienia?
ja: Cholera, nie wiem, nie próbowałam.

:) 

Film na dziś - pierwszy od lewej - "Pulp Fiction".

poniedziałek, 08 lutego 2010

Patrzę na drobne wtulone we mnie ciałko, które uśmiecha się do swoich snów i nie mogę uwierzyć, że jestem mamą, że ten mały człowieczek to moje własne dziecko, owoc mojej miłości do Endriuszy. Sycę się zapachem jego snu i z radością witam go, gdy przeciera oczy i otwiera je zaspany i za każdym razem zdziwiony światem, na którym się znalazł. Gdy płacze, śpiewam mu wymyślone na poczekaniu piosenki. Lubi to.  

I ja to lubię. Choć czasem mam też ochotę wcisnąć "pauzę". Pójść do kina na komedię z Meryl Streep "To skomplikowane", zjeść pizzę z sosem czosnkowym i popić winem, wyskoczyć na tańce do zadymionej "Teatralnej" albo po prostu owinąć się kołdrą i zasnąć na brzuchu, zapominając o bożym świecie.
A potem wrócić, nacisnąć "play" i znów zasłuchać się w oddech Antka, w melodię jego cichych westchnień i zamknąć oczy, wciąż nie dowierzając:
jestem mamą.

sobota, 06 lutego 2010

Pierwsza noc w domu. Wreszcie razem, w trójkę, pod jedną kołdrą.
(tak, tak, już legło jedno z ciążowych postanowień: żadnego spania w trójkę:)

Na razie oboje jesteśmy ciut zdezorientowani i stopniowo staramy się ogarnąć sytuację pomiędzy rykiem i karmieniem.

Endrju kręci nosem, bo nie zawsze potrafi tak skutecznie jak ja uspokoić Antola:
- Nigdy nie wygram z Twoim cyckiem - mówi urażony albo tylko urażonego udaje. 

Jest śmiesznie.
Oswajamy się wzajemnie, kocica krąży niespokojna, ale unika konfrontacji z nowo przybyłym.  

Dzięki Wam za tyle ciepłych słów, za komentarze, telefony, esemesy. Nie spodziewałam się tak szerokiego odzewu - jak widać, warto przez 5 lat prowadzić bloga:)

Jesteście kochani!

A teraz wracam do rzeczywistości, w której ratujemy się boskim komiksem. Obowiązkowa lektura wszystkich rodziców.

czwartek, 04 lutego 2010

Przez pierwsze dwa dni wystarczało mi kilkanaście minut snu na dobę, potem dwie godziny, dziś już siadają mi baterie i potrzebuję chwili wytchnienia.

Żmudne godziny czuwania przy naświetlaniu, potem półsen przy karmieniu, wyrywane chwile na jedzenie, toaletę. Ledwo żyję, a niestety od mojej wytrwałości zależy, kiedy wyjdziemy do domu. Antolo podnosi bunt - nie lubi lampy, pod którą każę mu leżeć i za nic w świecie nie kuma, że ta lampa do wrota do normalnego świata, świata poza szpitalnym aresztem.

Wczoraj mieliśmy prawdziwy kryzys, bo malutki nie dał się naświetlać - więc ani nie pospaliśmy, ani nie leczyliśmy się. Usypiałam go, wkładałam pod lampę, a on podnosił bunt i darł się wniebogłosy. Więc znów go usypiałam, kładłam pod lampę i tak w koło Macieju. Zmarnowana doba.

- Ciagle te same twarze - rzekł mój nieulubiony doktor na wieczornym obchodzie - Jak samopoczucie?
- W miarę
- odrzekłam nieprzekonująco.
- Depresja - zawyrokował i poszedł dalej.

Sam jesteś depresja, palancie, pomyślałam. Ciekawe, jakbyś się czuł po tylu zarwanych nocach w areszcie. I to nie zarwanych, bo dziecko się urodziło, ale dlatego, że przepisano mu upiorną fototerapię, która akurat w naszym przypadku chyba niewiele daje.   

Próbuję coś czytać, ale marnie mi idzie. Specjalnie wyszukuję jakieś lekkie banalne lektury, dzięki którym zabiję czas bez intelektualnego wysiłku. Lektury dla ledwie żyjących zombies, bo taki jest teraz mój status ontologiczny:)

"Złoty notes" Lessing mnie znudził, "180 dni i
 nocy", czyli epistolografia Domagalik z Wiśniewskim dołączone do lutowej "Pani" poirytowały (Domagalik ujdzie, ale Wiśniewski jest pretensjonalny do bólu), "Historia Lisey" Kinga przyniesiona przez Endriuszę też okazała się niewypałem, bo nic z tego nie rozumiem. W czytelniczej desperacji poprosiłam Endrju, aby kupił mi coś NAPRAWDĘ lekkiego, bo po 10 bezsennych nocach mam problem z ogarnianiem rzeczywistości.

Przyniósł mi zbiór humorystycznyh felietonów "Talki z resztą" i na moją prośbę bestseller Giffin "Coś pożyczonego". Tę ostatnią pozycję wręczył mi z prawdziwym obrzydzeniem.
- Nie patrz tak - zaczęłam się tłumaczyć - muszę się odmóżdżyć, ledwo żyję, na normalną literaturę nie mam siły. Poza tym na okładce widnieje napis 100 000 egzemplarzy sprzedanych w Polsce, to chyba o czymś świadczy?

Finał jest taki, że zostały mi do czytania tylko Talki. Besteller Gifin okazał się gniotem potwornym, kliszowym, stereotypowym, ale przede wszytkim bez wciągającej akcji.
Skoro jest tak, że ludzie lubią to, co znają, może nie powinna mnie dziwić popularność Giffin, lecz mimo wszystko nie mogę wyjść ze zdumienia, jak taka miernota osiąga te fenomenalne wyniki.

Dochodzi 5.21 - zjem śniadanie, bo nie wiadomo, co zafunduje nadchodzący dzień.
Miłego Fistaszki!

wtorek, 02 lutego 2010
Rozmawiam z Mamą przez telefon:

Mama: No i zrobiliśmy małe przemeblowanie w salonie. Przesunęliśmy kanapy bliżej balkonu.
ja: To macie trochę daleko do telewizora. Widzicie z takiej odległości?
Mama: No właśnie nie bardzo. Może kiedyś uzbieramy na plazmę, a na razie ojciec siedzi w fotelu i ogląda telewizję... przez lornetkę.

:)))
Śniło mi się, że do sali weszła  położna i powiedziała:

- Bilirubina małego w normie, ale nie może Pani wyjść ze szpitala.
- Dlaczego?
- Stwierdziliśmy u Pani schizofrenię, a poza tym odkryliśmy, że rodziła Pani w soczewkach kontaktowych. To spowodowało podwyższony poziom glukozy. Prędko Pani stąd nie wyjdzie.

Brrrr!
Tagi: sen
06:38, leelooo , Codzienność
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 lutego 2010

Antek ma już tydzień, a my wciąż w szpitalnym areszcie.
Chwilowo mój świat zawęził się do zbijania poziomu bilirubiny i poza tym mało co mnie obchodzi.
Nasz pobyt tutaj przypomina górski trekking. Szybko zdobyliśmy szczyt, ale zejście nieznanym zboczem jest żmudne, choć łagodne. Co zakręt, rośnie w nas nadzieja, że jesteśmy już blisko. A potem z zakrętu wyłania się kolejny i kolejny.
W wersji optymistycznej wyjdę na koniec tygodnia.
W wersji pesymistycznej może być i dwa, i dłużej. Masakra. Nawet personel sprzątający użala się nade mną. A pani wciąż na synka czeka? Ano czekam.

Plusem tej sytuacji jest fakt, że instrukcję obsługi małego człowieka mam już opanowaną. Raz nawet - w sytuacji awaryjnej - musiałam sama umyć go pod umywalką. Dziecko drze się w niebogłosy, zwisając bezwładnie na twojej lewej dłoni pod bieżącą wodą. (Za zimną, bo nie udało się wyregulować). Aż serce się kraje na ten widok, ale nie było innego wyjścia:)
Poza tym fajnie jest w nocy przytulić do piersi małe ciało, które ciuchutko wzdycha pomiędzy jednym a drugim zasysem.

Inne drobne radości?

Znów mi uda nie ocierają się o siebie. 
Mam szczupłe łydki i smukłe stopy.
I wreszcie - po kilku miesiącach - widzę swoją cipkę. 

Płaczę tylko wtedy, gdy rozmawiam z Mamą lub Endriuszą.
Poza tym jestem dzielna, chwytam się drobiazgów jak promyków słońca, ciesząc się, że Antek cały i zdrów.
Taka ze mnie Pollyanna:)
 

niedziela, 31 stycznia 2010
sobota, 30 stycznia 2010

A zatem jestem, jesteśmy. Na razie nie w domu, ale chociaż w sieci.

Dzięki Wam za komentarze - daliście czadu i wzruszyliście mnie bardzo:)

Przeżyć co nie miara, więc będę pisać po trochu.
Zacznę od faktów, a do emocji przejdę później.

Antek urodził się w niedzielę o 20.10, waży 3100 i ma 53 centymetry. Ma też brązowe włoski, "piękne usteczka" - jak mówią położne - i na razie jest podobny do niewiadomokogo:) Jutro wrzucę zdjęcia.

Nasz  przedłużający się pobyt w szpitalu związany jest z żółtaczką wcześniaków i niestety jeszcze kilka dni aresztu przed nami. W tej chwili to moja jedyna frustracja, bo poza tym:
- poród był ekspresowy, choć trudny - opiszę go na Kiełkowaniu za jakiś czas. Zdecydowanie mniej bolesny niż przypuszczałam. I gdybym mogła zamienić szpitalny areszt na kolejny poród, nie wahałabym się ani chwili:)

- Antek okazał się małym żarłokiem, więc od razu złapał metafizyczny kontakt z moimi piersiami. Zaś piersi - o dziwo! - okazały się stworzone do karmienia: żadnego podrażnienia sutków, zmian, boleści. Czysta przyjemność po obu stronach.

- Oksytocyna. Hormon szczęścia - uaktywnił się już w chwili gdy mały smerf: wrzeszczący fioletowy Antolo  - wylądował na mojej piersi. Nie mogę się na niego napatrzeć, nie mogę się nasycić jego dotykiem, zachwycam się wszystkim: każdą minką, gestem.
Mówiąc krótko: oboje z Endrjuszą wpisaliśmy się w dziejowy schemat i zdurnieliśmy kompletnie na punkcie potomka.

Endrju:
Nie wiem, o co chodzi, bo wszystkie małe dzieci nie są zbyt ładne, a ten nasz Antek jest, prawda?
ja: Jest zajebisty.
Endrju: Tak! Choć szczerze mówiąc jeszcze nie potrafię racjonalnie uzasadnić dlaczego. 

- Jestem pod wrażeniem zdolności regeneracyjnych organizmu. Od kilku dni czuję się zdrowa, nic mi nie dolega, mogę tańczyć, skakać, fruwać. I pomyśleć, że jeszcze tydzień temu, byłam gruba i spuchnięta. Nie mogę się  sobie się nadziwić, oglądam się z każdej strony jakbym wraz z Antkiem i ja się na nowo narodziła.

Na dziś to tyle kochani.
Przemieszałam chyba fakty z emocjami, ale nie da się inaczej.
Teraz Antek leży pod lampą, która ma zbić poziom bilirubiny we krwi, a ja czuwam, czy nie ściąga sobie z oczu opaski.
Przez te naświetlania czuję się trochę jak zombi, bo od wtorku śpię po kilkadziesiąt minut na dobę - albo karmię, albo pełnię wartę przy lampach. Desperacko wierzę, że każda godzina naświetlania zbliża nas do wytęsknionego powrotu do domu.
Nie wiem, skąd we mnie tyle energii i siły. Może to moc boskiej oksytocyny?

niedziela, 24 stycznia 2010

CHYBA RODZĘ:)!!!!

- Jesteś histeryczką.
- Nie podniecaj się tak.
- Z tobą nie można normalnie rozmawiać.
- Przez tą ciążę już w ogóle nie da z tobą dyskutować.
- Czego się tak nakręcasz?!
- Czy ty od razu musisz ryczeć?

Tak właśnie wytrąca się broń z ręki rozmówcy. Odwraca uwagę od przedmiotu rozmowy. Już nie jest ważny temat sporu, ale to, że kogoś ponoszą emocje.
Mnie, oczywiście. 
Nie umiem zachować zimnej krwi negocjatora, kiedy mi przykro, ale to się nie liczy.
Dopóki nie nauczysz się rozmawiać, nie mamy o czym dyskutować. 
Cisza w słuchawce. 
Zostaję z poczuciem krzywdy (i winy, bo one zawsze idą w parze) oraz ze świadomością, że najzwyczajniej w świecie wkurwiam swoich najbliższych.  
Kiedy zasnę, znów przyśni mi się sen, w którym padną odwieczne zarzuty:
- Jesteś egoistką, histeryczką, jesteś taka jak twoja ciotka.

Zła, zła, zła.

piątek, 22 stycznia 2010

Właśnie zamknęłam drzwi za Tymisiową, z którą spędziłam urocze południe na babskich pogaduchach. Po jej wizycie został mi wesoły imieninowy żonkil i nadjedzona blacha ciasta z brzoskwiniami.
Mimo postępującego niedołęstwa, nie mogę narzekać na samotność. Wokół mnie sporo Istotek, które dzwonią, mejlują i wpadają. Wczoraj kawa z M., a we wtorek miła wizyta Kaśki - polskiej Coco Chanel, o której jeszcze usłyszycie. Hotline z Ewką i moją Ciotką, rozmowy z Janiś, Ramsikiem, Monią Aferzystką, Asią S. i od czasu do czasu Walerką.

Gdzieś pomiędzy piszę. Ciągle nie to, co najważniejsze. Jak tylko wykaraskam się z chałtur, wpadają następne. Wczoraj skończyłam pisać lutowy felieton do "Kulturki" i już miałam usiąść nad powieścią, kiedy przyszło kolejne zlecenie. Muszę nauczyć się myśleć dwutorowo, bo inaczej poprzestanę na scenariuszach dla koroporacji, a mój zasób przymiotników ograniczy się do trzech: niepowtarzalny, wyjątkowy, ekscytujący.

Żeby się ustrzec przed ostatecznym upadkiem, przełączam okienka i biorę się za redagowanie powieści. Zlecenie niech chwilę poczeka.
Udanego weekendu Fistaszki!


Do spostrzegawczych:
wiem, wiem, zegarek źle chodzi, ale nie ma kto wymienić baterii:)
Poza tym od miesiąca nie mogę wsiąść do auta, bo mi zamarzły zamki od środka, lampa w pokoju wisi na jednym kablu i wiele, wiele innych. Gdyby wśród czytelników znalazł się jakiś majsterkowicz, zapraszam w nasze skromne progi:))

czwartek, 21 stycznia 2010

Od kilku dni  sieci komórkowe znowu zarabiają na moich pogaduchach z Ewcią.
Jednym z gorętszych tematów okazała się nowa reklama Żywca.
Żeby niczego nie sugerować, chwilowo wstrzymam się od opinii, natomiast bardzo chętnie posłucham Waszej.

Co sądzicie o tym pomyśle?

środa, 20 stycznia 2010

- I co będziesz teraz robić? - pytają starzy, niekoniecznie dobrzy znajomi. 
- Teraz urodzę dziecko.
- Ach, prawda, dziecko... , ale chyba czymś się zajmiesz w końcu?
- W końcu się czymś zajmę.
- Masz pomysł, czym? 
- Chwilowo dzieckiem - zbywam, bo podnosi mi się ciśnienie.  
- No tak, dzieckiem... - popadają w zadumę.
Nie są usatysfakcjonowani tą odpowiedzią.

Mój blogowy ekshibicjonizm może dawać złudzenie, że lubię i chcę zwierzać się każdemu i każdemu daję prawo, aby rozliczał mnie z moich marzeń, planów i pomysłów, drążył problemy i nie daj Bóg - dawał porady.
Mylne to założenie.
Nie mam wpływu na to, kto bloga czyta, ale mam wpływ, z kim, o czym rozmawiam. Czytanie blogowych zapisków nie zawsze jest równoznaczne z zaproszeniem do rozmowy.  

Dalece łatwiej pisać mi bloga, adresując słowa do nieokreślonego odbiorcy niż poddawać się wiwisekcji na żywo.
Takie prawo daję tylko nielicznym i niech tak zostanie. 

Może to paradoksalne, ale myślę, że wielu blogerów przyzna mi rację:
publiczne obnażenie wynika z połączenia potrzeby, ale również niechęci, mówienia o sobie.

Ten blog to moja osobista ściana płaczu, śmiechu, zapomnienia.  Kiedy wracam stąd do rzeczywistości,mam ochotę pogadać o czymś innym albo zamienić się w słuch.
Ile można przyglądać się własnym wnętrznościom?
 

wtorek, 19 stycznia 2010

Leżymy nago w łóżku,  Endrju parzy na mnie i wzdycha z lubością:
- Ech, te rubensowskie kształty!

14 kilo temu obraziłabym się śmiertelnie:))


poniedziałek, 18 stycznia 2010

Diabeł opróżniony z bibelotów świeci już pustkami. Gołe gwoździe i haczyki żałośnie wychylają się ze ścian. W ciągu kilku dni zapakowałam moje małe wielkie marzenia w torby i kartony. Jak za sprawą czarodziejskiego zaklęcia, jednego machnięcia różdżką, zniknął z planu miasta mój kramik.

Zawsze miałam tendencję do błyskawicznych decyzji. Ale tym razem nawet mnie to tempo przerosło.
Biznesowy pat. A po nim szach, mat.
Mądra Mamasza twierdzi, że wszystko się sprzysięgło przeciwko Diabłu, co oznacza, że moja droga wiedzie gdzie indziej.
Gdybym była kobietką, jakich wciąż sporo, zdałabym się na dożywotni mecenat Endrjuszy, ale to nie dla mnie. Nie wyobrażam sobie  życia bez pracy, tempa i rozwoju. Wszyscy każą mi pisać. Ale pisanie potrzebuje przeciwwagi: inspiracji, kontaktu ze światem, odskoczni od komputera i klawiatury.

Teraz odskocznią będzie Antek. Biorę zatem głęboki wdech i daję sobie czas. On jest najlepszym doradcą.

Na razie muszę przeboleć Diabła.
Umyłam dziś podłogi, starłam kurze, zdjęłam ze ściany portret Pippi Langstrumpf i zabrałam do mansardy ulubionego manekina. Kolejny rozdział zamknięty. Włożyłam w niego sporo kasy i jeszcze więcej serca, ale nie żałuję. Mam za sobą solidną lekcję, bolesną nauczkę, ale również otwarte drzwi do nowej pasji i tego nikt mi już nie zabierze.

Mam też wolną głowę, do której wprowadzają się nowi lokatorzy: głupie pomysły, utopijne plany, zdroworozsądkowe kalkulacje i rewolucyjne koncepty. Zobaczymy, jak sobie poukładają sąsiedzkie relacje i co z tego wyniknie:)

***
Z Endriuszą jesteśmy jak ogień i woda. Mój huraoptymizm zawsze równoważy sceptycyzm, żeby nie powiedzieć czarnowidztwo Endriuszy.
Poranek. Endrju ma zawieźć mnie do kramiku. Wpadam na pomysł, aby kuchenne stołki z mansardy wymienić na dwa krzesła z kramiku.

ja: To zapakujmy teraz do auta te stołki i zawieźmy je do sklepu, a stamtąd zabierzemy dwa krzesła.
Endrju: Trochę obawiam się brać stąd te stołki.
ja: Czego się obawiasz?
Endrju: Bo jak zabierzemy stołki, a nie przywieziemy krzeseł, to nie będziemy mieli na czym siedzieć.
ja: Ale dlaczego mielibyśmy nie przywieźć krzeseł?
Endrju: No nie wiem, wszystko się może zdarzyć.
ja: No nie przesadzaj! Zresztą nawet gdyby coś strasznego przeszkodziło nam w przywiezieniu krzeseł, to został nam do siedzienia fotel, jedno krzesło, wersalka i w ogóle.
Endrju: (jeszcze bardziej sceptycznie): No tak, szczególnie na tym "w ogóle" siedzi się świetnie.

sobota, 16 stycznia 2010

Sobota. Południe. Ja w łóżku, Endrju w redakcji. Dzwoni.

- Co robisz?
- Leżę w łóżku i czytam.
- Jak ja bym chciał tak sobie leżeć w łóżku, a nie pracować od świtu!
- Gdybyś miał taką możliwość, to zamiast twórczo leżeć i rozwijać się czytelniczo, na pewno poszedłbyś podbijać kosmos.
- A powiedz: co Ty takiego rozwijającego czytasz?
- Jak to co? "Twój styl"!

W związku z powyższym, oświadczam wszem i wobec, że wstaję i zaczynam dzień.
Żeby potem nie było!

piątek, 15 stycznia 2010
Godzina 5.35 
wstaję, bo i tak nie zasnę.
Przewracam się z boku na bok od trzeciej. Najpierw śniło mi się, że prześladuje mnie znany na naszej dzielni kryminalista, potem zjawiły się cyfry - jak natrętne muszki wsiadły mi na mózg i zaczęły kąsać.

Zaczynam dziś 37. tydzień - czas to trudny, bo dopada znużenie i niedołęstwo, ale i uroczy w jakiś sposób, bo teraz naprawdę można oddać się sobie.
Gdyby nie stres finansowy, zapadłabym się w przytulną miękkość mansardy i dopieszczała kąty, i karmiła się przyjemnościami. Przestało mi się spieszyć, zniknęła gdzieś niecierpliwość, która towarzyszyła mi do tej pory. Przed porodem chcę się jeszcze wyspać, przeczytać kilka książek, skończyć redagowanie "Migdałów". Jeszcze kilka chwil dla siebie.

***
MAŁY DYKTATOR
Wczoraj po szkole rodzenia pojechaliśmy do rodziców Endrjuszy, bo bardzo chciałam zobaczyć jego zdjęcia z dzieciństwa.
W wieku przedszkolnym Endrju nosił okularki i wyglądał na małego mądralę.
Jak się okazało, nazywano go "profesorkiem", bo pouczał wszystkie dzieci.

ja: Kurczę, kochanie, na tych niektórych zdjęciach  widać jak na dłoni, że miałeś dyktatorskie zapędy.
Endrju: Fakt. Ale nic z tego nie wyszło. Chciałem im wszystko wyjaśniać, zamiast od razu zacząć nimi manipulować.

czwartek, 14 stycznia 2010

Z mojego pierwszego zimowego spaceru









środa, 13 stycznia 2010

Już tak mam. Amplituda emocji, które do mnie lgną, jest niezwykle rozległa. Od euforii po totalne załamanie. Dziś rosną mi skrzydła i przenoszę góry, a już jutro mogę się wyłączyć, odmówić udziału w życiu, wpaść w czarną rozpacz.
Czasem powód bywa uzasadniony, czasem nie. Jedno jest pewne. Żałobę przeżywam intensywnie, ale krótko. Porażki mnie powalają, lecz wstaje z nich silniejsza i odświeżona. Nie znoszę próżni, dlatego każdą pustkę po stracie wypełniam nową energią.

W upiornym zaczynaniu wszystkiego od nowa znajduję jakąś perwersyjną przyjemność: znów nie znam jutra.

A dziś obudziło mnie piękne zimowe słońce. Powrócił uśmiech. Na parapecie otworzyłam smalcowy bar dla sikorek. Już kilka minut później pierwsza ptaszyna przyleciała na rekonesans.
Obiecuję sobie zimowy spacer z aparatem fotograficznym, bo od dwóch tygodni oglądam świat jedynie zza szyby mansardy lub samochodu.

Wokół mnie dobre duszki o złotych sercach.
T
o jasna strona wpadania w tarapaty.
Odkrywanie z radością i zaskoczeniem, ile wokół nas pomocnych troskliwych dłoni.



świat zza szyby

i pewnie już ostatnia odsłona brzucha - przełom 36/37 tydzień.


wtorek, 12 stycznia 2010

Położyłam się spać. Dwie godziny przewracania się z boku na bok.
Wstałam.

Północ. Gorąca herbata. Nocna lampka w kuchni. Komputer.
Jedna, druga, trzecia chałtura i trzecia w nocy.

Wróciłam do łóżka i wtuliłam się w gorący sen Endriuszy. 
O szóstej obudził mnie jego budzik. 
Wytrzymałam w łóżku do siódmej. 

Wstałam. Wypiłam mleko. Napisałam dłuugiego mejla do B., który się skasował. Obejrzałam "Barwy szczęścia" na dwójce i stwierdziłam, że mój scenarzysta bywa dla mnie łaskawszy. Mimo wszystko.

Zamknęłam oczy i otuliłam się kołdrą. 
Uśpiły mnie dźwięki fortepianu. Arvo Part. 



A potem rozdzwoniły się telefony i trzeba było zacząć dzień.  
 

poniedziałek, 11 stycznia 2010

 Bawół z chińskiego horoskopu  jest konserwatystą. Nie lubi Małp. Ani nikogo, kto się wyrusza w nieznane, przeciera nowe szlaki i poszukuje. A takich, co z motyką na księżyc z lubością sprowadza na ziemię. Bawół bowiem kocha wydeptane ścieżki i ciepło domowego ogniska. Niepokornym uciera nosa i usilnie próbuje ich nawrócić.

Dlatego bawół zesłał mi dziecko.
Ale wcześniej - podczas wypadku - pogroził palcem.

Teraz, tuż przed dymisją, tuż przed oddaniem tronu Tygrysowi, rzucił mną o glebę, abym nie myślała, że cokolwiek jest ważne poza dzieckiem.
Zabrał mi rok moich marzeń i planów.

Może powinnam być mu wdzięczna, może on mnie ocala. Może po latach przyznam mu rację.
Na razie czuję jakby odcięto mi rękę.
Znów jestem na początku drogi. Mam 30 lat i ciągle błądzę.
Jak długo jeszcze?

sobota, 09 stycznia 2010
Szukamy dla Endriuszy czarnych spodni. Przebieralnia Reserved, Endrju przymierza, ja siedzę i patrząc na jego wypłowiałe stare spodnie, mówię:

- Czarne ubrania mają to do siebie, że szybko stają się brzydkie.
- A kolorowe ubrania mają to do siebie -
odpowiada Endrju -  że są brzydkie od początku.  

Jak słowo daję, nie mam czasu. A przecież chciałabym napisać o wizycie Tymisiowej, a także o przemiłej zabawnej kolacji u Alutki i Andrzeja, ale od trzech dni ślęczę nad jakimiś korporacyjnymi tekstami, a kiedy się odrywam od pracy, to także od komputera. Na przykład, żeby pooglądać Dr Housa.
Poza tym telefon rozgrzany do czerwoności. Kołowrotek.

Dlatego dziś też tylko krótka wymiana myśli.

Zawsze lubiłam się użalać nad sobą, a teraz sytuacja temu sprzyja.

ja: A jak Tobie się znudzi zabawa w dom i mnie porzucisz?
Endrju: To już nie jest zabawa, to, jak mawia moja dziewczyna, dorosłe życie.
ja: Nie! Nie chcę dorosłego życia, wolę zabawę. W sklep już się bawię, a teraz pobawimy się w dom.
Endrju: No właśnie jak patrzę na Twoją zabawę w sklep, to nie wiem, czy na pewno chcę, żebyś bawiła się w dom...

Nie ma jak męskie wsparcie:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54