..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 21 grudnia 2014
Szlajany weekend dobił mój kręgosłup, który załatwiłam scyzorykami Chodakowskiej. I choć spędziłam dwa fajne wieczory, krążąc po knajpach i każdy wieczór był inny, i każdy na swój sposób wyjątkowy, to jednak kończę weekend przeżarta frustracją, bo utykam jak stara babcia. I złoszczę się na ciało me niedołężne i na siebie też, że to ciało przeforsowałam.

A tak mi się marzyło świąteczne bieganie o poranku.

Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, jak z kontuzjami radzą sobie ludzie, którzy poświęcają temu całe swoje życie, albo przygotowują się do zawodów. Moje bieganie jest tylko jedną z wielu świeżych zajawek, a każda kontuzja czy choroba wywołuje we mnie łzy wściekłej bezsilności.

To chyba jeden z powodów, dla których nie umiałabym się poświęcić jednemu. Nie przeżyłabym straty.

I w ten sposób, zupełnie niespodziewanie, od kręgosłupa dotarłam do rdzenia.

Monotęsknota - a życie stereo.


czwartek, 18 grudnia 2014
Czego najbardziej pragniemy?
- MIŁOŚCI
Czego się najbardziej boimy?
- MIŁOŚCI


Całkiem inspirujący kwadrans z Kasią Miller:
https://www.youtube.com/watch?v=lmn3m1xxyfU



środa, 17 grudnia 2014
W tym roku śnieg nie jest mi potrzebny, aby poczuć święta.
Klimat robi przedszkole.
Antek od tygodnia wyśpiewuje w domu kolędy,
najchętniej siedząc na kibelku, skąd słychać jego cienki, wciąż sepleniący głosik:
płacze z zimna, nie dała mu matula sukienki. Bo uuuuboga byłaaaaa, rąbek z głowy zdjęła, którym dziecię owinąwszy siankiem je okryłaaaa!


albo się nimi bawi:

Antek: "Przybieżeli do Betlejem sło- i- ki"
ja: W żłobie leży Myszka Miiiiki!

Endrju chichocząc: noo w sumie to oni byli słoikami, prawda?

Jutro natomiast są przedszkolne jasełka z imprezką, więc mamy przygotowany strój pasterza, śledzia pod pierzynką (dla rodziców) i ciasto czekoladowe (dla dzieci).

Wieczorami puszczam dzieciakom kolędy na płycie, a one szaleją.
Pola jest zwierzem tanecznym - jak ona się rusza! 
To jeden z tych widoków, który mnie rozbraja.

Zaś Antek, jak to Antek,  filozofuje:
- Nie wiem, czy pasterz jest potrzebny w tym spektaklu.
- Skoro masz jakąś rolę to chyba potrzebny.
- Ale czy on był naprawdę, tego nie wiadomo.
- A czy Chrystus był naprawdę?
- Pewnie, że był. Słyszałem, jak mówili w radiu, że Pan ogłosił te dziwy.



Cieszę się na te święta i na dwa dni urlopu - baaardzo!
Ale na razie biegnę.
Biegnę byle do piątku.
wtorek, 16 grudnia 2014
Przepływają przeze mnie jak chmury, przetaczają się podobne do wzburzonych fal, przecinają mnie niczym groty indiańskich strzał. Różnorakie uczucia. Różnorakie uczucia toczą we mnie swoją walkę, a ja jestem tylko królikiem doświadczalnym. Na moim ciele, umyśle i duszy przeprowadzane są eksperymenty.

Daleko nie trzeba szukać.
Czasem mam ochotę wyjść z domu i nie wrócić. Uciec gdzieś na koniec świata i zacząć wszystko od nowa - bez historii, bez balastu, one more time.
Ale chwilę później zalewa mnie fala błogości - patrzę na dzieciaki i tak je kocham, że pożarłabym je żywcem, śmieję się z Endriuszą i myślę sobie, że żyję ze świetnym wrażliwym, intrygującym, mądrym facetem. A czasem ich wszystkich nienawidzę i mam dość, choć wystarczy pięć minut, aby mnie rozbawili do łez i wytrącili broń z ręki. I tak w kółko.

To samo mogę powiedzieć o pracy i wielu innych miejscach, gdzie moje uczucia się ścierają i prowadzą swoje wojenki.

Oczywiście, gdzieś bardzo głęboko wszystko jest jasne i przejrzyste.
Tam rosną diamenty, tam wykluwają się perły.
Wiem, kogo kocham, kogo pragnę, kto nadaje sens mojemu życiu.


Ale na samo dno nurkuje się na chwilę, bo potem brakuje słońca i powietrza.


A na powierzchni zgiełk, a na powierzchni wieczne falowanie.

***

Na zdjęciach niedzielny plac zabaw, ale moja miłość do nich - świeżutka, dzisiejsza.
Dziś moje bachorki były najsłodsze na świecie.



poniedziałek, 15 grudnia 2014
We współczesnym potopie cudnych zdjęć wciąż zdarzają się takie, które mnie urzekają. Mam ich już małą kolekcję.
A na dziś wybieram to.








niedziela, 14 grudnia 2014
- Ej, a jaka ja jestem? - zapytałam Endriuszę czwartkowego wieczoru po spotkaniu tetryków.
- Łoo jezu, co mam Ci powiedzieć?
- Chodzi mi o cechy charakteru.
- Bystra, inteligentna, energiczna.
- Ale nie o to pytam.
- A co co?

- Bo na ostatnim spotkaniu Kuba powiedział,  że jego ojciec, uwielbiany przez kumpli i środowisko, zawsze uśmiechnięty, łagodny, dowcipny, w domu bywał często poirytowany wybuchowy i wcale się tak nie uśmiechał. Wiesz taki schemat, że dla innych jesteśmy super, a w chacie już gorzej. Więc pytam, jak Ty mnie widzisz.
- Jesteś spójna. Nie widzę różnicy pomiędzy Tobą dla innych, a Tobą dla rodziny, dla nas. Serio
- powiedział mój mąż i wrócił do czytania.


Ucieszyły mnie słowa Endriuszy i to, że bilans wypada na plus dla pogody ducha.
Trzy dni później przyszło olśnienie.
Ja jestem spójna poziomo.
Bo pionowo ani trochę. Gdyby mnie tak prześwietlić na wskroś, można by ujrzeć diabelski koktail, który we mnie bulgocze.
Hedonizm podszyty mrokiem.

***

A na powierzchni bez zmian.
Nawet nie próbuję nadrobić tych kilku dni - bo było mocno, dobrze i intensywnie. Dobry czas w domu i poza nim. Dobry czas w sercu i na jego dnie też.
Rodzinnie, towarzysko, biegowo - niezwykle udana końcówka cyklu.
A teraz od nowa - zaczynam dobre się unoszenie!
 
środa, 10 grudnia 2014
Jak przystało na neurotyczkę, która nie lubi trwonić czasu i nie umie skupić się na jednej czynności, od dawna chodziło mi po głowie, aby połączyć bieganie z czytaniem. 

Dziś po raz pierwszy biegając, słuchałam powieści - jakie to było przyjemne!
Wybrałam Milana Kunderę, którego przeczytałam całego 10 lat temu i poza ogólnym wrażeniem nie pamiętałam niczego.
"Życie jest gdzie indziej" - genialny drugi rozdział o cielesności kochanki i matki, o metafizyce macierzyństwa. Mocny, dotkliwy i poetycki zarazem. Po prostu literackie cacuszko. 

A całość TU:

https://www.youtube.com/watch?v=99qzeIjgKjA


Coraz częściej kusi mnie powrót do literackiej klasyki, bo czytanie jej za młodu było trochę jak młodzieńczy seks - może i podniecające, ale zbyt szybkie i pobieżne. Teraz przyszedł wiek, aby się podelektować:)

Wieczorem zaś zawinęłam się w kołderkę i dokończyłam "Nocne zwierzęta" - przeokropną, ale dobrą i prawdziwą powieść o kobiecie współczesnej. Jeszcze mam dreszcze.

***
22.00 zamawiamy pizzę - tzn Endrju pizzę, a ja bardziej powściągliwie, bo pizzę jadłam dziś już o 11.00  - tortillę z warzywami.
ja: kurczę, zjadłam, a ciągle mi zimno.
Endrju: To zjedz jeszcze kawałek mojej pizzy.
ja: (oburzona) Ej! Nie po to biegam, żeby w nocy zażerać się pizzą!
Endrju (spokojnie): Właśnie po to.


wtorek, 09 grudnia 2014
Dobrze zaczęty i skończony dzień - poproszę tak codziennie. 

Pierwsze dziesięć kilometrów od miesiąca, smaczne śniadanie, satysfakcjonujący dzień w pracy i po pracy też kilka dobrych chwil.
I dzieci w pysznych humorach, kochające się jak rzadko.

Normalnie - sielanka.


Dobrze zaczęty i skończony dzień.
Na dobranoc Chodakowska i wino.
Idealnie!

***
a po pracy pojechaliśmy do ciucholandu poszukać Antkowi stroju pasterza do przedszkolnych jasełek.
Znaleźliśmy kubrak, przeszukuję koszule.
- Może ta? - pytam.
- Przebieramy do za pasterza, nie wieśniaka - mruczy pod nosem Endrju.

Skończyło się na innej koszuli, kapeluszu, sweterku dla mnie, misiu dla Polyanny i kubraku.

A po powrocie bawiliśmy się w pasterzy oczywiście - my z Antkiem byliśmy pasterzami, a Pola robiła za owcę, którą zaganialiśmy do zagrody.
Robienie z siebie wariata to moje stałe domowe pół etatu.
Mam nadzieję, że Pan Bóg weźmie to pod uwagę przy ostatecznym rachunku mego sumienia:)


W ręku Antka kartka od Betki - dzię-ku-je-my!:)
A Polka w moim sweterku i czapie (uwielbia chodzić po domu w czapach, ma to zapewne po dziadku).



ps. Zabawa w pasterzy to luzik w porównaniu z zabawą w roboty.
Wczoraj chodziliśmy po domu z kartonami na głowach:D
poniedziałek, 08 grudnia 2014
Ciemna ulica wielkiego miasta. Noc pachnie deszczem, strugi wody spływają wzdłuż jezdni. Po jednej stronie przed ogromnym gmachem teatru parkują czarne niemieckie limuzyny. Schodami idą do nich esesmani po premierze spektaklu. To wszystko mi się śni. Stoję po drugiej stronie ulicy i patrzę jak chłopak, mój chłopak, wspina się na jedną z przeciwległych kamienicy i zamaszystymi ruchami maluje napis obrażający Niemców.
Nie uciekam. Jestem z nim, uśmiecham się do niego, kibicuję mu.
W jednej chwili podjeżdżają do nas esesmańskie auta.
Nordycki typ łapie mnie w pół i przystawia mi lufę do potylicy.
Zamykam oczy i czekam na strzał. Każdy mięsień mam twardy na kamień.
Jak ten czas się dłuży!
Nie umiem czekać.
Odwracam się i łapię jego pistolet. Strzelamy w górę. Nienabity.
Zaczynam się śmiać
- I co mam z Tobą zrobić? - pyta.
Wzruszam ramionami:
- Zawsze możesz mnie puścić.
- Nie mogę.
- Dlaczego?

Spogląda na mnie z odrazą:
- Różnisz się ode mnie. Masz wielkie oczy, jesteś dzika i namiętna.


Obudziłam się z prędko bijącym sercem.
Wetknęłam twarz w miękkie włosy Polyanny, wtuliłam się w jej ciałko zwinięte w cichy księżyc i zasnęłam ponownie. 

Sny to moje drugie życie toczące się poza mną - mogę powtórzyć za Izabelą Gustowską i od siebie dodać:
w snach rezonuje moja codzienność.
Przewrotnie.



piątek, 05 grudnia 2014
- Antek, jutro przychodzi Mikołaj, posprzątamy dziś Twój pokój.
- Tak! I część zabawek wyniesiemy na strych albo oddamy biednym dzieciom, żeby było miejsce na nowe.
- Ale jutro Mikołaj przyniesie Ci tylko jakiś drobiazg.
- Wiem , wiem, ale ja już się gotuję na te generarne prezenty!

***
a u mnie Mikołaj już był!:)


czwartek, 04 grudnia 2014
Bujam się na huśtawce.
Kiedy mam owulację, moja huśtawka szybuje w niebo i jest tak wysoko, że ziemskie sprawy wydają mi się odległe i banalne. A życie takie proste!
A potem opadam w dół i z każdym dniem staję się bardziej wrażliwa i drażliwa.
Rozdygotana jestem, łzawa, a świat jakże skomplikowany!

Od dziś powolutku sunę w dół.
Na razie opadam miękko i bezboleśnie.

Kupiłam Antkowi 5. tom "Poczytaj mi Mamo" i podczas wieczornego czytania wzruszyłam się na opowiadaniu Musierowicz "Kredki". Dziecko spojrzało na mnie jak na wariatkę, a ja połknęłam łzy, opanowałam drżenie głosu i wzięłam się w garść.

Szczęśliwie dobrnęliśmy do końca.

Cóż poza tym?
Emocjonalne Broad Peaki, małe próby pisania (z kilku stron wjechano mi na ambicję, a ja niby nieambitna, ale łapię się na takie chwyty:), pierwszy Skalpel z Chodakowską (już w 15 minucie próbowałam ja zabić spojrzeniem) i świąteczne zakupy.

Jutro w nocy przyjdzie Mikołaj. Wypastujcie buty!

*
A to mój pierwszy smartfon. Długo wytrwałam bez dotyku, ale koniec tej ascezy. Na razie jaram się Endomondo, ale jak znacie jakieś fajne aplikacje na Windowsa, to dawajcie!:)



środa, 03 grudnia 2014
Tylko dla Emila Zoli robię wyjątek.
Generalnie nie lubię naturalistycznych powieści.
Ta jest nieprzyjemna, a jednak wciąga.
Może dlatego, że w tym gorzkim odpychającym pejzażu sporo jest uniwersalnych akcentów?
Zobaczymy, co będzie dalej...




wtorek, 02 grudnia 2014
Znalazłam gdzieś ostatnio cytat:


"(...)Mnie trzeba strasznie, bez pamięci kochać i trzymać z całej siły. Inaczej nie ma mnie."

-Stanisław Ignacy Witkiewicz


Moja parafraza brzmi nieco inaczej:



i tyle na dziś.

Spanie poza domem niekoniecznie wiąże się z wyspaniem.
Spanie w domu to niemal gwarancja bezsenności - kiedy ja się położę, Polcia się obudzi.
I będzie skakać, piszczeć, śpiewać i ciągnąć mnie za włosy.
A ja za wiele lat będę za tym tęsknić.
poniedziałek, 01 grudnia 2014
W sobotę z dziewczętami obchodziłyśmy 5-lecie istnienia KGM-u.
Zrobiłyśmy dobrze naszym ciałkom i duszom - masując się, pijąc wino i chichocząc. A wieczór zakończyłyśmy puentą, że statutowym celem Koła Gospodyń Miejskich jest szeroko pojęta przyjemność.
Żadnych charytatywnych ambicji - czysty hedonizm!

Wczoraj natomiast wieczór pełen emocji. Prawdziwa Wielka Pardubicka, dwóch fatalnych kandydatów szło łeb w łeb. Wygrał właściwy, ale wygrana pięciusetoma  głosami, gdy głosów było blisko 60 tysięcy to wielka porażka zwycięzcy.

Ja jednak mam szczyptę satysfakcji, bo przyłożyłam swój terrorystyczny palec do przedwyborczej mobilizacji.

Ale co tam polityka!
Żyć trzeba.
Więc wracam do życia.
pa!

piątek, 28 listopada 2014
Mocne dni za mną.
Znów zrobiłam sobie czterodniowy płodozmian - Chodakowska na przemian z bieganiem.
A oprócz tego bawiłam się w terrorystkę, gadałam o rzeczach niełatwych, dużo pracowałam, złożyłam wniosek o stypendium artystyczne, niewiele piłam, niewiele spałam.

W ten weekend zamierzam to nadrobić.
Jutro cały dzień z dziewczętami z KGMu - będzie kawa u Iki, relaks w gabinecie kosmetycznym i kolacyjka w Chilli.

Potrzebuję odpoczynku tego jak ryba wody!





środa, 26 listopada 2014
A dziś w mojej szufladzie aż pełno od drobiazgów i bibelotów, które obracam w palcach z przyjemnością, bo to takie cacka codzienności. Zwyczajne cuda.

W kalendarzu też gęsto i bardzo różnorodnie.
A ja na wznoszącej fali.
Jest dobrze!




wtorek, 25 listopada 2014
Dzisiaj w firmowej kuchni kawa smakowała tak samo jak wiele miesięcy temu. Zaskakujące de ja vu, a jednocześnie wyzwanie, bo po pół roku napić się tak samo dobrej kawy nie jest łatwo.


***
ANTKOWE GADANIE

Kilka dni temu Antek dostał od Kasi plakat z ptakami z GW. Bardzo mu się spodobał, była podjarka, nakleiliśmy na szafę, i... padło pytanie.
- Mamo? A gdzie tu jest jaskółka?
Patrzę, szukam, nie ma. No nie ma. Bo to plakat z ptakami rzadkimi lub ginącymi.
- Jaaa chceeeee jaskóóóółkę!!!! - wykrzyknął mój syn i tym samym rozpoczął się godzinny dramat w kilku aktach, że on chce jaskółkę, on MUSI mieć jaskółkę, i bez jaskółki na plakacie życie nie ma sensu.
Po godzinie uspokoił się obietnicą, że mu tę jaskółkę wydrukuję jutro w pracy.
Nastało jutro. Jaskółka doklejona, wszystko gra, nagle słyszę:
- Maaaamooooooo! Pola naderwała mi plakat!!!!
I znów afera na 100 fajerków.
Gdy ochłonęliśmy, Antek otarł łzy, westchnął ciężko i rzekł:
- Och Mamo! Ten plakat od pani Kasi przysparza nam tyle problemów!

poniedziałek, 24 listopada 2014
W tym roku zima znów zaskoczyła drogowców. Dopiero dotarłam do domu prosto z trasy z Warszawy. Mój lęk przed jazdą samochodem, szczególnie nocą i w śniegu, nic a nic nie mija. Każda szczęśliwie zakończona podróż to dla mnie szczęście jakbym w prezencie dostała kolejne życie.

Więc żyję. Juhuu!

A w samochodzie poza gorącą dyskusją polityczną, miałam chwilę dla siebie.  Przeczytałam więc listopadowo-grudniowy numer magazynu Coaching.
Tym razem wyjątkowo inspirujący.

Tutaj tylko fragmencik:

"..wszelkie badania na temat szczęścia zieją danymi pokazującymi, że technika checklisty [czyli, jak już dostanę lepszą pracę, będę miała dziecko, wybuduję dom itd] jest nieskuteczna. Związek między tym, co się nam przydarza, a tym, czy jesteśmy szczęśliwi, nie jest aż tak ścisły, jak się nam wydaje. (...) Naukowcy nie zostawili nas jednak bez alternatywy. Prawda, którą odkryli jest prosta - szczęście leży nie w posiadaniu tego, czego chcemy, ale w chceniu tego, co już posiadamy."
COACHING, O dniu szczęśliwym, 6/2014, s. 21.

Banalne?
A jakie trudne!

Ale ja to wiem od dawna - serio, serio:)

Polecam też artykuł "Jak wziąć się w garść". A w nim o tym, że źródłem naszej dyscypliny i aktywności może być samotność lub.. osamotnienie.
To pierwsze inspiruje, to drugie pożera.

I tyle mądrości na dziś,
dobrej nocy!

niedziela, 23 listopada 2014
Kiedy trzepocze serce, dusza odpoczywa.
Dlatego piątek z Chodakowską, sobotnie bieganie i dzisiejsze kijki to był najlepszy prezent, jaki mogłam dać sobie w ten weekend. Serducho się rozruszało, a myśli, jak psy spuszczone z łańcucha 
pogalopowały po niebieskich łąkach, a gdy wróciły były zziajane i spokojne.

Z innych przyjemności weekendu - piątkowe masowanie u Edytki - czad! i dzisiejsza muzyczna uczta, na którą zabrał mnie pan Waglewski.
Jak jak za nim przepadam!







piątek, 21 listopada 2014
A gdybym choć raz rozpięła zamek biegnący od wzgórka łonowego przez pępek, mostek między piersiami aż do dołka pod jabłkiem Adama?

Gdybym tak wzięła w dłonie suwak i pociągnęła go w dół, to co by się stało?

Co by się stało, gdybym się otworzyła i wysypała wszystko, co wiem, czuję, pragnę, co we mnie żyje?

Może większość ludzi, którzy mnie otaczają, uciekłaby w popłochu?

A może wszyscy odetchnęliby z ulgą, bo każdy ma tak samo?

Odpinam czasem zamek do mojego środka, tak odrobinę, aby smuga światła wdarła się do wewnątrz, aby sama się mogła przyjrzeć moim sekretom - rzadkim perłom i groźnym niewypałom.

Ale czasem kusi mnie, żeby rozsunąć zamek do końca.
Wywalić wszystko i zobaczyć co się stanie.
A potem pofrunąć wysoko, spojrzeć na wszystko z dystansu i uśmiechnąć się dobrotliwie na myśl o problemach ludzkości.


czwartek, 20 listopada 2014
- Czemu nie piszesz, Aga?
- Bo nie mam czasu.
- Czemu nie masz czasu na rzeczy najważniejsze?


Najważniejsze.
Jak to ładnie powiedzieć komuś takiemu jak ja, kto ciągle przesiewa, przesiewa, przesiewa, a wciąż dużo tego, co jednak ważne, potrzebne, kuszące?

Moje sito ma za
duże oka.
Gdyby lać wodę - przeleje się wszystka.

Tymczasem we mnie płyną rzeki podziemne, pulsują źródła
, a stan wód przekroczony, a stan wód alarmowy.

Jestem w kolejnym granicznym momencie.
Nie będę nic przesiewać.
Muszę otworzyć szufladę planów, pragnień i powinności i zrobić w niej porządek.


wtorek, 18 listopada 2014
O Pollyannie piszę znacznie mniej niż pisałam o Antku, ale to nie znaczy, że mniej się nią zachwycam, czy mniej przeżywam macierzyńskie uniesienia. Wręcz przeciwnie. Od kilku miesięcy zbieram się, aby napisać o mojej cudnej córeczce, która z każdym dniem bardziej mnie zadziwia, czaruje i rozczula.

To, co mnie w moich dzieciach niebywale fascynuje,  to ich zupełna różność, a każde z nich jednocześnie jest najlepsze na świecie.

Dziś o mojej córci.

Kiedy się urodziła wydawała mi się taka spokojna i krucha, ale 4 kilogramy w 37 tygodniu zwiastowały, że wyrośnie na herszt babę.
I wyrosła. Moja córcia jest hersztem w pełnej krasie. Je wszystko. Już w ósmym miesiącu z apetytem zajadała śledzie, zagryzając je tatarem. Moja córcia wszędzie wlezie, a sprytna jest nie lada. I na drabinkę i na zjeżdżalnie, i na parapet - a przy tym ostrożna i rozważna jest. Jej wyjątkowa koordynacja ładnie łączy się z poczuciem rytmu - gdy tylko słyszy muzykę zamienia się z herszt baby w baletnicę i kręci biodrami. Albo poguje - a co!
Moja córcia uwielbia książki - do dziś nie bawi się za bardzo zabawkami, za to książki wertuje z niebywałą ciekawością. I o wszystko pyta, a jakże! Moja córcia żartuje - uwielbia udawać ducha, albo udawać, że nic ją nie obchodzi, albo udawać, że się obraziła. Moja córcia gada jak najęta.
Jej pierwsze słowo poza mamą i tatą, brzmiało: "doble!" i zawsze chodziło wtedy o jej wrażenia kulinarne. Teraz tych słow jest znacznie więcej, a wiele z nich dotyczy oczywiście żarcia: jajo, ketip (keczup), bubu (buła), soś (sok) czy lolo (lody).
A poza tym wszędzie jej dobrze. Idzie przed siebie pewnym krokiem, wie czego chce, buźkę ma uśmiechniętą i figlarne oczy.
Pytana, czy kocha mamę, tatę lub Antka zawsze marszczy nos i kręci głową: NIEEE!
A potem wybucha gromkim śmiechem.
Jak mawia jej babcia, to typ, który nas sprzeda, kupi i znów sprzeda, a my nawet nie zauważymy.
Tak może być.

Polcia w telefonie:


a tu hurtem "Antek gada"

SMERFY
- Mamo, puścisz mi Smerfy na komputerku?
- Ja używam komputer, więc musisz poczekać.
- Ile?
- Pół godziny.

- Pół godziny?!!! (trzask drzwiami) To ja dziękuję za taką miłość!!!


LATANIE

Antek skacze po kanapie, ja myję w zlewie Polkę.
- Aaantek! Przynieś mi proszę ręcznik!
- Teraz niee mogę!!!
- A czemu?
- Trenuję latanie!

HARCERSTWO

Antek dostał od dziadka kompas, więc bawimy się w wyprawę do lasu. On jest tatą, a ja córką.
- Córeczko! Rozpalmy ognisko!
- A Ty umiesz Tato rozpalać ognisko?
- Pewnie, że umiem! Byłem w harcerstwie. Tam uczyli nas rozbijać namioty i rozpalać ogniska!
- A śpiewaliście piosenki?
-  (z lekceważeniem) Taa, śpiewaliśmy jakieś tam kolędy.


NADZIEJA

W przedszkolu.
- Sam zapniesz zamek czy ci pomóc?
- Sam!
- Daj, bo zaraz rozwalisz
- mówię, bo mi się spieszy.
- Sama się rozwalisz! - krzyczy i mocuje się dalej z zamkiem.
- Antek! Jak ty się do mnie odzywasz!?
- Muszę tak mówić, bo zbyt szybko tracisz nadzieję!

***
Post scriptum
Antek mi potem tłumaczy:
- Musiałem tak powiedzieć, bo ty za szybko tracisz nadzieję.
- Ale że co?
- Pamiętasz jak uczyłem się jeździć na rowerze?
- No pamiętam.
- Mówiłaś: dasz radę, dasz radę, dasz radę. A jak sam zapinam zamek to co? To tak szybko tracisz nadzieję!



niedziela, 16 listopada 2014

Endrju biega z mikrofonem po sztabach wyborczych, a ja siedzę na kanapie z glinką na buźce, popijam piwko i słucham wieczoru wyborczego.
Dziś zafundowałam sobie pierwszy trening z Chodakowską, a wszystko dlatego, że wysiadło mi kolano i od trzech dni nie mogę biegać.  Dla takiego początkującego entuzjasty nagrzanego na bieganie to prawdziwy dramat. Ale spoko z Chodakowską jakoś przetrwamy tę kontuzję.

No dobra, ale dziś nie będzie ani o treningach, ani o wyborach.
Chyba, że o życiowe wybory chodzi.


Ostatnio blog za mną nie nadąża – a ja mam wrażenie, że zbyt dużo się dzieje, abym mogła to zamknąć w słowach i poważnie zastanawiam się nad zmianą formuły pisania, albo po prostu powrotem do źródeł, kiedy blog nie był kroniką mojego życia, lecz bardziej szufladą wrażeń.

 W ogóle powinnam się zredukować, określić priorytety, bo moje życie to takie wieczne miotanie się pomiędzy przyjemnością a powinnością, rozciąganie doby do granic możliwości, upychanie wszystkiego tak szczelnie, aby już nawet na oddech nie było miejsca.  

W efekcie łapię kilka srok za ogon i niczego nie robię tak naprawdę, głęboko, do końca. Nie poświęcam się jednej pasji, nie angażuję się w jedną relację, nie szlifuję jednego fachu.
W rezultacie wokół mnie coraz więcej bliskich, których zaniedbuję. Bo się rozpraszam na wielu, bo ulegam fascynacjom – uwielbiam poznawać ludzi i czerpać tę pierwszą świeżą energię, odkrywać  ich i doświadczać czegoś nowego. Oni dają mi inspiracyjnego kopa, a ja tego baardzo potrzebuję.

Codziennie szamoczę się między potrzebą bycia z dziećmi a pragnieniem oderwania się od nich. Nie mogę się zdecydować, czy książka, gazeta czy kino. Wyspać się czy biegać o świcie. Spotkać się z przyjaciółmi czy zawinąć się w kołdrę, a może skoczyć do moich ulubionych sąsiadów? I czego bym nie robiła, to ciągle mam niedosyt. A życie kusi, rozkłada wachlarz smakołyków i nęci. Tyle by się chciało, a dobra taka krótka.

- Taka już jesteś, nie walcz z tym, zaakceptuj - powiedział mi wczoraj Mareczek, który przyjechał z Poznania, a nie widzieliśmy się 5 lat z okładem.

To samo rzedł mi kiedyś pewien psychoterapeuta, od którego zwiałam po pierwszej wizycie, ale jego słowa zapadły.
- Proszę nie wylewać dziecka z kąpielą. Ma pani nieprzeciętną energię, która potrzebuje zasilania z wielu źródeł.

Więc pewnie nic się nie zmieni i będę tak żyć w wiecznej pogoni, a od czasu do czasu będę robić sobie listę priorytetów, która zacznie żyć własnym życiem i puchnąć, rosnąć, tyć.

Bo moja dusza jest strasznym żarłokiem.

A TO KILKA FOT Z SOBOTNIEGO BAJKOPISANIA W PLAYSCHOOL




 

czwartek, 13 listopada 2014
Bella i Sebastian to piękna baśń, która dotyka wszystkich moich tęsknot. A przede wszystkim tęsknoty za wolnością i przestrzenią. Dwie godziny wędrowałam z cygańskim dzieckiem i psem po pięknych bezkresach Francji, aby był to szlak pełen czystych wzruszeń.
Takich, jakie przynoszą nam proste opowieści z czasów dzieciństwa.

Ocieram łzy i idę spać, a Wam i Waszym nieco starszym dzieciom polecam na listopadowy wieczór.






wtorek, 11 listopada 2014
Postanowiłam, że chorować mogę co najwyżej do soboty, bo w sobotę, żeby się paliło i waliło wstać muszę i poprowadzić warsztaty bajkopisarstwa dla małych dziewczynek, a potem jeszcze wietrzenie szafy i mnóstwo innych atrakcji.

I rzeczywiście długi weekend obfitował i czasu na chorowanie nie starczyło.
Ale wszystkie towarzyskie akcje przebił wczorajszy Bal Niepodległościowy Osiedla nad Jeziorem Długim oraz Przyjaciół, na który trafiliśmy za namową moich ulubionych sąsiadów.

Dwieście osób, kapela, parkiet do tańca i śpiewniki do śpiewania. Były więc i hulanki, i śpiewy. A duch w narodzie i werwa, że hej. Kołysząc się prawy do lewego, śpiewaliśmy "Przybyli ułani", "Wojenko, wojenko" i wiele innych żołnierskich szlagierów. I choć jestem przeciwniczką tekstów, które kreują romantyczny wizerunek wojny, to na ten jeden wieczór dałam się ponieść atmosferze. A atmosfera była!

Pierwszy raz świętowałam w ten sposób Dzień Niepodległości i mam nadzieję, że to początek nowej tradycji.

Tymczasem zmykam, żeby urwać jeszcze choć godzinkę długiego weekendu.
Jest kołderka, wino, nowa książka Zadie Smith "Londyn NW" i Trójka.
Po tak intensywnym weekendzie to szczyt moich marzeń.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 103