..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
poniedziałek, 06 lipca 2015
Przytulny czas mam w życiu.
Dopieszczam się i zbieram siły jak przed wojną, głodem, Himalajami.

Daję sobie wszystko, co dałabym kochanej osobie, a nasz rozbójnicki projekt 10/31 pomaga mi w tym, aby robić sobie jeszcze lepiej.

Taki autohedonizm podniesiony do potęgi!

Dzisiejszy dzień zwieńczyłam leżeniem na trawie, potem piwkiem z Tymi na plaży,  a wreszcie wieczorną kąpielą przy świecach  z książką oraz szklaneczką whisky.
I wcale nie przeszkadzało mi, że zamiast obszernej wanny mam brodzik.
Pozycja kłębka - dlaczego nie?:)



I żeby nie było. Poleżałam dobre pół godziny z bardzo przyjemną książką o tytule: "Sekretne życie pszczół".


niedziela, 05 lipca 2015


ale na koktajl starczyło:)

Ten weekend to był bardzo słoneczny koktajl czystego relaksu - pływałam w czterech jeziorach, kąpałam się w jednym słońcu, zebrałam ze sto jagód jadłam, śmiałam się, gadałam, biegałam, czytałam
i  nadal jest mi tak dobrze, że zamiast iść spać, pławię się w przyjemności samotnego cichego wieczoru.

Dobrej nocy!

piątek, 03 lipca 2015
Lubię język - mocny, krwisty, dosadny.
Uwielbiam poezję, a poetycką wulgarność szczególnie.
I zawsze obiecuję sobie, że będę notować, a potem zapominam:

Mój szef rozpoczyna spotkanie:
- Żebyśmy się nie rozpłynęli w moim pierdoleniu, bierzmy się do roboty!

Zaś R. dziś obiecuje:
- W warsztacie zrobią zawieszenie i będziesz miała auto jak pizdencja anioła.

A ja zamykam oczy i wyobrażam sobie pizdencję anioła
- musi być boska!
czwartek, 02 lipca 2015
Soczysty dzień za mną, bo mam wrażenie, że wycisnęłam z niego tyle, ile tylko się dało!

O poranku pływałam, a potem piłam kawę na plaży.

W południe przelotem ucałowałam Anię, przeszukałam oferty aut, bo almerka padła na amen, popracowałam, wypiłam dwie kolejne kawy i zjadłam magnuma w smacznym towarzystwie.

Po południu znów wylądowałam nad jeziorem - najpierw Krzywym, a potem Długim, gdzie się wylegiwałam w słońcu, pluskałam z Polcią i uplotłam wianek w ramach tajnego rozbójnickiego projektu "10/31", a po powrocie umyłam okna.Ha!

Wieczorem ukołysałam do snu bachorki i poćwiczyłam z Ewcią - po raz pierwszy wzięłam na warsztat program turbo spalanie i myślałam, że umrę! Przy każdej rundzie obrzucałam ją mięsem.
Ale ten, kto mnie trenuje, musi być na to odporny:)


A teraz już za moimi plecami czarna noc, dopijam lampkę wina i idę spać.
Znów się nie wyśpię, ale czort z tym.




środa, 01 lipca 2015
- Ona Cię okręciła wokół palca - komentuje z przekąsem moja mama, ilekroć przyłapie mnie na maślanym spojrzeniu, jakim wodzę za moją córcią.

Ano okręciła, a mnie się ten stan bardzo podoba, bo uwielbiam gapić się na moje dzieci, lampić się z zachwytem, z rozdziawioną gębą, z uśmiechem i z czułością (oczywiście pomijam chwile, kiedy mam ochotę je zamordować).

Nasz bałtycki wyjazd dał mi sporo momentów, aby się zapomnieć i zapatrzeć.
A widok był szczególny, bo moje dzieci po raz pierwszy miały okazję  poznać bliżej swoją bliską kuzynkę.
I o dziwo, ten młodociany towarzyski trójkąt wypalił. Trzyletnia Olga świetnie dogadywała się z obojgiem i razem tworzyli całkiem zgraną bandę.

Mnie zaś co jakiś czas  zalewała taka tkliwość, że miałam ochotę
wycałować, zatulić, zadusić i pochłonąć każde z nich w całości.
A mój rubensowski amorek poszedłby na pierwszy kęs:)

Antek, Olga i Pola - bardzo udany pierwszy wspólny czas.

wtorek, 30 czerwca 2015
Co to był za dzień!
Mogłabym się jeszcze długo tak pławić w przyjemnościach!

Po pierwsze mnóstwo dobrych życzeń, a każde życzenie to taka łycha miodu na podniebienie, plasterek na serce.

Po drugie chillout - śniadanie z Tymi i fajne gadanie, bieganie nad Plusznym i kąpiel w rajskiej zatoce.

Po trzecie przygoda - czyli lot szybowcem, który mnie zaskoczył, przeraził i do ostatniej chwili miałam ochotę nawiać stamtąd, potem już się tylko modliłam, żeby przeżyć,  z trwogą liczyłam okoliczne brzozy, przez chwilę uwierzyłam nawet w Pana Boga i zaczęłam z nim pertraktować.

Aż wreszcie zaparło mi dech i zastygłam z przerażenia i zachwytu.

Po czwarte - rozbójnickie chichotanie, czyli spotkanie Rozbójniczek przed naszym lipcowym wyzwaniem pod tytułem 10 minut.
Nie macie pojęcia, ile rzeczy można zrobić w 10 minut. Ja też nie mam, ale od jutra będę miała i nie mogę się tego doczekać.

A po piąte przez dziesiąte dziś kończę 35 lat i jestem proszę Pana na zakręcie, moje prawo to jest pańskie lewo, pan widzi ławkę, krzesło, stół, a ja rozdarte drzewo.

Mówiąc zaś prosto i prozą: jestem w momencie przełomu.
Nie wiem do końca czego chce, ale wiem na pewno, czego nie chcę.

Za mną cudny dzień - istny pięciobój hedonistyczny.
Dziś czuję się córką świata - ukołysaną i dopieszczoną.

Dziękuję Wam wszystkim za łyżki miodu, plasterki, niespodzianki, gadanie, chichranie, dobre słowa, piękne kwiaty i podkowę pandory:)




poniedziałek, 29 czerwca 2015

Minął mi ten czas jakbym na chwilę zmrużyła oczy.
Czas niby zwyczajny, a jednak ważny.

Dobre chwile z rodzicami - nadzwyczaj udana wesoła podróż w obie strony, fajne momenty: bieganie nad morzem, leniwe plażowanie, wieczory ze staruszkami, biesiadowanie u wujka Radka i Ciotki Danki, basen, wyprawa na molo i kilka chwil trudniejszych, które otworzyły nowe wątki do przerobienia, a poza wszystkim - duże zmęczenie dzieciakami.

To moja pierwsza większa próba bycia rodzicem solo - wyzwanie, które sporo kosztuje.

Ale wróciliśmy cali, zdrowi i zadowoleni - a swoim staruszkom jeszcze raz dziękuję za ten wypad. To powinno stać się coroczną tradycją:)

Było tak:



I tak:

czwartek, 25 czerwca 2015
Ledwo wróciłam i znów jadę - tym razem nad morze w składzie dość nietypowym, bo z dziećmi, moimi rodzicami, Krisem, Asią i Olgą.


Pół kuchni zajmują: walizka, torby, tobołki i tobołeczki, bo czy się jedzie na 3 dni czy na 3 tygodnie to bagaży zawsze jest tyle samo.
Dzieci przez całe popołudnie były tak podjarane wyjazdem, że padły w łóżkach jak kawki, byleby już nadeszło jutro.

A ja powoli kończę dobry dzień wypełniony fajnymi spotkaniami:

byłam na śniadaniu w Chilli, wpadłam do Ani, żeby ją uściskać i zachwycić się jej siedzibą (Coco Chanel żyje!), dałam się wymasować wspaniałym dłoniom Edytki (odlot), zajechałam do Babci z imieninowymi kwiatami i zdążyłam pobiegać.

Niech żyją dni wolne od pracy!

I tak będzie aż do moich wtorkowych urodzin.

W te wakacje zbieram siły, poszukuję inspiracji i precyzuję priorytety -
a potem idę w świat szukać pieniędzy.


wtorek, 23 czerwca 2015
Zacznijmy od początku:

KENY KONTRA WIKINGOWIE
W piątek wieczorem w wyjściowym futrzanym kołnierzu - niczym gwiazda filmowa i załadowana tobołami - jak baba z rynku, ruszyłam pociągiem do Iławy, aby w pełnym luksusie spotkać się z naszymi klientami ruszającymi dnia następnego w rejs.
Największą uciechę miałam, gdy porównywałam naszych nieogolonych szorstkich chłopaków i korpopięknisiów w kołnierzykach polo.
Ale jak to między facetami, każdy kolejny kieliszek wódki przełamywał bariery, a ja powolutku stawałam się coraz bardziej niewidzialna, aby po angielsku wycofać się z gry.

Z wielką ulgą opuściłam Kenów z Pewexu i zwiałam do hotelu, gdzie zapadłam się w sen jak w dobrą bajkę, aby zerwać się o poranku, bo...


KGMoBUS w drodze

KGMobus, czyli 7 osobowe auto Iwy Ż, które Tomek zakupił na pewno z myślą o nas, podjechał po mnie o 9.00 i razem ruszyłyśmy dalej.
Ledwo wystartowałyśmy, doszło do sporu, na której stacji dają najlepszą  kawę i czy zatrzymujemy się już, za chwilę, a może trochę później? W powietrzu miks ekscytacji jak z pierwszej kolonii i uciechy rodem z wycieczki do Ciechocinka.

Na miejscu powitała nas Ania, samiuteńka w wielkim domu, który cały czekał na nasze przybycie. W kosmicznym tempie próbowałyśmy się nagadać przy kawie i winie, i pomalować do sesji, i przymierzyć ciuchy - a salwy śmiechu wybuchały co chwila jak wulkany dobrej lawy.
Tymi podjęła się wizażu i  okazało się, że uczennica przerosła mistrzynię - wyglądałyśmy naprawdę świetnie.
I takie nas zastał Arek, z którym ruszyłyśmy w plener.

KASZUBSKA GOŚCINNOŚĆ
Ale, że sztuka wymaga pełnych żołądków, popędziłyśmy najpierw do Kostkowa, gdzie leży serce kaszubskiej gościnności - prawdziwy dom kobiet z mamą, babcią, ciocią i siostrą. Tam bowiem, zupełnie nieoczekiwanie, czekała na nas uczta. Wpadłyśmy tam zrobione co prawda na damy, ale z manierami wygłodzonych szczeniaków i pożarłyśmy jak leci wszystko, co wjeżdżało na stół. Ja nie mogłam wyjść z podziwu  - bo jaką trzeba być mamą, żeby zrobić takie przyjęcie dla 6 obcych przyjaciółek córki? Moja rodzona matulka zaśmiałaby mi się w twarz na samą myśl.


na werandzie w Kostkowie

DOBRE ŚWIATŁO

W ten sposób doczekałyśmy się światła, które dla piękności 40- jest najbardziej łaskawe i Arek zabrał się do dzieła. A że sesja miała tytuł "Kobiety w drodze", przemieszczałyśmy się po okolicznych drogach, budząc pewne niepokoje wśród lokalnej społeczności.



Finalnie dojechaliśmy do moich ukochanych Dębek, gdzie każda z nas miała sesję beauty.
Skończyłyśmy grubo po 21.00 wymęczone, lekko pijane winem sączonym od południa, wymarznięte i wychichrane do imentu.



GADU-GADU
Wracając jeszcze KGMobusem, przeglądałyśmy zdjęcia trzaśnięte komórką z backstage'a:
- Ech Monia - westchnęła Ika - Ale ty ładna jesteś na tym zdjęciu. Znaczy się, ty w ogóle jesteś ładna. Ale na tym zdjęciu jesteś ładna dodatkowo!

chwilę później:
- Ale się fajnie kładłaś do zdjęć na tej plaży! Wyglądałaś jak foczka!
Bo chyba nie łudzisz się, że wyglądałaś jak Marylin Monroe???!

Już na miejscu, gdy wypełzałyśmy ledwie żywe z auta, Monia postawiła diagnozę:
- Dziewczyny, to była śmiertelna dawka tlenu!

Dlatego też wychyliłyśmy może ze dwa wina i padłyśmy.
A rano po leniwym śniadaniu, ja ruszyłam dalej...

LA RUINA I MASA ROBOTY

bo do roboty do Poznania.
Na szczęście zaczęłam bardzo przyjemnym akcentem, bo spontaniczną kolacją z Markiem, który zabrał mnie na chwilę do La Ruiny na Śródce, którą już od dawna śledziłam w necie.
Świetny klimat, super żarcie, przemili ludzie - halo! Olsztyn! Uczmy się czegoś.

obok La Ruiny koty chodzą po linie

POTEM
A potem już było tempo i urwanie głowy - zakończone sukcesem i moim skrajnym wyczerpaniem; dużą satysfakcją i szczyptą niesmaku, która chyba wpisana jest w naszą branżę.


widok z 15 piętra hotelu:)


I to tempo skończyło się dopiero dziś.
I dopiero dziś miałam chwilę, aby zatrzymać się na moment, odwrócić za siebie, raz jeszcze dotknąć wszystkiego, co było cudne, a nieprzyjemne ponownie obrócić w palcach.



To był mój najdłuższy wyjazd bez dzieci od ostatnich 4 lat i... proszę o więcej!:)
Ale nie teraz.
Teraz bez reszty nacieszam się dzieciakami.
Zgłodnieć macierzyństwa - też piękny stan!

czwartek, 18 czerwca 2015
Od kiedy Endrju nie mieszka z nami, moje życia przypomina bierki.
Jakby jedna nieostrożnie wysunięta bierka, rozsypała cały stosik. 
Nagle wiele innych relacji stanęło pod znakiem zapytania - i przysięgam nie wiem, czy gdzieś podświadomie to ja gmeram w tych patykach i robię rewolucję, czy po prostu jedna zmiana wymusza kolejne i nie zawsze mamy na to wpływ.

Zmieniają się moje relacje kumplowskie, z rodzicami, nawet z ludźmi z pracy.
Na lepsze, gorsze, inne.

Pojawia się nowe - dobre i energetyczne.

I tylko kolosy na ołowianych nogach, czyli moje stare sprawdzone przyjaźnie po prostu SĄ.

A mi chyba nic nie pozostaje jak grać w bierki nadal dopóki wszystko się na nowo nie ułoży.






środa, 17 czerwca 2015
Dziś okazało się, że Ania ma prorocze sny.
Z rańca zapytała, czy wszystko dobrze, bo śniło jej się, że płakałam.

Odpisałam, że dobrze, a kilka godzin później zapłakałam i raz, i drugi raz, i gdybym tych łez nie zabiegała w szybkim tempie, może i płakałabym do teraz.

A może nie - bo teraz jest dużo jaśniej niż było za dnia.

O bierkach, które się sypią napiszę jutro, a teraz pójdę już spać.


ja i mój mityczny mężczyzna - moje męskie alter ego -
o nim też kiedyś napiszę.



Antek codziennie do przedszkola niesie plecak wypchany przytulankami, które mu towarzyszą podczas leżakowania. Od jakiegoś czasu ma fazę na angry birds, mimo że nie zna ani filmu, a ani gry. Wystarczy, że kumple znają:)

Rano mówi:

- Ostatnio chodzimy na dwór i nie ma leżakowania. Myślisz, że mogę dziś nie brać przytulasów i zaryzykować?


- Weź i lepiej nie ryzykuj - poradziłam mu zachowawczo:)




poniedziałek, 15 czerwca 2015
Dobre były te ostatnie dni!
Mimo że dopadło mnie przeziębienie, pomimo stresu w robocie, finał tygodnia okazał się słoneczny i soczysty.

Był triathlon: bieganie, pływanie i wygrzewanie się w słońcu nad jednym z najpiękniejszych jezior Warmii, był czas z dzieciakami, Rozbójnicka sesja foto, wyprawa z Anią i Polą do Niedzielnej Kawiarni w  Kwaśnym Jabłku (jak tam jest fajnie!!!), było wieczorne gadanie z Tymi, i trochę czytania, i trochę kina.

Tyle się zmieściło, że gdyby wyciskać, zostałaby
po tym weekendzie kolorowa i smaczna plama dobrych wspomnień. 

Nawet nie wiem kiedy, wyparowała z niej moja zbyt ciężka pojedyńczość i znów zrobiło mi się lekko na duszy. Znów mam przed oczami jej błyszczący rewers, czyli wolność.

I tym razem nie o hedonizm  się rozchodzi, ale jakąś przestrzeń w głowie i lekkie ramiona. Znów głęboko oddycham i miło łopoce mi serce.



fot. Michał Ciucias

https://www.facebook.com/lolerozbojniczki

sobota, 13 czerwca 2015
czwartek, 11 czerwca 2015
Gadam z Antkiem:
ja: Babcia mnie ochrzaniła, że zabieram Cię na rower, kiedy masz chore gardło.
Antek: Bo Babcia jest mądrzejsza od Ciebie.
(pauza)
Ale pamiętaj Mamo, my zawsze robimy tak jak Ty zdecydujesz, jasne?
środa, 10 czerwca 2015
Wróciłam i żyję.
Wróciłam z tej podróży z workiem różnych emocji.
Ale one wszystkie kręcą się wokół jednego - mojej pojedyńczości. 

Z każdym dniem mojego nowego życia utwierdzam się w przekonaniu, że im dłużej żyję sama, tym bardziej staję się pojedyńcza.
Nie umiem już z nikim dzielić łóżka - śpię w poprzek, nie jestem gotowa na  krzywe kompromisy, nie potrafię sobie wyobrazić codzienności z kimkolwiek poza moimi dziećmi.

Jest w tym trochę smutku, ale i trochę ulgi.
Jakbym przebudziła się na nowo i zrozumiała, że od dziś żyję sama.
Nie mam ani ramienia, które mnie wesprze, ale też nie mam kuli u nogi, która mnie spowolni.

Trudne, ale uwalniające.



poniedziałek, 08 czerwca 2015
Mam jeszcze tyle planów na najbliższe tygodnie, mam tyle apetytów na kolejne lata i dekady. Chciałabym jeszcze tańczyć, pisać, jeździć konno, uprawiać ogród, zapisać drobnym maczkiem książkę kulinarną. Chciałabym na 40. urodziny przebiec poznański maraton, wziąć Polcię na pierwsze "dorosłe" zakupy, poznać pierwszą dziewczynę Antka.

Mogłabym jeszcze długo tak wymieniać, gdyby nie to, że jutro jadę pod Poznań. A ja do każdej podróży autem szykuję się jak do śmierci.
Niczego tak się nie boję jak wypadku samochodowego. To już jest obsesja -  ilekroć jadę w trasę, żegnam się z dziećmi jakbym już nigdy ich miała nie zobaczyć.


A w razie czego:
- nie ukrywać przed dziećmi, że mama nie żyje - nie zamiatamy pod dywan!
- nie żałować czasu ani kasy na psychologów dziecięcych
- zarchiwizować bloga dla nich
- odkopać wszystkie ich zdjęcia i filmy z moich dysków
- stawiać granice, ale kochać bezwarunkowo, wspierać, wierzyć w nie, zachęcać, dmuchać w skrzydełka i jeszcze raz wspierać, tolerować inność, a później pomóc przeciąć pępowinę.
Amen.


Teraz mogę jechać.
Pa!


niedziela, 07 czerwca 2015
Strasznie łatwo się wzruszam. Fontannę łez mam ciągle w gotowości i wystarczy drobny bodziec, a ja już chlipię albo szlocham - w zależności od kalibru wrażeń.

Wczoraj chlipałam na rozbójnickim spotkaniu, bo potoczyło się nietypowo. Zamiast planować kolejną akcję, słuchałyśmy dzikich historii z życia Gosi, a ja miałam mokre oczy. Potem zupełnie niespodziewanie atmosfera odwróciła się od 180stopni (też za sprawą Gosi) i ryczałyśmy ze śmiechu dobre pół godziny.

Dziś natomiast spłakałam się w kinie na francuskim filmie pt. "Rozumiemy się bez słów". 
Jakieś 54 razy mówiłam, że kocham francuskie kino, mogę powiedzieć i 55: KOCHAM FRANCUSKIE KINO!
A film był o bolesnym przecinaniu pępowiny.



Wzruszały mnie też moje dzieciaki, bo spędziłam z nimi bardzo dużo czasu.
Antek na szkółce pływania dziś dał z siebie wszystko i zrobił ogromny postęp, a ja patrzyłam na niego i wiedziałam, jak dużo go to kosztuje.

I Polcia, która od soboty biega już tylko w majteczkach, a każda kupa w nocniku jest jej absolutnym drobnym zwycięstwem.

Są takie słodkie i takie wyczerpujące - że mogłabym się chlastać z miłości do nich, a jednocześnie padam na ryj po jednym dniu z nimi. Nie mogę się nimi nacieszyć, wytulić, wygłaskać, wypieścić, i ciągle mi tego mało i mało, ale nie wyobrażam sobie życia tylko z nimi - bez biegania, przyjaciół, wypadów do kina, szlajania się po mieście.

Ta ambiwalencja jest koszmarnie męcząca, bo bycie matką to szpagat między apetytem na życie a potrzebą macierzyńskiej bliskości, szpagat między poczuciem obowiązku, a potrzebą własnej realizacji, szpagat między własnym o sobie mniemaniem a opiniami innych.

Niełatwa figura, ale tylko szpagat daje mi szansę być jednocześnie w dwóch miejscach. Karkołomne to, ale możliwe!




Olsztyński Festiwal Baniek Mydlanych w Parku Cetralnym - najpierw była kąpiel w fontannie, a potem puszczanie baniek. Frajda, że hej.
piątek, 05 czerwca 2015
A u mnie w duszy hula już lato!

Był letni babski wieczór w Playschool, gdzie z KGMem piłyśmy, żarłyśmy i zażarcie się kłóciłyśmy - o politykę, o przepisy ruchu drogowego i o wyższość wielozadaniowości nad jednowątkowością.
Tematy, które nigdy nas nie interesowały, wczoraj wywołały gorące emocje, takie, że hej!

Było też słoneczne bieganie z pierwszą kąpielą w jeziorze, czyli mój ulubiony zestaw rekreacyjny. Gdyby dodać do tego jeszcze kochanie - tak wyglądałby raj.

Była leniwa rozpusta z Anią Rozbójniczką na Przystani, gadanie o rzeczach przeróżnych, kilka złotych myśli, które warto zapamiętać, chichotanie i chodzenie boso po bałtyckim (serio!) piasku.

Były lody z Tymi i dzieciakami na starówce przerwane interwencją policji, która mnie dopadła po tym, jak kilka godzin wcześniej postanowiłam zbiec z miejsca zbrodni.
Niestety tym razem oni mieli rację, ale Tymi jako lojalna przyjaciółka próbowała na wszelkie sposoby interpretować zdarzenie na moją korzyść.

Scenka:
Ja stoję przy radiowozie i czekam na mandat, a Tymi z dzieciakami czekają oddaleni jakieś 200 metrów.
Wreszcie słyszę, jak Antek krzyczy do reszty:
- Poczekajcie tu,  a ja pójdę i sprawdzę, czy już wzięli moją mamę do więzienia!

Do więzienia nie wzięli, a ja najpierw połajałam się wewnętrznie, a potem postanowiłam wynagrodzić sobie obciach i manat dużą porcją lodów.
Poszłyśmy jeszcze na plac zabaw, gdzie dzieci wytarzały się doszczętnie, a my miałyśmy chwilę dla siebie.

Wróciliśmy do chaty brudni, biedni, zmęczeni i szczęśliwi.


Wczoraj było BOŻE CIAŁO.

Dziś
było wszystko, co boskie dla duszy i ciała
BOSKIE CIAŁO!


a to dzisiejszy prezent od Ani - nic dodać:)
środa, 03 czerwca 2015
Oto kilka kadrów z Rozbójnickiej akcji z okazji Dnia Dziecka.
W Parku Kusocińskiego uwalniałyśmy nasze wewnętrzne Dziewczynki i zachęcałyśmy innych dorosłych, aby zabawili się z nami:
Więcej tu:
https://www.facebook.com/lolerozbojniczki








wtorek, 02 czerwca 2015
GOTUJĘ
Z początkiem czerwca wdrażam kolejne postanowienie trochę wymuszone sytuacją matrymonialno-finansową, ale też zainspirowane kulinarnymi imprezami i letnim głodem dobrego smaku.
Postanowienie brzmi - planuję i gotuję!

Planuję posiłki dla siebie i dla dzieci - robię zakupy z wyprzedzeniem - gotuję smacznie i zdrowo - jem lepiej, oszczędniej i mam z tego i frajdę i satysfakcję.

Wczoraj na fali postanowienia wpadłam w dziki szał  i zrobiłam dzieciom makaron na 3 dni z mięsem i pomidorami, a dla siebie marchewkę ala Ewa Pe, zapiekankę z pora i ananasa (przepis z sieci, efekt- rewelacja) i sałatkę do pracy.

REWOLUCJA NIE KUCHENNA
A dziś oprócz tego, że jadłam to, co przygotowałam, to jeszcze zrozumiałam, że polityczką nie będę.

Wylądowałam bowiem w ratuszu na kursie dla rad osiedli i przez półtorej godziny słuchałam, jak pani czyta nam treść wyświetlanej prezentacji  dotyczącej prowadzenia finansów, protokołów i takich tam.
- Przepraszam! - zapytałam po 45 minutach głośnego czytania - czy ja to muszę notować, czy może nam pani ten instruktaż po prostu przesłać na adres mejlowy?
Pani spojrzała na mnie wielkimi oczami, po czym rzekła:
- Ależ proszę pani! Nie mogę tego pani wysłać! To jest praca własna!

Tak wyglądał tylko początek burzliwej dyskusji, która ugrzęzła na jakiejś mieliźnie oceanu biurokracji, a ja już do końca siedziałam oniemiała ze zdumienia, bo każdy kolejny "mądry" slajd prezentacji uświadamiał mi, że  tkwimy w totalitaryzmie tabelek i pieczątek, a mijamy się  z istotą rzeczy.

I wtedy zrozumiałam:

jeśli mam kiedykolwiek zająć się polityką - to tylko przez rewolucję,
bo oficjalnymi szczebelkami do władzy nie dojdę, co najwyżej mogę wejść do piekła:)

niedziela, 31 maja 2015
Nie zapowiadało się, że ten weekend będzie aż tak smaczny.
W sobotnie południe zaliczyłam jakiś hiperzjazd i miałam ochotę położyć się w łóżku i wstać za tydzień.
Resztką sił poszłam biegać, przebiegłam dyszkę i mocny wystrzał endorfin postawił mnie na nogi. I do tej chwili endorfiny mnie nie opuszczają.

Zaraz po dyszce pojechałam na zasłużoną nagrodę, czyli wielkie gotowanie pod chmurką w Różnowie. Co tam się nie działo!
Pięć ekip kulinarnych, które uwijały się jak mrówki, przygotowując cuda na kiju, raj dla podniebienia. Ja dołączyłam do sekcji wege i wszystkie swoje talenty włożyłam w skrobanie, a potem smażenie marchwi. Heniu mówił, że pięknie smażę, a ja mu wierzę.

Chronologię ogarniam mniej więcej do momentu degustacji, bo potem wszystko zaczęło się cudnie mielić - to przy ognisku, to przy bufetach, to na parkiecie.

A o zmroku co odważniejsi wskoczyli do bani z gorącą wodą i wtedy to już karuzela rozkręciła się na dobre - a mnie bolały mięśnie za uszami od ciągłego chichotania.
Ale żeby nie było -zdarzały się i romantyczne momenty, gdy gapiliśmy się w niebo, podziwiając koniukcję Wenus, Jowisza i Saturna.

Do domu wróciłam grzecznie, bo chwilę po północy i mimo że nie pląsałam po rosie o świcie, jak było w pierwotnym planie, to czuję, że tej imprezie niczego nie brakowało.


gotowaliśmy z widokiem na dolinę - wizualny odlot
***

Dziś natomiast dzień zaczęłyśmy od kolejnej rozbójnickiej akcji pt." Uwolnij swoje wewnętrzne dziecko" i w Parku Kusocińskiego grałyśmy w gumę i klasy, skakałyśmy na skakankach i próbowałyśmy zachęcić dorosłych do wspólnej zabawy. Z różnym skutkiem, ale zdarzyli się dwaj staruszkowie, którzy pokopali z nami piłkę i fantastyczna pani, która zdjęła buty i w obcisłej spódniczce zaczęła grać z nami w gumę.


Resztę dnia spędziłam, nacieszając się moimi maluchami,za którymi tęsknię już po jednym dniu rozłąki i wtedy chciałabym je zjeść w całości, a już chwilę później zamordować i ukochać jednocześnie.

To był dobry tydzień. Endorfinki siedzą mi na ramionach i jest nam ze sobą dobrze.

A morał?
Gdy jest Ci tak źle, że już nic nie pomaga i na nic nie masz siły, wykrzesaj okruch i idź. Biegnij godzinę, nie musisz sie spieszyć. Gdy skończysz, świat będzie zupełnie inny, a potem już pójdzie gładko:)


piątek, 29 maja 2015
Mam niewidzialny pióropusz.

Zakładam go
- na wojnę, na samotność, na strachy, na każdy trudny dzień, a czasem i na noc.

Mój niewidzialny pióropusz nie odpędza lęków,
ale daje mi siłę, aby się z nimi zmierzyć.







czwartek, 28 maja 2015

O

Nie jestem w łatwym miejscu, dlatego w tym pędzie, jaki sama sobie funduję, nieustannie zadaję sobie pytania: czego pragnę? czego się boję? dokąd dalej pójść? jaką zapłacić cenę?

Miksują się w mojej głowie lęki i fantazje doprawione szczyptą wyobraźni i chochlą zdrowego rozsądku.

Na ile można iść na kompromis ze sobą samą?

A to wszystko w biegu, w pośpiechu.
Bo kolacja z Tymi (Tymi fajna, Plankton mniej), bo piwo u sąsiadów, bo bieganie, bo pierwsza przymiarka do napisania piosenki dla Piotrka, bo lekcja portugalskiego, bo dzieci, śmieci, groch i kapusta.

Jutro zaś Toruń i piknik motoryzacyjny, czyli dalej na wysokich obrotach.

A ja mam coraz większą ochotę stanąć na głowie i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Na chwilę wywrócić świat do góry nogami.


wtorek, 26 maja 2015

Żeby żyć - muszę się zakochiwać.
W ludziach, działaniach, książkach, miejscach, filmach i smakach.
Tylko wtedy świat nabiera rumieńców, a mnie się chce wstawać co rano z łóżka.

Daniel Passent powiedział o związku z Osiecką, że to był "pożar we krwi".

Ja muszę mieć pożar w sercu, a gdy umysł mi płonie - wtedy dopiero czuję, że żyję.

Więc chodzę po tym świecie i biorę jak ze szwedzkiego stołu.
Ale żeby nie było - i daję. Bo wierzę w symetrię i lubię dawać!
Tych, którzy skradną moje serce, zapraszam
- niczym na body sushi - można brać, ile kto chce.

Biorę i daję,
wracam i odchodzę,
przechadzam się po świecie, czerpiąc i ofiarując.
Tak mam.
Inaczej nie umiem.

Na dłużej zostaję tylko wtedy, kiedy pokocham.
Mam w życiu kilka miłości bezkonkurencyjnych i niezdradzalnych -
i to jest ta pierwsza najważniejsza iskra wszystkich innych płomieni.

***
Z okazji Dnia Matki - Groszek - jedna z moich dwóch miłości totalnych:

zrobił mi laurki
a potem wziął swoje pieniądze i sam poszedł do kwiaciarni.

WP_20150526_007

23:26, leelooo
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 108