..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 29 stycznia 2015
Uwielbiam filmy, na których mój śmiech plącze się ze wzruszeniem.
Ocieram łzy i już nie pamiętam, czy to łzy chichotu, czy łkania.

Polacy takich filmów robić nie umieją.
Francuzi są mistrzami.


środa, 28 stycznia 2015
Moja Córcia mnie zachwyca tak bardzo, że czasem ów zachwyt aż mnie rozrywa od środka.  
Jest taka słodka, bystra, szelmowska i psotna!

A ja - może nienajświętsza Matka Polka - ale potrafię dostrzegać ważne momenty i celebrować chwile. Potem lecę do siebie, ale gdy się sycę moją córcią, to sycę się każdym skrawkiem jej skóry, każdy gestem, każdą miną, każdym wyspelenionym słowem. A słów już jest bez liku!

Dziś moje dziewczę rozbawiło mnie do łez.
Przebudziła się w środku nocy i cichuteńko wysunęła się z naszego łóżka. Udawałam, że śpię, licząc, że wróci i zaśnie.
Wróciła po chwili.
Wróciła po chwili z mieczem w dłoni.
Wróciła po chwili, odpaliła grający i świecący miecz i stojąc nad nami, wycelowała go we mnie, śmiejąc się triumfalnie.
Czwarta nad ranem.

Zachwyca mnie moja córa - ma wdzięk i moc, jest delikatna i harda za razem, taktowna i krnąbrna. Jest taka, jaka w danym momencie chce być.

I tego życzę Wam na dobranoc moje drogie małe duże dziewczynki.
Bądźcie takie, jakie chcecie w danym momencie być.




poniedziałek, 26 stycznia 2015
Nie trzeba było karczować, wystarczyło wyciąć to, co podcinało nogi albo skrzydła - sama nie wiem, co. Znów się przekonałam o tym, że Codzienność wystarczająco mnie krępuje, żebym jeszcze ograniczała swoją wolność w Niecodzienności.
Żeby unieść zwyczajność dni, muszę mieć swoje niecodzienne ucieczki, w pełni wolne od słów "muszę" i "powinnam".

Moja Niecodzienność to dwa słowa: "chcę" i "pragnę".

Dziś - zupełnie nieoczekiwanie - miałam bardzo zwykły, ale niecodzienny dzień.

pogadałam
posłuchałam
postanowiłam
pobiegałam
poczytałam
popisałam

Mam jeszcze tyle do przeżycia, że bardzo chciałabym zdążyć się zestarzeć.




niedziela, 25 stycznia 2015
Weekend upłynął nam pod znakiem urodzin Antka.
Pierwszy raz tak hucznie obchodziliśmy jego urodziny. Była impreza dla dzieciaków i objazd po rodzinie z tortem (uznaliśmy, że lepiej bałaganić u kogoś niż żeby ktoś miał bałaganić u nas:)))

Antek już od tygodni żył urodzinami, a pech chciał, że z rana w sobotę dopadł go jakiś żołądkowy wirus, który powalił kilkoro dzieci z grupy, a Antka
też próbował powalić. Mały wymiotował co chwilę, ale dzielny był jak cholera. Dał radę na przyjęciu dla dzieciaków, pojechał z dziadkiem po nowy rower (wymiotował, a pomiędzy wymiotami ekscytował się rowerem:), potem jeszcze przetrwał wizytę u dziadków, a wieczorem cudownie ozdrowiał.

Strasznie fajnie być Mamą pięciolatka - mądrego, wrażliwego, czasami poważnego, a jednocześnie wciąż malca, który sepleni i nadal jest bobasem do zacałowania.

To tyle słodyczy.

Impreza w Playschool - rewelacja.
Antek zażyczył sobie formułę kapitańską z elementami Angry BIrds, a ja nie miałam pomysłu, jak to połączyć. Na szczęście dziewczyny miały:)
Do ostatniej chwili jednak nie byłam pewna, czy dwie godziny z animatorami, okażą dla dzieci równie atrakcyjne jak kulki, zjeżdżalnie i małpie gaje, ale ze szczerym sercem mogę powiedzieć, że wyszło ekstra - dzieciaki były podjarane, mamuśki się nagadały. Dobre dwie godziny fajnej integracji.

Dobre miejsce dla dzieciaków w różnym wieku, bo scenariusz można napisać i pod pięcio i pod piętnastolatka.
Polecam więc bardzo i uczciwie:)





środa, 21 stycznia 2015
Zmęczenie poznańsko-warszawskimi eskapadami plus ciśnienie w robocie i jakaś koszmarnie długa lista spraw, osób i obszarów zaniedbanych sprawiły, że dziś zjechałam do bazy.

Nie ogarniam rzeczywistości.
Czego bym nie robiła, towarzyszy mi poczucie winy, że gdzieś mnie nie ma, że ktoś na mnie czeka, że o czymś zapomniałam. Mam poczucie, że na żadnym polu się nie wyrabiam, że łapię za ogon kilka srok, ale to wszystko płytkie jest i miałkie, a ja za chwilę zwariuję.

MUSZĘ ZROBIĆ PORZĄDEK, czyli WIELKIE KARCZOWANIE.

Żeby nie zwariować, zrobiłam sobie listę WAŻNE-NIEWAŻNE.
Ten, kto ją widział, może się tylko uśmiechnąć albo nawet pęknąć ze śmiechu, bo ustalanie priorytetów idzie mi marnie. Wszystko wydaje się konieczne!

Ale ja muszę odpuszczać, bo inaczej umrę młodziej niż bym chciała.
Dlatego, dla jednych spraw zniknę, dla innych powrócę do żywych.

Sama jeszcze do końca nie wiem, ale coś zmienić muszę.

A na koniec dowód, że nawet w hałaśliwej codzienności, można pokusić się o akt twórczy:

***
ENDRJU PISZE
 Mój osobisty mąż napisał rok temu opowiadanie. Tekst, który mnie wzrusza do łez, bo dotyka intymnego świata ojca i córki. Lubię go.
A Wam polecam jako lekturę przed snem.
Strona 8.
http://www.wbp.olsztyn.pl/publikacje/variart/variart042014.pdf

sobotni poranek


wtorek, 20 stycznia 2015
A dziś dla odmiany była Wawa.
Urocza, bo z biznesowym pitu-pitu szybko się ogarnęłam i mogłam spotkać się z moim ulubionym Krzyśkiem, który mnie napoił, nakarmił i kupił ciasteczko na podróż powrotną. I to jakie!


A nakarmił mi w przesmacznej meksykańskiej klitce, co się zowie Gringo Bar
- Jeśli nie będzie Ci smakowało, reklamacje złóż Basi, bo to ona polecała - uprzedził mnie na wejściu, a potem już było tylko pysznie.


Z gorących niusów warszawskich
- Krzysiek zdradził. Masakra. Wiecie już?
Mało czyja niewierność zrobiła na mnie takie wrażenie:)

Z niusów wprost z mojej głowy -
Muszę zrobić sobie jakieś porządne wietrzenie, bo ciągle jestem w niedoczasie. Mam wrażenie, że z niczym się nie wyrabiam, ale to chyba tylko stan mojego umysłu.

Z niusów jeszcze innych -
Albo ucieknę do Nowego Jorku, albo zrobię Nowy Jork w Olsztynie.
Trzeciego wyjścia nie ma:)
niedziela, 18 stycznia 2015
Mój poznański wypad - solo - po raz raz pierwszy od... 6 czy 7 lat okazał się podróżą wielowątkową.

Po pierwsze - ludzie
Po drugie - miejsca
Po trzecie - nostalgia



Ludzie.
Wciąż mam do kogo jeździć. I zawsze wracam z poczuciem, że
zmuszona do bolesnej selekcji, kogoś pominęłam. 

Kasia i Elulu, czyli dobre wiedźmy Teatru

Tam stawiałam pierwsze zawodowe kroki, tam skubnęłam zakulisowego życia, piłam, tańczyłam i chichotałam. Jedyny taki teatr w moim życiu.

Walerka - frywolny plaster na serce
To cała Asia. Jedna z czterech mi najbliższych kobiet. Dobra, frywolna, poważna i niepoważna zarazem. Najlepszy wakacyjny kompan - uwielbiam z nią wyjeżdżać, pić, gadać i szlajać się po mieście, co też uczyniłyśmy, kończąc w Garbary OFF na koncercie death metalowym zespołu NecroSadistic.

Jozi - najsłodsza sucz świata, miks Małej Mi i Makowej Panienki.

Na co dzień nie mamy ze sobą kontaktu, ale fundament zbudowany na hedonistycznym podejściu do życia trzyma się nieźle. Mimo trzech lat niewidzenia, nie trzeba wstępów i podjazdów, żeby zapytać:
- Z kim się teraz bzykasz?

Mareczek - stara przyjaźń nie rdzewieje

Z Mareczkiem przegadałam mnóstwo wieczorów, wypiłam sporo kaw, łaziłam do kina, a na gruncie damsko-męskim mijaliśmy się skutecznie. Teraz gadamy ze sobą od czasu do czasu i jest fajnie, bo bez ceregieli, niedomówień i ozdobników. Tak normalnie jak zawsze było. No i byłabym zapomniała! Mareczek zaopatruje mnie w kosmetyki, które i Wy możecie kupić TU. A ja polecam!

MIEJSCA
Poznań to dla mnie miasto środka. Pomiędzy prowincjonalnym Olsztynem a kakofonią Stolicy.
Tym razem szlak poznański był dla mnie niemal w całości nowy. Poza Dragonem nie byłam wcześniej nigdzie.
Hipsterska Meskalina i Garbary OFF - rewelacja, gejowsko-wolnościowe Hell& Heaven, gdzie można tańczyć i jarać szlugi jednocześnie, świetna knajpka pogodnych ludzi  PEOPLE ARE IMPORTANT, NOT PLACES, niebiańsko dobre indyjskie żarcie w TAJ INDIA nad Maltą i smaczny Meksyk w Mamasitas, poza tym  jeszcze Wielkie Żarcie i kilka innych miejsc, w których mi było baaardzo dobrze.
A na noc wracałam do PENSION POZNAŃ - bliziutko, bo na Sierocej, wychodząc z założenia, że nie po to porzucam moje najkochańsze dzieciątka, żeby cudze bachory skakały mi od rana po głowie:)




łyknęłam też trochę kultury - wystawa lalek w Teatrze Animacji i spektakl Szewcy

NOSTALGIA
Ten wymiar poznańskiej eskapady zaskoczył mnie najbardziej.
Olsztyn, miasto, w którym żyję niemal ćwierć wieku, obrasta coraz to nowymi wspomnieniami. Te nowe zacierają te starsze. Trochę jak słoje drzewa - z każdym rokiem tworzą się kolejne i zanim się drzewo zetnie, ciężko dojść do środka.
Natomiast Poznań aż kipi moim dawnym życiem. Wszystko jest takie żywe, świeże, jakby wczoraj porzucone. Pełno tu pootwieranych drzwi, zaczętych i niedokończonych obrazów, które wymuszają pytanie o wybory, uruchamiają wyobraźnię "co by było gdyby".

w drodze powrotnej:
Książka, która wpadła mi w ręce z zaskoczenia. A było to bardzo fajne zaskoczenie.

I pośpieszna piosenka w rytmie intercity:

Tu, gdzie mój dom
nie tropię odcisków
DZIŚ zaciera WCZORAJ
JUTRO zdmuchnie DZIŚ

A w tamtym mieście
szlaki raz przetarte
ścieżki wydeptane
świeże ślady stóp

Jakby WCZORAJ zdarzyło się DZIŚ

środa, 14 stycznia 2015
Dobre dni za mną, przede mną - chyba, na pewno! - też.

Jest o czym myśleć, jest nad czym pracować, jest czym się jarać, jest na co czekać, jest kogo kochać, jest z kim się kochać.
Czy trzeba więcej?

Dziś znów drobiazgi:

PIERWSZY pokontuzyjny Skalpel z Chodakowską - przyyyjemnie.

PIERWSZY krok w walce z miastem o ogródek.

PIERWSZY wiosenny papieros.

PIERWSZA wersja jednego z rozdziałów albumu, nad którym pracuję.

PIERWSZE opowiadanie Endriuszy za chwilę ukaże się drukiem, a ja ilekroć czytam to opowiadanie, to się wzruszam. Mam nadzieję, że przeczytacie i Wy.

PIERWSZY
od 2/3 lat wyjazd do Poznania już pojutrze!

A to Polcia w PIERWSZEJ letniej sukience w tym roku.


jej PIERWSZE zdanie brzmiało: TU SOKU NIE MA!

I na koniec
zupełnie NIEPIERWSZE gadanie, ale jakie twórcze!
My gadaliśmy, a łapki mimochodem rysowały. Niezłe wyzwanie dla psychologa, która kreska czyja. Ja pamiętam:)



poniedziałek, 12 stycznia 2015
Wrzucam 5 drobiazgów do szuflady, bo zaraz zapomnę.

PRIMO!
Walerka od dziś zostaje moim kinowym guru i tylko jej słucham. To ona wysłała mnie na Whiplash, który mnie wcisnął w fotel tak jak obiecywała. Genialny!

SECUNDO!
Hasło ambiwalencja. Czy Wasze dzieci też budzą w Was aż tak skrajne emocje? Ja mam ochotę je rozerwać albo z miłości, albo ze złości, a ta huśtawka chybocze się z częstotliwością kilkunastu minut. Marzę, żeby od nich uciec i żeby wreszcie do nich wrócić.
Rollercoaster to przy tym zabawa dla cieniasów.

TERTIO!
365 pomysłów na każdy dzień to był mój najlepszy pomysł w tym roku. Doskonały trening uważności. A życie kładzie mi na talerzu taką obfitość inspiracji, że sama nie mogę w to uwierzyć.

QUATRO!
Dobrze mi dziś na świecie.


QUINTO!

A po piąte przez dziesiąte, mały gift od Basi.
Stare zakurzone zdjęcie z naszego łódzkiego szlajania.
Jak to dziewczęta skwitowały: Kiedy to był seks w wielkim mieście.



A dziś wielkiego miasta brak, resztę taktownie przemilczę:)
sobota, 10 stycznia 2015
dzikie historie w kinie
dzikie historie w życiu

- straszne i śmieszne, smutne i radosne,
bo jakby powiedziała stara Jiko z powieści "W poszukiwaniu istoty czasu" - góra i dół to to samo.

A ja sobie myślę, że jeśli nic nie mogę zrobić, jedynie wybrać pomiędzy płaczem a śmiechem to wolę pochichotać.

Jednego i kinu, i życiu odmówić nie można - jest cholernie wciągające:)




czwartek, 08 stycznia 2015
Wczoraj wieczorem zasypiałam przyjemnie zdziwiona. A wszystko dzięki lekturze "Annapurna. Góra kobiet". Bardzo mnie ekscytuje ten rodzaj zdziwienia - trochę w tym odkryć na miarę Kolumba, trochę przygody i adrenaliny, trochę przyjemności obcowania z czymś, co inspiruje, nakręca.

Dziś też zasypiam zdziwiona.
Ale to zupełnie inne zdziwienie, które przerodziło się we wściekłość.
Co ciekawe to również daje przygodę, adrenalinę i nakręca.
Boże, jaka ja jestem wkurwiona!
I szykuję się na wojnę.
Nie oddam, i będę walczyć do ostatniej kropli krwi.

Już dawno, naprawdę dawno, nikt nie doprowadził mnie do takiej furii.
Nie mąż, nie syn, nie ojciec, nie szef.
Prezydent miasta mnie doprowadził.
I to ten, na którego rzecz agitowałam.
Uwierzycie?
Ja wciąż nie wierzę.




wtorek, 06 stycznia 2015
W tym roku zdecydowałam zamienić postanowienia na projekty.
Żadne tam schudnę, nie będę przeklinać, rzucę palenie czy nauczę się obcego języka, ale konkret -  projekt  365 POMYSŁÓW i AKCJA CIUCHOLAND.


PROJEKT 365 POMYSŁÓW po to, aby przywrócić sobie pisarski dryl.
A zatem 365 dni i 365 scen, pomysłów, impresji (forma dowolna, byle zapisana) na każdy dzień. Po to, aby obudzić wyobraźnię i na koniec roku mieć worek pełen zasobów, z których będę mogła czerpać garściami. Lepszego pomysłu na swoje uśpione pisanie nie mam.

Z projektów bardziej prozaicznych - 2015 AKCJA CIUCHOLAND, czyli heroiczna próba wstrzemięźliwości. Żadnych ciuchów ze sklepów (poza bielizną i butami), jeśli już trzeba, to zakupy w ciucholandach.
Nie wiem, czy podołam, ale chcę spróbować.

To tyle na temat planów na 2014,
a to moje dzisiejsze dzieci i ich excentryczny dziadek wraz z psem:)






niedziela, 04 stycznia 2015
Jaki był rok 2014?
Jak Ocean Spokojny był
- lazurowy na wierzchu, a pod spodem istna feeria barw, a przy okazji rafy koralowe, szkielety rozbitków, rekiny szablozębne, ośmiornice i całe ławice... wzruszeń.

W Nowy Rok wchodzę posiniaczona jakby mnie mąż codziennie profilaktycznie chłostał - obite mam plecy i posiniaczony tyłek. A wszystko dzięki bardzo bardzo obcesowym masażom Pana Jacka, który łapy ma mocne i cudownie przywraca mnie do zdrowia, rozbijając i rozluźniając mięśnie - przez lata, ciąże, tryb pracy twarde jak kamień.

Ale to tylko ciało.

Moja dusza noworoczna jest zdziwiona. Tak, to dobre określenie, moja dusza noworoczna jest zdziwiona światem wokół i światem wewnątrz. Zdziwiona i spokojna.

Bo moja dusza ma sto szesnaście lat - czasem sto, a czasem szesnaście.

A zamiast postanowień noworocznych, zdjęcie:




czwartek, 01 stycznia 2015
To był najdłuższy Sylwester w moim życiu. Kilka ulic dalej, bo u Tymisiów.

Od wczorajszego wieczora zatoczyliśmy koło - i tak jak rok temu ta noworoczna leniwa połowa koła okazała się jeszcze lepsza niż Sylwestrowa noc. 
Jako mentalny skowronek uwielbiam towarzyskie śniadania, a nocą to ja jednak najbardziej lubię spać;)


Wczoraj od 7 rano, mniej więcej co 10 minut słyszałam pytanie:
- Maaaamoooooo, kiedy pojedziemy już na tego Sylwestra?

A tuż przed 19.00, gdy już prawie ruszaliśmy (dzieci nakarmione, wykąpane i w piżamach, żebym  nie musiała się nimi za dużo zajmować) padło kolejne dobre pytanie:
- Mamo, a Ty wiesz, jak trafić do Tymka?
- Tak, wiem.
I tutaj spojrzenie pełne nieufności:
- Wiesz Mamo, na wszelki wypadek wezmę jednak kompas.

O dziwo do Tymisiów trafiliśmy bezbłędnie. Młodsze towarzystwo odpadło szybko, starsze trochę biegało, trochę oglądało bajki, a my jedliśmy, piliśmy i gadaliśmy,  a wieczór płynął niezwykle szybko.
Gdy nadeszła północ, obejrzeliśmy z okna fajerwerki, złożyliśmy sobie życzenia, których ja niestety nie pamiętam, ale za to zapamiętałam rozmowę z chłopakami.
- Antek, Tymek, a Wam czego życzyć na Nowy Rok?
- Ja bym chciał X-boksa
- powiedział Tymek.
- A ja Mamo
- rzekł Antek - marzę o takich plasterkach na rany, takich dzieciowych, kolorowych.

Rozczulił mnie ten kontrast marzeń. Antek lat 5, Tymek lat 8 - gdzieś między 5 a 8 traci się materialną niewinność.

Jakoś po pierwszej wymknęłam się do łóżka, jak zwykle po angielsku i bezszelestnie, co w sytuacji, gdy przy stole siedzi 6 osób wcale nie jest proste.

A dziś zaczęliśmy od kawy, potem śniadania, które jakoś bardzo płynnie przeszło w zupę, a następnie przeobraziło się obiad i wreszcie w kawę z podwieczorkiem. W piżamach, wędrując od stołu do kanapy, mieliśmy czas, żeby pogadać w podgrupach, pobyć ze sobą i zwyczajnie wylenić się za cały stary rok.
To był baaaardzo dobry początek nowego roku.

A Wam, którzy tu czasem zaglądacie, życzę równie dobrej energii na 2015.
Kto nie ma - mogę się podzielić!
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Czym żyję na koniec roku?

Ano żyję miejscem, w którym - jak ktoś trafnie zauważył, plecy tracą swą szlachetną nazwę.
Po tygodniu brania leków przeciwzapalnych i przeciwbólowych, ból wciąż doskwiera przy zwykłym chodzeniu, więc codziennie przeżywam żałobę, że nie dane mi pójść biegać. A moja żałoba to miks furii i rozdzierającego smutku, który kisi się we mnie, dopóki nie postukam się w czoło i nie podziękuję losowi, że jestem zdrowa, syta i w ogólnym bilansie zadowolona nawet, nie mówiąc już o rumianych dorodnych dzieciach.

Najwyraźniej potrzebowałam lekcji pokory na koniec roku.
Jutro idę do magicznego masażysty i w nim cała moja nadzieja.

Co jeszcze?
Coś tam by się znalazło, ale tak grzebać przed północą w blasku księżyca?
To jakby chcieć zakopać trupa.
A dziś nikogo nie grzebiemy.

Siusiu, paciorek za zdrowie i do łóżka!
pa!

A to dziś selfie rano u Edytki :)

 
sobota, 27 grudnia 2014
Fajna Wigilia - bez spiny, nerwów, stresu, za to z tymi, których kocham, miłe wieczorne kolędowanie, dobry leniwy pierwszy dzień i wieczorne spotkanie Basieniek drugiego dnia świąt - zaskakująco szczere i prawdziwe.
Ale w tym świątecznym rwetesie zatęskniłam za ciszą, za sobą, za własnymi myślami. I dziś - na przekór planom - zgodnie z tym, co podyktowało mi ciało i dusza, cały dzień spędziłam w piżamie w totalnym dziecięcym rozgardiaszu, a wieczór w ciszy z winem, pisaniem i czytaniem. I tak dziś mi jest najlepiej.
Bo gdy są ludzie, musi być potem bezludzie:)
Amen.



z wtorku:

Co ranek razem z Pola idziemy obudzić Antka. Dziś było tak:
ja do Poli: krzyknij: Antek! Pobuuudka!
Pola: Atik! Duuupka!

wtorek, 23 grudnia 2014
Gdy mam czarny język
mogę Ci powiedzieć
co na serca dnie
a tam pustka, perły
zatopione wraki
kto to wie
Ty nie

Rozplącz mi język
zapleć warkocze
włos na czworo dziel

gdy mam czarny język
weź młynek i miel
kawę i wino, krew i łzy
gdy mam czarny język
na języku my.



Dziś zamiast choinki, pierniczków i świątecznych klimatów, trochę na przekór piosenka po-winna wprost spod prysznica i zdjęcie znad kawy.




z albumu Tomka Sikory
niedziela, 21 grudnia 2014
Szlajany weekend dobił mój kręgosłup, który załatwiłam scyzorykami Chodakowskiej. I choć spędziłam dwa fajne wieczory, krążąc po knajpach i każdy wieczór był inny, i każdy na swój sposób wyjątkowy, to jednak kończę weekend przeżarta frustracją, bo utykam jak stara babcia. I złoszczę się na ciało me niedołężne i na siebie też, że to ciało przeforsowałam.

A tak mi się marzyło świąteczne bieganie o poranku.

Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, jak z kontuzjami radzą sobie ludzie, którzy poświęcają temu całe swoje życie, albo przygotowują się do zawodów. Moje bieganie jest tylko jedną z wielu świeżych zajawek, a każda kontuzja czy choroba wywołuje we mnie łzy wściekłej bezsilności.

To chyba jeden z powodów, dla których nie umiałabym się poświęcić jednemu. Nie przeżyłabym straty.

I w ten sposób, zupełnie niespodziewanie, od kręgosłupa dotarłam do rdzenia.

Monotęsknota - a życie stereo.


czwartek, 18 grudnia 2014
Czego najbardziej pragniemy?
- MIŁOŚCI
Czego się najbardziej boimy?
- MIŁOŚCI


Całkiem inspirujący kwadrans z Kasią Miller:
https://www.youtube.com/watch?v=lmn3m1xxyfU



środa, 17 grudnia 2014
W tym roku śnieg nie jest mi potrzebny, aby poczuć święta.
Klimat robi przedszkole.
Antek od tygodnia wyśpiewuje w domu kolędy,
najchętniej siedząc na kibelku, skąd słychać jego cienki, wciąż sepleniący głosik:
płacze z zimna, nie dała mu matula sukienki. Bo uuuuboga byłaaaaa, rąbek z głowy zdjęła, którym dziecię owinąwszy siankiem je okryłaaaa!


albo się nimi bawi:

Antek: "Przybieżeli do Betlejem sło- i- ki"
ja: W żłobie leży Myszka Miiiiki!

Endrju chichocząc: noo w sumie to oni byli słoikami, prawda?

Jutro natomiast są przedszkolne jasełka z imprezką, więc mamy przygotowany strój pasterza, śledzia pod pierzynką (dla rodziców) i ciasto czekoladowe (dla dzieci).

Wieczorami puszczam dzieciakom kolędy na płycie, a one szaleją.
Pola jest zwierzem tanecznym - jak ona się rusza! 
To jeden z tych widoków, który mnie rozbraja.

Zaś Antek, jak to Antek,  filozofuje:
- Nie wiem, czy pasterz jest potrzebny w tym spektaklu.
- Skoro masz jakąś rolę to chyba potrzebny.
- Ale czy on był naprawdę, tego nie wiadomo.
- A czy Chrystus był naprawdę?
- Pewnie, że był. Słyszałem, jak mówili w radiu, że Pan ogłosił te dziwy.



Cieszę się na te święta i na dwa dni urlopu - baaardzo!
Ale na razie biegnę.
Biegnę byle do piątku.
wtorek, 16 grudnia 2014
Przepływają przeze mnie jak chmury, przetaczają się podobne do wzburzonych fal, przecinają mnie niczym groty indiańskich strzał. Różnorakie uczucia. Różnorakie uczucia toczą we mnie swoją walkę, a ja jestem tylko królikiem doświadczalnym. Na moim ciele, umyśle i duszy przeprowadzane są eksperymenty.

Daleko nie trzeba szukać.
Czasem mam ochotę wyjść z domu i nie wrócić. Uciec gdzieś na koniec świata i zacząć wszystko od nowa - bez historii, bez balastu, one more time.
Ale chwilę później zalewa mnie fala błogości - patrzę na dzieciaki i tak je kocham, że pożarłabym je żywcem, śmieję się z Endriuszą i myślę sobie, że żyję ze świetnym wrażliwym, intrygującym, mądrym facetem. A czasem ich wszystkich nienawidzę i mam dość, choć wystarczy pięć minut, aby mnie rozbawili do łez i wytrącili broń z ręki. I tak w kółko.

To samo mogę powiedzieć o pracy i wielu innych miejscach, gdzie moje uczucia się ścierają i prowadzą swoje wojenki.

Oczywiście, gdzieś bardzo głęboko wszystko jest jasne i przejrzyste.
Tam rosną diamenty, tam wykluwają się perły.
Wiem, kogo kocham, kogo pragnę, kto nadaje sens mojemu życiu.


Ale na samo dno nurkuje się na chwilę, bo potem brakuje słońca i powietrza.


A na powierzchni zgiełk, a na powierzchni wieczne falowanie.

***

Na zdjęciach niedzielny plac zabaw, ale moja miłość do nich - świeżutka, dzisiejsza.
Dziś moje bachorki były najsłodsze na świecie.



poniedziałek, 15 grudnia 2014
We współczesnym potopie cudnych zdjęć wciąż zdarzają się takie, które mnie urzekają. Mam ich już małą kolekcję.
A na dziś wybieram to.








niedziela, 14 grudnia 2014
- Ej, a jaka ja jestem? - zapytałam Endriuszę czwartkowego wieczoru po spotkaniu tetryków.
- Łoo jezu, co mam Ci powiedzieć?
- Chodzi mi o cechy charakteru.
- Bystra, inteligentna, energiczna.
- Ale nie o to pytam.
- A co co?

- Bo na ostatnim spotkaniu Kuba powiedział,  że jego ojciec, uwielbiany przez kumpli i środowisko, zawsze uśmiechnięty, łagodny, dowcipny, w domu bywał często poirytowany wybuchowy i wcale się tak nie uśmiechał. Wiesz taki schemat, że dla innych jesteśmy super, a w chacie już gorzej. Więc pytam, jak Ty mnie widzisz.
- Jesteś spójna. Nie widzę różnicy pomiędzy Tobą dla innych, a Tobą dla rodziny, dla nas. Serio
- powiedział mój mąż i wrócił do czytania.


Ucieszyły mnie słowa Endriuszy i to, że bilans wypada na plus dla pogody ducha.
Trzy dni później przyszło olśnienie.
Ja jestem spójna poziomo.
Bo pionowo ani trochę. Gdyby mnie tak prześwietlić na wskroś, można by ujrzeć diabelski koktail, który we mnie bulgocze.
Hedonizm podszyty mrokiem.

***

A na powierzchni bez zmian.
Nawet nie próbuję nadrobić tych kilku dni - bo było mocno, dobrze i intensywnie. Dobry czas w domu i poza nim. Dobry czas w sercu i na jego dnie też.
Rodzinnie, towarzysko, biegowo - niezwykle udana końcówka cyklu.
A teraz od nowa - zaczynam dobre się unoszenie!
 
środa, 10 grudnia 2014
Jak przystało na neurotyczkę, która nie lubi trwonić czasu i nie umie skupić się na jednej czynności, od dawna chodziło mi po głowie, aby połączyć bieganie z czytaniem. 

Dziś po raz pierwszy biegając, słuchałam powieści - jakie to było przyjemne!
Wybrałam Milana Kunderę, którego przeczytałam całego 10 lat temu i poza ogólnym wrażeniem nie pamiętałam niczego.
"Życie jest gdzie indziej" - genialny drugi rozdział o cielesności kochanki i matki, o metafizyce macierzyństwa. Mocny, dotkliwy i poetycki zarazem. Po prostu literackie cacuszko. 

A całość TU:

https://www.youtube.com/watch?v=99qzeIjgKjA


Coraz częściej kusi mnie powrót do literackiej klasyki, bo czytanie jej za młodu było trochę jak młodzieńczy seks - może i podniecające, ale zbyt szybkie i pobieżne. Teraz przyszedł wiek, aby się podelektować:)

Wieczorem zaś zawinęłam się w kołderkę i dokończyłam "Nocne zwierzęta" - przeokropną, ale dobrą i prawdziwą powieść o kobiecie współczesnej. Jeszcze mam dreszcze.

***
22.00 zamawiamy pizzę - tzn Endrju pizzę, a ja bardziej powściągliwie, bo pizzę jadłam dziś już o 11.00  - tortillę z warzywami.
ja: kurczę, zjadłam, a ciągle mi zimno.
Endrju: To zjedz jeszcze kawałek mojej pizzy.
ja: (oburzona) Ej! Nie po to biegam, żeby w nocy zażerać się pizzą!
Endrju (spokojnie): Właśnie po to.


wtorek, 09 grudnia 2014
Dobrze zaczęty i skończony dzień - poproszę tak codziennie. 

Pierwsze dziesięć kilometrów od miesiąca, smaczne śniadanie, satysfakcjonujący dzień w pracy i po pracy też kilka dobrych chwil.
I dzieci w pysznych humorach, kochające się jak rzadko.

Normalnie - sielanka.


Dobrze zaczęty i skończony dzień.
Na dobranoc Chodakowska i wino.
Idealnie!

***
a po pracy pojechaliśmy do ciucholandu poszukać Antkowi stroju pasterza do przedszkolnych jasełek.
Znaleźliśmy kubrak, przeszukuję koszule.
- Może ta? - pytam.
- Przebieramy do za pasterza, nie wieśniaka - mruczy pod nosem Endrju.

Skończyło się na innej koszuli, kapeluszu, sweterku dla mnie, misiu dla Polyanny i kubraku.

A po powrocie bawiliśmy się w pasterzy oczywiście - my z Antkiem byliśmy pasterzami, a Pola robiła za owcę, którą zaganialiśmy do zagrody.
Robienie z siebie wariata to moje stałe domowe pół etatu.
Mam nadzieję, że Pan Bóg weźmie to pod uwagę przy ostatecznym rachunku mego sumienia:)


W ręku Antka kartka od Betki - dzię-ku-je-my!:)
A Polka w moim sweterku i czapie (uwielbia chodzić po domu w czapach, ma to zapewne po dziadku).



ps. Zabawa w pasterzy to luzik w porównaniu z zabawą w roboty.
Wczoraj chodziliśmy po domu z kartonami na głowach:D
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 104