..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 30 sierpnia 2014
To był dobry tydzień, mimo że nie dałam sobie szansy na takie łóżkowo-piżamowe rozmemłanie, o jakim czasem fantazjuję.

Zamiast rozmemłania było aktywnie.
Poranki z bieganiem i pływaniem, potem celebrowanie śniadania i świeża prasa na dobry początek dnia.

Były też spotkania z bliskimi mi kobietami, było ogarnianie tysiąca spraw błahych (choćby wymiana baterii w zegarku, który stanął mi na pamiętnym kwietniowym rejsie), były zakupy,  kino, sesyjka z puzzlami (uwielbiam tę formę relaksu), kulinarne eksperymenty, sąsiedzkie gadu-gadu.

To był tydzień, który sprawił, że w głowie mam przestrzeń na nowe pomysły, w ciele energię, a przy okazji kilka postanowień.

Przez te dwa tygodnie udało mi się ograniczyć Internet do minimum, zmobilizować ciało do wysiłku fizycznego oraz zaostrzyć apetyt na pisanie. Jeszcze nie jestem gotowa, ale wraz z jesienną słotą znów zacznę stukać w klawiaturę. Bardzo bym chciała.

Mimo końca cyklu - dobry mam czas. Jest mi miękko i przytulnie.
Moszczę się w życiu jak kot na posłaniu.


Ale spać jeszcze nie pójdę.
Tak tracić sobotni wieczór? W życiu!



piątek, 29 sierpnia 2014
jakiś czas temu znajomy puścił mi mocny muzyczny kawałek i powiedział:
- wyobraź sobie knajpę o świcie, po ostrej imprezie, wszyscy drzemią, wszędzie walają się butelki i niedopałki, a on wstaje, bierze gitarę i zaczyna grać. I ma totalny luz. Jest wolny. Jest królem życia.

I podkręcił głośniej:
- czujesz to?
Dobry kawałek, mocny, nóżka chodzi, mogłabym przy nim poskakakać, ale nie zapada on nigdzie głębiej. 
Kilka tygodni upłynęło zanim doznałam olśnienia. Dlaczego nie czuję tych brzmień, dlaczego one we mnie nie drgają?
Olśnienie przyszło, gdy biegłam.

Muzyka jest kluczem. Ten klucz nie pasuje, bo nie trafia do mojej wrażliwości. Tak jak lubię kanjapianą zwałę, to jednak nie jest ona dla mnie symbolem wolności. To obraz, który mnie przygnębia.

Tak jak przygnębiały mnie imprezy techno, na które kiedyś zabierał mnie Fruwak. Schodziłam do podziemia klubu i czułam się jak w piekle.
- Ta muza otwiera Ci mózg i jeździ po nim! - wykrzykiwał podekscytowany.
Jemu jeździła rozkosznie, mi boleśnie.

Moja wolność to przestrzeń, ruch i natura.
To przekraczanie własnych granic, pokonywanie słabości.
Chwila, kiedy wskakuję do jeziora, a ono całe jest dla mnie. Gdy rozgarniam chłodną wodę i woda mnie unosi, kołysze. I wtedy czuję absolutną wolność - jedność ze światem, ze sobą.
Jestem dzieckiem kosmosu, ukochaną córką ziemi.

Do świata moich emocji jest wiele muzycznych kluczy - ma je i rock, punkrock, i poezja, i cygańska muza, a czasem takie kawałki jak ten:


:


czwartek, 28 sierpnia 2014
skończyłam płakać i idę spać,
dobrej nocy!


wtorek, 26 sierpnia 2014
"bieg-pływ, kino, czyt, fryz, kosm, gin, zakupy, chata, gotow, Mama, Babcia, Tymi, Ewa, Ala N."

Taką notatkę poczyniłam w telefonie, wracając z Suwałk. Zastanawiałam się, jak mam ochotę spędzić kolejny tydzień urlopu - tydzień tylko dla mnie. I teraz konsekwentnie realizuję plan.

Wczoraj po blisko trzech latach przerwy pobiegłam. Kiedy zrobiłam pętelkę wokół jeziora, przypomniało mi się, ile frajdy daje bieganie. A gdy prosto z biegania, wskoczyłam do chłodnego jeziora, endorfiny tak mi skoczyły, że cytując mojego synka, "oszalałam ze szczęścia".

Po bieganiu niespieszne śniadanie, świeża gazeta i kawa.

A potem PLAN.

Wczoraj na przykład zrobiłam czystkę w chacie, wynosząc blisko 10 worów ubrań, starych pościeli, ręczników, zdezelowanych garnków czy zabawek. Bez litości i sentymentu żegnałam się z bezużytecznymi pamiątkami, a przy okazji zafundowałam sobie niezłe wietrzenie głowy. Remanent na 30 metrach zajął mi prawie 9 godzin, a po wszystkim ostatkiem sił popedałowałam na kolację z Tymi.

Wieczorem zaś - zamiast trwonić czas na fejsie - czytałam. I znów przyjemnie.

Dziś natomiast poza biegiem i pływaniem, były zakupy z Mamą (Mama sprawiła mi garść drobiazgów do kuchni i fajną spódniczkę), była szarlotka w Sisi oraz Woody Allen i "Miłość przy blasku księżyca" - przyjemny, choć nieprzełomowy.
Na koniec wizyta u mojego ginekologa, który sprawdził, czy spirala jest na swoim miejscu.
- A ostry seks? - pytam, bo zawsze "po" mam lekką schizę.
On przytula mnie jak dobry ojciec i rzecze:
- Bez obaw, nie wytrzęsie się.


Jutro dzień trzeci.
W planach jest relaks u kosmetyczki i wreszcie pierwsza akcja kulinarna. Menu już wybrane: ciasto z malinami i faszerowany bakłażan.

To tydzień zmysłowych przyjemności - sycę ciało, duszę i umysł, karmię zaniedbane potrzeby: samotności i gadania, ruchu i relaksu.

Za taki jeden tydzień mogę wymienić wszystkie tygodnie w Lidlu.
Jest niewiarygodnie dobrze - tylko czasu wciąż za mało:)

niedziela, 24 sierpnia 2014
- Pomyślmy, gdzie jeszcze nie byliśmy?
To pytanie zdeterminowało nasz wybór. Suwalszczyzna i stara zielona chata Pani Bożeny.
Znajoma w pracy spędziła cały lipiec w podsuwalskim Kaleteniku i na moje pytanie, co tam jest, odpowiedziała:
- Nic!

I rzeczywiście - wylądowaliśmy w magicznym miejscu, gdzie kończy się świat. Nic, tylko usiąść w progu i napić się wina. Tak też czyniliśmy:)





Pola budziła się pierwsza i choć pierwszy moment pobudki był dla mnie zabójczy, potem polubiłam nasz poranne rytuały. Gdy wszyscy spali, my krążyłyśmy po ogrodzie, albo brałam książkę, wystawiałam z chaty stary wygodny fotel i czytałam pod kocem, grzejąc się w słońcu, ale Pola krążyła, mając mnie w zasięgu wzroku.





Potem powoli budziła się reszta letników, Antek zupełnie sam biegł na drugą stronę ulicy i robił poważne zakupy, a gdy wracał pękając z dumy,  jedliśmy śniadanie.
Popisowe śniadanie Walerki - grzanki francuskie, Szymona - jajecznica i moje - naleśniki. Endrju zyskał status pasożyta.
A po śniadaniu - rytualna poranna kawa i relaks lub lektura.





Ale, że stacjonarny chillout choć przyjemny to jednak niewystarczający - niemal codziennie wyruszaliśmy na wycieczkę.
Były Suwałki i udane łowy w ciucholandzie oraz obiad w tatarskim barze u Alika. Mięsne sytuacje przepyszne, a stulistnik z wiśnią na deser - totalny orgazm oralny - serio!
Zaś Karczma Polska - jedzenie super plus plac zabaw w ogródku.
Były Sejny i obiad w Domu Litewskim - tam też nielicho.
Był rejs po przepięknych Wigrach, wypad do Aquaparku (dla rodzin z dziećmi suwalski aquapark jest ideales!).
Był też malowniczy Suwalski Park Krajobrazowy i marsz na Cisową Górę.















I było świetnie i wesoło, ale -  powiedzmy to głośno i szczerze: podróżowanie z dziećmi to frajda i umordowanie po równo. Ogarnianie ich w restauracjach, których nie sposób było nam sobie odmówić, znoszenie ich humorów, roszczeń, pomysłów to wyzwanie nie lada. Ktoś zawsze płakał, ktoś zawsze się śmiał, ktoś się gdzieś uderzył i ktoś zawsze krzyczał (lub klął)  - a reszta  miała pełen chillout:)



nasz prawdziwy chillout przychodził wieczorem, kiedy dzieciarnia spała, po tym jak młodszym zatkałyśmy dzioby butelkami, a starsi wysłuchali kolejnego rozdziału o Pippi Langstrumpf.

Wtedy my - hyc, hyc do altanki i pod mroźnym suwalskim niebem degustowaliśmy niszowe piwa (Bojan mój faworyt) , gadaliśmy  i graliśmy w gry. Na szybkie odmóżdżenie Doble, czyli kółeczka oraz moje nowe odkrycie - gra karciana DIXIT, rewelacja!

***

Jak się okazało. Na końcu świata, gdzie nie ma nic. Coś jednak jest jest - ogród bajek. Tam też trafiliśmy.





chatka Baby Jagi



i pierwszy raz na trampolinie






- Stara, a gdyby tak ich porzucić?
- Naprawdę, myślisz, że coś przyjedzie?




Porzuciłyśmy ich na chwilę, aby pojechać na zakupping do Suwałk.
Przez 40 minut poruszałyśmy się ruchem wahadłowym po lokalnej dróżce - do przodu i do tyłu, szukając odpowiedniego skrętu na Suwałki, ale wreszcie się udało.

Panowie w tym czasie realizowali się  w ojcostwie. Jeden z nich się bawił, a drugi - jak przypuszczam - zerkał na to zza gazety. (Nota bene o bieganiu;)





Walerce, zaś marzył się las. Poszliśmy z nią, żeby nie czuła się samotna:))





ale jedno trzeba przyznać - dzieci bawiły się doskonale.
Wojtek z Antkiem stworzyli prawdziwy dream team - przez cały tydzień doszło do jednego napięcia między nimi, natomiast młodsi, hmm, stanowili duet dość toksyczny - Pola prześladowała Jaśka, zabierając mu kapelusz, albo próbując na nim usiąść, więc Janek na sam jej widok reagował dość panicznie, ale czasem chyba za nią i tęsknił, bo zdarzały mu się zaczepki.


starsze pokolenie uwolniło się od technologii, młodsze, jak widać, nie:)





- Mamo, wiesz co?
- No?
- Te wakacje są takie fajne, że chyba oszaleję ze szczęścia!



i pożegnalna pamiątkowa fota.
W tym składzie spotkamy się pewnie za rok. I tego nam dziś życzę:)

Dziękujemy za uwagę!
niedziela, 17 sierpnia 2014
Z powodu urlopu wypoczynkowego,
nieczynne do następnej niedzieli!
:)

piątek, 15 sierpnia 2014
jesteśmy jak dzieci ocalałe cudem
na planecie starców
w słodkiej mgle zdziwienia
wzniecamy pożary w umywalkach
liżemy świeżo zerwane sople lodu
zagrzebujemy w ziemi kwiaty za szkłem
oraz wszystkie nasze sekrety
- jesteśmy przyjaciółmi, rodzeństwem i kochankami
jesteśmy dla siebie i dla nikogo

Ze starego dziennika

Za mną pierwszy dzień urlopu, pojutrze wyjeżdżamy, cieszę się na ten wyjazd ogromnie, ale równolegle - głębiej, pod skórą, pulsuje we mnie tęsknota za wolnością totalną. Ten nieujarzmiony kawałek rwie się do jakiegoś buszu, jaskini, samotni, aby móc pobyć tylko ze sobą. Aby nic nie musieć. Być dla nikogo - tylko dla siebie.
Pozwolić myślom i emocjom swobodnie przeze mnie przepłynąć, zrobić porządek w zakamarkach pragnień, oddzielić wczoraj od dziś, dobre od złego, światłość od ciemności.

I tak bym chciała. I niech tak będzie.
Najpierw Suwalszczyzna z dziećmi, Endriuszą i Walerkami, a potem tydzień tylko dla mnie.
Chcę coś zrobić dla mojego dzikiego serca i nie może to być kolejna nawet najlepsza impreza.


środa, 13 sierpnia 2014
Betka - jak co roku - wpadła na chwilę do Olsztyna i wyprawiła swoje kolejne trzydzieste ;) urodziny - zawsze w tym samym gronie, czyli 
crème de la crème harcerskiego hufca "Rodło". Oczywiście sami weterani.

I taki był też wczorajszy wieczór - aż iskrzyło od opowieści z mchu i paproci - iskrzyło!? ba! to były istny popis fajerwerków, a my niczym włoska rodzina wzbudzaliśmy sensację - darliśmy się, przekrzykiwaliśmy, wybuchaliśmy gromkim śmiechem, a z każdą nową karafką whisky było coraz mocniej i weselej.

Betka przyjęła postawę cyniczną, Madzia wiedziała wszystko najlepiej, Gosia  robiła szerokie oczy ze zdziwienia, Kacha opowiadała dowcipy, a Wojtek dyplomatycznie milczał albo rzucał jakieś kąśliwe monosylaby.

Ja natomiast poniewczasie się dowiedziałam, że byłam przez dziewczyny obstawiana jako ta, która zdołałaby uwieść największe ówczesne ciacho hufca - niedostępnego Makarona!  I pomyśleć, że nawet nie śmiałam próbować.

Oj dooobrze było dobrze! Prawdziwa uczta dinozaurów.
Gdzieś koło północy wjechał pod stół kubełek z KFC, a potem to już niewiele pamiętam.

A! Robię casting na kochanka.
Nie dla siebie:)



a to poprawiny, czyli pizza i kawa na kaca - tym razem plotki w duecie z Betką.





Muszę przyznać, że moi Staruszkowie miewają fantazję!
W niedzielę zadzwoniła Mama, że zapraszają na inaugurację domku na drzewie, który Ojciec tworzył od kilku tygodni.

Kiedy wjechaliśmy, nikogo nie było na podwórku, w oknach pozaciągane zasłony, głucho wszędzie, więc ruszyliśmy obejrzeć dzieło.
A na domku baloniki, a w domku "mała uczta"!

Wstęga przecięta, chata stoi, a Antek przeszczęśliwy.











poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Bardzo powoli wracam do rzeczywistości.
Dwa dni na łódce robią swoje - można się totalnie wyłączyć i zapomnieć o bożym świecie. 

Żeby móc ogarnąć codzienną rzeczywistość, dobrze się czasem zapominać - w słońcu, w księżycu, piciu i spontanicznym skakaniu z łódki do wody też.

Ze względu na "służbowy" charakter rejsu - galeria zdjęć poważnie ocenzurowana:D


moja ulubiona żeglarska bransoletka




następną integrację robimy w Nowym Kawkowie w "Tu i Teraz"  - po kilku opowiedzianych historiach, już wiemy, że zagłębie hedonizmu jest tam. Dla nich Jeziorak to klasztor.
piątek, 08 sierpnia 2014
Wracam od kosmetyczki i mówię do męża:
- Zobacz, jaką mam gładką buzię, no dotknij, pogłaszcz!
- Nie widzę różnicy - mówi Endrju i głaszcze mnie po pośladkach.
- Ciebie interesuje tylko mój tyłek! - wykrzykuję obrażona.
- Interesuje mnie również Twój intelekt, ale nie będę Cię przecież głaskał po mózgu. 

środa, 06 sierpnia 2014
Księgę Diny dorwałam zupełnie przypadkiem. Przez dobrą godzinę szwędałam się po Trójmiejskim Empiku, szukając literackiego prezentu dla Ani - miało być o kobietach, uniwersalne i mocne. Kiedy wpadła mi w ręce książka
wtorek, 05 sierpnia 2014
- Wiesz kochanie, od kiedy mam męża czuję się taka dorosła.


Uwielbiam kłaść się spać z lekkim szumem w głowie, bo wtedy nad moją głową może  hulać tornado, dzieci mogą drzeć się wniebogłosy, skakać po mnie w łóżku, a ja budzę się dopiero o poranku, wypoczęta i zdziwiona szczerze pytam:
- Polcia przespała całą noc? 

Dziś też Polcia przespała całą noc. 
Bo ja wczoraj na sąsiedzkim browarze zabawiłam długo, a gdy Wojtek wyciągał z lodówki kolejne piwko, najpierw mówiłam:
- nie, nie dziękuję, ja już lecę.
i na tym samym wydechu dodawałam:
- noo dobra, skoro nalegasz.

A gadało się fajnie, bo ja kocham ludzkie opowieści, to bywa lepsze niż czytanie książek, bo można na bieżąco pytać i łatać fabułę i ją rozplatać i na nowo snuć. Dobrze mi wczoraj było. 

Potem zaś miałam sny - że włosy ścięłam, że na bestiach przechadzam się po grzbiecie świata, że ocieram się o ludzi, o których za dnia nie myślę wcale i tak mi się w głowie mieliło aż do świtu. 

Poranek rozpoczęłam od pływania. Doobrze!

niedziela, 03 sierpnia 2014
W tak upalny weekend trzeba z domu uciekać i jechać na wieś, nad wodę, gdzie powietrze drży od wiatru a nie od rozgrzanego betonu.

Uciekaliśmy więc nad Wulpińskie.
W sobotę uciekliśmy do domu moich rodziców, gdzie chilloutowaliśmy się na ganku i było fajnie. Antek pomagał dziadkowi budować domek na drzewie, Pola się szwędała, a ja gadałam z Mamą.

Dziś natomiast znów nad Wulpińskim, na działce teściów - na zmianę  to wylegiwaliśmy się w ogrodzie, to pływaliśmy. Dzieciom było dobrze, a nam jeszcze lepiej.

A sobotni wieczór spędziłam w czarodziejskim mieszkaniu, nie! pałacu Uli, która zrobiła spotkanie blogerów literackich, gdzie znalazłam się trochę przez przypadek, ale warto było.
Mieszkanie magiczne, sushi autorstwa Uli bomba, sporo śmiechu i kilka naprawdę ciekawych opowieści.
Wino jak to wino złożyło mnie perfekcyjnie - na szczęście zanim dotarłam do domu, wyparowało wraz z kilkoma zapalonymi po drodze fajeczkami.

Dobre, słoneczne
dni, lekkie jak bita śmietana.
A teraz sobie idę poczytać Księgę Diny.
Baaaardzo smakowita lektura!


Jamal bydle rośnie na giganta


Antek się uczy


Nie ma to jak ochlapać dziadka:
- Dziadku, ale Ci robię myjnię!


A potem mamę:

jest fun!

Cudnie uciec od upałów, ale od dzieci też:)


Uli chata wymiata i widok z balkonu na stare kamienice i przestrzeń i odjechana secesyjna wieżyczka, jak z Szóstej Klepki Musierowicz, którą można zaadoptować. Szczyt moich marzeń!
piątek, 01 sierpnia 2014
Dziś rano. Z korytarza dobiega mnie głos Antka:
- Siad! Mówię: Siad!
Wchodze i co widzę? Antek trzyma Polę zaczepioną hakiem od wieszaka na ubrania. 
- Co robisz?
- Bawię się w hycla!
czwartek, 31 lipca 2014
Dziś byłam w najpiękniejszej kuchni, jaką kiedykolwiek widziałam.
To mogłaby być moja złota klatka. Ja bym została i gotowała, a mąż niech żyje, pije, po mieście się szlaja, pływa po morzach i oceanach.
Kusząca wizja przyszłości:)

Lecę spać, bo padam z nóg.


środa, 30 lipca 2014
Dzwonię do Babci:
- Babciu, jak znosisz te upały?
- Siedzę i się nie ruszam - odpowiada i w trzecim zdaniu, stwierdza rezolutnie, bez cienia goryczy - powinnam wreszcie umrzeć, murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. 
- Na szczęście to nie od Ciebie zależy i jeszcze trochę pożyjesz.
Babcia ze śmiechem:
- No tak! Samobójstwa przecież nie popełnię!

Moja Babcia jest już stara, nie może normalnie funkcjonować, bo jest słaba i prawie nic nie widzi. Rozumiem, że nie chce się jej żyć. Już się nażyła. 
Ale wokół mnie mnóstwo młodszych, którzy mają wszystko - i siły, i zdrowie, i pieniądze jakieś, a też im się nie chce żyć. 

Utknęli w jałowych relacjach, zobojętnieli na smaki, znudzili się przygodami, nic ich nie ciekawi, na nic nie czekają. Stoją  w miejscu, frustrują się nierealnymi marzeniami, drżą o swój dorobek i wydeptany szczebelek kariery. 

A ja marzę o długim i zdrowym życiu - z resztą poradzę sobie sama. 

Na wiele rzeczy teraz nie mam czasu, do wielu nie mam głowy, dlatego muszę jeszczę trochę pożyć:

Aby gotować i dorobić się kiedyś własnego grubego brulionu ze sprawdzownymi przepisami. 
Aby stworzyć piękny ogród - taki dopieszczony, pełen kolorów i smaków. 
Aby nauczyć się pływać na windsurfingu, usiąść za sterem szybowca, uszyć sukienkę, nauczyć się portugalskiego, napisać kolejną powieść. 


Wszystkie moje marzenia to tak naprawdę cele, które chciałabym w przyszłości zrealizować. Nie czekam aż mi coś spadnie z nieba - chcę dotykać, doświadczać, czytać, oglądać, tworzyć, chce się uczyć i cieszyć się możliwościami, które daje mi życie i zdrowie.

Cała reszta to pikuś. 



wtorek, 29 lipca 2014
Jestem na diecie, żeby potem móc ucztować:)

Zresztą takiej diety życzę każdemu - bo wtedy jem często i smacznie - moje posiłki są przemyślane i nie ma miejsca na przypadkowe opychanie się byle czym. 

Co trzy godziny funduję sobie nagrodę, a że potem znów czekają mnie kolejne "puste" trzy godziny, staram się tę chwilę celebrować i czerpać z niej jak najwięcej przyjemności. 

menu na dziś:
7.30 - kefir
10.30 - sałata ze szpinaku z kozim serem, szyneczką parmeńską, pomidorem i ogórkiem
13.30 - musli z jogurtem + koktail z bananów, kiwi i poziomek
16.30 - micha zupy curry z fasolą, marchewką i groszkiem
20.00 - lampka wina


A wszystko po to, abym zrobiła sobie rezerwę na nadchodzące wakacje, bo na Suwalszczyźnie zamierzam ucztować bez limitu.



Dziś w przedszkolu na tablicy praca Antka pt. "Wakacje" - na obrazku albo Beskid Niski albo Kołobrzeg albo oczekiwany bardzo dom u Pani Bożeny w Kaletniku:) 


niedziela, 27 lipca 2014
Wypad na wieś do rodziny Tymisiów stał się już tradycją -  gdy seniorzy wylatują na wakacje, my zjeżdżamy do starej warmińskiej chaty, gdzie jemy, pijemy, gadamy i fundujemy sobie dwudniowy totalny chilloucik.

Sobotę spędziliśmy kameralnie, za dnia wylegując się na trawie,  popołudniu plażując nad wodą (tylko ja i Marta, należało nam się:), a wieczorem, przed chatą, zajadając, pijąc i gadając. Oj doobrze było.

Natomiast dziś już na śniadanie zjechali się Goście - Iga z Andrzejem, Karolina z Michałem oraz Emilka z Bartkiem. Przyjechali, przywieźli pyszności i newsy jak gorące bułeczki (sic!), a było tak fajnie, że śniadanie przeciągnęło się do obiadu i podwieczorku.

Wróciłam wypoczęta jakbym wracała co najmniej z włoskiej riwiery, wyśmiana, nażarta i gruba. Od jutra zaczynam dietę. Najskuteczniejszą - garściową:)



Gwiazdą wyjazdu była moja córeczka, która jest jak czołg i nic jej nie straszne. Humoru nie psują jej liczne upadki, ani zdarte łokcie, nie lęka się wysokości, ani głębokości, zjada wszystko i ciągle się śmieje. Moja Polcia to czołg pełen gracji. Podrapana, z rozbitą głową (skok z ławki na beton na główkę) i nieustającym uśmiechem na gębie.
piątek, 25 lipca 2014
W nowej książce Kasi Miller "Być kobietą i wreszcie zwariować", którą polecam baaardzo jest kilka stron o tym, aby medytować. Niekoniecznie w pozycji kwiatu lotosu, mamrocząc buddyjskie mantry.
Medytować to dla mnie
zanurzyć się w tu i teraz i pozwolić swobodnie płynąć myślom, które najpierw tłoczą się i kotłują, a potem odchodzą i w głowie robi się coraz ciszej. Jaśniej, prościej, dobrze.

Moją małą codzienną medytacją na pewno jest poranne pływanie. 
Gdy pływam ozłocona promieniami wstającego słońca, czuję się nic nie znaczącą drobinką kosmosu, a jednocześnie królową własnego życia - ono jest tylko moje!
Jedna i druga świadomość uwalnia mnie i daje poczucie mocy. 
Mogę wszystko i nie mogę nic:)



czwartek, 24 lipca 2014
Mam kilka niezawodnych sposobów, aby przywołać uśmiech na twarzy. 
Jednym z nich jest oglądanie ilustracji, drugim oglądanie starych fot. 
To zawsze działa:)








środa, 23 lipca 2014
Antek sceptycznie:
- Tato?! A nie przeszkadza Ci ta obroża?


***

Dziś sympatyczna wizyta Wujka i Cioci, którzy - uwaga! - zadzwonili tuż po tym, jak rozeszła się wieść, i... pogratulowali odwagi. A dziś zjawili się z prezentem, czym wprawili mnie w totalne osłupienie.

- Też chciałam mieć cichy kameralny ślub -
rzekła ze śmiechem Ciocia - w rezultacie miałam na weselu blisko 30 gości, a poza tym setkę obrażonych.

Cóż poza tym?
Prawie same dobre reakcje. Rodzice przełknęli wiadomość wraz z deserem, kilkoro znajomych szuka ukrytych motywów: kredyt?, majątek?, spadek?, dawni kochankowie powoli wychodzą z szoku, a my żyjemy dalej - tak samo po, jak i przed.

A dlaczego?
Kiedyś i taką napiszę opowieść, a teraz żyję dalej, bo ciągle jest czym żyć.


poniedziałek, 21 lipca 2014

Było dokładnie tak jak chciałam!
Dzień tylko dla nas - dzieci oddane pod skrzydła dziadków pod pretekstem, że jedziemy na ślub (nie wspomnieliśmy, że nasz:),
pokój w hotelu wynajęty, aby na tę jedną noc wyrwać się z kontekstu i wreszcie najbliżsi nam - moja Anulka świadkowa zdarzenia z Duchem oraz najlepszy przyjaciel Endriuszy - Paweł - świadek z Agnieszką i długie szlajanie po mieście bez patrzenia na zegarek.
Chociaż nie! Na zegarek zerkałam co chwila, bo dostałam go w prezencie ślubnym, ale tego dnia mieliśmy całe morze czasu.

Był więc czas na wspólny obiad i kawę, i moczenie nóg w nowej fontannie w Parku Centralnym, był czas na sjestę z kochaniem, i biesiadowanie, knajpiane wędrówki, picie oraz dyskusje. Rozmowy zdominowały kulinarne zachwyty, tematyka kobieca, rodzice (temat rzeka:), doświadczenia zawodowe, wspomnienia z młodości, ba! nawet literatura! Zaś politykę, religię i kwestie światopoglądowe zepchnęliśmy na margines - phi, takie to wyświechtane tematy.

A noc była ciepła i barwna, bo miasto żyło ulicznymi teatrami i aż pulsowało energią.
Tej nocy nie byłam Kopciuszkiem - włóczyłam się długo w poświacie księżyca, przy brzęku szkła, wśród śmiechów, czułości i dobrych gestów od bliskich mi ludzi.
Dziękuję!

A tu dowody:)






foto - Paweł Bałdyga

A u Emilki na stronie kilka słów z niedzieli - TU
***
Antek ogląda zdjęcia z soboty:
- Mamo! Byliście i tu, i tu, i tu! Kiedy to zrobiliście?
- Wtedy, gdy Ty byłeś u Babci.
- I zdążyliście to wszystko zrobić?
- No tak.
- Ja Wam nie wierzę!

- Kochani rodzice, chielibyśmy Wam coś powiedzieć.. - No? - Postanowiliśmy wziąć ślub! - Brawo, gratulujemy, nareszcie! To kiedy ślub??? - Yyyy wczoraj.. Miny bezcenne:) Scenariusz i reżyseria: Aga i Endrju Wystąpili: Państwo Młodzi, ich Rodzice oraz przedślubne Dzieci Oprawa artystyczna zdarzenia: Tymisiowa & Emilka Oprawa kulinarna - Karolina & Gosia Zdjęcia: Emilka Miejsce akcji: Playschool The END:)
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 101